Ten Inny

Wanda – humanista miedzy technikami

Każda inność to kłopoty w zrozumieniu

Wanda Musialik

Komentarz odredakcyjny Malgosi:

By się wzajemnie rozumieć nie tylko należy mówić tym samym językiem.. Jest jeszcze .. kultura zawodowa, język korporacyjny, przyzwyczajenia czasu i miejsca. Wreszcie – stereotypy środowiskowe, czy powszechne wiązanie racji z autorytetem.

Często zamiast słuchać CO jest mówione, zbyt zwraca się uwagę na to KTO mówi.. często a priori odrzucając określone zdanie tylko dlatego, że NIE jest podparte środowiskowym autorytetem.

No bo :

Jak ktoś spoza branży, grupy zawodowej, instytucji czy nacji – „śmie” wyrażać swoją opinię..; jakim prawem ten „młodzik” ma „czelność” wypowiadać swoje zdanie, co”baba” może na ten temat wiedzieć, a „staruch” powinien siedzieć w domu i wygrzewać się przy piecu…

I tak, przez uleganie środowiskowym stereotypom – tracimy szanse na wzbogacenie naszego spojrzenia, utrudniamy sobie dojście do prawdy, czy uniemożliwiamy znalezienie dobrego rozwiązania problemu..

Poniżej relacja Wandy z osobistych doświadczeń – białego, humanistycznego konia w stadzie czarnych koni technicznego otoczenia 🙂

Wanda
Kiedyś, w chwili głębszej frustracji kolega – geograf również pracujący w tej samej technicznej uczelni, opowiedział mi jak sam radzi sobie w sytuacjach, kiedy zastanawia się co może ‚dać’ słuchaczom nastawionym na otrzymanie klucza do szybkiego wzbogacenia. Otóż streścił mi opowiadanie o zielonych krasnoludkach, którzy znależli się w bajce z bohaterami w czerwonych kubraczkach. Choć byli podobnie ubrani w kubraczki i takie same czapeczki, choć robili to samo takimi samymi narzędziami – to jednak czuli się nieswojo… Mam zdolność do ‚kładzenia’ wszelkich dykteryjek – więc i tu zapamiętałam tylko puentę: kiedy odeszły zielone krasnoludki do swojej bajki, te z czerwonymi kubraczkami czuły sie nieswojo. Długo nie wiedziały co się stało w końcu zauważyły, że straciły umiejętność dostrzegania barw, bo wszystko było w tym samym kolorze…

W czasie kiedy sama studiowałam na uczelni pedagogicznej otwarto kierunek ekonomiczny… Więc to nie takie dziwy… Ostatnio czytałam opinię amerykańskich naukowców, że studia humanistyczne lepiej przygotowują do przeżywania frustracji, niż odpowiadające im poziomem kształcenie techniczne. Ale może to normalność za oceanem, a nie u nas.

Na codzień jestem „białym koniem” w czarnym stadzie – humanistą wśród techników… A le gdy czasem zrobię wycieczkę do humanistycznego środowiska – jestem postrzegana przez „etykietkę” macierzystej, technicznej uczelni. Może dlatego, że nie jest typowym zachowaniem – obecnośc pracownika uczelni technicznej na obronie doktoratu z teologii 🙂

To nie żart, bo właśnie pod koniec poprzedniego semestru stałam się takim dziwolągiem. I nie tyle, że byłam gościem doktoranta ale, że zadałam pytanie.

Kilkakrotnie wracano do nazwy reprezentowanej przez mnie uczelni i to było ważne, nie zaś sens podniesionej kwestii. Dziwiło komisję znalezienie się na sali kogoś ‚stamtąd’ na wydziale teologicznym.

A mnie dziwiło ich zdziwienie… czyżby teologia posługiwała się tak hermetycznym językiem, że trudno przyjąć aby rozprawa byla zrozumiała przez kogoś obracającego się na codzień w nomenklaturze technicznej (?!).

A temat dysertacji był znaczący nie tylko dla duszpasterza, a właściwie dla każdego – bo obracał się (nomen omen) wokół zagadnień dialogu, prezentując poglądy od Lewisa do Tischnera.

Umiejętność rozróżnienia monologu, od komentarza, a jeszcze bardziej poznanie zasad właściwej komunikacji w coraz większym stopniu wpływa na poziom relacji nie tylko w wymiarze akademickim.

A jednak przy początkowych spotkaniach z osobami duchownymi przynajmniej parokrotnie zdażyły mi się nieporozumienia, a nawet dochodzenie do konsternacji. Ich przedmiotem stawało się odmienne zrozumienie tak samo brzmiących pojęć. Np. słyszałam opinię: ‚racjonalizujesz’ – i nie bardzo wiem czy mnie chwalą, czy też ganią. Wprawdzie z trzech opracowanych grantów, jeden został przyjęty i już zakończony – to jednak nie są to prace zasługujące na patent racjonalizatorski ;-). A poza tym o nich to raczej z owymi osobami nie rozmawiam – więc o co im chodzi?

Tu przypomina mi się sytuacja, kiedy na ćwiczeniach poświęconych charakterystyce kulturalnej i ekonomicznej regionów europejskich chciałam aby ich uczestnicy wymienili elementy sprzyjające rozwojowi, a także te, które hamują postęp. A oni wciąż używali określenia SWOT – nie zganiłam ich, a tylko obserwowałam jak rysują tabelki: po prawej stronie wpisując negatywy lub spodziewane przeszkody, a po lewej pozytywy czyli oczekiwane sukcesy. W końcowym efekcie osiągnięto zakładany przeze mnie skutek. Sama zaś poczekałam na dogodną sytuację, kiedy wyjaśnili mi tę dziwna nazwę. Była ona wiązana z pewnym specjalistycznym postępowaniem wymaganym przy tworzeniu programu zw. ‚strategią rozwoju regionu’; umiejętności wymaganej od pracownika administracji samorządowej przy staraniach o europejskie granty.

I wówczas wyszło, że chciałam od nich tego samego, tylko posługiwałam się innymi określeniami. Wzajemne otwarcie na obustronne potrzeby, możliwości i wymagania pozwoliły przekształcić schematyczne myślenie i ‚rozbroić’ sytuację konfliktową. Doszło do tego, gdyż w rozwiązywaniu gry strategicznej nie było rozróżnienia na tego kto mądrzejszy (choć to sama przygotowałam i kontrolowałam, żeby osiągnąć założone cele), z równej pozycji próbowaliśmy uczestniczyć w kształtowaniu sytuacji określonej symulacją.

W kręgach poznających zasady ‚królowej nauk’ wydaje się, że panuje przekonanie o ich wyższości nad tymi, którzy nie mieli szczęścia podążania śladami myślicieli starożytnich i chrześcijańskich. Kiedy sama prowadzoną metodologią uprawianego kierunku nauki staram sie nazwać spotykany problem; określić swoją pozycję wobec tego w jaki sposób go postrzegam – ze ich strony często mogę spotkać się z określeniem „wystawiania innym ocen z zachowań moralnych”. A to nie zrozumienie istoty założeń i celów owego postępowania. W centrum zainteresowań nie stawiam ‚zachowań moralnych’ a refleksje podejmuję relacje w obrębie zachowań grupy, rozróżnień etapów i specyfiki manipulacji, a także zachowań dozwolonych. I tu pespektywa historyczna przeplata się z potrzebami współczesnymi. Wciąż poszukuje sposobu wyprowadzenia z postaw zachowawczych, biernych wobec realizacji potrzeb swoich i o otoczenia. Zachowaniem tym zasłużyłam sobie na opinie „pragmatyczki’.

No cóż – nauczyłam się też, że pozytywniejsze wrażenie wywołuję, kiedy przechodzimy od sfery deklaracji do działania… i to nawet na owym wydziale, który w 2004 r. firmował mój pomysł konferencji naukowej i udzielił dla jej przeprowadzenia nie tylko sali wykładowej…


Chcesz opowiedzieć o swoich doświadczeniach „Obcego”?? Zapraszamy na Forum Otwarte

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code