Publicystyka

Czy zagraża nam klerykalizm polityczny?

Czy zagraża nam klerykalizm polityczny?

Tomasz P. Terlikowski

Debata o lustracji w Kościele i Kościoła, choć w ostatnich dniach nieco się wyciszyła, pokazała głęboko sięgający klerykalizm polityczny rozmaitych polskich środowisk partyjnych i kościelnych. To zjawisko, choć obecne w polskim życiu społecznym od wielu lat, teraz – w związku z brakiem wyrazistych autorytetów pośród hierarchii – zaczyna nabierać niepokojącego charakteru. Biskupi, często nieświadomie, zaczynają autoryzować polityków, ci ostatni zaś nawet nie starają się zachowywać uprawnionej autonomii życia politycznego od Kościoła hierarchicznego.

Pielgrzymki polityków do Krakowa początkowo mogły śmieszyć, ale z czasem zaczęły przyjmować formy raczej smutne niż zabawne. Prezydent Lech Wałęsa deklarujący, że przybywa do kard. Stanisława Dziwisza po „leczenie”, liderzy Platformy Obywatelskiej kreujący na podstawie jednego spotkania z hierarchą polityczne podziały w polskim Kościele czy Stefan Niesiołowski potępiający – jako zbyt mało katolickich – dziennikarzy opowiadających się za lustracją – pokazują, że wpływy kurii przy Franciszkańskiej na polską politykę stają się przesadne. A co gorsza niejasne sygnały polityczne wysyłane przez współpracowników kardynała stwarzają wrażenie, że za tymi działaniami nie stoi jakaś wyraźna linia polityczna, wizja Polski, którą chciałby budować metropolita krakowski, a jedynie – z jednej strony potrzeba autoryzacji moralnej poszczególnych polityków; a z drugiej – chęć (kto wie, czy nie wmówiona mu przez współpracowników, ale i samych polityków) naśladowania przez samego metropolitę roli polityczno-moralnej, jaką przez lata spełniał w Polsce Jan Paweł II.

Wszystkie drogi prowadzą do Krakowa

Przez lata rolę króla Polski, człowieka, który autoryzował polityków, pokazywał, który z nich spełniać może rolę męża stanu, a któremu nie jest z nią do twarzy – spełniał Jan Paweł II. To on bowiem był kimś kto – choć nieczęsto wypowiadał się na tematy polityczne (wyjątkiem była pierwsza pielgrzymka do wolnej Polski, słynna wypowiedź w polskim parlamencie oraz wezwanie do głosowania TAK w referendum akcesyjnym do UE) – był ostatecznym recenzentem, a nawet zwornikiem układu prezydencko-parlamentarnego w Polsce. Fakt, że niewierzący prezydent Aleksander Kwaśniewski przez ponad półtora roku zabiegał o przyjęcie przez Jana Pawła II jasno pokazuje, że do wypełniania niektórych ról publicznych potrzebne było namaszczenie papieskie, które potwierdzać dopiero miało demokratyczny wybór społeczności.

Gdy tej osoby zabrakło polscy politycy, miast oswoić się z sieroctwem, zaczęli na gwałt takiej osoby poszukiwać. I w sposób naturalny wybór padł na najbliższego współpracownika Jana Pawła II, obecnie metropolitę krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza. To on – pozwalał się ogrzać potrzebującym moralnej aprobaty politykom – w cieniu moralnego autorytetu papieża Polaka. Jak zwykle najcelniej wyraził tę myśl Lech Wałęsa, który już w lipcu podkreślał, że teraz gdy zabrakło Jana Pawła II, przewodzić nam będzie ten, który znał papieża najlepiej, czyli właśnie metropolita krakowski. I tak też się stało. Najpierw PO, a potem także politycy partii rządzących zaczęli udawać się do Krakowa, by tam pokazać się choć na chwilę przy wjeździe do Kurii, albo – jak premier – razem z kardynałem zapalić świecę w oknie przy Franciszkańskiej.

To mówi (prawie) papież

W efekcie kardynał Dziwisz zaczął spełniać funkcję surogatu politycznego Jana Pawła II, swoistych – mogących zajmować stanowisko w kwestiach moralnych i społecznych – relikwii po papieżu z Polski. Spotkania z nim zaczęły być traktowane przez polityków, jako wyraz poparcia dla ich linii już nie tylko przez jednego z kilku polskich metropolitów, ale jako niemal pozagrobowe poparcie dla nich samego papieża.

Trudno nie dostrzec takich kalkulacji nie tylko w spotkaniu polityków PO z kardynałem, po którym Donald Tusk i Jan Rokita próbowali odgrzać nieadekwatny do obecnej sytuacji w Kościele podział na katolików otwartych (tu łagiewnickich, czyli wspierających Platformę) i zamkniętych (toruńskich, popierających Pis) ale i w wizytach premiera, prezydenta i czołowych polityków rządzących w krakowskiej kurii. Ostatnim (jak do tej pory) z ciągu pokazujących ten proces wydarzeń był wywiad z ministrem (teraz już byłym) Andrzejem Urbańskim dla „Gazety Wyborczej”. W wywiadzie tym prezydencki urzędnik obwieścił, że podczas rozmowy z nim kardynał Dziwisz poparł pomysł koalicji Samoobrona, LPR, Pis, w Małopolsce poparcie dla rządu nie spada, a koalicja z partią Andrzeja Leppera i Romana Giertycha ma duże poparcie.

Pomijając już fakt, że następnego dnia kuria krakowska prostowała te informacje, a jej rzecznik zagroził ministrowi, kolejnymi przeprosinami, powstaje pytanie, po co było w ogóle informować o osobistej rozmowie z kardynałem, i o rzekomym (a choćby nawet i prawdziwym) poparciu dla rządu? Przecież fakt ten niczego istotnego, tak z teologicznego, jak i społecznego, nie wnosi do debaty publicznej. To, że jeden z metropolitów wspiera PiS (ale to samo odnosi się tez do wykorzystania przez PO spotkania z kardynałem), PO czy LPR – nie jest z punktu widzenia życia publicznego czy religijnego ważny, bowiem nie odnosi się on ani do kwestii moralnych, ani tym bardziej religijnych. A jeśli ktoś rozumuje inaczej, to powód może być tylko jeden: dostrzeganie w kardynale Dziwiszu już nie tyle jednego z wielu kardynałów i metropolitów, ile przywódcę całego polskiego Kościoła i rzeczywistego zastępcę (na Polskę) Jana Pawła II.

Potrzeba realizmu

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ocenę tę trudno uznać za adekwatną do sytuacji. Jest ona raczej wyrazem marzeń części publicystów i bieżących potrzeb polityków. Nic nie wskazuje bowiem na to, by kardynał Dziwisz był w stanie podjąć stawiane przed nim zadanie. Niezdecydowanie w kwestiach politycznych, nieumiejętność reagowania w sytuacjach kryzysowych (czego znakomitym przykładem były decyzje i sposób informowania o nich podczas afery teczkowej), a nawet fakt, że mimo wielomiesięcznego już urzędowania na stolicy krakowskiej próżno by szukać jasnych deklaracji dotyczących wizji duszpasterstwa i Kościoła formułowanych przez metropolitę – zdają się pokazywać, że choć kardynał Dziwisz może (i powoli się nim staje) sprawnym biskupem, to raczej nie zostanie rzeczywistym liderem całego polskiego Kościoła. Do tego potrzebny jest bowiem osobisty charyzmat, odwaga postępowania nawet wbrew swojemu otoczeniu, a nie tylko odbijanie wielkości człowieka, któremu przez lata się służyło.

Błędne rozpoznanie typu obecności metropolity krakowskiej na polskiej scenie kościelnej i politycznej – ma skutki polityczne i moralne. Traktowanie bowiem wypowiedzi jednego z wielu hierarchów jako niemal nieomylnych (co ciekawe często czynione przez media, które jak „Gazeta Wyborcza” przez lata sprzeciwiały się niezwykle istotnym elementom nauczania Kościoła) zamyka drogę do normalnej politycznej dyskusji. Fakt, że kardynał Dziwisz jest przeciw pewnej formie lustracji, nie może i nie powinien oznaczać, że jej przeciwnikami powinni być też świeccy katolicy, w tym publicyści, dziennikarze czy politycy… To, że metropolita krakowski wypowiedział się przeciwko wyborom w maju nie może i nie powinno oznaczać, że nie powinny się one odbyć. A jasne, choć trzeba przyznać, że niezbyt uprzejme, przypomnienie zasady rozdziału państwa i Kościoła, przez ministra Urbańskiego, który podkreślił, że „jeden kardynał nie będzie decydował o przyszłości Polski” – nie może być traktowane jako obraza czyichkolwiek (szczególnie niewierzących) uczuć religijnych, ale jako naturalne w każdym państwie stwierdzenie faktu.

Brak zrozumienia dla tych prostych stwierdzeń niestety prowadzi nas do modelu państwa klerykalnego. A różnica między wizją toruńską a łagiewnicką – przy takim na nie spojrzeniu – dotyczy nie tyle roli przypisywanej duchownym czy biskupom, a jedynie poglądom politycznym jakie za nimi stoją. Katolicyzm łagiewnicki i toruński łączy zatem ze sobą wiara w to, że Kksiądz, a już szczególnie biskup jest istotą nieomylną z natury, a świeccy powinni mu być we wszystkim, także w swoich wyborach politycznych podporządkowani. Różnią natomiast wyłącznie akceptowane przez nie autorytety. Dla jednych jest nim o. Rydzyk, dla drugich abp Życiński czy kard. Dziwisz. Ale tak w jednym jak i drugim przypadku nie ma miejsca na realne działanie świeckich, którzy sami biorą za nie odpowiedzialność w życiu społecznym, i sami za swoje decyzje odpowiadają. Słowem nie ma miejsca na rolę jaką świeckim politykom, działaczom społecznym czy publicystom przyznaje Sobór Watykański II.

Publikujemy za uprzejmą zgodą Autora

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code