Refleksja

Mądry Polak po szkodzie

Mądry Polak po szkodzie?

Rozmowa o przyszłości polskiej edukacji z autorami Deklaracji Obywatelskiej „Edukacja dla Rozwoju” – Antonim Kamińskim, Aliną Kozińska-Bałdygą, Mirosławem Kruszyńskim, Krzysztofem Pawłowskim, Jerzym Stępniem, Aleksandrem Surdejem i Krzysztofem Szczerskim.

Tekst tej rozmowy w skróconej wersji ukazał się w „Przeglądzie Powszechnym”

2001 n. 11 (963) ss. 214-223.

Krzysztof Mądel SJ: Komunistyczna propaganda podtrzymywała w nas przekonanie, że edukacja stoi w Polsce na wysokim poziomie. Dzisiaj wiemy, że to nieprawda. Mimo iż w III RP liczba studentów potroiła się, nadal daleko nam od standardów europejskich. W krajach UE wykształcenie najniższego stopnia należy do rzadkości: w Irlandii legitymuje się nim, co prawda, jeszcze 24% ogółu obywateli, a w Szwecji — już tylko 7%. Tymczasem w Polsce prawie połowa społeczeństwa zatrzymała się na poziomie szkoły zawodowej lub podstawowej. Uczymy się za mało, a nadto uczymy się nie tak, jak trzeba. Nasi magistrowie przegrywają z innymi, bo nie potrafią posłużyć się zdobytą wiedzą — brak im umiejętności praktycznych. Nie umieją pisać esejów, rozwiązywać problemów, słabo posługują się językami obcymi. Nasz system kształcenia nie wykracza poza szkołę czy uniwersytet, a nadto sprawia wrażenie, jakby był stworzony jedynie dla wąskiej grupy najbardziej ambitnych „konsumentów wiedzy”, natomiast wszystkich innych uczestników procesu kształcenia traktował jak „artefakty”. Największą przegraną w tym systemie jest innowacja, samodzielność, zdolność kreatywnego myślenia oraz umiejętność współpracy z innymi — tych ważnych liberalnych cnót nie tylko nie potrafimy kształcić, ale wręcz je „zwalczamy” u naszych studentów. Jak to zmienić?

Aleksander Surdej: Uważam, że zmiany następują — i to na lepsze. Na naszych oczach trwa demokratyzacja szkolnictwa wyższego. Racjonowane poprzednio studia wyższe stały się dostępne dla szerokich rzesz młodzieży. Uniwersytety, politechniki, akademie pączkują w mniejszych lub całkiem małych miastach. Jeśli owe oddziały, filie i szkoły wyższe przetrwają, to wraz z nadejściem niżu demograficznego zapewnią miejsce studiowania dla 40-60% każdego rocznika młodych Polaków. Prasa amerykańska odnotowała, że w 2000 roku liczba wykształconych obywateli Chin po raz pierwszy przekroczyła liczbę Chińczyków, którzy otrzymali dyplomy radzieckich uczelni. W ciągu dziesięciu lat po odzyskaniu niepodległości dyplomy ukończenia studiów wyższych uzyskało więcej młodzieży niż w ciągu ćwierć wieku w PRL-u. Moglibyśmy zatem mieć pewne powody do zadowolenia, gdyby nie… No właśnie, wydaje się, że „umasowienie” kształcenia na poziomie wyższym nie idzie w parze ze wzrostem jego jakości. Punktem odniesienia dla szkół wyższych i ośrodkiem promującym jakość oddziaływania mogłyby stać się elitarne szkoły lub programy tworzone w ramach już istniejących szkół wyższych. Nie możemy pocieszać się świadomością tego, że wiele polskich uczelni przygotowuje studentów lepiej niż większość uczelni w Europie Zachodniej — o czym świadczą wyniki polskich studentów powracających z wymian w ramach programów europejskich. Gorzej jest z przybliżaniem się do poziomu oferowanego przez najlepsze amerykańskie uniwersytety. Wymagania rynku pracy rosną. Wydaje się, że polskie uczelnie wyższe zostały uśpione łatwym sukcesem mierzonym wzrostem ilości studiujących. Pora na działania poprawiające jakość oferowanego kształcenia. Nie możemy jednak liczyć na to, że rynek edukacyjny samoczynnie oczyści się z ofert kiepskiej jakości. Trwałoby to zbyt długo i byłoby nazbyt szkodliwe dla Polski. Potrzebne są działania certyfikujące szkoły według jakości oferowanych programów. Potrzebna jest także kampania uwrażliwiająca rodziców i młodzież na pułapki, jakie niesie w sobie decyzja o tym co i gdzie studiować.

Krzysztof Szczerski: W moim przekonaniu pytania o poziom edukacji nie należy sprowadzać do zagadnienia ilości informacji przekazywanych przez nauczyciela uczniowi. W dzisiejszym świecie wielość informacji i mnogość kanałów, której umożliwiają do niej dostęp jest tak wielka, że problemem staje się raczej ich selekcja i umiejętność wyboru, dostosowania zakresu wiedzy do potrzeb odbiorcy. Nauczyciel musi przede wszystkim nauczyć dokonywania wyboru, który nie byłby wyborem przypadkowym, lecz konsekwencją obrania pewnej drogi logicznej, opowiedzeniem się za pewną teorią. Drugim ważnym elementem jest zdolność do kojarzenia, tworzenia logicznych ciągów myślowych z danych zebranych z wielu źródeł — jednym słowem umiejętność syntezy, powiedziałbym, syntezy funkcjonalnej tzn. takiej, której efektem byłaby wiedza potrzebna w codziennym życiu. Obserwując studentów pierwszego roku stosunków międzynarodowych na UJ można dojść do wniosku, że o ich otwartość na informację, zdolność poszukiwania jej źródeł, umiejętność poruszania się we współczesnych nośnikach danych nie należy się martwić. Natomiast problemem jest, według mnie, nie dostrzeganie łączności pomiędzy poznanymi teoriami, dostrzeganymi faktami publicznymi i budowaniem propozycji praktycznych zmian otaczającej rzeczywistości. Wiedza jest dostępna, ale coraz bardziej uznawana jest za coś odrębnego od rzemiosła. W przekonaniu studentów, a zapewne i dużej części społeczeństwa, nauka nie jest podstawą do działań publicznych w Polsce. Poza przekazywaną wiedzą zadajemy sobie pytanie: „No dobrze, a jak to jest naprawdę? Jak naprawdę się to robi?” Dlaczego tak jest? Z jednej strony, można to uznać za słabość samej teorii, która nie potrafi dobrze opisać zjawisk zachodzących w dzisiejszej polityce, społeczeństwie. Po drugie, ważnym elementem zniekształcającym rzeczywistość publiczną w Polsce jest nieprzejrzystość mechanizmów w niej działających, ról i powodów zachowań poszczególnych aktorów, po trzecie wreszcie, nauka o polityce nie cieszy się wśród samych polityków wielkim szacunkiem i preferowani są raczej ludzie „skuteczni”, a nie — „roztropni”.

Krzysztof Pawłowski: Na problemy szkolnictwa wyższego patrzę z dwóch stron — oczywiście z perspektywy prowadzonych przeze mnie dwóch szkół wyższych WSB-NLU w Nowym Sączu oraz WSB w Tarnowie, ale także jako obywatel i polityk edukacyjny. Jedyną zmianą na lepsze jest wzrost liczby studentów — teraz wszyscy narzekają na obniżenia poziomu, ale przecież absolwenci szkół wyższych w większym stopniu stają się świadomymi obywatelami i rzadziej niż inni czekać będą bezczynnie na pomoc państwa.
W szkolnictwie państwowym poza wzrostem liczby studentów i fragmentarycznymi działaniami efektywnościowymi nadal panuje luksus wydawania państwowych pieniędzy i narzekania na to, że budżet (politycy) nie chce dać więcej. Do absurdu doprowadzono autonomię uczelni wyższych — państwo daje pieniądze, ale nie ma prawa (albo nie potrafi) regulować liczby miejsc na wybranych (np. ważnych dla gospodarki) kierunkach studiów. Tak więc państwowe uczelnie „produkują” w zapale i za państwowe pieniądze nadmierną liczbę lekarzy (wiadomo, że już teraz pracuje ich za dużo, więc będzie bezrobocie wśród lekarzy, chyba że chcemy kształcić lekarzy na najdroższych studiach dla bogatszych od nas państw w UE), nauczycieli (wiadomo, ze następuje zasadnicza zmiana demograficzna), wąskich specjalistów dla hutnictwa, rolnictwa i tym podobnych dziedzin.

Wciąż istnieje monopol na środki publiczne zastrzeżony dla uczelni państwowych. Ciekawy jestem np. czy ktoś w MEN, MF czy NIK zrobił badania efektywności inwestycji (z budżetu na to idzie ponad 400 mln zł) w uczelniach państwowych porównując np. średni koszt budowy 1m2 nowych obiektów w szkołach państwowych i niepaństwowych.

W czasie najbliższych 5-8 lat widzę takie oto najważniejsze zadania dla całego szkolnictwa wyższego: (A) Od wprowadzenia skutecznego systemu przemian jakości poprzez wprowadzenie obowiązującego systemu akredytacji (licencjonowania) dla wszystkich bez wyjątków uczelni i odbieranie uprawnień do nadawania tytułów i dyplomów państwowych uczelniom (wydziałom) kierunkom, które nie spełniają wyznaczonych standardów. To musi zawierać jedno zastrzeżenie — że wprowadzony system akredytacji nie będzie nastawiony wyłącznie na standardy oczekiwane przez profesurę, ale będzie uwzględniał interesy studenta — odbiorcy usługi edukacyjnej. (B) Wprowadzenie konkurencyjności poprzez zasadę bonu edukacyjnego — pieniędzy idących za studentem. Bez wprowadzenia konkurencji w ubieganiu się o środki publiczne nie uzyskamy w Polsce wyraźnego wzrostu poziomu kształcenia i uzyskania większej efektywności w wykorzystywaniu środków budżetowych. Demonopolizacja w obszarze szkolnictwa wyższego przeprowadzona jest zbyt wolno — wreszcie studenci szkół niepaństwowych uzyskali dostęp do stypendiów.

Krzysztof Mądel SJ: Chcę wrzucić jeszcze jeden kamyczek do ogródka zarządzania oświatą, zwłaszcza tą publiczną. Zupełnie niedawno nasze izby ustawodawcze przyjęły niemal jednogłośnie ustawę o długoterminowym finansowaniu rozbudowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta decyzja zagwarantowała krakowskiej uczelni napływ środków budżetowych w wysokości do 600 milionów zł w ciągu najbliższych 10 lat. Istnieje jednak pewne nieszczęście w tym szczęściu, a polega ono na tym, że po otrzymaniu takiej hojnej publicznej obietnicy publiczna uczelnia niechybnie spocznie na laurach… Tymczasem każda nie-publiczna instytucja, otrzymawszy choćby niewielką cześć takich publicznych środków, natychmiast rozpoczęłaby dalsze poszukiwania i z powodzeniem zgromadziłaby dwa, trzy razy więcej pieniędzy własnym staraniem. Mówiąc inaczej (i trochę z przekąsem), finansowanie publicznej oświaty niemal wyłącznie z publicznej kasy jest mało opłacalne. Moim zdaniem, publiczny mecenat zasługuje na lepsze traktowanie. Po pierwsze, przysługuje mu prawo lekceważenia tych, którzy liczą wyłącznie na niego, z drugiej zaś strony, ciąży na nim obowiązek liczenia się z każdym groszem oraz z każdym pomysłem na jego efektywniejsze wydatkowanie. W przeciwnym razie na naszych oczach dokona się coś, przed czym tak mężnie bronili się nasi przodkowie, a mianowicie — mimowolne upaństwowienie oświaty. Kiedy cesarz Franciszek Józef znosił przywileje Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby z samorządnej i poniekąd samowystarczalnej instytucji społecznej uczynić swoją agendę imperium, to wielu profesorów krakowskiej Uczelni wybierało na znak protestu drugorzędne katedry, byle tylko zachować język polski wykładów i bronić własnej niezależności. Tymczasem dzisiaj każdy rektor uczelni publicznej w Polsce marzy jedynie o tym, aby stać się faworytem rządu i potem… już o nic więcej się nie martwić. Nawet w scentralizowanej Francji jest to nie do pomyślenia. Niepubliczne nakłady na naukę są tam proporcjonalnie dwa razy wyższe niż w Polsce. Uczelnie i instytuty naukowe same szukają środków i robią to w sposób bardzo profesjonalny.

Alina Kozińska-Bałdyga: Zanim powiem o tym, co obecnie, moim zdaniem, jest najbardziej potrzebne polskiej oświacie, chcę odnieść się do przeszłości. Nie będę wspominała przeszłości odległej, ale zwrócę uwagę na ostatnie dziesięć lat. To nie państwo utworzyło i podarowało nam szkoły społeczne — wywalczył je oddolny ruch rodziców i nauczycieli. Społeczeństwo przerwało monopol państwa na prowadzenie szkół. Także powstanie szkół integracyjnych i nowe prądy w edukacji dzieci niepełnosprawnych zawdzięczamy „oddolnym” działaniom rodziców. W początkach lat dziewięćdziesiątych powstało szereg organizacji pozarządowych, które upowszechniały w Polsce aktywne metody pracy z uczniami, pracę projektami, nowe programy edukacyjne. Wspomnę tylko o kilku programach, ale było ich znacznie więcej. Filozofia dla Dzieci, Przedsiębiorczość, KOSS (kształcenie obywatelskie w szkole samorządowej) czy Edukacja w Naturze i Zielony Certyfikat — wszystkie te programy przygotowywały i w praktyce wprowadzały reformę oświaty. Niezależnie od tego, jak ją ocenimy, to trzeba podkreślić, że innowacje pochodziły z oddolnych działań. Różnie w różnych okresach były one przyjmowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Raz łatwiej raz trudniej było uzyskać na nie akceptację. Najważniejszym pytaniem jest to, jak te zmiany upowszechnić. Jak spowodować, by podnosiła się jakość pracy każdej szkoły, by każdy nauczyciel udoskonalał swoją pracę. Doświadczenia innych krajów są jednoznaczne. To rodzice i środowiska lokalnych odbiorców usług edukacyjnych najefektywniej wpływają na wprowadzanie zmian. Zmiany muszą być przygotowane przez fachowców, często niezależnych, muszą być akceptowane przez władzę, ale ich upowszechnienie jest możliwe jedynie wtedy, gdy wymuszą je sami odbiorcy usług edukacyjnych. Dlatego tak bardzo cieszy powstający coraz silniejszy ruch rodziców. Na Śląsku, na Wybrzeżu czy w Warszawie powstają stowarzyszenia rodziców działających na rzecz lepszej pracy szkoły ich dziecka. Ale za najważniejsze i najciekawsze zjawisko uważam program „Mała Szkoła”, który wyrósł z protestów rodziców i nauczycieli ze szkół wiejskich. W miejsce szkoły zlikwidowanej przez władze samorządowe, zazwyczaj w oparciu o specjalnie tworzone stowarzyszenie wiejskie, lokalne społeczności zaczęły zakładać własne szkoły. Powstanie w pierwszym roku istnienia programu ponad 60 takich szkół prowadzonych już nie przez gminę, ale maleńkie stowarzyszenie uważam za początek zmian — wręcz rewolucyjnych — na wsi. Może statystycznie to nie jest wiele, jeśli weźmie się pod uwagę, że w wyniku reformy zlikwidowano ok. 3 tysięcy wiejskich szkół, ale to dopiero początek. Wieś uczy się na przykładach. W tym roku tych szkół powstanie więcej niż drugie tyle. I mam nadzieję, że jeśli jako społeczeństwo pomożemy i państwo też pomoże, to w przyszłym roku żadna szkoła na wsi nie zostanie całkiem zlikwidowana, tylko będzie przekazana lokalnej społeczności. Zmiany wywołane zakładaniem stowarzyszeń i prowadzonych przez nie Małych Szkół dotyczą nie jedynie samej szkoły. One przestawiają relacje pomiędzy dotąd bierną ludnością wiejską a lokalną władzą. Zmieniają dominującą w naszym społeczeństwie postawę roszczeniową wobec państwa na postawę obywatelskiej odpowiedzialności. Przy czym doświadczenia pracy tych szkół pokazują jednoznacznie, że szkoły te są bardziej ekonomiczne, mają ciekawszą ofertę zajęć i lepiej pracują niż szkoły prowadzone przez samorząd. Stają się prawdziwymi ośrodkami rozwoju i edukacji wsi także osób dorosłych. Co zresztą, jeśli się zastanowić, jest oczywiste. Jeśli stowarzyszenie skupia rodziców i ma do prowadzenia jedną szkołę, to zrobi to na pewno lepiej niż samorząd, który oprócz tego, że ma tych szkół więcej, to jeszcze musi się zajmować drogami, wodociągami i wieloma innymi sprawami. Warto podkreślić, że najbardziej radykalna zmiana związana z reformą oświaty pochodzi ze środowiska wiejskiego, dotąd tak bardzo zachowawczego i mało innowacyjnego. Jakie szersze skutki społeczne będzie miało to, że ten dotychczas poniewierany chłop na wsi uwierzy, że nie jest obywatelem drugiej kategorii? I weźmie odpowiedzialność za otaczającą rzeczywistość na siebie? Wtedy program „Mała Szkoła” (http://free.ngo.pl/cio) okaże się nie tylko sposobem na ratowanie małych wiejskich szkół, ale drogą rozwoju całej wsi, a więc i Polski.

Mirosław Kruszyński: Po roku 1989 polski Parlament umożliwił tworzenie i funkcjonowanie samorządu terytorialnego w oparciu o zasadę pomocniczości. Reforma samorządowa upodmiotowiła społeczności lokalne, tzw. Małe Ojczyzny, które w przeszłości nie mogły same rozwiązywać swoich problemów. Samorząd Ostrowa Wielkopolskiego przyjął zasadę pomocniczości za podstawę swego działania. Ta zasada ogranicza monopolistyczną pozycję gminy, a w konsekwencji wpływa na efektywność ekonomiczną realizowanych usług, oddziela bowiem kompetencje gminy jako organizatora usług i gminy jako wykonawcy tych usług. Pozbycie się przez gminę roli wykonawcy usług nierzadko uwalnia gminę także od konieczności konkurowania z własnymi mieszkańcami na rynku działalności usługowej. Na dobrą sprawę, władze gminne nie powinny konkurować ze swoimi mieszkańcami. Jeśli nawet mieszkańcy nie prowadzą określonej działalności, to obowiązkiem gminy jest stwarzanie możliwości do wykonywania tych zadań przez samych mieszkańców. Władze samorządowe winny wyzwolić aktywność mieszkańców.

Zasada pomocniczości jest fundamentem przemian w zakresie zaspokajania zbiorowych potrzeb wspólnoty lokalnej przez samorząd gminy i należy stwierdzić z całą mocą, że przekazanie zadań na poziom wyższy może mieć miejsce jedynie wtedy, gdy zadania te będą wykonywane efektywniej, oszczędniej i bardziej fachowo. Zaś urzeczywistnienie w działalności samorządu gminnego zasady pomocniczości domaga się prywatyzacji usług komunalnych, gdzie prywatyzacja jest narzędziem, a nie celem.

Zasada pomocniczości konsekwentnie realizowana w Ostrowie Wielkopolskim powoduje aktywność grup społecznych w kierunku kreowania jakości usług oraz realizowania potrzeb mieszkańców zgodnie z ich oczekiwaniami. Samorząd Ostrowa Wielkopolskiego wychodzi naprzeciw potrzebom i inicjatywom zgłaszanym przez obywateli wspólnoty pamiętając o swojej roli: organizatora rynku usług, a nie wykonawcy. Proces zmian dotyczy m.in. oświaty. Rada Miejska Ostrowa podjęła uchwałę zezwalającą na założenie od 1 września 2001 r. dwu publicznych gimnazjów spółdzielczych. Z wnioskiem wystąpiły dwie spółdzielnie oświatowe, których założycielami byli nauczyciele oraz rodzice uczęszczających i edukujących się w szkołach ostrowskich dzieci. Organem prowadzącym dla publicznych gimnazjów będą Rady nadzorcze spółdzielni oświatowych. Spółdzielnie spełniły wszystkie wymogi stawiane przez prawo oświatowe.

Także od 1 września br. Osiedlowe Stowarzyszenie Krępianie będzie organem prowadzącym przedszkole publiczne w Ostrowie. Organem prowadzącym dla tego przedszkola był do tej pory samorząd miejski. Stowarzyszenie wystąpiło z wnioskiem o przejęcie placówki oświatowej. Po zakończeniu czynności formalno-prawnych Rada miejska podjęła decyzję o likwidacji publicznej samorządowej placówki przedszkolnej i przekazaniu jej stowarzyszeniu.

Prywatyzacji usług oświatowych powinno towarzyszyć uświadomianie społeczeństwa, że zmiana formy organizacyjno-prawnej nie musi wiązać się z utraceniem przez jednostkę oświatową statusu publicznego, zaś aktywność i samodzielność jednostek edukacyjnych od najniższego szczebla, pozwoli na wzrastanie w środowisku ze zdefiniowanymi pojęciami własności i współzarządzania, umożliwi zaangażowanie w życie małej wspólnoty nie ograniczone jedynie do zdobywania wiedzy, ale także do rozwiązywania innych potrzeb i problemów takiej wspólnoty.

Krzysztof Mądel SJ: Ruch stowarzyszeniowy jest jednak w Polsce bardzo słaby. Uczestniczy w nim znikomy procent obywateli, niewielki jest też zakres świadczeń oraz środków, jakimi dysponują stowarzyszenia. Czy to znaczy, że nadal żyjemy w „państwie urzędników”? I czy nasi samorządowcy nie są nazbyt samowystarczalni?

Jerzy Stępień: Może i tak, ale przecież obowiązkiem samorządu nie jest utrzymywanie stowarzyszeń. Istotą organizacji pozarządowej jest to, że funkcjonuje ona poza strukturami publicznymi i potrafi szukać pieniędzy nie w kasie rządowej czy samorządowej, ale poza budżetem. Dlatego samorząd powinien wspierać, tworzyć warunki do rozwoju stowarzyszeń, ale nigdy nie odbierać im samodzielności. We wspomnianym przez panią Alinę sporze o „małe szkoły” spotykają się ze sobą dwie racje. Z jednej strony, mamy odwieczne ambicje społeczności lokalnej, aby mieć własną szkołę, która stanowi przecież ośrodek kulturotwórczy, w której możny zrobić wesele, itd., a z drugiej strony, jest interes gminy, która liczy pieniądze i zastanawia się ile kosztuje utrzymanie szkoły w małej miejscowości. Wszystkie te racje muszą być jakoś wyważone. Ten proces już przebiega — na razie z wielkimi oporami, ale z czasem wszystko to się ułoży. To kwestia roku, dwóch.

Jeśli jednak jakieś stowarzyszenie przejmuje szkołę i prowadzi ją, to obowiązkiem samorządu jest wspierać taką inicjatywę — to sprawa bezdyskusyjna. Jeśli bowiem istnieje jakieś prężne środowisko edukacyjne, które jest wstanie zapewnić odpowiedni poziom kształcenia, to wtedy samorząd powinien maksymalnie pomagać takiemu środowisku.

W Polsce jeszcze bardzo długo będziemy się uczyć takiej pracy. Już teraz możemy się tego uczyć w Kościele, który od kilkudziesięciu lat bardzo świadomie i konsekwentnie proponuje organizację społeczeństwa w oparciu o zasadę pomocniczości. Ona zakłada, że człowiek jest odpowiedzialny za swój los i dopiero różne struktury poza rodziną, poczynając od organizacji różnego rodzaju, poprzez Kościół, władze lokalne, do rządu, partie polityczne itd. I dopiero wtedy, kiedy ta jednostka nie może udźwignąć swoich problemów, te organizacje powinny jej pomagać. To jest bardzo długa nauka. W Europie Zachodniej ten proces uczenia się nigdy nie został zerwany. Od chwili powstania Unii Europejskiej zasada pomocniczości jest podstawową zasadą organizującą życie społeczne. Traktat z Maastricht otwarcie odwołuje się do tej zasady. Nasza przyspieszona edukacja związana z wejściem do Unii Europejskiej może być znakomitą okazją do uczenia się czym jest pomocniczość, czym jest odpowiedzialność człowieka i rodziny za siebie.

My bowiem ciągle jesteśmy niewolnikami komunistycznego systemu myślenia, który zakłada, że państwo jest omnipotentne i zobowiązane zorganizować nam życie społeczne. Niedawno rozmawiałem z bardzo znaną profesor prawa, która na pytanie: jak rozumie państwo, powiedziała, że „to jest organizacja, która ma zaspokoić nasze potrzeby ponadjednostkowe”. A to nieprawda. Państwo nie jest od zaspokajania potrzeb zbiorowych. Państwo ma zorganizować przestrzeń, w której żyjemy — sądownictwo, wojsko, dyplomację, dobre prawo, warunki dla rozwoju kultury, edukacji. Natomiast państwo nie jest od tego, żeby organizować proces produkcji i dystrybucji dóbr. To robiło państwo komunistyczne, a my ciągle żyjemy w okowach starego myślenia. Politycy, wiedząc jaka jest mentalność społeczeństwa, siłą rzeczy wpisują się w tę mentalność. Ciągle „napinają mięśnie”, pokazują, że są w stanie to załatwić. Polityk nie może się przyznać, że czegoś nie potrafi, więc siłą rzeczy wchodzi w pewien rytm myślenia o państwie jako regulatorze życia społecznego, dystrybutorze dóbr wszelkich…

Krzysztof Mądel SJ: Ten komunistyczny ideał państwa jest kłamliwy także z tego powodu, że wstydliwie ukrywa przed opinią publiczną wielką część rzeczywistości — ludzi upośledzonych, bezdomnych, bezrobotnych…

Tomasz Sadowski: My dopiero teraz, w czasach demokracji zaczynamy mówić o swoich rzeczywistych problemach. Dawniej mówiliśmy tylko o tych problemach, które znajdowaliśmy w prasie. Jeśli ich nie było w prasie, to po prostu ich „nie było”. Teraz są, ponieważ istnieje wolność. Przy tej okazji pojawiają się rozmaite „paskudztwa”. Ale to jest właśnie ta pozytywna procedura, a mianowicie, że nareszcie możemy się wziąć za swoje sprawy.

Demokracja stwarza ogromną szansę rozwoju nie tylko dla osób potrzebujących czy dotkniętych rozmaitymi formami upośledzenia, braków, ale dla po prostu dla wszystkich. Rzeczywiste relacje międzyludzkie stwarzają pewną niedogodność dla jednych i dla drugich, tzn. zarówno dla potrzebujących, jak i dla tych, którzy mogliby pomóc, ale tu zawsze chodzi o pomoc: człowiek człowiekowi. Taką pomoc można organizować. Sądzę, że zawsze wydajniejsza jest taka pomoc, kiedy ktoś tworzy stowarzyszenie i zaczyna myśleć już nie tylko o jednej, dwóch osobach, ale o pewnych zaniedbaniach w relacjach społecznych na terenie gminy czy kraju. I właśnie tu pojawia się ogromna szansa rozwoju dla ludzi, którzy się otwierają na człowieka w potrzebie. Taki człowiek jest dla każdego z nasz ogromną szansą. Nie sposób wychować własne dziecko, wychować samego siebie, jeśli my nie rozumiemy problemów osób, które są gorzej od nas usytuowane w życiu. Jeśli tego nie rozumiemy, to co my w końcu rozumiemy? Czy zrozumiemy swoje potrzeby? Chyba nie. Jeśli potrafimy zrozumieć naszą własną, bardzo egoistyczną potrzebę dążenia wygód i do uciekania od odpowiedzialności, to dzięki człowiekowi potrzebującemu naszej pomocy możemy to w końcu zmieniać. Możemy uczestniczyć w jego nieszczęściu, krzyżu. Dostrzegamy jego problem i teraz sami musimy na nowo się zorganizować. To jest działanie długofalowe. Zaczynamy współpracować w grupie, często międzynarodowej. Nasze osobiste relacje rozwijają się, rozwijają się także relacje między rozmaitym kulturami. Zaczynamy lepiej widzieć samego siebie. Zaczynamy być wolni. Widzimy bowiem problem, który stoi przed nami, jakieś trudne zadanie, które wszakże nie jest nierozwiązywalne. Reagując na ten problem, zaczynamy się rozwijać.

W Polsce nadal niewielu ludzi uczestniczy w takim procesie edukacji. Prawie nie pomaga im w tym szkoła. Zazwyczaj Polacy włączają się w pracę stowarzyszeń dopiero wtedy, kiedy ich samych dotknie jakieś nieszczęście. Sądzę, że my ciągle jesteśmy dopiero na początku procesu uświadamiania sobie naszej wolności oraz płynących z niej zobowiązań. To jest także problem edukacji: chodzi przecież o takich profesorów i nauczycieli, którzy nie są egzekutorami wiedzy, ale rzeczywistymi mistrzami, przyjaciółmi w poszukiwaniu prawdy. Chciałbym, żeby kiedyś większa część narodu odczuła smak osobistego rozwoju, jaki daje aktywność na rzecz innych. Przecież wtedy pojawiają się w nas nowe umiejętności, odkrywamy na przykład, że mamy pewien wpływ na sprawy, które dotąd były poza naszym zasięgiem. Nagle jakość życia i sens życia zaczyna się zbliżać do sensu chrześcijańskiego. Głębia mojego życia dotyka Boga oraz człowieka, który jest moim bratem.

Umiejętność współdziałania z innymi to jest bardzo trudne zadanie. My dopiero zaczynamy się tego uczyć. Potrzeba nam wielu lat. Część polskich dzieci i młodzieży już teraz bierze udział w tym procesie, a jeśli nie ma dobrego przykładu w domu czy w szkole, to uczy się tego od Francuzów czy Niemców. Tam w działalność stowarzyszeń włączają się babcie i dziadkowie, ludzie, którzy wycofali się już polityki, z życia gospodarczego, ale posiadają sporo umiejętności. Amerykańscy nauczyciele zakładają chętnie drużyny piłkarskie, a matematycy prowadzą chóry — i robią to doskonale. Chodzi tu taki rodzaj autorytetu osobowego, który okupiony jest ciężką pracą. Jest tu także świadectwo: świadectwo aktywności, zrozumienia hierarchii wartości, szacunku dla innych. Czego może nauczyć nauczyciel, który tego wszystkiego nie ma? Jeśliby pracował tylko dla pieniędzy, to byłaby to jakaś tragedia zawodowa. Ja sam wypisałbym się z takiej pracy. Człowiekowi, który nie realizuje swojej wolności, może mieć tylko pretensje do świata — nic innego mu nie pozostaje.
Ludzi, którzy dobrowolnie angażują się w sprawy innych, nazywamy wolontariuszami, albo przypinamy im jakieś inne łatki, a tymczasem trzeba jasno powiedzieć, że nie ma rozwoju człowieka bez zaangażowania się w sprawy innych, często sprawy bolesne i trudne, a z punktu widzenia mojego egoizmu — nieprzydatne.

Jedną z naszych polskich porażek jest chyba to, że kiedy cieszyliśmy się z nowej Polski, z odzyskania wolności, to więcej było w tym radości z pewnej samodzielności politycznej na wysokim szczeblu (wielu ludzi po prostu cieszyło się tym, że znalazło się bliżej ważnych decyzji i bliżej budżetu), natomiast zabrakło nam rzeczywistego zaangażowania na rzecz dobra wspólnego. Zresztą bardzo wąsko pojmowaliśmy to dobro. Po drugie, przebudowa państwa i szybkie dostosowywanie go do wymogów Unii Europejskiej stało się dla nas pewnym nieszczęściem historycznym. Ja wierzę, że opierając się silniej na polskiej tradycji i kulturze, tak jak to rozumiała Konstytucja 3 Maja, moglibyśmy odzyskać znacznie więcej wolności obywatelskich. Tymczasem wychodząc ze starego centralistycznego systemu, niestety, podporządkowaliśmy się pewnej konieczności, którą szanuję, która jednak nie powinna pozwalać nam na żywienie złudnej nadziei, iż członkostwo w Unii Europejskiej samo z siebie wyrówna nasze zaległości w budowie społeczeństwa obywatelskiego. Tej sprawy nikt za nas nie załatwi. Tymczasem mam wrażenie, jakby przy ogromnym wysiłku na rzecz integracji z Unią brakło nam już sił na podjęcie paru inicjatyw, także paru ustaw, które rzeczywiście sprzyjałyby oddolnym inicjatywom społecznym.

Krzysztof Mądel SJ: A czy te braki nie biorą się również stąd, że nawet nasze kadry akademickie są skorumpowane? Nie chodzi mi tu o lekceważenie wymogów rzetelności naukowej, aczkolwiek i to się zdarza, ale raczej o erozję samego etosu profesora, wykładowcy?

Antoni Kamiński: Jeżeli profesor ma jakąś nieprawdopodobną ilość zajęć dydaktycznych, to na pewno się wyjaławia, traci kontakt z nauką i właściwie przestaje być pracownikiem naukowym. On staje się po prostu takim zawodowym sprzedawcą wiedzy. Na ogół się przyjmuje, że środowisko naukowe powinno samo się uleczyć. Nadmierne obciążenie dydaktyką trudno chyba nazwać korupcją, ale na pewno jest jakimś sprzeniewierzeniem się misji pracownika naukowego. Sądzę, że czymś znacznie gorszym jest tolerancja wobec nadużyć naukowych. Przecież parę osób zostało w Polsce na tym złapanych. Tu mogą wrzucić kamyczek do ogródka kościelnego: niedawno Uniwersytet Kard. Stefana Wyszyńskiego przyznał stopień magistra człowiekowi, który sądownie został skazany za plagiat. Myślę, że korupcja dotyczy u nas samej mentalności. Ludzie płacą za studia, ale nie wymagają za to dobrego kształcenia, a jedynie dobrego dyplomu, który potem przydaje się na rynku pracy. Kiedyś byłem świadkiem jak Wydział Zarządzania na Uniwersytecie Stanowym w Wellington spadł w rankingu z 4. miejsca na 6. I studenci zaczęli robić raban, bo to oznacza, że ich pierwsza pensja po skończeniu tego Uniwersytetu spadała o kilka tysięcy dolarów rocznie. Dlatego studenci przyszli do dziekana i powiedzieli: „Musi pan coś z tym zrobić…”.

Krzysztof Szczerski: W Deklaracji Obywatelskiej „Edukacja dla rozwoju” zdecydowanie mówimy o konieczności takiego przygotowywania się do członkostwa w Unii Europejskiej, które pozwoliłoby nam pracować, uczyć się, reprezentować swoje interesy i swobodnie konkurować w ramach systemu wspólnotowego. Polacy muszą zostać przygotowani do poruszania się w nowej rzeczywistości już teraz. Nie można pozwolić, by członkostwo w Unii Europejskiej jawiło się Polakom jako niepewność, która wywołuje poczucie zagrożenia.
Deklaracja określa, iż należy podjąć działania o dwojakim charakterze, a mianowicie informacyjnym i edukacyjnym. Informacja powinna zapewnić obywatelom wiedzę o podstawowych zasadach działania w Unii Europejskiej w sferze życia codziennego (wymogi higieny produkcji, prowadzenie ksiąg niezbędnych do uzyskania dopłat, przygotowywanie wniosków o udział w programach wspólnotowych, języki obce), a po drugie, w sferze polityki na styku Polska-Unia Europejska (jak funkcjonują posłowie w Parlamencie Europejskim, kto reprezentuje nasze interesy w Brukseli, itp.).

Natomiast edukacja społeczna powinna pomóc wszystkim grupom społecznym we włączeniu się do sfery aktywności na rynku, szczególnie na obszarach problemowych. Zadaniem tych działań powinno być zapewnienie współuczestnictwa w Unii Europejskiej wszystkich Polaków — każdego na miarę jego możliwości, nie mniej bez pozostawiania pewnych grup społecznych z góry na straconych pozycjach; jest oczywistym, że nie wszyscy w równej mierze skorzystają lub w ogóle odczują członkostwo w UE — celem edukacji społecznej w tym zakresie powinno być jednak to, aby nikt kto mógł skorzystać na członkostwie nie został tej możliwości pozbawiony w wyniku zaniechania działań ze strony władz publicznych czy organizacji obywatelskich.

Wydaje się, że ważna rola w edukacji społecznej powinna przypaść organizacjom obywatelskim. Jest tak dlatego, że większość z działań podejmowanych w ramach tej edukacji powinna mieć charakter „indywidualny” tzn. skierowany do potrzeb bardzo określonego kręgu odbiorców (gminy, powiatu) a nie mieć charakteru wielkich kampanii public relations. Stąd też niezwykle ważna rola dla partnerstwa władz publicznych i organizacji obywatelskich w przygotowywaniu projektów z zakresu edukacji społecznej.
Najważniejszymi czynnikami przybliżającym Polaków i Polskę do skutecznego funkcjonowania w Unii Europejskiej są szeroko rozumiane działania edukacyjne oraz praca organizacji obywatelskich, które już dziś realizują projekty z zakresu promocji przedsiębiorczości, samorganizacji społeczności lokalnych, rozwoju obszarów wiejskich itp., o charakterze tożsamym z podobnymi projektami realizowanymi w krajach UE.

Wniosek jest zatem jeden: to nie politycy i „europejscy gęgacze” zajmujący się promowaniem idei UE robią najwięcej dla dobra polskiego członkostwa w Unii, lecz sami obywatele w ramach działalności licznych stowarzyszeń i fundacji. Oznacza to, że radykalnie trzeba zmienić optykę patrzenia na przygotowania do członkostwa — skończyć z folderkami i konferencjami programowymi (te należy pozostawić dla potrzeb kampanii przedreferendalnej) a zająć się wspieraniem i popularyzowaniem rozwiązań już istniejących w mikroskali i dostrzec ich zasadniczy potencjał gwarantujący sukces Polski w UE.

Edukacja na rzecz członkostwa w UE opiera się zatem na następujących założeniach: Już dziś należy rozpocząć przygotowania nie do „wejścia do UE” ale do „członkostwa w UE”. Negocjacje akcesyjne określą warunki i narzędzia jakimi Polska będzie się mogła posługiwać w pierwszym okresie członkostwa; są to kwestie istotne ale nie należy poświęcać im całej uwagi. Najważniejszym problemem jest odpowiedź na pytanie — czy Polacy posiadają wiedzę i umiejętności niezbędne by owe warunki i narzędzia spożytkować dla swojego dobra. Polskie władze publiczne powinny w większym stopniu angażować swoją aktywność nie w informowanie i promowanie samej Unii Europejskiej (jest to pierwszorzędnym zadaniem samej Unii i ona je skutecznie wypełnia) ale na informowanie i promowanie polskich pomysłów na członkostwo w UE.
W zadaniu tym kluczowego znaczenia nabiera partnerstwo pomiędzy władzami publicznymi a organizacjami obywatelskimi. W partnerstwie tym najważniejszą rolę odegrać powinny organizacje, które dotychczas nie są postrzegane (także przez siebie) jako „pro-europejskie” — organizacje działające na rzecz rozwoju lokalnego, aktywizacji zawodowej, edukacji i samokształcenia, wspierania przedsiębiorczości, walki z marginalizacją. Unia Europejska jest bowiem, poza współpracą rządową, także wielką siecią rozmaitych powiązań samych obywateli i ich organizacji działających w małych środowiskach — jest to najzdrowsza i najaktywniejsza płaszczyzna jednoczenia się Europy.

Najważniejszym atutem Polski od pierwszego dnia członkostwa w UE nie będzie jej rola ani w strukturach politycznych (swoje miejsce trzeba sobie dopiero wypracować), ani w wielkich programach wspólnotowych (w wyniku negocjacji może się okazać, że do niektórych dostęp będzie opóźniony). Atutem Polski będzie „integracja obywatelska” — szybkie i skuteczne włączenie się naszych organizacji obywatelskich we wspólnotowy system współpracy i zasilania finansowego. To właśnie działania organizacji obywatelskich i samorządów terytorialnych mogą stać się głównym źródłem dostrzegalnej przez przeciętnego obywatela zmiany jego warunków życia po wstąpieniu do UE — tu leży klucz do sukcesu naszego członkostwa.

Krzysztof Mądel SJ: Dziękuję Państwu za rozmowę.

*****

Antoni Kamiński, pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN, członek zarządu Centrum im. Adama Smitha, do maja 2001 prezydent Transparency International – Polska

Alina Kozińska-Bałdyga, Centrum Inicjatyw Oświatowych w Warszawie

Mirosław Kruszyński, prezydent Ostrowa Wielkopolskiego

Krzysztof Mądel SJ, wykładowca Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie

Krzysztof Pawłowski, rektor Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu

Tomasz Sadowski, Fundacja Pomocy Wzajemnej „Barka” w Poznaniu

Krzysztof Szczerski, pracownik naukowy w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodwych UJ, współpracownik Kancelarii Prezesa Rady Ministrów RP (1998-2001), związany z Centrum im. Mirosława Dzielskiego w Krakowie

Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego RP

Aleksander Surdej, profesor Akademii Ekonomicznej w Krakowie, członek Instytut Finansów i Bankowości

Jesienią 2000 r. Prezes Rady Ministrów prof. Jerzy Buzek poprosił grono ekspertów o przygotowanie dokumentu określającego główne zadania państwa w dziedzinie edukacji. W wyniku tych prac 18 marca 2001 r. grupa złożona z kilkudziesięciu przedstawicieli środowiska akademickiego, gospodarczego, samorządowego oraz stowarzyszeń, wśród których znaleźli się także laureaci konkursu na Pro Publico Bono, ogłosiła dokument zatytułowany „Edukacja Dla Rozwoju”. 10 czerwca 2001 r. w Krakowie sygnatariusze tej deklaracji powołali do życia Obywatelski Komitet Edukacji Narodowej, który pragnie być rzecznikiem interesów obywateli na polu oświaty, a także promować pozaszkolne formy kształcenia.


rozpoczynając nowy wątek na Otwartym Forum, albo włącz się do wątku dyskusji o dzisiejszej szkole –>
szkoła, błogosławieństwo czy koszmar?

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code