Duchowość ignacjańska

Szkoła życia i odwagi

Spread the love

Szkoła życia i odwagi

Dariusz Piórkowski SJ

Najbliższy prawdy będę chyba, jeśli rekolekcje określę jako rozpiętą w czasie i rozłożoną na etapy wędrówkę, w której uczę się życia z Bogiem i dla Boga, życia z człowiekiem i dla człowieka, życia z sobą i dla siebie. Nie przenoszę się również na 8 dni do idealnego świata, lecz wchodzę z całym bagażem zebranych doświadczeń w proces głębszego rozumienia mojej osobistej historii, powołania i czasów, w których przyszło mi wieść mój żywot.

Na wędrownym szlaku

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Ćwiczeniach Duchownych, byłem nimi zachwycony. Pomyślałem sobie, że muszę je odprawić. Ale po chwili zawahałem się: „Czy sprostam temu wyzwaniu? Tyle dni modlitwy, milczenia i odosobnienia? Nie. To nie dla mnie”. Błędny wniosek. Nie wziąłem pod uwagę ważnej rady Goethego: „Jeśli możesz coś zrobić lub marzysz, że mógłbyś to zrobić, po prostu zabierz się za to. Odwaga ma w sobie moc i geniusz”.

Dzisiaj wiem, że zamiast chowania głowy w piasek, warto było zaryzykować. Z perspektywy czasu, rekolekcje ignacjańskie uważam za wspaniałą duchową przygodę, nie pozbawioną wszakże zawirowań i trudności, z całą paletą przeżyć i doświadczeń, która toruje drogę do przemiany człowieka od samych fundamentów. Dzięki Ćwiczeniom Duchownym wciąż odkrywam (jako jezuita odprawiam je co roku), że życie jest o wiele barwniejsze, złożone i pasjonujące, niż to się na pozór wydaje. Spotkanie z Bogiem i z sobą samym – gdyż to jest sedno tych rekolekcji – otwiera takie możliwości człowieczeństwa, o których w codzienności niemal się nie pamięta, a bez ich rozwoju trudno chyba mówić o postępie duchowym. Co więcej, dobroczynny wpływ duchowości św. Ignacego sprawia, że w moim życiu powoli stępia się ostry podział na sferę świecką i religijną, okres na i po rekolekcjach. Bo autentyczne przeżycie Ćwiczeń, chociaż niewątpliwie jest to czas uprzywilejowany, nie kończy się po opuszczeniu domu rekolekcyjnego, lecz rozpościera się na nadchodzącą przyszłość.

Próbując znaleźć jakieś wyrażenie, które oddałoby „w pigułce” charakter corocznych rekolekcji, natrafiam na niemałą trudność. Nie ładuję podczas nich duchowych baterii, nie chronię się do oazy spokoju przed mozołem i uciążliwościami życia, ani nie pławię się w euforii i patetycznych uniesieniach. Najbliższy prawdy będę chyba, jeśli rekolekcje określę jako rozpiętą w czasie i rozłożoną na etapy wędrówkę, w której uczę się życia z Bogiem i dla Boga, życia z człowiekiem i dla człowieka, życia z sobą i dla siebie. Nie przenoszę się również na 8 dni do idealnego świata, lecz wchodzę z całym bagażem zebranych doświadczeń w proces głębszego rozumienia mojej osobistej historii, powołania i czasów, w których przyszło mi wieść mój żywot. Wszelako na poszczególnych etapach tej wędrówki dominuje specyficzne zabarwienie. Każdego roku jakiś aspekt życia wysuwa się na czoło, w zależności od charakteru i intensywności wydarzeń, w jakich uczestniczyłem. W pewnym sensie podstawowe rysy i przebieg rekolekcji kształtują uprzednie koleje dialogu z Bogiem w prozie życia, które wbrew pozorom nie jest statyczną, lecz dynamiczną rzeczywistością. Słowem, w codzienności zarówno kontynuuję jak i przygotowuję się do tych szczególnych dni skupienia. A ponieważ życie obfituje w sukcesy i porażki, nie szczędzi prób i błędów, toteż moje rekolekcje przybierają rozmaitą postać.

Duchowa mozaika

Czasem przypominają mi przemierzanie bezkresnej pustyni, na której odzywa się ukryte w sercu, tajemnicze, a jakże fundamentalne dążenie: pragnienie Boga. Spod zwałów nadmiernej aktywności, mnogości bodźców, tysiąca problemów i zajęć, poczucia równoważności spraw, nagle wyłania się ta niepokojąca tęsknota, którą w tzw. realnym życiu na różne sposoby próbuję przyćmić lub zagłuszyć. Na modlitwie trwam w tym tęskniącym pragnieniu, nawet jeśli mam wrażenie, że zanurzam się w pustce. Równocześnie odczuwam mniej lub bardziej dotkliwy brak, który pragnąłbym jakoś uśmierzyć. Tymczasem w tej zdawałoby się bezsensownej nicości, gdzie nie mogę się niczego uchwycić, gdzie wszystkie podpórki upadają jak domki z kart, trochę instynktownie, trochę po omacku, przeczuwam niepojętą obecność Boga. Kiedy brnę przez tę pustynię, jestem dramatycznie oczyszczany ze zbędnych naleciałości, ambicji i trosk, które próbują zająć „komnatę” serca zarezerwowaną dla Boga i podsycić iluzję własnej niezbędności. Czasami – jak zauważa Anne Lindbergh- „nie tylko rzeczy trywialne zagracają życie, ale także to, co ważne. Możemy posiadać nadmiar skarbów…” Właśnie w świetle pragnienia Boga odsłania się należyta hierarchia spraw i wielu, niejednokrotnie sprzecznych, ludzkich dążeń. Życie upraszcza się i powraca na właściwe tory, ponieważ tęsknota za Bogiem demaskuje bezcelowość wielu moich wysiłków, kiedy uganiam się za tym, co „nie jest chlebem i co nie nasyci” (Iz 55, 2 ).

Kiedy mijające miesiące pokazują, że w mojej działalności za bardzo zależało mi na efektach, gdy moje wybory uzależnione bywały od tego, jak mnie widzą i oceniają inni, wówczas zatrzymuję się w mojej wędrówce w szkole bezinteresowności. Nauczycielem jest wtedy doświadczenie spojrzenia Boga. Ktoś mógłby od razu zaoponować, że to nonsens, bo na ziemi niemożliwa jest bezpośrednia wizja Boga. Racja. Istnieje jednak droga pośrednia: Bóg sam objawił, jak na mnie patrzy. Czy będzie to miłosierny ojciec, czy Jezus, który powołuje lub przebacza, Jego spojrzenie sprawia, że nie muszę się przed Nim rumienić ani czuć tak, jakby ziemia usuwała mi się spod nóg. Wpatrując się w oblicze Boga czuję się ocalony i usprawiedliwiony. On pozwala mi być. Nie wysuwa pod moim adresem jakichkolwiek roszczeń i żądań. Nie pragnie mnie przejrzeć, ani zagarnąć, ani wywrzeć na mnie jakiejkolwiek presji. Bóg cieszy się mną już przez to, że istnieję. Nie muszę sobie zaskarbiać Jego szacunku, ani nań zapracowywać gorączkowym aktywizmem. Kiedy na Niego patrzę, wyczytuję z Jego oczu bezwarunkowe przyjęcie mojej osoby. Rodzi się radość i wzruszenie. Płyną łzy. Doświadczenie miłości Boga obnaża bezpłodność sztucznego budowania własnego poczucia wartości. Tutaj również znajduje się najgłębsze źródło, z którego bierze początek moja pewność i wiara w siebie. Stąd też płyną siły do tego, abym był wierny własnemu powołaniu.

Zdarza się i tak, że całe rekolekcje spowija obezwładniająca ciemność, jakbym zstępował do głębin jakiejś mrocznej jaskini. Paradoksalnie, w jej wnętrzu Bóg wyzwala mnie ku pełniejszemu życiu. Dzieje się to wtedy, kiedy zmagam się z osobistymi słabościami i grzechami, gdy docieram do granic nadwątlonej i rozdartej ludzkiej skończoności, granic, których nijak nie mogę przekroczyć, ani od nich uciec; gdy przeszywa mnie ostrze bezradności; gdy nurtują mnie pytania, na które nie ma łatwej odpowiedzi; gdy doświadczam pocałunku tajemnicy, którą coraz bardziej podziwiam i milcząco adoruję. Korzenie tej ciemności tkwią także w przeobrażaniu mojej kruchej natury; w wierze podległej transformacji, w przemianie wykoślawionych obrazów Boga, które tak bardzo odbiegają od Boga prawdziwego; w stopniowym rozpadaniu się hołubionych bożków o glinianych nogach; w unicestwianiu tego, co oddala mnie od dobra i prawdy; w przybliżaniu się Boga Innego, którego bliskość jest tak przejmująca, iż pogrąża duszę w ciemnościach. Ale te mroki w gruncie rzeczy są światłem, aczkolwiek nie od razu dostrzegalnym, bo jakże mogłoby być inaczej? Dopóki nie obumrze to, co mieni się Bogiem, dopóty Bóg jedyny pozostaje przesłonięty ciemnością.

Jeszcze innym razem, kiedy odnoszę wrażenie jakbym zagubił się w labiryncie różnych myśli i poruszeń; kiedy przytłacza mnie ogrom nowych doświadczeń; kiedy już nie potrafię rozsądzić co jest słuszne, a co nie; kiedy w ostatnim czasie wałęsałem się po różnych manowcach, wtedy rekolekcje przeżywam jako poszukiwanie. Podążam w nich z nadzieją, że natknę się na ślady Boga, czy aby pośrodku tych różnych doświadczeń nie przeszedł niezauważenie. Żmudnie przedzieram się przez powłokę mojej zewnętrzności i monotonii, aby dotrzeć do własnego wnętrza. Moja poddana rutynie powierzchowność kojarzy mi się z ciasną zbroją, która utrudnia kroczenie naprzód. Próbuję skruszyć ten pancerz przez przylgnięcie do Słowa Bożego – skarbnicy mądrości, którą rozważam, przykładam do różnych sytuacji, szukam punktów orientacji i odniesienia. Podczas takich Ćwiczeń pytam, wątpię, badam swoje bezdroża, rozeznaję, rozróżniam, przyswajam sobie ewangeliczne kryteria i metody działania. Słowo Boże pomaga mi rozpoznawać obecność Boga czasem w najbardziej niespodziewanych miejscach, przeżyciach, spotkaniach i wydarzeniach, a zwłaszcza w drugim człowieku. Pozwala mi również spojrzeć na moją przeszłość jakby z lotu ptaka i dostrzec czy i jak moje drogi przeplatały się Bożym planem względem mnie.

Dać się porwać

Nie mogę pominąć jeszcze jednego, ważkiego aspektu tej rekolekcyjnej dynamiki, który mi stale towarzyszy. W Ćwiczeniach Duchowych Bóg traktuje rekolektanta jako odpowiedzialnego partnera i współpracownika. Człowiek wezwany jest do tego, aby nie tyle biernie przyjmować łaskę, co raczej pełnić aktywną rolę w dialogu ze Stwórcą. Od samego początku urzeka mnie ta ogromna afirmacja osoby ludzkiej we wszystkich jej wymiarach: ducha, psychiki i ciała. Wielokrotnie doświadczyłem, że owocne przeżycie Ćwiczeń zależy od tego, jak wielkodusznie i otwarcie włączę się w ów proces. Wszystko jest tutaj ważne, chociaż w różnym stopniu: myślenie, inteligencja, intuicja, wrażliwość, uczucia, twórczość, właściwe zaplanowanie dnia, postawa modlitwy, oddech, odprężenie ciała, ruch, sen, odpowiednie odżywianie, podjęcie wyrzeczenia itd. Łatwo można z tego wysnuć wniosek, że jeśli podczas rekolekcji nie tylko duch spotyka się z Bogiem, lecz także cielesność i psychika, podobnie wygląda sprawa w codzienności. Życie duchowe ogarnia całego człowieka, a nie tylko jakąś jego cząstkę.

Na tej ziemi istnieją sprawy, których nie musimy empirycznie doświadczyć, aby wyrobić sobie o nich zdanie. Można się bez nich obejść, chociaż kuszą nas swoją atrakcyjnością. Niektóre przeżycia i chęć sprawdzenia siebie– jak poucza roztropność – mogą narazić nas na niepotrzebny ból i rozczarowanie. Ćwiczenia Duchowe są akurat wyjątkiem od tej reguły. Odłożone na półkę, pozostają martwą literą. Wcielane w życie, czynią nas dojrzalszymi ludźmi i chrześcijanami. Po latach mogę powiedzieć, że Goethe ma rację. Kto się odważa, jakby na poły wygrywa.

Tekst ukazał się w wiosennym numerze „Życia Duchowego” wiosna 42/2005

ĆWICZENIA DUCHOWE – inne teksty na ten temat

Jacek Bolewski SJ „Ćwiczenia duchowe” – drogą życia.

Franz Meures SJ Ćwiczenia Duchowe i Psychoterapia.

Jacek Bolewski SJ Ignacjańska wizja rozwoju człowieka.

Krzysztof Osuch SJ Medytacja ignacjańska.

O. Krzysztof Osuch Ból i przyjemność w procesie rozeznawania duchów

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code