Refleksja

Granice i przyszłość Europy

Granice i przyszłość Europy

O historii, granicach i przyszłości Europy z prof. Czesławem Porębskim rozmawia Tomasz Ponikło

Mamy rozmawiać o Europie. Czyli właściwie o czym?

Nie tak łatwo powiedzieć, czym jest Europa. Jedno słowo, a cały gąszcz znaczeń. To powoduje wiele nieporozumień.

Zacznijmy więc porządkować – Europa to…

Oczywiście pierwsze znaczenie, to znaczenie geograficzne. Wydawałoby się, że przynajmniej geograficzne określenie Europy będzie czymś łatwym. Geografowie ustalili przecież, że Europa sięga Uralu, a na południu Kaukazu. Ale wystarczy ich pociągnąć za język, żeby przyznali: wschodnia granica Europy jest rozmyta, cokolwiek wziąć po uwagę – roślinność, zwierzynę czy klimat. Im bardziej na wschód, tym bardziej Europa staje się Azją, ale gdzie staje się nią zupełnie?

Europa w drugim znaczeniu pojmowana jest jako rezultat długiego procesu historycznego. I tu można zrazu spodziewać się, że będzie łatwo, że sięgniemy do dokumentów, danych, zebranych i opracowanych informacji, że będziemy mieć do czynienia z rzeczywistością dobrze opisaną i uporządkowaną. A jednak pojawia się niejeden kłopot: trudno na przykład powiedzieć, kiedy zaczął się ten proces? Jeśli zapuścimy się głęboko w przeszłość, to dotrzemy do korzeni rzymskich, greckich, a nawet jeszcze wcześniejszych: fenickich czy egipskich. I nasza sytuacja się komplikuje, bo trzeba przyznać, że początki Europy wiążą ją z Afryką, Bliskim Wschodem, Azja Mniejszą, czyli że wyprowadzają nas poza Europę w sensie geograficznym. Jak myśleć o Europie, pomijając Biblię, Iliadę, św. Augustyna czy wkład Aleksandrii? I jak myśleć o Europie bez alfabetu, który jest wynalazkiem fenickim?

Niektórzy obierają inny, późniejszy punkt wyjścia dla swoich analiz.

Mówią: nie w starożytności, ale w średniowieczu „zaczęła się” Europa historyczna. Tu czyha kolejny problem: w którym momencie średniowiecza? Jedni mówią: Karol Wielki. Ale Karol Wielki miał bardzo ograniczone wyobrażenie o Europie, niewiele wiedział, nie był oświeconym cesarzem. Powoływanie się na jego wizję Europy jest kompletnym anachronizmem. Jeżeli zwracać uwagę na to, że Europa jako twór historyczny jest ściśle związana z chrześcijaństwem, to trzeba czasową granicę jej powstania przenieść na późniejsze średniowiecze. To ok. XIII w. pojawia się „Christianitas” – ta Europa wzorcowa, chrześcijańska, kiedy różne elementy kultury zaczynają się łączyć w spójną całość. Tylko pojawia się kolejna trudność. Chodzi o stosunek tak rozumianej Europy do przestrzeni. Od 1054 r. mamy pęknięcie: świat chrześcijański dzieli schizma. To pęknięcie trwa i waży nawet na czasach współczesnych. Duża część Europy odchodzi wtedy w inną stronę, staje się Europą Wschodnią, która ma coraz mniej wspólnego z Europą Zachodnią. Więc jak odpowiemy na pytanie, czy ta Europa Wschodnia, chrześcijańska, ale na swój sposób, nie znająca Renesansu, nowożytnej nauki, etc. należy do tej jednej Europy czy nie?

Europa historyczna to więcej znaków zapytania niż jasno ustalonych punktów. A to wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Europa w związku z odkryciami geograficznymi wypływa na szerokie wody. Europa rozumiana jako twór historyczny zaczyna europeizować cały świat: nie robi tego zupełnie, ale pozostałości są niebagatelne. Gdyby zapytać o największą demokrację współczesną, to jest nią demokracja indyjska, koniec końców twór Europejczyków, przynajmniej w dużej części. Nie powiemy, że Indie to przedłużenie Europy, ale jakąś jej emanacją jednak są. I takie właśnie emanacje miały zwrotny wpływ na samych Europejczyków. Europejczycy, którzy wypuszczali się tak daleko, z czasem okazywali się silniej związani ze swoimi zamorskimi dependencjami niż z „Europą”. Hiszpanie mówili: nasze związki z Europą mniej się liczą; nasz świat, to świat Ameryki Południowej. Brytyjczycy twierdzili: my jesteśmy środkiem wielkiego imperium; do Europy nigdy nie należeliśmy, zawsze byliśmy wyspą.

Niemcy, choć z innych powodów też długo podkreślali swoją odrębność: Europa jest gdzieś na zachodzie, jest rzymska, związana z klasycznością, z katolicyzmem, ze swymi zamorskimi koloniami. A my nie: my jesteśmy protestantami, zawsze byliśmy przeciw Rzymowi i jego tradycjom i pozostałościom. Katolicyzm jest rzymski, rzymskie w istocie są europejskie ambicje imperialne To bardzo ważny wątek w kulturze niemieckiej, w szczególności w historii myśli politycznej. Jeszcze Tomasz Mann podczas I wojny światowej pisze: Niemcy nie są częścią Europy Zachodniej, Niemcy przeciw niej protestują, to jest istota wojny, którą toczymy. Niemcy powinni poczuwać się do solidarności z Rosjanami, też przeciwnikami Rzymu.

Zostaje nam jeszcze kultura jako spoiwo definicyjne Europy.

Tak powiemy: Europa to kultura. Wytworzyła rzeczy unikalne: pewne gatunki literackie, muzykę klasyczną, rodzaje malarstwa. Ale to teraz jest wszędzie. Beethovena się słucha i na Ziemi Ognistej i we Władywostoku. A Chopina najlepiej wykonują Japończycy. Zatem Europa zdefiniowana nie jako całościowy rezultat procesów historycznych, ale jako najważniejszy wytwór tych procesów, czyli kultura, jest wszędzie.

Mamy więc dwie skrajnie przeciwstawne tezy. Jedna: Europy nie ma nigdzie, skoro ani Anglia, ani Niemcy, ani Hiszpania nie uważa się za Europę. I druga: Europa jest wszędzie.

Tę ostatnią tezę wzmacnia odwołanie się do najambitniejszego projektu europejskiego, tego, który nawiązując do filozofii greckiej, upatruje w Europie miejsce duchowe, gdzie postawiono najbardziej fundamentalne pytania i zaryzykowano odpowiedzi. Grecy w pewnym sensie zadali Europie wielkie i podstawowe zadanie intelektualne w formie pytań o dobro, piękno, prawdę, które potem Europa rozwiązuje, rozwijając naukę, uprawiając filozofię i zajmując się, jak to Husserl nazywa, „nieskończonymi ideami europejskimi”. Tak zdefiniowana Europa znowu jest ponad wszelkimi granicami, bo rezultatem podjęcia tych zadań jest nauka, którą trudno w tej chwili lokalizować tylko w Europie rozumianej nawet bardzo rozciągliwie. Naukę uprawia cały świat. Naukę zresztą udało się Europejczykom tak zuniwersalizować, że nikomu już nie przychodzi do głowy traktowanie jej jako kontynuacji czegoś europejskiego.

Czy wiemy przynajmniej, czym jest, czym ma być, Europa rozumiana jako Unia Europejska?

Też nie całkiem. Pytając o przyszłość tak rozumianej Europy, słyszymy bardzo różne odpowiedzi. Jedno skrajne stanowisko głosi, że zintegrowana Europa nie będzie mieć granic, gdyż zainicjowane w Europie procesy integracyjno-unifikacyjne będą mieć zasięg globalny. Na drugim krańcu znajdują się stanowiska, które przewidują, ze konieczne będzie ograniczeni UE do jakiegoś niewielkiego „jądra”, prawdziwie europejskiego.

Z jednej strony liberałowie na przykład głoszą, że logika procesu integracyjnego jest logiką procesu gospodarczego. Istotą jest znoszenie barier. Czy tego chcemy czy nie, one muszą zniknąć. To nieuchronny proces. Przyspieszany zresztą przez każdego, kto uczestniczy w globalizacji, w której prócz tworów politycznych olbrzymi udział mają ponadnarodowe instytucje gospodarcze. Dobrodziejstwa związane z liberalizacją handlu rozleją się w końcu równomiernie na cały świat, a Europa rozmyje się w wielkim zglobalizowanym świecie. I dobrze, tak musi być; powinniśmy być tego świadomi.

Drugi obóz rzeczników poglądu, że UE w przyszłości nie będzie znać granic, ni kordonów, stanowią postmoderniści. Postmoderniści mówią: nareszcie kończą się tzw. „wielkie narracje”. W tych narracjach podmiotem najważniejszym były państwa narodowe i to, co się z nimi wiązało. Na przykład pojęcie granicy, którą trzeba było wytyczyć, chronić, bronić, przesuwać. To się nareszcie kończy: granice przestają ważyć, a ludzie są swobodniejsi. Europa jest na czele procesu rozrywania granic, znikną państwa narodowe jako podmiot historii. Postmodernizm ma też feministyczną twarz. Słyszymy, że wszystkie elementy wielkich narracji były zabarwione patriarchalizmem – były „macho”; to jest opowieść wojowników, mężczyzn. A nareszcie nadszedł czas miękkiego uścisku, delikatnej siły, tzw. „soft-power”. Ona ogarnie i Europę i cały świat. A jak do tego dojdzie, to drobiazg, którym postmoderniści nie zaprzątają sobie za bardzo głowy.

Czyli to są dwa stanowiska wewnątrz jednej skrajności. Na czym polega druga skrajność?

Druga skrajność polega na tym, że widzi się Europę jako coś niezwykle cennego i kruchego. Coś, czego trzeba bronić. Wtedy się powiada, że Europa to zagrożona twierdza. Dla jej obrony trzeba być gotowym na ewentualne poświęcenie przedpola, np. nowych członków UE – i bronić prawdziwego rdzenia Europy, który też zresztą różnie jest określany.

Jak zawsze pomiędzy skrajnościami leżą głosy bardziej wyważone: choćby te nawiązujące do federalizmu.

Odpowiedzi federalistyczne mówią, że Europa powinna stać się quasi-państwem o strukturze federalnej i że przyszłość jej granic powinna być funkcją tego federalistycznego tworu z własnym parlamentem, prezydentem, armią. To jest kolejny scenariusz – państwo związkowe.

Pośrodku mieści się też scenariusz, który często przychodzi na myśl i na wargi polityków. Pytani o sprawy europejskie mówią oni na użytek polityki wewnętrznej i kolejnych kampanii wyborczych, że Europa jest w pewnym sensie zasłoną dymną, a naprawdę nadal chodzi o interesy państwowe. Integracja jest o tyle wartościowa, o ile lepiej broni naszych własnych interesów. Przyszłość Europy byłaby w tym przypadku funkcją splecionych interesów narodowych. Czasem w okresach kryzysowych słyszy się jeszcze jedną wersję tego poglądu, mianowicie, tę zawężającą Europę do owego rdzenia państw europejskich. Powiada się, że Europę prawdziwą stanowi kilka państw tworzących ten rdzeń. Interesy tych państw mają wyznaczać przyszłość Europy. Inne państwa mają natomiast dostrzec w niezabieraniu głosu swoją okazję.

Widzimy, że w sprawie tych odniesień UE do przestrzeni z jednej strony i do czasu z drugiej, mamy mnóstwo poglądów i stanowisk. Dlatego trzeba ciągle pytać o przyszłość Europy.

Więc pytam: jaka powinna być przyszłość Europy?

Mój pogląd jest taki: trzeba brać pod uwagę fakty. Po pierwsze, historia integracji europejskiej jest historią sukcesu. To się naprawdę udało. Trzeba pamiętać o rzeczywistości, w jakiej tę ideę podejmowano: cała Europa była zniszczona wojną, była bieda, ruiny i zgliszcza, systemy kartkowe wydzielania żywności.. Powodzenie UE jako tworu gospodarczego jest niewątpliwe. Że jest to historia sukcesu widać po tym, że jest sporo państw, które bardzo by chciały wstąpić do UE, a z drugiej strony, pomimo wszelkich narzekań państw członkowskich, żadne z nich poważnie nie gotuje się do opuszczenia Unii.

Drugim ważnym faktem jest to, że – dzięki wspomnianemu sukcesowi – UE będąc poważnym globalnym graczem, wytwarza wokół siebie pewne pole oczekiwań. I to oczekiwań bardzo usprawiedliwionych potencjałem gospodarczym, technicznym, intelektualnym. Świat w wielu trudnych sytuacjach ogląda się w dalszym ciągu na Europę. Choć tracimy potencjał demograficzny, to rozmiar zintegrowanego rynku europejskiego sprawia, że Europa ciągle się w świecie liczy. Po trzecie, Europa głosząc hasła uniwersalistyczne, rozprzestrzeniając swoją kulturę, zaciągnęła wobec reszty świata zobowiązania, z których nie może się wycofać, choćby dlatego, że nadal obciążają ją winy historyczne, powstałe w XX w. Było to stulecie kompromitacji Europy, która „dała” światu wojny światowe, systemy totalitarne, holokaust.

Europa powinna zdać sobie sprawę z historycznych faktów, przyjąć na siebie te zobowiązania, podjąć ciężar globalnej odpowiedzialności. I to, co się stanie z Europą będzie – powinno być – funkcją uświadomienia sobie sytuacji, którą nakreśliłem. Cały problem polega tylko na tym, że bardzo jest niewiele podmiotów, które by taką perspektywę przyjmowały. Politycy uwikłani przede wszystkim w politykę wewnętrzną, żyjący bieżącą grą polityczną, rzadko zdobywają się na szersze spojrzenie. Szersze koła opinii publicznej, zwykłych wyborców zdają się mówić: dzieje się nam nie najgorzej, zmiany powinny zmierzać do tego tylko, by było „lepiej i więcej”. Reszta nas nie obchodzi. Integracja to nie narzędzie realizowania zobowiązań – a już na pewno nie zobowiązań zawiłych moralnie, nie, to raczej forma przedsiębiorstwa usługowego. Jest jeszcze ponadto wielka grupa ludzi, którzy nasiąkli hasłami postmodernizmu i cieszą się, że do lamusa odchodzi język wartości moralnych, będący zasłoną męskich gier i formą zniewalania słabszych. Ideał europejskiej „soft-power” pozwala tym ludziom nie tyle inaczej myśleć o przyszłości, ile o niej po prostu nie myśleć. Rojenia o czasach łagodności pozwalają im zapominać o realnych problemach.

Jakie problemy, dla przykładu, stają przed Europejczykami?

Europejczycy z całą pewnością będą musieli w coraz większym stopniu uwzględniać swoje najbliższe otoczenie. I albo to otoczenie wymusi przez fakty dokonane jeszcze dalej idącą zmianę tego, co za Europę uważamy, albo Europejczycy w rozumny sposób wyprzedzą te fakty. Chodzi tu przede wszystkim o wielkie ruchy migracyjne. Napływ imigrantów trwa i będzie trwać. Europa musi podjąć strukturalne decyzje, porozumieć się z państwami basenu Morza Śródziemnego, szczególnie Bliskim Wschodem i Turcją. Ale też z Ukrainą. Są to nowe wyzwania. Każda struktura ma pewną nośność, struktury nie można przeładować – bo albo się zupełnie zmieni, albo rozpadnie.

Jeżeli struktura UE ma zostać zachowana, to czas wyrazić smutną dla państw kandydujących opinię: Unia musi mieć granice. Będzie jakieś zewnątrz i jakieś wewnątrz. Chodzi teraz o to, żeby te granice były dla obu stron najmniej dolegliwe. To się musi stać przez bardzo zintensyfikowaną politykę tego, co się nazywa „dobrym sąsiedztwem”. Jeżeli w najbliższym czasie – a wszystko na to wskazuje – nie zdecydujemy się na przyjęcie kilku następnych państw do UE, to będzie trzeba nawiązać z nimi bardzo otwarte stosunki.

To są problemy obchodzące przede wszystkim Europę. Ale jest cały szereg problemów globalnych, w których rozwiązywaniu Europa musi uczestniczyć i ze względu na swój obecny potencjał, i swoje historyczne zobowiązania, i po prostu własny interes. Nie uciekniemy od nich, powtarzając różne hasła. A jeśli będziemy uciekać, inni rozwiążą je za nas. Niekoniecznie po naszej myśli.

Dziękuję za rozmowę.

___________

Czesław Porębski jest profesorem nauk humanistycznych. Pracuje w Akademii Ekonomicznej w Krakowie w Katedrze Filozofii oraz Wyższej Szkoły Europejskiej im. J. Tischnera w Krakowie; visiting professor w Grazu, Trento i Fryburgu Szwajcarskim. Ukończył studia prawnicze i filozoficzne. W latach 1999-2004 był profesorem filozofii społecznej w International Academy of Philosophy w Liechtenstainie, gdzie przez 4 lata pełnił też funkcję prorektora. Opublikował m.in. „Co nam po wartościach?”, „Czy etyka się opłaca?”, „Umowa społeczna. Renesans idei”.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code