Tezeuszowcy o świętach

Oksana

Święta pytań i ubóstwa

Oksana Bihun

Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla mnie czasem trudnym i niespokojnym. Nie czuję się aż tak zachwycona i szczęśliwa jak tego by się można spodziewać.

Przez pewien okres swego życia marzyłam, aby święta w ogóle nie istniały. Na święta jak nigdy w ciągu roku ujawniało się rozbicie mojej rodziny. Nikt oprócz mnie nie troszczył się o przygotowania, dbałam o to sama. I zamiast radości sprawiało mi to ból i rozczarowanie.

Na święta zawsze staram się myśleć o Bożym Narodzeniu, bo jest to dla mnie ważne, bo zawsze chcę przeżyć je dobrze. Ale akurat przed świętami i podczas nich pamięć o Bożym Narodzeniu staje się coraz bardziej trudniejsza. Nawet nie chodzi mi o jakieś rozważania, a tylko o to, aby zdawać sobie sprawę, co właśnie świętuję. Na zewnątrz wychodzi tyle niedoskonałości i mam wrażenie, że nie jestem do tych świąt dostatecznie przygotowana. Tak jak w tym roku, dbałam o to, aby się uczyć, modliłam się, ale nie w jakiś wyjątkowy sposób – tak jak zawsze. Uświadamiam sobie, jak trudno jest oderwać się od swoich marzeń o tym, aby wejść w święta przygotowaną. Bo ta myśl sama w sobie jest fałszywa: czy ja mogę sobie zasłużyć i stać się godną przyjścia Pana? Każdego roku, przed samymi świętami odnoszę to samo wrażenie: jestem niegodna, nieprzygotowana. I tak naprawdę to wciąż nie rozumiem, o co w tych świętach chodzi. Jak mogło do tego dojść, że Bóg przyszedł na ziemię, aby przyjąć ludzką naturę? Co więcej, że stał się człowiekiem nie w jednym momencie – nie spadł z nieba jako dorosły mężczyzna – lecz urodził się jak każde inne dziecko? Ale najbardziej zdumiewa to, że był odrzucony niemal przez wszystkich i musiał narodzić się w takim ubóstwie.

Są to pytania na pozór banalne, zadawane już tyle razy, szczególnie na kazaniach czy w czasie rekolekcji adwentowych, takich jak nasze w Tezeuszu. Kiedy czytam takie pytania często odczuwam nudę: każdy rok jedno i to samo. Przeżywanie Adwentu przywodzi mnie zawsze do tego samego wniosku: nie mam odpowiedzi na te pytania, nie wiem, czemu tak się stało i jak to w ogóle było możliwe. I konsekwencja, z jaką ogarnia mnie przedświąteczne zagubienie, rodzi we mnie niepokój. Nie wiem, gdzie mam się podziać. Cały rok wiem co robię i dlaczego: uczę się i pracuję. A tu nagle w moje życie wkradają się święta, I już nie wiem, kim jestem i po co żyję. Święta odsłaniają mi próżnię egzystencjalną, w której żyję, płytkość, do której tak się tulę. Odzierają mnie ze złudzeń prawie do naga: spodziewam się, że śpiewanie kolęd ucieszy mnie, ale nic takiego się nie dzieje. Oczekuję nadejścia ulgi z powodu bycia z miłymi ludźmi, otrzymania prezentów, ale napięcie zamiast spadać, rośnie. Syn Boży przychodzi na świat jak szaleniec, nie obiecując nic innego prócz ubóstwa i odrzucenia, którego sam doświadczył. I to są dla mnie święta.

Może chciałabym świętować jak wiele innych osób wokół mnie (ale skąd wiem, jak one się czują, a może też udają tak jak ja, że są szczęśliwi i cieszą się?), ale nie mogę. Świętować tak jak ja chciałabym, czyli z uczuciem własnej godności, świętości Bóg mi nie daje. Zostaje chyba tylko postawa dziecka, pastuszka. Jeżeli Bóg zechce, to zawoła mnie do swojej jaskini, a jeżeli nie, to i tak mogę ucieszyć się ze światła jasnej gwiazdy.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code