Mistyka codzienności

Wanda

Przeżywanie codzienności

w pełni świadomości

Wanda

Do Abrahama brakuje mi mniej niż pięć lat. Mam ustaloną pozycję zawodową, a pracę umożliwiającą rozszerzanie płaszczyzn poznawczych, swoich i innych. Co należy zatem do moich trosk codziennych: przeżywanie codzienności w pełni świadomości.

Dobrze – powiedzą Czytelnicy Tezeusza – a co to znaczy? Otóż nie uciekanie do nieświadomości przy przeczuwaniu problemów trudnych, wymagających wysiłku, często zmuszających do przekroczenia siebie. Przed 15 latu miały miejsce wydarzenia, które były początkiem uczenia mnie takiego podejścia do faktu, że powołana zostałam do życia. Początkowo był bunt, że zostałam postawiona wobec niepodważalnego dla mnie dowodu istnienia Boga (później od niektórych kapłanów słyszałam, że to przeżycie subiektywne). I to nie osądzającego, ale przekazującego mi uczucie miłości, którego dotąd nie doznałam ani od rodziców, ani w wymiarze partnerskim. Przez lata od postawy sprzeciwu przechodziłam do akceptacji i szukania szans współistnienia. Znajomość naukowych metod badawczych przyczyniła się do tego, że jednocześnie byłam uczestnikiem ‘eksperymentu’ i jego obserwatorem.

Stąd dzisiejsza troska o bycie świadomym celu, etapu, przeszkód obaw i rozwiązań.

1. Konieczności utrzymywania codziennej relacji z Chrystusem.

Proponowana przez duchownych praktyka rannych i wieczornych modlitw, czy innego typu nabożeństw, przysparza mnie o mdłości. Podjęcie tej propozycji, mimo wewnętrznych oporów, prowadzi do odczucia gwałtu na własnej osobie. Jakie więc rozwiązanie – stopniowe nazywanie leków i przeszkód oraz dawanie sobie do nich prawa, aby w sposób naturalny osiągnąć przyzwolenie na ich przekroczenia. Z chwilą uzyskania pokoju wewnętrznego wszystko przychodzi łatwiej.

2. Przyjmowanie codzienności jako przestrzeni spotkania z wysłannikami Chrystusa.

Każdy dzień przynosi obowiązki, wobec siebie, wobec osób bliskich, znanych i nieznanych. Niektórym mogę sprostać, inne są dla mnie za trudne. Podejmowane mimo takiej świadomości ponoszą porażki. Staram się być taka, jakiego traktowania życzyłabym sobie od innych. Nie odrzucam osób, które mnie drażnią, gdyż one często, w sposób nieświadomy pokazują płaszczyznę zmian jakie muszę podjąć.

3. Nie przeprowadzam zmian na siłę… gdyż każdy ma swój czas

A jak zasady te wyglądają w praktyce?

Jestem ‘synglem’, choć nie oznacza to, że nigdy nie byłam kochana, ani też, że sama nie kochałam. Paradoksalnie doświadczałam obu miłości, ale w różnym czasie.

Od śmierci mamy pod moją opieką pozostaje też ojciec, chociaż nie jestem jedynym jego dzieckiem. Troską moją jest, aby odwrócić go od zamiaru odseparowania się od świata i oddania innym odpowiedzialności za siebie. Z zamiarem pozostawienia dla siebie wyłącznie prawa do krytykowania. Taką filozofię życia przyjął w ostatnich -nastu latach swojego małżeństwa. Po konsultacjach z lekarzami mam pewność, że nie ma żadnych ku temu podstaw chorobowych. Ot, fanaberie. Ale nie udaje mi się, przestawić jego punktu widzenia, w którym wszyscy są po to aby jemu było dobrze. Przerzucanie na mnie niechęci do współdziałania przepłaciłam już kłopotami komunikacyjnymi.

Po spotkaniach na uczelni z męską młodzieżą wnoszę, że przedmiotowo traktują niewiasty i to niezależnie od zajmowanej przez nie pozycji. Dlatego staram się, aby stawiać zadania budujące na ich marzeniach, które chcieliby samodzielnie realizować. Daję szansę wypowiadania się o własnych problemach. Jednocześnie pokazując, że należy aktywność podejmować samodzielnie. Oceniając efekty ich (również kobiet) wysiłków, staram się być sprawiedliwa, egzekwująca postępy na drodze edukacyjnej. Budowanie takiej przestrzeni nie przewidują programy nauczania. Robienie czegoś więcej może wywołać protest współzatrudnionych. Dlatego moją troską jest aby owa przestrzeń powstawała niejako bez mojego zaangażowania.

Jako wykładowca staram się o perfekcjonizm. Przy początku drogi dydaktycznej trudno znaleźć mistrza, raczej sama jestem przynaglana aby występować w takiej roli. W proces kształcenia weszłam stosunkowo późno i to na etap prawie finalny. Grono profesorskie jest hermetyczne, mało kto podzieli się doświadczeniem zawodowym. Pomoc w tym, jak od strony praktycznej przystąpić do przygotowywania wykładów, otrzymałam od wieloletniego ojca duchownego seminarium duchownego. I czego nie spodziewałam się, sposób ten sprawdza się. Zasadniczo dwu, albo trzy godzinne wykłady prowadzę wyłącznie korzystając z konspektu. Treści nie uczę się na pamięć. Troska moją jest nie tylko opanowanie materiału, zharmonizowanie go, ale ułożenie scenariusza prezentacji tak, aby słuchacz wyniósł z niego jak najwięcej. Aby przy kolejnym wykładzie dialogowanym podjął dyskusję.

Ostatnim elementem jest praca naukowa. Obserwując uczelnianą młodzież staram się odpowiedzieć na pytanie, kiedy oni na to znajdują czas? A w uczelni bez praw doktoryzowania zostaje też troska, aby ich wysiłki znalazły właściwe uznanie.

O wykonawcach mojego zawodu krąży anegdota, że najlepiej aby miał żonę i kochankę. Jednej powie, że jest u drugiej i nareszcie będzie miał czas na pracę.

W moich ‚zatroskaniach’ brak spraw finansowych. Ale dopiero od ostatnich dwóch lat. Poprzednio byłam na stałym deficycie. I nauczyłam się redukować potrzeby. Po rachunku ekonomicznym z wyposażenia mieszkania znikła pralka i lodówka, wprawdzie mam radio i telewizor, ale wystarczają mi nabytki sprzed 15 lat. Oszczędzałam też na cieple, co przyprawiło mnie o troskę niespodziewaną: przeziębienie kolan.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code