Refleksja

Rozróżnienie: Historia jako nauka i Historia jako sztuka

Tradycyjne rozróżnienie między historią jako nauką, a historią jako sztuką

Norman Davies

Historyka muszą cechować dwa przymioty: skromność i odwaga. Skromność jest konieczna, byśmy znali własne ograniczenia; odwaga jest nieodzowna do tego, by wyrażać poglądy, które mogą być prawdziwe, lecz są niekonwencjonalne bądź niepopularne. Każda społeczność ma swoje ulubione mity i legendy na temat przeszłości; historyk, który podaje w wątpliwość zwyczajowe prawdy, nie zawsze jest miłym gościem. Naturalnie, każdy historyk, który pomimo niepewności i ryzyka ośmielił się wygłosić jakąś wyraźną tezę i zakwestionował pewne aspekty tradycyjnego stanowiska – a zatem uraził uczucia pewnych grup – musi się liczyć z krytyką.

Leopold von Ranke, wielki niemiecki historyk z XIX wieku, uznawany jest powszechnie za pioniera naukowego podejścia do historii – opartego na badaniach źródłowych i potwierdzonych faktach – w odróżnieniu od dawniejszej tradycji dziejopisarstwa, będącego kronikarską relacją bądź też artystyczną, subiektywną rekonstrukcją przeszłości. Niejednokrotnie przeciwstawia się naukowe, lecz jakoby nudne dzieła szkoły niemieckiej błyskotliwym i emocjonalnym filipikom mistrzów angielskich, takich jak Gibbon czy Macaulay. W istocie jednak opozycja ta – po dokładniejszym zbadaniu – okazuje się mitem. Historyk naukowy Ranke, którego Historia papieży wzbudziła sensację wśród współczesnych, był człowiekiem o bardzo zdecydowanych poglądach, podczas gdy Gibbon-polemista był świetnym znawcą tekstów starożytnych. Dziś większość uczonych zgodziłaby się, że zarówno analiza, jak i narracja, zarówno badania źródłowe, jak i sprecyzowany pogląd na dzieje są nieodzowne, aby przeszłość mogła stać się zrozumiała.

Mikrohistoria polega na dogłębnym przebadaniu jakiegoś bardzo wąskiego tematu, jak to uczynił Henryk Batowski w Ostatnim tygodniu pokoju i 31 sierpnia 1939. Makrohistoria oznacza coś zupełnie innego: nakreślenie szerokich ram pojęciowych czy ideologicznych pozwalających na interpretację faktów historycznych, np. twórczość Marksa i Engelsa w wieku XIX czy dzieła Arnolda Toynbee’ego w wieku XX. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z historią oglądaną przez mikroskop, w drugim zaś – przez teleskop czy z satelity. W konsekwencji otrzymujemy albo szczegółowe studia poświęcone bardzo wąskim tematom czy krótkim okresom, albo szeroko zakrojone opisy całych stuleci bądź państw. Rzecz jednak w tym, że obydwa podejścia są wzajemnie zależne.

Makrohistoryk, czyli architekt dziejów, nie może generalizować, jeśli jego koledzy mikrohistorycy nie dostarczą mu szczegółowych badań i monografii. Z drugiej strony, owoce mikrohistorii są pozbawione znaczenia, dopóki nie umieścimy ich w szerszych ramach tendencji i zjawisk rozwojowych.

Jeśli o mnie idzie, uprawiam historię zarówno w skali mikro, jak i w skali makro. Napisałem dwa tuziny studiów poświęconych takim tematom, jak „Brytyjski kapitalizm i nafta galicyjska” czy „Strategia dowództwa .Armii Czerwonej podczas bitwy warszawskiej”. Jestem autorem monografii, a także dużej pracy syntetycznej będącej klasycznym przykładem makrohistorii – chodzi o tysiącletnie dzieje kraju, który niegdyś był największym państwem Europy.

A zatem, kiedy zabieramy się do oceniania pracy historyka, musimy przestrzegać podstawowej zasady, by brać pod uwagę całe dzieło, a nie tylko jedną z części. Nie można rzetelnie krytykować pracy makrohistorycznej z tego powodu, że nie jest zgodna z wymogami mikrohistorii, tak samo jak nie można ganić pracy mikrohistorycznej za to, że nie zawiera uogólnień i ocen właściwych makrohistorii. Nie można atakować fragmentów historii narracyjne z tego powodu, że są narracyjne i nieanalityczne; nie można zarzucać syntezie tego, że jest syntetyczna, albo po wyłowieniu sądów polemicznych oburzać się na to, że są polemiczne. Sprawiedliwa ocena wymaga uwzględnienia całości: skali makro i skali mikro, narracji i polemiki, uogólnień i badań źródłowych.

Na Uniwersytecie Stanforda spotkałem się z poglądem – wyrażonym w druku – że historiografia polska jest „raczkująca”, tzn., że standardy, których oczekujemy od historyków zajmujących się Brytanią, Niemcami czy Stanami Zjednoczonymi, nie znajdują zastosowania w przypadku historyków badających dzieje Polski. Podejrzewam, iż teza ta oznacza tylko tyle, że na Uniwersytecie Stanforda niewielu uczonych jest w stanie czytać historiografię polską, nie wspominając już o wydawaniu sądów na jej temat.

W rzeczywistości jest to bowiem dziedzina bardzo dojrzała, i to od bardzo dawna. W wieku XV Polska wydała jednego z wielkich pionierów badań źródłowych – Jana Długosza, czyli Longinusa; w wieku XVIII pojawił się biskup Naruszewicz – jeden z pierwszych autorów obszernej historii narodowej, którą opierał – jak chciał później Ranke – na własnych badaniach archiwalnych. Każdy, kto w zeszłym tygodniu słuchał na tym uniwersytecie wykładu prof. Paula Knolla, wie o tym, iż po dziś dzień Polaków nie opuściło zamiłowanie do historii. Szkoda tylko, że Amerykanie, a w szczególności amerykańscy historycy, nie są tego faktu świadomi.

W przedmowie do Bożego igrzyska napisałem, że historyka muszą cechować dwa przymioty: skromność i odwaga. Skromność jest konieczna, byśmy znali własne ograniczenia; odwaga jest nieodzowna do tego, by wyrażać poglądy, które mogą być prawdziwe, lecz są niekonwencjonalne bądź niepopularne. Każda społeczność ma swoje ulubione mity i legendy na ten fakt przeszłości; historyk, który podaje w wątpliwość zwyczajowe prawdy, nie zawsze jest miłym gościem. Naturalnie, każdy historyk, który pomimo niepewności i ryzyka ośmielił się wygłosić jakąś wyraźną tezę i zakwestionował pewne aspekty tradycyjnego stanowiska – a zatem uraził uczucia pewnych grup – musi się liczyć z krytyką. Teza i antyteza, twierdzenia i zarzuty to nieodzowne składniki wolnego życia akademickiego.

Żaden historyk nie może się skarżyć na to, że jego prace są atakowane. Na odwrót, powinien się z tego cieszyć. Atak i kontratak to jedyna droga do większej jasności. Historyk ma jednak prawo oczekiwać, że argumenty i zarzuty będą formułowane otwarcie, a nie gdzieś za kulisami. Historyk ma prawo oczekiwać, że jego krytycy powołają się na fakty, a nie po prostu będą go krytykować na gruncie własnych interesów bądź uprzedzeń. Ma prawo oczekiwać, że w stosunku do siebie będą stosować te same standardy, do których odwołują się w swoich polemikach. Krytyka, która jest dziełem uczonych wydających negatywne sądy niepoparte żadnymi dowodami, która pochodzi od osób niegoszczących nigdy w archiwach ani nieobeznanych z dokumentami dotyczącymi dziedziny będącej przedmiotem krytyki, która wreszcie jest formułowana przez autorów niezdolnych do tego, by zapoznać się z owymi dokumentami w wersji oryginalnej, nie jest krytyką, tylko przesądem. Nie jest wyrazem uczciwej różnicy zdań między uczonymi, gdyż opiera się na zwyczajnej niewiedzy.

Każdy z nas, jak powiada Pismo, widzi „jakby w zwierciadle, niejasno”. Historycy nie są pod tym względem wyjątkiem. W wielu sprawach trudno dojrzeć pełną prawdę. Nie należy więc ufać tym, którzy arogancko twierdzą, że ich rozumienie historii jest prawdą ostateczną, a każda odmienna interpretacja jest fałszywa. Rzetelne badania historyczne nie wymagają od nas, byśmy przedkładali jakąś wersję przeszłości nad inną. Ta dyscyplina wymaga jednak tego, byśmy uznali swoje ograniczenia i pogodzili się z wielością punktów widzenia, a także opierali swoją krytykę na znajomości dokumentów i archiwaliów.

„CAMPUS REPORT”, STANFORD UNIVERSITY, 4 CZERWCA 1986

Przekład: Andrzej Pawelec

Artykuł pochodzi z książki „Smok Wawelski nad Tamizą”. Publikujemy za uprzejmą zgodą Wydawcy – Redakcji Miesięcznika Znak

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code