Refleksja

Deszcz

Deszcz

Szymon Gurbin

Z mapą w rękach i nosem przylepionym do szyby autobusu jadę przez miasto, które przytłacza mnie tym, że jest wielkie, obce i tak bardzo odległe od osób i miejsc dla mnie najważniejszych. W zgiełk ulicy wplecionych jest tu tyle języków, że przynajmniej moja nieszczęśliwie polska inność, na którą, jak to ktoś powiedział, mam papier i cały system zachowań, nie stanowi dla mnie większego balastu. Zresztą w tym tłumie czuję się tak, jak by mnie nie było, a że dwa dni temu kupiłem sobie ciemno-zieloną kurtkę, więc widać mnie jeszcze mniej na tle jesieni, która trwa tu chyba całą zimę.

Jestem kroplą tzw. trzeciej fali polskiej emigracji. Spadło już na wyspy brytyjski tych kropel wiele i pada dalej, ale przecież każdy jest tutaj przyzwyczajony do deszczu. Pytanie tylko, co po tej ulewie tu wyrośnie, a ile zostanie zwyczajnego błota, w którym się utapla Zjednoczone Królestwo.

Każdego dnia spotykam Polaków, którzy przyjechali tu z tak bardzo różnych krajów: Rzeczpospolita Polska nr II, Rzeczpospolita podziemna AK-owsko, Polska Rzeczpospolita Ludowa, Rzeczpospolita podziemna solidarnościowo, Rzeczpospolita Polska nr III, Rzeczpospolita podziemna ekonomiczno-intelektualnie, bowiem całe połacie kraju z biedy zapadły się w cywilizacyjną dziurę, z której od czasu do czasu postpegeerowsko-neandertalskie stwory wyjdą na powierzchnię i za przyczyną dużych sił witalnych dojadą do Dworca Victorii. Dużo tych ojczyzn, jak na niespełna 60 lat najnowszej historii. Historii, która nieustannie Polaków dzieli.

Wczoraj poznałem Darka. Kiedy w swoim rodzinnym mieście w Polsce dostał pracę w firmie zajmującej się montażem plastikowych okien, cieszył się jak dziecko. Nie zarabiał dużo, ale mógł już, razem ze swoją dziewczyną, wynająć malutkie mieszkanie. Wystarczyło zaledwie kilka miesięcy, żeby o oknach wiedział więcej od swojego szefa i kiedy tylko zadał sobie z tego sprawę, zaczął myśleć o rozkręceniu własnego interesu. Sprzedał kawałek ziemi, który dostał w spadku po śmierci ojca, kupił sędziwą furgonetkę, trochę narzędzi, wynajął sklep. Wierzył, że wszystko będzie dobrze, bo czemu miałoby być inaczej, skoro pracuje uczciwie, dużo, a na dodatek lubi to, co robi. Minął rok. Darek mieszka w jednym z londyńskich skłotów. Właśnie stara się doprowadzić do względnej normalności pokój w domu, który i tak w styczniu ma zostać zburzony. Styczeń jest jednak perspektywą dość odległą, a za dwa tygodnie do Londynu przyjeżdża Darka dziewczyna, więc chłopak robi co może, żeby skłot choć trochę przypominał dom. Od kilku dni jest już prąd, może niedługo uda się podłączyć gaz. Póki co, trzeba zapomnieć o gotowanych, domowych obiadach i ciepłej wodzie.

Siedzimy w dość dużym pokoju. Dwa fotele, krzesło, materac i szafa – wszystko znalezione, albo kupione za grosze z drugiej ręki. Stołem są drzwi położone na dwóch kartonach. Oparty o ścianę rower pozwala zaoszczędzić miesięcznie sporo pieniędzy. – Mieszkam tu już kilka miesięcy i nie pamiętam już, kiedy ostatnio wydałem pieniądze na bilet – Marek uśmiecha się do mnie. Siedzimy na podłodze, z kubkami gorącej herbaty w rękach. Rozglądam się wokół i rzuca mi się w oczy niedorzeczny pedantyzm, z jakim Marek dba o swój pokój na skłocie. Wszystko ma tu swoje miejsce, wszystko jest poukładane, ale nijak ma się to do tego, że cały dom mógłby posłużyć za scenografię do kręcenia filmu o wojnie w byłej Jugosławii.

– Dlaczego wyjechałeś?
– A dlaczego miałem zostać? Żeby każdego dnia z każdej strony dostawać w łeb za to, że chcę normalnie żyć i pracować? Kiedy założyłem swoją firmę, miałem wrażenie, jakby wszystkie urzędy stworzono tylko po to, żeby utrudnić mi życie. Idiotyczna biurokracja, ogromne podatki, łapówki przy przetargach i nieustanny strach, bo nigdy nie wiadomo, czy w tym miesiącu starczy pieniędzy na opłacenie wszystkich rachunków, kredytu w banku… Nie mówię już o wyjściu do kina, czy na piwo, bo czasem na takie „luksusy” po prostu nie było mnie stać…

Znam tę historię. Znam dziesiątki takich historii. Sam jestem taką historią. To nie do końca prawda, że moje pokolenie jest tu, bo mogło tak wybrać. Moje pokolenie jest tu, bo nie mogło wybrać inaczej. Ale nie zmienia to faktu, że to jakościowo zupełnie inni Polacy od tych, którzy przyjechali tu z powodu UB-ecji, tak samo, jak jeszcze inni są ci, których przegnało z kraju grudniowe ćwierkanie WRON.

Jadę autobusem przez pogrążony w deszczu Londyn i nie ma we mnie ani krzty narodowego wzdęcia, martyrologicznego uniesienia i ojczyźnianego patosu. Przyjechałem do tego kraju, bo na nowo poukładany świat, przynajmniej w teorii, usankcjonował mnie, jako pełnoprawnego obywatela zachodniej cywilizacji. Przed niczym, ani przed nikim nie uciekam, z nikim i z niczym nie muszę walczyć. Przy całej swej nieustannej paranoi Polska wreszcie jest krajem, w którym pomocować trzeba się przede wszystkim z życiem, a nie z demonami totalitaryzmów. Ze wszelkich -izmów co prawda pozostał solidnie ukorzeniony w narodowej tkance idiotyzm z całą gamą swoich odmian, ale jak dobry Pan Bóg da, to Polacy z czasem zmądrzeją, a kto wie, może nawet się nawrócą, jak to zwykł mawiać pewien znany mi pastor, który zawsze mi przypominał, żebym Słowo czytał, chwałę Panu oddawał we wszystkim, co robię, a gorzką żołądkową zawsze mroził przed spożyciem. Niby proste rady, ale niezastosowanie się do którejś z nich zawsze powoduje kaca.

No więc jadę autobusem przez pogrążony w deszczu Londyn, a jakiś ojczyźniany cymbał siedzący dwa metry za mną właśnie oznajmił swojemu druhowi, że chyba zaraz będzie wymiotował. Kątem oka upewniam się, że nie jestem w polu rażenia i błędnym wzrokiem szukam w drogi ucieczki przez autokarowy ścisk, bo za chwilę może być za późno, na szczęście jednak dla tutejszej komunikacji miejskiej i podróżnych linii 207 mój ziomek okazał się silniejszy niż jego gastryczne dolegliwości.

Kiedy autobus stanął, zakląłem pod nosem, bo deszcz lał jak z cebra a z przystanku do kościoła jest jakieś 60 metrów. Zanim otworzyłem mój wiecznie psujący się parasol, byłem już cały mokry. W ławkach prawie nie było już miejsc, chociaż do niedzielnej mszy o godz. 19.00 brakowało jeszcze dobrego kwadransa. Przez mokre okulary najpierw rzuca mi się w oczy ciałokształt rodaczki z ławki obok, a zaraz potem uderza mnie to, że trzy czwarte obecnych tu osób to dwudziestoparolatkowie. Wielu z nich ma obok siebie swoją drugą połowę i na dobry kilometr od tego towarzystwa trąci odnowami w Duchu Świętym, oazami, neokatechumenatami…

Kiedy kościelny tłok zmieniał się w coraz luźniejsze grupki osób spieszących do swoich autobusów, które z Ealingu rozjechały się po całym Londynie, pomyślałem sobie, że z tego deszczu jednak coś może wyrosnąć. Nie to, żebym był sentymentalny, ale jednak gdzieś głęboko te wszystkie pokolenia są do siebie podobne…

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code