Teksty

Zawrotna kariera “podklasy”

Spread the love

Zawrotna kariera “podklasy”

Zygmunt Bauman

Apoteoza pracy najemnej jako najwyższego powołania człowieka, warunku moralnej przyzwoitości, rękojmi prawa i porządku, a zarazem patentowanego lekarstwa na ubóstwo, współbrzmiała zgodnie z pracochłonnym niegdyś przemysłem, w którym rozmiary produktu rosły wraz z rozmiarami załóg. Dzisiejsze odchudzone, szczupłe i wiotkie, kapitało- i wiedzochłonne zakłady przemysłowe i biura księgują listę pracowników po stronie strat i obciążeń, jako czynnik ujemny w kalkulacji “productivity”.

Dziewiętnastowieczni kaznodzieje “etyki pracy” wiedzieli znakomicie, o czym rozprawiali. Praca – praca fizyczna w pierwszym rzędzie – była w powszechnym wówczas mniemaniu jedynym źródłem wartości. Zwiększyć produkcję i zatrudnić więcej robotników, znaczyło w gruncie rzeczy jedno i to samo. Szeregi fabrykantów pragnących wytwarzać więcej towarów rosły równolegle do zastępów ludzi bez środków do życia i bez pracy, ale niechętnych oddawaniu się w najem, szczególnie na warunkach stawianych przez właścicieli fabryk. Po etyce pracy spodziewano się, że być może doprowadzi do spotkania obu stron i połączy je w trwałe stadło. Myśl, że praca dokona za jednym zamachem podwójnego wyczynu – pomnoży bogactwo narodu i wydobędzie ludzi ubogich z nędzy – była poniekąd oczywista.

Pod koniec dwudziestego wieku etyka pracy ponownie zajęła miejsce wybitne w debatach publicznych na temat doskwierających społeczeństwu problemów; pojawia się ona zarówno w diagnozach współczesnych dolegliwości, jak i w receptach na ich wykurowanie. Jest ona pojęciem kluczowym w programie tzw. welfare-to-work (“od zasiłku do zarobku”), zainicjowanym w Stanach Zjednoczonych, ale od czasu jego wprowadzenia i bez względu na jego jak dotąd mało imponujące rezultaty – zazdrośnie podglądanym z myślą o naśladownictwie przez coraz liczniejszych polityków Europy najgorliwiej jak dotąd w Anglii Tony Blaira).

O programie “WIN” (kryptonim amerykańskiej wersji akcji “od zasiłku do zarobku”) Handler i Hasenfeld, jego pilni badacze, piszą co następuje: “Od momentu narodzin i w przeciągu całych jego powikłanych dziejów retoryka “WIN” pozostawała w nader luźnym stosunku do rzeczywistych wyników poczynań. Wszystkie znane świadectwa wskazują na to, że wdrażanie programu przyniosło znikome korzyści. Akcje “powrotu do pracy” trwają, przybierając coraz to nowe formy, wbrew przygniatającym dowodom, że akcje dotychczasowe nie zdołały zmniejszyć w sposób widoczny ilości ludzi ubiegających się o zasiłki, ani też nie zaowocowały gospodarczą samowystarczalnością ludzi ubogich. Jeśli, mimo oczywistej porażki program trwa przy życiu, należy to przypisywać nie jego zbawiennym dla biednych, i dla systemu świadczeń skutkom, lecz widocznej użyteczności dla tych, co biednymi nie są”.

Niechęć dzisiejszych ubogich do uczestnictwa w wysiłku produkcyjnym w żadnym stopniu nie hamuje wzrostu produkcji, a tym bardziej produkcyjności. By zwiększyć dochody swych akcjonariuszy, dzisiejsze korporacje nie wymagają zwiększenia załogi; a jeśli i potrzebują dodatkowych robotników mogą ich łatwo znaleźć gdzie indziej – na warunkach bardziej korzystnych niż miejscowe. Dzisiejsze elity gospodarcze myślą globalnie, a dzięki skasowaniu większości przeszkód krępujących wędrówkę kapitału, także i inwestują globalnie. Zaś wedle najświeższego wydania Human Development Report, publikowanego przez Narody Zjednoczone, 1,3 miliardów ludzi żyje dziś za jednego dolara lub mniej dziennie. Ze skromnością wymagań tych nędzarzy, 100 milionom ubogich wegetujących w krajach rozwiniętych trudno konkurować.

W rozumowaniu wielkich korporacji siłę roboczą rejestruje się dziś coraz częściej po stronie pasywów raczej, niż aktywów. W świecie wielkich korporacji postęp oznacza dziś w pierwszym rzędzie “downsizing” – przycinanie rozmiarów załóg, zaś postęp techniczny kojarzy się z zastępowaniem żywej siły roboczej programami elektronicznymi. Łatwo się przekonać, jak nieszczere jest zrzucanie winy za bezrobocie na niechęć “ludzi na zasiłkach” do pracy produkcyjnej, jak kłamliwe jest twierdzenie, że z pewnością wydobyliby się z biedy, gdyby tylko otrząsnęli się z bezwładu i uwolnili się od nawyków niesamodzielności czy pasożytnictwa. Wystarczy przyjrzeć się reakcji giełd na fluktuacje poziomu zatrudnienia (bardziej jeszcze niż oficjalne wypowiedzi maklerów i bankierów, notowania akcji wiernie i bez niedomówień wyrażają interesy korporacji). Nie idzie tu tylko o brak jakichkolwiek znaków zaniepokojenia, nie mówiąc już o panice, na wieść o przyspieszeniu wzrostu bezrobocia. Idzie o coś więcej jeszcze – o entuzjastyczne z reguły reakcje na wieść o tym, że skala zatrudnienia nie ma widoków wzrostu. Wiadomość, że ilość nowych miejsc pracy w USA spadła między czerwcem a lipcem 1996 r., a oficjalna ilość bezrobotnych podniosła się, ukazała się pod tytułem “Liczby zatrudnienia dodają Wall Street otuchy” (Dow Jones, wskaźnik notowań nowojorskiej giełdy, zyskał jednego dnia 70 punktów). Wartość akcji konglomeratu AT&K podskoczyła dramatycznie w dniu, gdy dyrekcja ogłosiła likwidację czterdziestu tysięcy miejsc pracy . Podobnie reagują, z nieubłaganą regularnością , giełdy wszystkich stolic, a mają dla tych reakcji coraz częstsze szanse. Jak bardzo księżycowy, naiwny, czy wprost zakłamany staje się z dnia na dzień pomysł załatwienia “problemu ubóstwa” przez masowy powrót bezrobotnych do pracy najemnej, dowodzi zasadnicza zmiana znaczenia wkładanego w pojęcie koniunktury oraz “dodatnich” i “ujemnych” tendencji życia gospodarczego. W studium aktualnego stanu największych firm europejskich, zatytułowanym “O korzyściach z cierpień płynących” i opatrzonym jeszcze więcej mówiącym podtytułem “Obcinanie kosztów przynosi wzrost zysków, choć nie posad” (w International Herald Tribune z 17 listopada 1997 roku) Tom Buerkle wyraża radość z powodu “pozytywnych zmian” w europejskiej gospodarce: “Zdecydowanie ulepszony obraz wskazuje na to, że Europa korporacji zaczyna zbierać plony bolesnej reorganizacji lat ostatnich. Naśladując metody zastosowane przez towarzystwa amerykańskie w latach siedemdziesiątych, liczne firmy europejskie zmniejszyły stan zatrudnienia, likwidując lub odsprzedając wszystkie nie-zasadnicze człony i odchudzając administrację w pogoni za zwiększeniem zyskowności”.

Zyski istotnie rosły w ostatnich latach w tempie zawrotnym – ku uciesze akcjonariuszy i entuzjastycznej aprobacie uczonych komentatorów. “Skutki uboczne” były dla wielu ludzi mniej rozweselające, co jednak ani radości akcjonariuszy, ani optymizmu komentatorów nie pomniejszyło. Buerkle przyznaje, że “nie zanosi się na to, by nowo zdobyta krzepa korporacji miała wkrótce zredukować bezrobocie”. Równolegle do gwałtownego wzrostu dywidend i cen akcji poziom zatrudnienia w przemyśle obniżył się w Wielkiej Brytanii o 17,9%, w Niemczech o 17,5% a we Francji o 13,4%. W USA, gdzie “zmiany pozytywne” zaczęto wprowadzać dziesięć lat wcześniej, załogi przemysłowe zmalały tylko o 6,1% – ale to dlatego, że już przedtem “wyskrobano mięso niemal do kości”.

Trudno się w tych warunkach dziwić, że wszystkie badania trosk, niepokojów i obaw mieszkańców dzisiejszej Europy wskazują zgodnie na to, że bezrobocie – zarówno już doświadczane, jak i w opinii badanych grożące – znajduje się niezmiennie na szczycie listy. Wedle badań MORI 85% Finów, 78% Francuzów i Szwedów, 73% Niemców i 72% Hiszpanów uważa bezrobocie za najważniejszy problem swoich krajów. Przypomnijmy, że na liście warunków, jakie kraje ubiegające się o przystąpienie do wspólnej waluty europejskiej muszą spełnić, zabrakło miejsca dla zmniejszenia bezrobocia, choć przy układaniu listy kierowano się modelem “gospodarczego zdrowia”. W istocie rzeczy gorączkowe wysiłki sprostania wymogom wspólnej waluty i inne podobne zabiegi “zdrowotne” postrzegane są dziś szeroko jako jedna z głównych przeszkód dla zwalczania bezrobocia przez podaż nowych miejsc pracy.

Apoteoza pracy najemnej jako najwyższego powołania człowieka, warunku moralnej przyzwoitości, rękojmi prawa i porządku, a zarazem patentowanego lekarstwa na ubóstwo, współbrzmiała zgodnie z pracochłonnym niegdyś przemysłem, w którym rozmiary produktu rosły wraz z rozmiarami załóg. Dzisiejsze odchudzone, szczupłe i wiotkie, kapitało- i wiedzochłonne zakłady przemysłowe i biura księgują listę pracowników po stronie strat i obciążeń, jako czynnik ujemny w kalkulacji “productivity”. W otwartej opozycji wobec koncepcji pracy jako źródła bogactwa, kanonu klasycznej ekonomii politycznej czasów Smitha, Ricarda, Marksa, Rocardo i Milla, liczne załogi są dziś zmorą zarówno praktyków, jak i teoretyków gospodarki, a wszelkie strategie dalszej “racjonalizacji” (rozumianej jako wzrost zysków w proporcji do zainwestowanego kapitału) ogniskują się na poszukiwaniu dalszych możliwości zmniejszania ilości zatrudnionych. Wzrost gospodarczy i wzrost zatrudnienia strategie te przedstawiają jako pojęcia wzajem sprzeczne, a postęp techniczny mierzy się ilością “żywej pracy”, jaką nowa technika czyni zbędną. W tych warunkach tradycyjne przykazania i pouczenia etyki pracy dźwięczą pusto. Nie wyrażają one już “potrzeb przemysłu”, a i trudno je skojarzyć z wymogami “bogactwa narodowego”. Ich trwającą nadal obecność, a raczej niedawną galwanizację w retoryce polityków, da się tylko objaśnić nowymi zgoła zadaniami, jakie etyka pracy spełnić ma, w konsumpcyjnym raczej niż przemysłowym społeczeństwie naszych czasów.

Jak sugerują Ferge i Miller , obecny renesans propagandowy etyki pracy służy “odróżnieniu zasługujących (na współczucie, litość, pomoc itd. – Z.B.), biednych od tych, którzy nie zasługują; obciążeniu tych drugich odpowiedzialnością za ich niedole i usprawiedliwieniu obojętności społeczeństwa na ich los” – a przez to i “uznaniu nędzy za dopust nieunikniony, wynikły z wad osobistych ludzi nią dotkniętych, oraz znieczulaniu ogółu na biedę i upośledzenie społeczne”. Innymi słowy, choć nie przyczynia się ona dziś znacząco do redukcji ubóstwa, etyka pracy może spełnić inną użyteczną funkcję – pogodzić opinię społeczną z upartą obecnością ludzi w nędzy żyjących i pozwolić wszystkim pozostałym ludziom żyć bez większych skrupułów i konfliktów z własnym sumieniem w stałym sąsiedztwie nędzy.

Odkrycie “podklasy”

Terminy różnią się znaczeniem w zależności od siatki semantycznej, w jaką są wpięte; one też owe siatki współtkają – każdy swoją.

Termin “klasa robotnicza” należy do wizji społeczeństwa, w jakim role i zadania ludzi, którym powodzi się lepiej, i ludzi mniej od nich fortunnych, są podzielone; różnią się one od siebie, ale też i nawzajem się uzupełniają. “Klasa robotnicza” przywołuje na myśl obraz kategorii ludzi o swoistej roli do odegrania w życiu społeczeństwa, którego są częścią, ludzi wnoszących swój wkład do całości społecznego życia, a więc mających prawo, by się spodziewać, że to, co czynią, będzie odpowiednio wynagrodzone.

Termin “klasa niższa” należy do wizji ruchliwości społecznej; zakłada on społeczeństwo, w jakim ludzie “są w ruchu”, w jakim każda pozycja zajmowana jest tylko na czas pewien i w żadnej nie musi się trwać przez życie całe; każdą pozycję da się, przy sprzyjających warunkach, wymienić na inną. “Klasa niższa” przywodzi na myśl obraz kategorii ludzi, którzy znajdują się (chwilowo) u spodu drabiny, po jakiej mogą się jednak wspiąć nawet i na szczyty, wydobywając się ze swej “niższości”.

Termin “podklasa” należy do wizji społeczeństwa, które nie obejmuje wszystkich ludzi, jacy zgłaszają pretensję do jego członkostwa, wizji takiej całości, która jest mniejsza od sumy jej części składowych. “Podklasa” przywodzi na myśl obraz kategorii, jaka nie mieści się w żadnej z klas składających się na całość społeczną – kategorii umieszczonej nie tyle u spodu, co poza zasięgiem społecznej hierarchii; kategorii ludzi pozbawionych roli do odegrania, ludzi, którzy nie mają niczego użytecznego do zaoferowania społeczeństwu i po których społeczeństwo wkładu się nie spodziewa; a więc kategorii, która nie może rościć sobie praw z tytułu pożytków, jakie na bieżąco ogółowi przynosi, a i też nie ma dostępu do dróg, jakie mogłyby ją na powrót na łono społeczeństwa sprowadzić; a gdyby dostęp miała, i tak by owymi drogami nie podążyła ze względu na “ułomności behawioralne” – dotkliwe wady charakteru, czyniące ją niezdolną do uczestniczenia w normalnym życiu społecznym.

Oto, wedle Herberta J. Gansa , inwentarz przypadków ludzkich stłoczonych dziś w pojęciu “podklasy”: “powołująca się na cechy zachowania definicja obejmuje ludzi ubogich, którzy porzucili szkołę, zarobkowo nie pracują, a jeśli o kobiety idzie, to także matki niezamężne i z zasiłków się utrzymujące. Do podklasy należą też ludzie bezdomni, żebracy i dziadówki, ubodzy alkoholicy i narkomani oraz złodzieje uliczni. Jako że termin jest giętki, ludzie ubodzy objęci “programami społecznymi”, nielegalni imigranci i członkowie band młodzieżowych często też są do podklasy włączani. To właśnie niezmierna elastyczność powołującej się na cechy zachowania definicji sprawia, że termin “podklasa” nadaje się znakomicie na etykietkę do stygmatyzacji ubogich bez względu na to, jak się w rzeczy samej prowadzą”.

W spisie inwentarza znalazły się zatem odmiany ludzkie nader różnorodne i mało ze sobą mające wspólnego. Co sprawia, że umieszczenie ich obok siebie w ramach jednego gatunku wydaje się, lub przynajmniej może się wydawać, sensowne? Co łączy niezamężne matki z alkoholikami, a miłośników wagarów z nielegalnymi imigrantami? Ano, już w opublikowanym w 1908 roku studium Der Arme zauważył Georg Simmel, że ubodzy “nie stanowią grupy scalonej przez interakcję jej członków – jednoczy ich tylko stanowisko zajęte wobec nich wszystkich przez społeczeństwo”. Po dziewięćdziesięciu latach werdykt Simmla nie stracił nic na aktualności.

Jest coś takiego, co łączy typy ludzkie zaliczone do “podklasy”: jest tym niechęć żywiona przez resztę społeczeństwa. Owa reszta nie potrafi, ani nie chce wskazać przyczyn, dla których miałaby sąsiedztwo ludzi do “podklasy” zaliczonych tolerować, a i zakłada, że lepiej by się jej powodziło, gdyby wszyscy ci niepożądani ludzie znikli z powierzchni ziemi, a przynajmniej z najbliższego sąsiedztwa. Zalicza się ludzi do “podklasy” z tego tytułu, że się ich uważa za kompletnie bezużytecznych – za zjawisko, bez którego wszyscy pozostali mogliby się wspaniale obejść. Najprzeróżniejsze typy ludzkie wtłoczone w pojęcie “podklasy” łączy to, że każdy z nich stanowi brudną plamę – na skądinąd uroczym -krajobrazie, że każdy, jak chwast, psuje harmonię kwietnego klombu, odbiera użytecznym roślinom pokarm i o wytrucie czy wykorzenienie woła. Wszyscy inni zyskają, jeśli się wszystkich tych typów uda pozbyć.

A jako że w obrazie “podklasy” nie figurują żadne pożytki – w jej zbiorowym portrecie dominują groźby, w jakie obecność “podklasy” jest brzemienna. Niebezpieczeństwa są równie różnorodne jak ich nosiciele. Obejmują one zagrożenia tak rozmaite, jak gwałt fizyczny czy rozbój lęgnące się w ubogich dzielnicach, przykrość i zakłopotanie, jakie sprawia widok ludzkiej nędzy wystawionej na pokaz na ulicach uczęszczanych przez ludzi przyzwoitych, czy drenowanie zasobów publicznych . A gdzie się ludzie gróźb spodziewają, strach nie da na się długo czekać. “Podklasa” to nazwa zbiorcza ludzi, których łączy głównie to, że ogół uznał ich za niebezpiecznych, i że na myśl o nich odczuwa lęk

Zarówno nieużyteczność, jak i groźba należą do obszernej rodziny pojęć, jakie W.B.Gallie określił mianem “essentially contested” (czyli chronicznie w ognisku sporu). Jeśli takimi pojęciami posłużyć się dla klasyfikacji zjawisk społecznych, można ich zakres, ze względu na sporność granic, naciągać niemal do woli – a w każdym razie na tyle, by zmieściły się w nich wszystkie co bardziej przeraźliwe upiory, nękające społeczeństwo zmożone wątpliwościami co do trwałości jakichkolwiek pożytków i strachem przed rozproszonymi, ale za to wszędobylskimi groźbami. Świat, którego mapę kreśli się przy pomocy takich wątpliwości i strachów, przeradza się w boisko dla rozgrywania kolejnych “panik moralnych”, często kilku naraz. Chronicznie niejasne i sporne definicje “essentially contested” pojęć są na tym boisku u siebie. Linie graniczne z ich pomocą przeciągane dają się łatwo rozciągać i przenosić, wchłaniając, i oswajając coraz to nowe zwątpienia i obawy, a co najważniejsze, pozwalają lęki o tyle przeraźliwsze, o ile słabiej “zakotwiczone”, zogniskować na obiekcie, który łagodzi przerażenie już ze względu na swą konkretność i namacalność.

W tym właśnie, być może, tkwi pożytek, jaki oczywista, nie poddawana w wątpliwość bezużyteczność “podklasy” przynosi społeczeństwu, w którym żaden już zawód nie może być całkiem pewien, że na długo swą użyteczność utrzyma; a także istotna usługa, jaką niebezpieczność “podklasy” oddaje społeczeństwu, zmożonemu przez obawy zbyt liczne na to, by mogło ono z pełnym przekonaniem orzec, czego właściwie należałoby się w pierwszym rzędzie obawiać i co należałoby uczynić, by przyczyny obaw usunąć, czy choćby lęki już doskwierające złagodzić.

Nie było chyba przypadkiem, że odkrycie “podklasy” zbiegło się w czasie z dogorywaniem “zimnej wojny”. Że strach kojarzony z “podklasą” zagnieździł się na dobre w wyobraźni społecznej w momencie, gdy “imperium zła” załamało się, rozpadło i przestało straszyć. Strachy, jakie gnębią dziś Zachód, nie nadciągają spoza jego granic; nie lęgną się też z gróźb wewnętrznych, ale zewnętrznego pochodzenia, jak to się działo w przypadku przyczółków mostowych obcych mocarstw, ich agentur i “piątych kolumn”. Groźba obcej inwazji czy przewrotu inspirowanego przez wroga spoza granic jest zbyt nieprawdopodobna, by się jej ludzie na serio przelękli. Zastępstwo dla sowiecko-komunistycznego spisku znaleźć niełatwo; izolowane i rozproszone, bezcelowe na ogół akty terroryzmu wzniecają wprawdzie, od czasu do czasu, obawy o bezpieczeństwo osobiste, ale zdarzają się zbyt rzadko i zbyt mało są ze sobą powiązane, by się mogły skondensować w lęk stały o trwałość bytowego ładu. By nie straszyć po nocach i nie spadać znienacka, paraliżując wolę działania, dzisiejsze lęki umiejscowić trzeba w lokalnej glebie, w zasięgu dłoni tak, by można je było z życia codziennego odsączyć, zanim je do cna zatrują. Aż się prosi, by rzec, że gdyby nie było “podklasy”, należałoby ją wymyśleć. I też wymyślono ją, w istocie.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że żebracy, narkomani, niezamężne matki i inne odrażające, a wzbudzające lęk i obrzydzenie “typy społeczne”, na jakie wskazuje się, gdy mowa o “podklasie”, są wytworem wyobraźni; znaczy to jednak, że fakt ich obecności w społeczeństwie nie dowodzi sam przez się istnienia “podklasy”. Wtłaczanie wszystkich tych typów ludzkich, tak bardzo od siebie różnych, do jednej kategorii społecznej, jest sprawą decyzji klasyfikacyjnej, nie faktów. Lepiąc z nich ciało jednolite, które obarcza się zbiorowo zarzutem bezużyteczności i któremu przypisuje się winę zbiorową za intuicyjnie wyczuwaną chybotliwość społecznego ładu, nie opisuje się rzeczywistości, lecz dokonuje wyboru wartości i aktu wartościowania. Nadto jeszcze, jeśli pojęcie “podklasy” sugeruje, że społeczeństwo warte tego miana jest w istocie mniejsze od sumy jego składników, zbiorowość, jaką pojęcie to wyznacza, jest zdecydowanie większe od sumy zaliczonej do niej typów; akt zaliczenia nadaje każdemu z typów nową jakość, jakiej sam przez się, w izolacji, żaden z nich nie posiada. “Samotna matka” i “kobieta z podklasy” to nie jedna i ta sama istota, trzeba zawiłego wywodu i sporego wysiłku wyobraźni, by tę pierwszą w tę drugą przeobrazić.

Etyka pracy “pod klasami”

Słowa “podklasa” użył po raz pierwszy Gunnar Myrdal w 1963 roku: chciał zwrócić uwagę na groźne następstwa nadciągającego jego zdaniem nieubłaganie odprzemysłowienia, które pozostawi sporą część ludności bez zatrudnienia i bez perspektyw pracy – nie z powodu wad moralnych czy uchybień bezrobotnych – ale z braku zatrudnienia dla wszystkich, którzy go pożądają lub potrzebują. W opinii Myrdala, wyłonienie się “podklasy” ludzi na stałe bezrobotnych nie wynika z osłabienia mocy motywacyjnej etyki pracy, lecz stąd, że zabraknie warunków społecznych niezbędnych dla życia w zgodzie z jej zasadami. Przyszła “podklasa” składać się będzie, jak Myrdal ostrzegał, z ofiar społecznej banicji (exclusion). To nie członkowie “podklasy” zignorują wezwania i nakazy społeczeństwa; to społeczeństwo się od nich odwróci, w myśl logiki gospodarczej, na jaką ludzie wydaleni z jego szeregów nie będą mieli żadnego wpływu.

Termin “podklasa” przykuł społeczną uwagę i osiadł na stałe w opinii publicznej znacznie później; jego kariera zaczęła się naprawdę 29 sierpnia 1977 roku, gdy pojawiło się ono na okładce amerykańskiego tygodnika Time, zapowiadając rewizję tradycyjnego ujęcia problemów społecznych, a szczególnie nowe spojrzenie na przyczyny nędzy w łonie raptownie bogacącego się kraju. Reportaż Time�a nadał słowu inne niż Myrdal znaczenie: uczynił je nazwą zbiorczą dla “dużej grupy ludzi, bardziej niesfornej i krnąbrnej, społecznie wyobcowanej i wrogiej niż można sobie wyobrazić Do tych ludzi dotrzeć się nie da. Są oni amerykańską podklasą”. Długa lista precyzowała zawartość tej grupy. Znaleźli się na niej – wymienieni jednym tchem – młodociani przestępcy, młodzież wymigująca się od obowiązku szkolnego, narkomani, matki na zasiłku społecznym, złodzieje, podpalacze, dopuszczający się gwałtu kryminaliści, matki niezamężne, sutenerzy, handlarze narkotyków, żebracy i dziadówki; wszystkie nazwy zarówno jawnych strachów gnębiących porządnych ludzi, jak i ukrytych skrupułów obciążających ich sumienia.

Niesforni, wyobcowujący się, wrogo wobec społeczeństwa nastawieni i – w rezultacie tego wszystkiego – niedosięgalni. Nie ma po co wyciągać ku nim pomocnej dłoni – zawiśnie ona w próżni. Tych ludzi nic nie wyleczy; a nie wyleczy ich nic, dlatego że przełożyli oni, dobrowolnie, chorobę ponad życie zdrowe.

“Niedosięgalni” znaczy to także – tkwiący poza zasięgiem oddziaływania etyki pracy. Ani zachęty, ani wymówki nie przebiją grubego muru, jakim pstra populacja “podklasy” odgrodziła się od wszystkiego, co drogie sercu zwykłych i normalnych ludzi. “Podklasa” pozostaje głucha na wezwanie etyki pracy nie tylko dlatego, że miłuje ona życie próżniacze i pasożytnicze, ale i dlatego, że żywi wrogość wobec wszystkich wartości, jakie etyka pracy krzewi i jakich broni.

Kiedy Ken Auletta podjął na przełomie 1981 i 1982 roku serię wypraw badawczych na tereny “podklasy”, opisanych wpierw na łamach New Yorkera, a wkrótce potem zebranych w wielce poczytnej i wpływowej książce, powodował nim – jak sam oznajmił – głęboki niepokój odczuwany przez ogół jego współobywateli: “Zastanawiałem się, jacy to ludzie kryją się za puchnącymi statystykami przestępczości, zasiłków społecznych, narkomanii – i za nader już widocznymi antyspołecznymi postępkami, które są plagą większości miast amerykańskich. Szybko przekonałem się, że wśród badaczy ubóstwa nie ma różnicy zdań co do tego, że istnieje rzeczywiście całkiem wyrazista – czarna i biała – podklasa; że owa podklasa czuje się na ogół wyłączona ze społeczeństwa, że odrzuca ona powszechnie przyjęte wartości, że cierpi ona nie tylko na niedobór dochodów, ale i na ułomności zachowania. Nie są oni po prostu biedni, ich postępowanie większość Amerykanów postrzega jako aberrację” .

Zwróćmy uwagę na słownictwo, składnię, retorykę dyskursu, w jakim obraz podklasy nabiera kształtu i z jakiego czerpie swój sens. Tekst Auletty bardziej niż inne nadaje się do ich analizy, bowiem w odróżnieniu od wielu jego mniej skrupulatnych następców opowieść Auletty nie sprowadza się do ciskania gromów i odsądzania ludzi zaliczonych do podklasy od czci i wiary ; przeciwnie, Auletta stara się ze wszech sił zachować obiektywność i dowieść, że ją zachował; potępia on negatywnych bohaterów swej opowieści, ale i lituje się nad ich losem.

Zauważmy więc, że przestępczość, opiekę społeczną i narkomanię wymienia się jednym tchem i umieszcza na tym samym poziomie, opatrując je tym samym kwantyfikatorem socjologicznym. Zabrakło miejsca na argumentowanie, a już tym bardziej dowodzenie, dlaczego te trzy zjawiska, których powinowactwo nie jest bynajmniej oczywiste, należy umieścić we wzajemnym sąsiedztwie i dlaczego wszystkie trzy uznano za równorzędne przypadki antyspołecznego zachowania. Nie musi się nawet ryzykować otwartego stwierdzenia, że handel narkotykami i pobieranie zasiłków są objawami tej samej antyspołecznej postawy i ułomnościami tego samego rzędu. Stwierdzenie takie mogłoby wywołać sprzeciw. A już na pewno wprawiłoby wielu w zdziwienie; zamiast więc wyrażać je wprost, implikuje się treść pośrednio, stosując prosty wybieg syntaktyczny.

Zauważmy także, że podklasa odrzuca wartości społeczne, ale tylko czuje się przez społeczeństwo wyłączona. Inicjatywa przypisana jest w obu przypadkach podklasie; to ona jest stroną czynną w dwustronnym stosunku z “większością Amerykanów”. To właśnie zachowanie się podklasy, i tylko jej , jest przedmiotem oceny i uznane za aberrację. Z drugiej strony, przyjmuje się za zrozumiałe samo przez się, że to właśnie zaatakowana “większość” zasiada na ławie sędziowskiej, a “podklasa” na ławie oskarżonych. Gdyby nie jej antyspołeczne postępki, podklasa nie trafiłaby na salę sądową. Co więcej, w rozprawy nie byłoby potrzeby, jako że nie byłoby sprawy do rozpatrzenia, występku do ukarania czy zaniedbania do naprawienia.

Za retoryką idzie praktyka, ex post facto dostarczająca rozumowaniu potwierdzenia; z tej to praktyki czerpią twierdzenia dowody rzeczowe, jakich brakło im w momencie, gdy wygłaszano je po raz pierwszy. Im powszechniejsza praktyka i bardziej zdecydowana, tym oczywistsze i “zdroworozsądkowe” stają się sugestie, jakie służyły jej uzasadnieniem, a kurczy się zarazem szansa na to, że fortel syntaktyczny będzie zauważony, a jego zasadność poddana badaniu. Prawie cały empiryczny materiał dowodowy Auletty pochodzi z Wildcat Skills Training Centre (w luźnym tłumaczeniu: Ośrodek Kształcenia Umiejętności Niecodziennych), instytucji założonej w szlachetnym zamiarze rehabilitacji i “przywrócenia społeczeństwu” ludzi uznanych za należących do “podklasy”. Kto miał prawo ubiegać się o przyjęcie do Ośrodka? Cztery kwalifikacje uznano za równorzędne tytuły: kandydat musiał być niedawno zwolniony z więzienia, być narkomanem w trakcie leczenia, kobietą żyjącą ze społecznego zasiłku, a nie posiadającą dzieci w wieku poniżej sześciu lat, albo młodocianą osobą, jaka odmówiła spełnienia szkolnego obowiązku. Ktokolwiek te przepisy sporządził, musiał postanowić zawczasu, że wszystkie te cztery kategorie przyszłych podopiecznych, tak przecież różne dla nieuprzedzonego oka, cierpią na te same problemy lub raczej stanowią ten sam problem, a więc mogą i powinny być poddane tej samej kuracji. Słowo, jakie zrodziło się w głowach założycieli Wildcat Centre, stało się wszakże dla jego wychowanków ciałem, umieszczono ich przecież na czas dłuższy obok siebie, poddano temu samemu reżimowi i co dzień pouczano o wspólnocie losu, zadań i perspektyw. Zaś fakt “bycia studentem Wildcat Centre” dostarczał wszystkim im na równi tej samej definicji społecznej – jedynej, na jaką było ich stać i o jaką mogliby zabiegać z nadzieją na powodzenie .

Auletta przypomina raz po raz swoim czytelnikom, że zjawisko “podklasowości” nie jest sprawą ubóstwa, a w każdym razie nie może być przez ubóstwo tylko tłumaczone. Podkreśla on, że o ile 25-29 milionów Amerykanów zalicza się oficjalnie do ludzi ubogich, tylko “mniej więcej 9 milionów nie asymiluje się” i pozostaje “poza powszechnie uznawanymi granicami społeczeństwa” z racji “swych zboczeń lub antyspołecznych postępków” . Sugeruje się w ten sposób, że likwidacja nędzy, nawet gdyby była możliwa, i tak nie usunęłaby zjawiska “podklasy”. Skoro można żyć w nędzy, a jednak “działać w ramach uznanych granic”, tedy czynniki inne niż ubóstwo muszą ponosić odpowiedzialność za degenerację do szeregów podklasy. Te czynniki są natury psychologicznej i behawioralnej; być może nędza zwiększa częstotliwość ich występowania – ale wszak ich nie determinuje.

Wedle tej sugestii, upadek do szeregów podklasy jest kwestią wyboru – umyślnego i czynnego, lub pośredniego, przez zaniechanie; jest on wyborem nawet wtedy, gdy człowiek znalazł się w podklasie dlatego, że zaniedbał starań o wydostanie się z nędzy (których w założeniu powinien, a w domyśle mógł, się podjąć). Niezrobienie czegoś jest w kraju wolnego wyboru automatycznie interpretowane jako wyraz preferencji dla czegoś innego; w tym przypadku dla “antyspołecznej postawy”. Upadek do szeregów podklasy jest w ostatecznym rachunku przejawem wolności. Tyle że jeśli w społeczeństwie ludzi wolnych ograniczenie wolności jednostkowej jest niedopuszczalne – równie niewybaczalne byłoby nieograniczenie wolności tych, którzy posługują się własną wolnością dla ograniczenia wolności swych współziomków przez dokuczanie im swą natrętną obecnością, zaczepianie ich na ulicy z prośbą o wsparcie, pogróżki czy groźby domyślne, psucie zabawy, obciążanie sumień i inne sposoby zatruwania życia.

Separacja “problemu podklasy” od zjawiska nędzy pozwala ustrzelić parę zajęcy jednym nabojem Jedną z korzyści jest, w kraju słynnym z zamiłowania do procesowania się i pieniactwa – odmówienie ludziom zaliczonym do podklasy statusu ofiar źle urządzonego społeczeństwa, a więc i prawa do ubiegania się o społeczne odszkodowanie za swe niedole. Jeśli już złożą skargę do instancji gotowych ich słuchać, ciężar dowodu spocznie całkowicie na ich barkach. To oni właśnie muszą dokonać pierwszego kroku – dowieść swej dobrej woli i swej gotowości do dobrego sprawowania się. Cokolwiek jest tu do zrobienia spada na “podklasowców” – choć rzecz jasna w kraju słynnym z poradnictwa i poszukiwania porad we wszystkim, co życia dotyczy, nie brak ekspertów chętnych, by pokierować ich postępowaniem i orzec autorytatywnie, jak się zachowywać powinni. Jeśli nic się nie zmieni i widmo “podklasy” nie zniknie, objaśnienie jest oczywiste; równie jednoznaczna jest odpowiedź na pytanie o winę. Jeśli już reszta społeczeństwa ma sobie coś do wyrzucenia – to tylko brak energii w poskramianiu niecnych zapędów antyspołecznie usposobionych elementów. Więcej policji, więcej cel więziennych, szybsze i bezwzględniejsze wyroki sądowe – oto, czego trzeba, by naprawić zaniedbanie.

“Nienormalność” podklasy pomaga, co więcej “znormalizować” zjawisko nędzy. To tylko podklasa pozostaje poza nawiasem społeczeństwa – ale wszak stanowi ona tylko ułamek ludności uznanej oficjalnie za “żyjącą w ubóstwie”. Ponieważ podklasa jest tak drastycznym problemem i tak pilnym zadaniem i z tego tytułu winna ogniskować społeczną uwagę i pobudzać do czynu – ludność “po prostu uboga” nie wydaje się w porównaniu z nią, kwestią równie dotkliwą i nie cierpiącą zwłoki Na tle szkaradnego i odrażającego krajobrazu “podklasy” ludzie “po prostu biedni” błyszczą jako chwilowo pechowi wprawdzie czy pokrzywdzeni, ale ze swej natury normalni, przyzwoici członkowie społeczeństwa, zdolni do podejmowania prawidłowych decyzji, a więc i do wydobycia się z przejściowych tarapatów. Tak samo jak sprawą wyboru (błędnego wyboru) jest upadek do poziomu podklasy, wydobycie się z poniżenia, jakim jest życie w ubóstwie, jest sprawą wyboru – tym razem wyboru należytego; jest tylko kwestią czasu, by ludzie dziś ubodzy dokonali słusznego wyboru i ubogimi być przestali.

Jest milczącym, a przeto nie podlegającym dyskusji, założeniem społeczeństwa konsumentów i konsumpcyjnych wyborów, że wybór poprawny wymaga kompetencji, umiejętności odróżnienia pociągnięć słusznych od wadliwych oraz woli korzystania z tych umiejętności na co dzień. Wolność wyboru nie znaczy, by każdy wybór był równie dobry dlatego tylko, że jest wolny; wybory są dobre lub złe, lepsze lub gorsze. Jako że stan osiągnięty jest następstwem wyboru – z sytuacji, w jakiej ludzie się znajdują, można wnioskować o ich kwalifikacjach i ocenić ich charakter. Podklasa jest zbiorowym produktem licznych indywidualnych – błędnych czy wręcz nikczemnych – wyborów, a pośrednio dowodem braku kompetencji i przywar czy kalectwa charakteru wybierających.

W swym wielce wpływowym traktacie o korzeniach współczesnego ubóstwa , Lawrence C. Mead obarcza brak indywidualnych kompetencji odpowiedzialnością za utrzymywanie się ubóstwa wśród ogólnego wzrostu zamożności i za niepowodzenie wszystkich bez wyjątku rządowych programów zwalczania nędzy. Ludzie ubodzy nie potrafią ocenić cnót pracowitego życia, powiada Mead; dokonują szkodliwych dla siebie wyborów, stawiając życie próżniacze (nowork – nie-pracę) ponad regularnym zatrudnieniem. Z powodu tej życiowej niekompetencji pouczenia etyki pracy nie znajdują u nich odzewu i nie ratują ich z opresji: “Wszystko zależy od tego, czy ludzie w potrzebie potrafią być za siebie odpowiedzialni – a nade wszystko, czy są na tyle kompetentni, by kierować swym życiem… Na jakiekolwiek przyczyny zewnętrzne by się nie wskazywało, w sercu nie-pracy tkwi tajemnicza bierność ludzi ubogich, gdy idzie o korzystanie z szans, jakie przed nimi stają… Nie widzę sposobu objaśnienia nie-pracy bez odwołania się do psychologii czy kultury. W większości wypadków ludzie w nędzy żyjący zdają się unikać pracy – nie z powodu sytuacji ekonomicznej, lecz ze względu na ich przekonania… Pod nieobecność niepokonalnych przeszkód dla pracy najemnej, osobowość ludzi ubogich jest kluczem do zrozumienia i przezwyciężenia nędzy. Dla poszukiwacza źródeł braku animuszu do pracy, psychologia jest ostatnią rubieżą. Dlaczego nędzarze nie imają się szans tak gorliwie, jakby tego panująca kultura kazała się spodziewać? Kim właściwie są oni? Jądrem kultury nędzy jest nieumiejętność kierowania własnym życiem – cecha, jaką psychologowie nazywają nieudolnością (inefficacy)” .

Szanse życia dostatniego istnieją (czy większość z nas, czytelników Meada, nie jest tego żywym dowodem?). Ale szanse trzeba umieć rozpoznać jako szanse właśnie, a rozpoznawszy chwycić się ich – a to już wymaga kompetencji: sprytu, wiedzy, zdolności do wysiłku. Ubogim brak jak widać wszystkich trzech zalet. Jeśli tak je wytłumaczyć, upośledzenie biednych jest dla nas i dla całej reszty społeczeństwa dobrą, dodającą otuchy nowiną – upewnia nas ona o słuszności własnej drogi. My jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi, ofiarując ludziom biednym szansę wyjścia z niedoli. Biedni dają dowód swej nieodpowiedzialności, tę szansę odrzucając. Lekarze kapitulują, jeśli pacjenci uparcie odrzucają współpracę przeprowadzeniu przepisanej im kuracji; my mamy prawo zrezygnować ze składania ofert skoro ubodzy z uporem odmawiają ich przyjęcia. Nasze możliwości mają granice – i to właśnie ubodzy granice te wyznaczają i strzegą. Wskazówki etyki pracy są dostępne dla każdego, kto zechce nadstawić uszu, a szanse pracy zarobkowej czekają tylko, by je podjąć; reszta jest w rękach biedaków. Nie mają więc oni prawa domagać się od nas niczego ponadto.

Etyka pracy była niegdyś całkiem skutecznym sposobem na zapełnienie fabryk spragnionych siły roboczej. W dzisiejszych warunkach, gdy liczne załogi stają się przeszkodą w pogoni za zwiększeniem produktywności, etyka pracy ma również ważną rolę do odegrania – ale zgoła inną niż na początku. Rozgrzesza ona z gestu Poncjusza Piłata: z umywania rąk i oczyszczania sumień z odpowiedzialności za cierpienia wynikłe ze skazywania rosnących zastępów ludzi na społeczną zbędność. Czystość rąk i klarowność sumień zapewnia moralne potępienie ludzi ubogich i odpuszczenia win wszystkim pozostałym.

Bieda jest przestępstwem

Akt oskarżenia sporządzony przez Meada przeciw ubogim, którzy “wybrali nie-pracę” kończy się dramatycznym wezwaniem: “Polityka społeczna musi stawić zdecydowany, dobrze uzasadniony opór, podobny temu, jaki Zachód stawiał komunizmowi – aż zdrowy rozsądek zatriumfuje i wrogi system załamie się pod własnym ciężarem” . Mead wybrał przenośnię bez pudła. Jedną z najdonioślejszych usług świadczonych przez “podklasę” społeczeństwu jest odsączanie niepokojów i strachów, których nie kanalizuje już wróg zewnętrzny. Podklasa – to wróg gnieżdżący się wewnątrz murów, pod nieobecność wroga zewnętrznego, na nim spoczywa teraz ochrona stanu psychicznego mieszkańców. To wróg wewnętrzny musi teraz pełnić zadanie klapy bezpieczeństwa dla napięć zrodzonych z dojmującego poczucia niepewności bytu.

Podklasa nadaje się do tej roli znakomicie. Mead stwierdza parokrotnie, że tym, co skłania normalnych, przyzwoitych Amerykanów do jednolitego frontu przeciw wszelkiego rodzaju pasożytom i wyrzutkom społeczeństwa, jakich zaliczają do podklasy, jest niekonsekwencja, jakiej zgodnie dopatrują się w postępowaniu tych ostatnich: ci z “podklasy” znieważają swym sposobem życia wartości drogie sercu przeciętnego Amerykanina, a mimo to roszczą sobie pretensje do udziału w tych wartościach i pożądają rozkoszy konsumpcyjnego żywota, jakich inni ludzie, w ich własnym przekonaniu, dorobili się ciężką pracą. Innymi słowy, uczciwi Amerykanie mają to głównie podklasie za złe, że wartości, jakim hołduje, i życie, o jakim śni, są tak niesamowicie, do złudzenia podobne do ich własnych. A wszak owe podobieństwo trudno uznać za przejaw niekonsekwencji. Biedacy zamieszkują ten sam świat, co ich fortunniejsi współziomkowie. A jak zauważył Peter Townsend, do logiki społeczeństwa konsumpcyjnego należy, że kształtuje ono swych ubogich członków jako niespełnionych konsumentów: “konsumpcyjny styl życia jest coraz mniej osiągalny dla ludzi o niskich dochodach, określanych historycznie w terminach biologicznego przeżycia i potrzeb podstawowych”; a przecież to właśnie nieosiągalność “konsumpcyjnego stylu życia” społeczeństwo konsumpcyjne uczy swych członków – wszystkich swych członków na równi – traktować jako najboleśniejsze z upośledzeń .

Każdy ład społeczny tworzy własną wizję niebezpieczeństw zagrażających jego tożsamości. Wizje skrojone są na miarę ładów, w łonie których rodzą się one i są propagowane – czy ściślej mówiąc na miarę porządku idealnego, jaki chciałoby się zaprowadzić. Są one na ogół zwierciadlanymi odbiciami wyobrażeń, jakie społeczeństwo o sobie posiada; są auto-portretami społeczeństwa, tyle że opatrzonymi minusowym znakiem. Posługując się terminami psychoanalitycznymi można powiedzieć, że wizja zagrożeń jest z reguły emanacją ambiwalencji, jaką społeczeństwo żywi wobec własnego sposobu życia. Społeczeństwo niepewne racji i solidności swego sposobu istnienia skłonne jest wytwarzać atmosferę oblężonej twierdzy. Wrogowie obiegający twierdzę lub czający się u jej wrót są takiego społeczeństwa własnymi upiorami i marami nocnymi; są kondensacją obaw, jakie – rozproszone – przenikają całość życia codziennego i “normalnego”, ale które – by życie mogło się normalnie toczyć – trzeba z potocznych kłopotów i problemów wycisnąć, odsączyć i zlepić w coś na kształt obcego ciała; tym obawom nadać trzeba postać konkretnego, normalnego wroga, którego można wskazać palcem i któremu można wydać wojnę, a nawet żywić nadzieję na jego ostateczne unicestwienie.

W zgodzie z tą powszechną zasadą, zmorą jaka gnębiła klasyczne państwa nowoczesne opętane pasją ładotwórstwa była groźba rewolucji. Wrogami byli rewolucjoniści (lub ściślej mówiąc gorącogłowi, domorośli, nieopatrzni czy prostoduszni reformiści) – czyli ludzie podobnie jak aktualne rządy zainteresowani zaprowadzaniem porządków, przez państwo zawiadywanych porządków – ale zapowiadający porządki inne od tych, jakie rządy dzisiejsze zakorzenić czy ufortyfikować usiłują. Byli, innymi słowy, “wywrotowcami”. Ów ład alternatywny, jakiego po rewolucjonistach się spodziewano, miał składać się z samych negacji zasad ładu aktualnego, a więc ładu jako takiego; nie był w gruncie rzeczy innym porządkiem; był chaosem, kresem porządku jako takiego.

Wizerunek własny ładu społecznego zmienił się gruntownie od tamtych czasów, wizja zagrożenia (czyli odwrócenia czy wywrócenia porządków istniejących z dodatkiem minusowego znaku) zyskała zatem nowy kształt. Zjawiska zarejestrowane ostatnimi laty pod mianem rosnącej przestępczości (zbieżne w czasie, warto zauważyć, z raptownym odpływem członków z partii komunistycznych i z innych stronnictw “ładu alternatywnego”) są nie tyle następstwem wadliwego funkcjonowania urządzeń społecznych, co naturalnym (choćby i nie uznawanym prawnie) wytworem ich logiki. Są one, co więcej, wytworem nieuniknionym.

Wraz ze wzrostem popytu konsumpcyjnego (a więc chwytliwości pokus konsumpcyjnego rynku) rośnie koniunktura gospodarcza, a wraz z nią poziom dochodów i ogólny dostatek konsumpcyjnego społeczeństwa. Zarazem rośnie jednak i pogłębia się rozziew między tymi, którzy pożądają i mają środki po temu, by pożądania swe zaspokajać, a tymi, którzy podobnie jak oni ulegli pokusie, ale nie są w stanie działać w sposób, jakiego zaspokojenie pokusy wymaga. Atrakcje rynku zarazem jednoczą i dzielą. Gwoli skuteczności zachęty do konsumowania i do coraz gorliwszego i bardziej wyrafinowanego konsumowania, wezwania kierowane być muszą we wszystkich kierunkach i do wszystkich ludzi jednako. Ale z reguły więcej ludzi się zachętom przysłuchuje niż jest w stanie czynem na nie odpowiedzieć. Ci, którzy poprawnej – spodziewanej – odpowiedzi udzielić nie mogą, częstowani są na co dzień olśniewającym widowiskiem tych, co potrafią. Coraz obfitsza, hojna, rozrzutna konsumpcja jest – jak im się wciąż pod oczy podsuwa i w głowę wbija – miernikiem życia pomyślnego, a i najmniej zawodną receptą na publiczną aprobatę i rozgłos – ów konsumpcyjny odpowiednik sławy i chwały. Uczą się także od wszystkich wokół, że nabycie, posiadanie i konsumowanie pewnych przedmiotów i uprawianie pewnego stylu życia jest nieodzownym warunkiem szczęścia, a chyba także i warunkiem ludzkiej godności.

Gdy rozmiar i jakość konsumpcji stają się miarą udanego życia i dobrych obyczajów, z kotła ludzkich pożądań usuwa się pokrywę. Żadne nabytki i najbardziej nawet podniecające przeżycia nie sprawią już satysfakcji równej zadowoleniu, jakie przynosiło niegdyś życie zgodne z przypisanym do tej czy owej pozycji społecznej standardem. Nie ma już przecież standardów, wedle których można mierzyć dokonania dotychczasowe i określać, co jeszcze do dokonania pozostało. Linia mety przesuwa się do przodu wraz z szybkobiegaczem, a do finiszu zawsze tak samo daleko, jakby zawodnik się nie wytężał. Nie widać końca ludzkiemu poszukiwaniu silnych doznań i doznań coraz silniejszych, ani granic temu, co stać się jeszcze może przedmiotem pożądania.

Przy żadnym rozdaniu nie są karty równe. Jeśli jedynym celem gry, dla wszystkich graczy jednako, jest wygrana, gracze, którym przypadła w udziale słaba karta, mogą rozejrzeć się za innymi atutami, które pozwoliłyby słabość karty nadrobić – ryzykując konflikt z zarządcami kasyna. Chęć wygrania może zrównoważyć strach przed ryzykiem – nie dziw więc, że na graczy, którym brak żetonów, patrzy się w kasynie podejrzliwie w uzasadnionej obawie, że sięgną po środki niedozwolone, by się odegrać. Przyciąga się klientów do kasyna nadzieją wygranej; im reklama skuteczniejsza, im więcej ludzi pokusie ulega – tym pilniej wystrzegać się trzeba intruzów, których na udział w grze nie stać. Wszyscy być może graczami być pragną, ale nie wszyscy na graczy się nadają. Żadne kasyno nie może obejść się bez zbrojnych strażników i bez kontrolujących wstęp recepcjonistów. Kasyno dzieli chętnych na graczy z prawdziwego zdarzenia i graczy ułomnych, niespełnionych, do gry nie dopuszczanych. “Gracze niespełnieni” są odpadami, wybrakowanymi produktami kasyna.

Zważywszy charakter gry, jaką się w rynkowym kasynie uprawia – niedolę i upokorzenie ludzi odtrąconych i od drzwi zawróconych postrzega się jako skutek ich osobistego pecha czy osobistej nieporadności; buntować się przeciw wyłączeniu z gry i szukać innych sposobów odegrania się można tylko w pojedynkę. “Niebezpieczne klasy” dawnych czasów przeobraziły się w zbiory aktualnych czy potencjalnych kryminalistów. Więzienia kwitną, gdy więdną “wspólne sprawy”. Poskramianie przestępców staje się główną troską państwa w miarę tego, jak przestaje być ono państwem opiekuńczym. Gdy giną z oczu zbiorowe przyczyny indywidualnej niedoli, ściganie indywidualnych przeciwników ładu staje się wspólną troską zbiorowości.

Rosnąca częstotliwość postępków klasyfikowanych jako kryminalne nie jest zjawiskiem wobec logiki społeczeństwa konsumpcyjnego zewnętrznym – a tym bardziej z nią sprzecznym. Wiele wskazuje na to, że jest ono społeczeństwa konsumpcyjnego nieodłącznym towarzyszem. “Niespełnieni konsumenci”, z gry wyłączeni – ludzie, których zasoby są zbyt szczupłe, by sprostać pragnieniom, i których szanse wygrania przy pomocy oficjalnie uznanych środków obiegowych są nikłe lub żadne – są wszak żywym wcieleniem mar i upiorów nawiedzających życie wszystkich konsumentów. Ich gettoizacja i kryminalizacja, okrucieństwo cierpień im zadawanych i ogólna surowość zgotowanego im losu są więc czymś w rodzaju zbiorowego egzorcyzmu, magicznego zabiegu samooczyszczania, odczyniania uroku, przepędzania nocnego koszmaru. Skryminalizowane marginesy społeczne są swoistym narzędziem asenizacji, rynsztokami, do jakich odprowadza się trujące wydzieliny konsumpcyjnej propagandy, aby ludzie, którzy w grze konsumpcyjnej się ostali, nie musieli troskać się o własne zdrowie. Jeśli ta funkcja kryminalizacji “niespełnionych konsumentów” jest, jak domyślać się można, przyczyną raptownego wzrostu “przemysłu więziennego”(by użyć celnego zwrotu norweskiego kryminologa Nilsa Christie ) – szanse na to, że tempo wzrostu ulegnie w gruntownie “zderegulowanym” społeczeństwie konsumpcyjnym zahamowaniu, a tym bardziej na to, że obecne tendencje się odwróci, są – oględnie mówiąc – znikome.

Nigdzie omawiany tu związek intymny między kryminalizacją nędzy a postępującą deregulacją rynku konsumpcyjnego nie ujawnił się jaskrawiej niż w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie od momentu Reaganowskiego przewrotu wszechwładne panowanie sił i wartości rynkowych osiągnęło pełnię gdzie indziej nie spotykaną. Lata deregulacji i rozmontowywania instytucji opiekuńczych były w USA zarazem latami gwałtownego wzrostu przestępczości, sił policyjnych i proporcji więźniów do ogółu ludności. Były to też lata, w jakich coraz surowiej i bezwzględniej traktować trzeba było ludzi na więzienie skazanych, by strach przed dolą “konsumentów niespełnionych” równoważył rosnące niepokoje i obawy, nerwowość i niepewność losu, gniew i wściekłość milczącej, lub nie całkiem milczącej, większości tych, którym żyć po konsumencku jak dotąd się udało. Im bardziej dokuczliwe są koszmary nocne trujące rozkosz poświęcanych konsumpcji dni – tym bardziej nienasycona jest potrzeba większości, by konsumpcję ułomną uznać za przestępstwo, a konsumentów ze skazą pokazowo ukarać. Uznany za liberała Bill Clinton wygrał wybory prezydenckie obiecując pomnożyć szeregi policjantów i zbudować nowe, pilniej strzeżone więzienia (zdaniem niektórych obserwatorów, m.in. Petera Linebaugh, autora The London Hanged, Clinton zawdzięczał poparcie sporej ilości wyborców głośnej egzekucji upośledzonego psychicznie Ricky Raya Rectora, na którego stracenie na krześle elektrycznym zezwolił jako gubernator stanu Arkansas). W dwa lata po wyborze Clintona na prezydenta Stanów Zjednoczonych jego przeciwniczy polityczni z radykalnego skrzydła Partii Republikańskiej zwyciężyli w wyborach do Kongresu przekonując elektorat amerykański, że Clinton nie spełnił obietnicy rozprawienia się z przestępcami i że oni, Republikanie, będą od Clintona twardsi i bezwzględniejsi. Drugą kadencję uzyskał Clinton w wyborach, w których obaj kandydaci licytowali się w obietnicach twardej ręki, “tolerancji zerowej”, dodatkowych policjantów i dodatkowych więzień – dla poskromienia tych, którzy mają czelność “domagać się udziału w wartościach amerykańskich, jakie swym sposobem życia znieważają” – czyli tych, którzy chcą uczestniczyć w radościach konsumenckiego życia nie mając po temu kwalifikacji i w niczym do koniunktury konsumpcyjnej się nie przyczyniając.

W roku 1972, gdy rozwój państwa opiekuńczego dosięgnął szczytu i tuż przed początkiem jego upadku, Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, w zgodzie z ówczesnymi nastrojami, orzekł, że kara śmierci, z natury arbitralna i kapryśna, nie nadaje się do tego, by służyć sprawiedliwości. Po kilku kolejnych odstępstwach od owego radykalnego orzeczenia, tenże Sąd zezwolił w 1988 roku na egzekucję szesnastolatków, w 1989 roku na kaźń umysłowo upośledzonych, a w końcu w 1992 roku, w słynnej sprawie Herrera przeciw Collinsowi orzekł, że oskarżony może być niewinny, a mimo to stracony, jeśli proces, który zakończył się wyrokiem śmierci, był właściwie prowadzony i w zgodzie z konstytucją, Prawo kryminalne uchwalone ostatnio przez Senat i Izbę Reprezentantów powiększyło listę przestępstw karalnych śmiercią do 57, a wedle niektórych interpretacji nawet do siedemdziesięciu. W blasku reflektorów i ku ogólnej uciesze opinii publicznej zbudowano w więzieniu Terre Haute w stanie Indiana pawilon-poczekalnię dla 120 czekających na stracenie skazańców. Na początku 1994 roku już 2082 osób czekało w kolejce na wykonanie wyroku śmierci; wśród nich – 1102 czarnoskórych i 33 niepełnoletnich. Przygniatająca większość skazańców rekrutuje się z rosnącej niepowstrzymanie gromady “ludzi wybrakowanych”, odrzutów szybko bogacącego się społeczeństwa konsumentów. Jak sugeruje Linebaugh, spektakle wyroków śmierci i egzekucji “są cynicznie wykorzystywane przez polityków dla terroryzowania rosnącej liczebnie podklasy”. Domagając się zastraszenia podklasy – tych co z gry wypadli – cicha lub głośna większość Amerykanów żywi nadzieję na przepłoszenie własnego strachu, zrodzonego z gry nadal uprawianej.

Wedle Herberta Gansa, “uczucia żywione wobec ludzi ubogich przez klasy, które ubóstwa uniknęły, są mieszaniną strachu, gniewu i potępienia, ale dominuje w tej mieszaninie strach” . Emocjonalnie intensywna mieszanina może być motywacyjnie skuteczna i politycznie użyteczna wtedy tylko, gdy strach jest potężny, zaiste przerażający. Publiczne narzekanie na lekceważenie przez ubogich przykazań etyki pracy i na ich niechęć do uczciwego wysiłku, jaki cechuje przyzwoitą większość, wystarczą, by wzbudzić powszechną do “podklasy” niechęć i dezaprobatę. Kiedy jednak obraz ubogiego nieroba kojarzy się z zatrważającymi wieściami o atakach i gwałtach wymierzonych w bezpieczeństwo osobiste i stan posiadania przyzwoitej większości – do dezaprobaty przyłącza się strach; nieposłuszeństwo wobec nakazów etyki pracy jest już czynem nie tylko moralnie odpychającym i oburzającym, ale i budzącym trwogę.

Nędza i ubóstwo przeobrażają się wówczas z problemu etycznego w kwestię penologii i prawa karnego. Ludzie ubodzy nie są już odrzutami rynkowo-konsumpcyjnego ładu, ofiarami nie znającej litości walki konkurencyjnej; są natomiast wrogami publicznymi. Linia odgradzająca pobierających zasiłek od handlarzy narkotykami, złodziei i morderców staje się coraz cieńsza i mniej wyraźna; coraz łatwiej ją przekroczyć – jeszcze łatwiej przesunąć. Pobieracze zasiłków są naturalnym terenem rekrutacji dla gangów przestępczych – i trzymanie ich na zasiłkach równa się ułatwianiu zaciągu.

Banicja z obszaru obowiązków moralnych

Skojarzenie ubóstwa z przestępczością ma inny jeszcze skutek; pozwala ono łacniej usunąć ludzi ubogich poza obszar moralnych powinności.

Istotą moralności jest poczucie odpowiedzialności za dobro innego człowieka – impuls przyjścia z pomocą ludziom słabym, niefortunnym i cierpiącym. Kryminalizacja ubóstwa wygasza poczucie odpowiedzialności i tłumaczy zbędność – szkodliwość wręcz – impulsu. Jako przestępca rzeczywisty czy potencjalny człowiek ubogi nie stanowi problemu etycznego; pozostaje poza obrębem zobowiązań moralnych. Nie ma już moralnej kwestii obrony ubogich przed ich okrutnym losem, jest natomiast problem etyczny obrony ludzi żyjących w myśl powszechnie uznanych wskazówek przed groźbą lgnącą się w gettach, ruderach i innych mrocznych zakątkach przez męty społeczne zamieszkałych.

Jako że w dzisiejszym społeczeństwie ludzie pozbawieni zatrudnienia nie są już “rezerwową armią pracy” czekającą na kolejny zaciąg, utrzymywanie ich w dobrej kondycji na wypadek powołania do czynnej służby pozbawione jest sensu ekonomicznego – jest, ekonomicznie rzecz biorąc, nieracjonalne. Nie znaczy to, rzecz jasna, że zapewnienie im warunków godnego życia nie ma sensu moralnego. Ich człowieczeństwo może być bez znaczenia dla starań o wzrost produktywności i dochodów, ale posiada nadal wagę kluczową dla sentymentów moralnych i troski, jakie należą się istotom ludzkim, będąc zarazem warunkiem niezbędnym człowieczej godności wszelkiej społeczności ludzkiej. Na wstępie swego studium podklasy, Gans umieścił cytat z Tomasza Paine�a: “Gdy się powie w jakimś kraju: �nasi biedni są szczęśliwi, nie znajdziesz wśród nich ciemnoty ani rozpaczy; nasze więzienia wolne są od więźniów, nasze ulice od żebraków; ludzie starzy nie żyją w nędzy, podatki nie są uciążliwe�… Jeśli to wszystko da się o kraju powiedzieć, może ten kraj szczycić się swą konstytucją i rządem”.

We wczesnych latach ery nowożytnej etyka pracy miałaś tę cnotę, że pozwalała wiązać interes gospodarczy z moralnymi troskami w rodzaju tych wyłuszczonych przez Tomasza Paine�a. Sprowadzenie ludzi ubogich do fabryk mogło odpowiadać interesom przedsiębiorców i kupców, być może nawet to te właśnie interesy dodawały niezbędnego wigoru propagandzie na rzecz etyki pracy; ale ideał powszechnego obowiązku pracy, jaki etyka ta głosiła, współgrał zarazem z moralnym uczuleniem ogółu, zatroskanego, zbulwersowanego i zawstydzonego widokiem nędzy i upokorzenia, jakie dotykały ludzi pracy pozbawionych”. Apetyt prężnego przemysłu na coraz to liczniejsze zastępy najemników zdawał się niemożliwy do ukojenia – mogli więc ludzie moralnie zatroskani uznać głoszenie ewangelii pracy za właściwe ujście dla swej troski i w pełni realistyczne rozwiązanie problemu, jaki ich trapił. Tak się zdarzyło w historii, że doszło na czas pewien do spotkania między interesami kapitału a moralnymi instynktami i świadomością etyczną społeczeństwa.

Warunki, jakie sprzyjały temu spotkaniu we wczesnym okresie nowoczesności, nie są dziś jednak spełnione i relacja między orędziem etyki pracy a moralnością publiczną nabrała innego zgoła charakteru. Nie służy ona już ujściem dla impulsu odpowiedzialności i instynktu pomocy. Stała się natomiast instrumentem późnonowoczesnej, czy ponowoczesnej, wersji “adiaforyzacji”, czyli procesu uwalniania pewnej kategorii czynów od potępienia etycznego.

“Zadiaforyzować” czyn to tyle, co uznać go za moralnie neutralny; poddać jego ocenę kryteriom innym niż moralne, usuwając zarazem względy moralne z rozważań, jakie kierują jego wyborem lub odrzuceniem. W młodzieńczych latach nowoczesnego przełomu etyka pracy umoralniała niejako działalność gospodarcza, nadawała zakładaniu nowych fabryk, wciąganiu rosnącej ilości ludzi do pracy fabrycznej charakter czynu moralnego. Dziś etyka pracy nie przypomina przedsiębiorcom o ich obowiązku etycznym wobec mniej szczęśliwych współziomków; kazania nie do nich są kierowane. Podporządkowanie się przykazaniom etyki pracy służy dziś głównie jako sprawdzian, czy ci, do których kazania są kierowane, zasługują na włączenie do obszaru obowiązków moralnych. Wiadomo z góry, że wielu adresatów egzaminu nie zda i zdać nie może – ale wtedy można będzie z czystym sumieniem, bez skrupułów, uznać ich właśnie za osoby moralnie niegodne, które z własnego wyboru ustawiły się poza granicami odpowiedzialności ludzi, którzy wymogi etyki pracy spełnili. Społeczeństwo może złożyć z siebie odpowiedzialność za ich dalsze losy bez poczucia winy; jest to rozgrzeszenie osiągnięciem niebagatelnym etyki pracy w jej nowym wydaniu i nowej funkcji, zważywszy moc i powszechność moralnego impulsu i spontaniczne zazwyczaj wyczulenie większości ludzi na ludzką niedolę, ból, cierpienie i upokorzenie.

Zdusić impuls moralny do końca rzadko kiedy może się udać i banicja z obszaru zobowiązań moralnych nie bywa całkowita i raz na zawsze dokonana. Tłumi się sumienie skutecznie bombardując opinię publiczną coraz to nowymi, mrożącymi krew w żyłach wiadomościami o moralnym zepsuciu i występnych skłonnościach niepracującej biedoty, ale jakaś resztka moralnego wyczulenia ostaje się z reguły i trzeba od czasu do czasu znaleźć dla niej ujście. Ujściem najbardziej dziś popularnym są okresowe “karnawały dobroczynności” – gwałtowne, choć krótkotrwałe (tym krótsze, im intensywniejsze), skoordynowane i kontrolowane eksplozje litości i solidarności z taką czy inną kategorią nieszczęśników, wyzwalane przez szczególnie drastyczne obrazy ludzkiego nieszczęścia. Jak wszystkie karnawały i te eksplozje uczuć moralnych służą na dłuższą metę nie tyle podważeniu, co potwierdzeniu codziennej rutyny. Oczyszczając co czas pewien sumienia z nagromadzonych skrupułów, spektakle masowych wzruszeń i ofiarności czynią zwykłą – nawykową – obojętność i znieczulenie na ludzką niedolę łatwiejszymi do zniesienia. W sumie umacniają one sposób życia, który owocuje etyczną banicją ubóstwa.

Jak to Ryszard Kapuściński, najwnikliwszy bodaj i najskrupulatnieszy kronikarz dzisiejszego sposobu życia, ostatnio wyjaśnił , skutek ten osiąga się za pomocą trzech powiązanych ze sobą chwytów stosowanych konsekwentnie przez środki masowego przekazu, które inicjują zazwyczaj wspomniane “jarmarki dobroczynności”, a z reguły rej na nich wodzą.

Po pierwsze, wieść o kolejnej klęsce głodu lub kolejnej fali bezdomnych uchodźców czy wygnańców opatrywana jest komentarzem, że owe odległe kraje, w jakich pokazywani na ekranach telewizyjnych nieszczęśnicy umierają z wycieńczenia i chorób, są też ojczyzną “azjatyckich tygrysów”. Nieważne, że wszystkie “tygrysy” razem wzięte obejmują niewiele ponad jeden procent ludności samej tylko Azji; już samo o nich wspomnienie zdaje się dowodzić tego, czego dowieść należało – że mianowicie niedola głodnych i bezdomnych jest następstwem ich własnego wyboru lub przynajmniej zaniechania wyboru należytego. Alternatywy czekały na podjęcie – ale się nie doczekały, a to z powodu braku inicjatywy, energii, samozaparcia, gospodarczego rozsądku czy pracowitości. Oglądani na ekranach nieszczęśnicy sami zatem ponoszą odpowiedzialność za swój nieszczęsny los. Mogli przecież pójść śladem “tygrysów” – a nie poszli. Nie starczyło im widać roztropności. Albo nie chciało się im ciężkiej pracy. Albo ich moralny kręgosłup okazał się zbyt wiotki.

Po drugie, tak się na ogół wiadomości o kolejnej katastrofie redaguje, że kwestię ubóstwa sprowadza się do problemu głodu i pokarmu dla głodujących. Ten wybieg przynosi dwie korzyści naraz: zmniejsza się drastycznie rozmiary światowej nędzy (około 800 milionów ludzi cierpi na niedożywienie, podczas gdy około 4 miliardów, czyli dwie trzecie ludzkości, żyje w ubóstwie) i zadania wynikające stąd dla zamożniejszej części świata ograniczają się do znalezienia i dowiezienia żywności. Ale, jak wskazuje Kapuściński, takie przedstawienie problemu nędzy (którego dobitnym przykładem był niedawno wydany zeszyt amerykańskiego tygodnika Time poświęcony analizie zjawiska ubóstwa pod znamiennym tytułem “Jak wykarmić świat”) “redukuje jednostkę wyłącznie do jej systemu trawiennego” – a więc “straszliwie degraduje, wręcz pozbawia pełnego człowieczeństwa ludzi, którym ponoć chcemy pomóc. Gdy się sprowadza ubóstwo do braku żywności, znikają z pola widzenia inne, nie mniej okrutne aspekty życia w nędzy “straszne warunki życia i mieszkania, choroby, analfabetyzm, agresja, rozbicie rodzin, rozluźnienie więzi społecznych, brak przyszłości i nieprodukcyjność”. Tych dolegliwości nie da się usunąć przy pomocy odrobiny darmowego ryżu, kukurydzy, biszkoptów lub sproszkowanego mleka. Kapuściński wspomina napotkane w Afryce dzieci, które “błagały nie o chleb, wodę, czekoladę czy zabawki, ale o kulkowy ołówek, bo one idą do szkoły i nie mają czym pisać”.

Dodajmy, że unika się skrzętnie wszelkich skojarzeń między wstrząsającymi widokami na ekranie, a problemem pracy zarobkowej dla nędzarzy, pomawianych skądinąd o pogardę dla zasad etyki pracy. Pokazuje się zmożonych głodem ludzi, ale jakby widz wzroku nie wytężał, nie dostrzeże narzędzia pracy (z wyjątkiem lekarskiej strzykawki.), skrawka uprawnej ziemi czy pojedynczej choćby głowy bydła. Jak gdyby nie było związku między próżnością obietnic etyki pracy w świecie, który potrzebuje coraz mniejszej ilości rąk, a losem ludzi oferowanych widzom jako ujście dla ich zbyt długo tłumionych popędów moralnych. Etyka pracy wychodzi z całej imprezy bez szwanku, w stanie nienaruszonym i można się nią na nowo posłużyć do smagania własnych, “domowych” nędzarzy – by ich odpędzać od schroniska, jakie spodziewali się znaleźć w państwie opiekuńczym.

Po trzecie, widoki nieszczęść rozpowszechniane przez środki przekazu – głównie, ze względu na jej naturalną widowiskowość, telewizję – umacniają pospolitą codzienną znieczulicę moralną w inny jeszcze sposób. Obok wybuchowego wyładowania nagromadzonych zasobów moralnej energii, mają one jeszcze i ten efekt, że “świat rozwinięty otacza się kordonem sanitarnym obojętności, buduje globalny berliński mur, bo postrzega Trzeci Świat jako świat barbarzyństwa – informacje stamtąd dotyczą tylko wojen, mordów, narkotyków i kradzieży, chorób zakaźnych, uchodźców i głodu, a więc czegoś, co nam zagraża”.

Tylko z rzadka, półgębkiem i bez związku z widokami wojen domowych i masowych zabójstw, mówi się o broni, jaką sprawcy masakry się posłużyli; jeszcze rzadziej i jeszcze ciszej mówi się o tym, o czym wszyscy dobrze wiemy, ale wolimy by nam nie przypominano, że całą tę broń, przy pomocy której przekształcono odległe kraje w mordercze pola dostarczyły nasze fabryki, zazdrośnie strzegące swych zamówień i dumne ze swej konkurencyjności, owej – jak powiadają – podstawy naszego dzisiejszego dostatku i jutrzejszego dobrobytu. Nic nie mąci wrażenia, że nieszczęścia spadły na egzotyczne ludy z ich własnej, i tylko własnej, winy – że rany krwią broczące ich własnymi są rękoma zadawane. Wyłania się obraz dzielnicy gangsterów rozdętej do rozmiarów całych państw i kontynentów – krainy przeżartej grzechem i występkiem, świata poza etyką i bez nadziei na zbawienie. Można by może rany opatrzyć i zaleczyć – ale nie jest w naszej mocy zapobieżenie ich zadawaniu. Wszelkie próby ratowania świata przed najgorszymi skutkami ludzkiej brutalności mogą przynieść li tylko efekty doraźne. Na dłuższą metę skazane są one na niepowodzenie: wszystkie liny rzucone tonącym tubylcy zużyją na pętle dla szubienic. Nic więc już nie stoi na przeszkodzie, by wydobyć z narzędziowni najbardziej wypróbowany, najniezawodniejszy instrument adiaforyzacji: rachunek kosztów i wyników. Pieniądze wydane na ludzi czy kraje tego typu są w sposób oczywisty zmarnowane; efekty są krótkotrwałe, a często odwrotne do zamierzonych. A że na marnotrawstwo nie możemy sobie pozwolić, jest jednym z nielicznych trafaretów, jakie liczyć mogą na powszechną zgodę. Ani ofiary głodu nie są podmiotami etycznymi, ani nasz własny do nich stosunek nie jest problemem moralnym. Moralność jest od święta, jest tym, co się celebruje i z czym się obnosi na ulicach w dniach karnawałów – owych publicznych, przez telewizję synchronizowanych i powielanych, spektakularnych i skondensowanych eksplozji litości i współczucia. Gdy (jeśli) dochodzi do rozważenia zbiorowej odpowiedzialności zamożnej części świata za niedolę i upośledzenie reszty, głos zabiera rachunek ekonomiczny, a zasada wolnego handlu, konkurencyjności i produkcyjności kapitału zastępuje reguły etyczne. Gdy przemawia ekonomika, etyce wypada zamilknąć. A jeśli się i odezwie – kto ją usłyszy, kto się jej posłucha?

Chyba, że idzie tu o etykę pracy, jedyną odmianę etyki, którą zasady ekonomiczne skłonne są tolerować. Etyka pracy nie tylko nie popada w sprzeczność z ekonomiką nastawioną na zyskowność i konkurencyjność, ale jest jej nieodzownym, a przeto mile widzianym, uzupełnieniem. Dla zamożnej części świata i dla zamożnej części zamożnych społeczeństw etyka pracy jest orężem jednosiecznym. Artykułuje ona obowiązki tych, którzy walczą o utrzymanie się przy życiu; milczy o obowiązkach tych, którzy byt swój już zapewnili i mogą zwrócić wzrok ku bardziej ambitnym i wzniosłym celom życia. W szczególności zaś nie mówi ani spoiwa o jakiejkolwiek zależności tych pierwszych od tych drugich, a przeto zwalnia tych drugich od wszelkiej odpowiedzialności za losy tych pierwszych.

Etyka pracy gra dziś ważną rolę w dyskredytowaniu idei “zależności”. “Zależność” ma dziś coraz gorszą reputację i staje się coraz brzydszym słowem. Kultywowanie nawyku zależności jest głównym punktem oskarżenia w rozprawie publicznej wytoczonej państwu opiekuńczemu. Pierwszą ofiarą w wojnie wypowiedzianej zależności pada odpowiedzialność moralna, jako że “zależność” innego człowieka ode mnie jest niczym innym jak lustrzanym odbiciem mojej za niego odpowiedzialności; jest w ten sposób punktem wyjścia, kamieniem węgielnym wszelkiej moralności. Uznając zależność ludzi ubogich za grzech, główną przysługą jaką oddaje etyka pracy w jej obecnym wydaniu i przy obecnych warunkach jest rozgrzeszenie żyjącej w dostatku reszty z moralnych skrupułów.

Zygmunt Bauman – profesor socjologii Uniwersytetu Warszawskiego do roku 1968; obecnie emerytowany profesor Uniwersytetu w Leeds.

Tekst pierwotnie publikowany w Przeglądzie Społecznym 1998

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code