Tezeusz

Nić życia

Nić życia

Dariusz Piórkowski SJ

Tekst ten jest fragmentem osobistych zapisków porekolekcyjnych, które próbują opisać fundamentalne doświadczenia tego wyjątkowego czasu. Dzielę się nimi, aby dać świadectwo mocy działającego Boga, którego właśnie w taki sposób odkrywam i nieudolnie staram się poznać.

„Wypłyń na głębię”(Łk 5,4)

Czym były dla mnie ostatnie rekolekcje? Powyższe słowa z Pisma Świętego są swoistą kwintesencją doświadczeń i spotkań z Bogiem. Bo istotnie każde rekolekcje to dla mnie czas szczególnego, uprzywilejowanego zbliżania się Boga do człowieka, to dotykanie najczulszych strun serca, to przenikanie do najskrytszych pokładów człowieczeństwa, do których drugi człowiek, nawet najbardziej zaufany i najbliższy nie ma dostępu. Rekolekcje stają się dla mnie z wolna cichym i okrytym zasłoną tajemnicy zstępowaniem do duchowej świątyni, w której można odnaleźć swoje najskrytsze pragnienia.

W tym sanktuarium, w którym pali się nieustanne światło Bożej obecności odkrywam niepojętą, obejmującą drżeniem i fascynacją, życiodajną wieź. Więź tak niezbywalną jak codzienne pragnienie wody. Ta więź jest również pewną nicią życia, a może raczej jakimś niewidzialnym kanałem łączącym moją egzystencję w czasie z boską wiecznością. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że człowiek jest nie tylko odbiciem wieczności, ale tę wieczność nosi w sobie, chociaż o tym często zapomina. Właśnie ta nić łącząca nas z Bogiem nadaje naszemu życiu właściwy kierunek i sens. Od odkrycia tej niewidzialnej nici zależy nasz rozwój i pokój w sercu.

Rekolekcje są również wspaniałą przygodą smakowania prostoty, ciszy, wewnętrznego światła i ciemności. To cudowna sprawa pozostawić na krótką chwilę codzienne zabiegi i troski, obawy i niepokoje, nawet pragnienia i plany, by pozwolić ogarnąć się ciszy, skupić się, stawać się coraz bardziej jednością. Bo skupiać się nie znaczy nic innego jak wychodzić z chaotycznej fragmentaryczności, z tysiąca mniej lub bardziej istotnych spraw do tych poziomów egzystencji, gdzie nieustannie wydarza się coś ważnego. Skupić się to przyjść z osobistym balastem nagromadzonym wskutek własnego nieładu, grzechu, zamieszania słabości, który ciągle towarzyszy naszej wędrówce jak przysłowiowa kula u nogi. Złudnym byłoby mniemać, iż jesteśmy w stanie zrzucić z siebie cały ciężar naszej powierzchowności i uciążliwych ograniczeń. Ale to zbyt mało. Skupić się to odkryć, zgromadzić i jeszcze bardziej odczuć swoje tęsknoty, nadzieje, pragnienia oraz pozwolić sobie na spokojne przyglądanie się, wsłuchiwanie i ponowne wszczepienie ich w duchowy „krwiobieg”.

Skupienie powoduje, że na chwilę wycofujemy się z peryferii naszej egzystencji, z nieustannej konfrontacji z naszymi granicami, aby dosięgnąć naszego centrum, najgłębszego „ja”. Po co? Chociażby po to, aby spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka lub, jak kto woli, aby prześwietlić je duchowym światłem prawdy. Chaos może być w nas zniszczony tylko wówczas, jeśli staniemy ponad nim lub, co wydaje się jeszcze trafniejsze, jeśli przyłożymy siekierę do jego korzeni. Tak. Skupienie jest przykładaniem ostrza prawdy do narosłych w nas obcych ciał, które żerują na nas i okradają nas z cennej energii życia.

W końcu skupienie to wrzucenie w ogień miłości i obecności Bożej całego bagażu doświadczeń dobrych i złych, to przyjście do Niego z obnażonym człowieczeństwem, odsłonięcie siebie bez lęku Temu, który ogarnia nas od środka.

Tak wiele było podczas tych rekolekcji oczekiwania, nieraz trudnego i napiętego, ale też trwania wobec nieogarnionych ciemności, w których raz po raz dawał o sobie znać Niewidzialny. Rekolekcje to z jednej strony czas obumierania, a z drugiej czas tworzenia. Głównym twórcą jest tutaj oczywiście Bóg. Słowo Boże jest przedziwnym narzędziem wypalającym i budującym, oświetlającym i przenikającym najbardziej niedostępne mroki. Słowo Boże jest kluczem otwierającym podwoje i drzwi zamknięte od dawien dawna, lub od zawsze. W naszej duszy istnieje tyle nieznanych i ogarniętych ciemnością i zapomnieniem zakamarków. Może nieraz chcielibyśmy wejść do tych pomieszczeń, ale równocześnie odzywa się w nas lęk przed zgubą i zatratą, przed dotarciem do naszej świadomości stęchlizny zepsucia, przed obnażeniem przed samym sobą.

Tak więc przez lata wiele drzwi do niezliczonych korytarzy, piwnic, strychów naszego wnętrza pozostaje nietknięte. Rdza zaniedbania i strachu blokuje w nas otwarcie zapieczonych zamków i rygli. Tylko Duch Święty może przeniknąć swoją mocą owe niezdobyte tereny, swoistą terra incognita. Tylko z nim nie ulegniemy strachowi i nie przerazimy się. W pewnym sensie nasze całe życie duchowe zmierza w tym jednym kierunku: powoli i cierpliwie poddawać kolejne przyczółki naszej egzystencji, tak nieraz zażarcie przez nas bronione lub tłumione, panowaniu Ducha Świętego.

To właśnie znaczy żywość Bożego Słowa. Jest ono żywe, ponieważ podnosi z grobu to, co umarłe; uśmierca to, co uzurpuje sobie niesłuszne prawo do życia, a co równocześnie krępuje nas, zniewala, oplata swymi zwodniczymi mackami pseudoszczęścia. W końcu Słowo Boże pomaga nam dotrzeć do przywalonych i przysypanych zasobów; pozwala dojść do niewyczerpanego źródła miłości i dobra, które bije gdzieś na głębinach w każdym z nas.<

"Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię". (…)
Uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych".

Przyjść do Jezusa, aby znaleźć u Niego ukojenie i pokrzepienie (albo jak w innych tłumaczeniach: "rest" -odpoczynek, "Ruhe" – pokój, to po prostu przyjęcie postawy Marii z Betanii. Jest to nic innego jak przysłuchiwanie się, wpatrywanie się, uczenie się Jezusa. Patrząc na Niego i słuchając Jego słów nasze życie doznaje jakiegoś tajemniczego uproszczenia. Nie jest to prostackie zanurzenie się w błogostanie beztroski i chwilowym odurzeniu. Na przekór wszystkiemu jest to stanięcie wobec Niego niejako w zapomnieniu o sobie, ale również w zatopieniu się w nim takim, jakim się jest.

Tak wiele rzeczy relatywizuje się, kiedy człowiek coraz bardziej nakierowuje się na Jezusa, ponieważ On sam jest prosty. On sam idzie prostą drogą. Nie potrzebuje podpórek, masek, lektyk, zbaczania to tu, to tam. Znaleźć ukojenie w Jezusie to przede wszystkim odkryć Jego stałą, czułą bliskość w życiu swoim i drugiego człowieka. Ukoić siebie to oddać siebie w ramiona kogoś silniejszego. Ukojenie to stan, w którym czujemy się bezpieczni, ale też taki,  w którym doznajemy wyzwolenia od bólu, uzdrowienia, lekkości, nadziei. Takiego odpoczynku nie znajdziemy w żadnym ze stworzeń, chociaż i tak rozpaczliwie czynimy to każdego dnia.. Bo nic nie jest w stanie zaspokoić tej tęsknoty, która wywołuje w nas pragnienie pokoju, prostoty, zespolenia, jedności. Zatopienie się w Bogu w najtajniejszym skrawku naszej duszy czyni nas prostszymi.

"Oczekiwaliśmy światła, a oto ciemność, jasnych promieni, a kroczymy w mrokach. Jak niewidomi obmacujemy ściany. I jakby bez oczu idziemy po omacku. Potykamy się w samo południe jak w nocy. W pełni sił jesteśmy jakby umarli"( Iz 59, 9-10).

"Także na ścieżce Twoich sądów oczekujemy Ciebie;
pamięć o Tobie to pragnienie duszy.
Dusza moja pożąda Ciebie w nocy,duch mój poszukuje Cię w moim wnętrzu"(Iz 26, 8-9).

"Boże Ty, Boże mój Ciebie szukam
Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało.
Jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody"( Ps 63, 2).

To kolejny obszar doświadczeń, z którymi przyjechałem na rekolekcje i które podczas nich otrzymały swoją kontynuację. Nie pierwszy raz doświadczam w sobie nowego działania Ducha Świętego, które staje się dla mnie obezwładniającą ciemnością, a zarazem jakimś niepojętym wyzwalaniem ku pełniejszemu życiu. Ciemność, która w moim przypadku łączy się z osobistymi słabościami, z wiarą doznającą transformacji, ze stopniowym rozpadaniem się zamieszkujących w moim umyśle i duchu idolach o glinianych nogach, z docieraniem do granic kruchej, nadwątlonej i rozdartej ludzkiej skończoności, granic, których nijak nie można przekroczyć, ani od nich uciec; z przemiany dziecinnych i wyuczonych obrazów Boga, które tak dalece odbiegają do Boga Prawdziwego, że aż zamykają mi usta, z dotknięcia ostrzem egzystencjalnej bezradności, z byciem świadkiem „bezinteresownie” wyrządzanej drugim niesprawiedliwości; z setkami pytań, których odpowiedzi niedostępne są dla ludzkiego umysłu; z doświadczenia zupełnie świeżego pocałunku tajemnicy, którą coraz bardziej podziwiam i wobec której milknę w postawie milczącej adoracji.

W końcu ciemność tkwi głębokimi korzeniami w duchowym i psychicznym przeobrażaniu mojej kruchej natury, w unicestwianiu tego, co oddala mnie od Dobra i Prawdy, w zbliżaniu się do mojego jestestwa Boga Innego, którego cicha obecność zdaje się być tak niepojęta i niepojęta, iż pogrąża duszę w ciemnościach. Ale te ciemności w gruncie rzeczy są światłem. Nie jest ono dostrzegalne, bo jakże mogłoby być? Dopóki nie obumrze to, co obce Bogu, dopóki nie zniszczeje to, co mieni się Bogiem, dopóty Bóg Jedyny będzie niewidzialny.

Dlatego, chociaż pogrążony w mrokach, chociaż pozostawiony nieraz na pastwę skończoności, chociaż znękany duchowym cierpieniem i samotnością nigdy nie czułem się w pełni umarłym. Jak bardzo te słowa oddają tak częsty stan mojego ducha: "W pełni sił jesteśmy jakby umarli". W moim wnętrzu tryska bogate źródło, jakaś krynica, do której stopniowo staram się dokopać. Z drugiej strony, chociaż czuję, że nie jestem w pełni opuszczony przez Boga, wydawało mi się jakbym umierał, jakby upływała ze mnie krew życia, kropla po kropli. I nieraz miałem wrażenie jakbym oślepł, jakby prowadziło mnie jedynie jakieś instynktowne przeczucie, co i jak uczynić, jakaś mgliste poczucie tego, co słuszne. Niejednokrotnie rodziło się we mnie wrażenie, jakbym stąpał po jakiejś wąskiej grani, tuż nad przepaścią, to znowu jakbym przechadzał się po pewnej ścieżce, po czym powracał zwolna do krainy niepewności.

A jednak Bóg przekonuje mnie stale, ze te ciemności, że ta ślepota, zasłona spowijająca mój rozum i inne władze jest potrzebna. Chociaż częściowo jest ona zakorzeniona w psychicznym zmęczeniu i stanowi poniekąd wykwit mojej psycho – fizycznej konstytucji, nie wolno zatrzymywać się na zewnętrzności. Trzeba zstępować w głąb. Tak też radzą święci. Tak pisała w swoim Dzienniczku św. Faustyna: Ciągle musimy przedzierać się przez ściągającą nas w dół powłokę naszej zewnętrzności i wchodzić na tereny ducha. Nasza zewnętrzność przypomina obwisłą, obciążającą nas kolczugę lub zbroję utrudniającą kroczenie naprzód.

Nie sposób się od niej zupełnie wyzwolić. Przeciwnie. Trzeba nauczyć się z nią żyć, ale w taki sposób, żeby nie determinowała niepotrzebnie naszej wolności. Na głębinach ducha wszystko wygląda inaczej. Nie istnieje bowiem coś takiego jak jedynie poziom psychiczny, odseparowany od cielesności i sfer ducha. Cały człowiek już od zawsze uczestniczy w pewnej jeszcze nieukończonej całości, którą sobą przedstawia, chociaż jest ona wyraźnie naruszona i nosi w sobie pęknięcia. Dlaczego Bóg wykorzystując wszelkie możliwe słabości i okoliczności, fikcje i iluzje, cierpienie i ból, podtrzymuje we mnie poczucie oplatającej mnie zewsząd pustki i mroku?

Przede wszystkim od co najmniej paru latu zmienił się mój stosunek do Boga. Z jednej strony jest on dla mnie coraz bliższy. Z drugiej coraz bardziej przejmuje mnie milczenie i adoracja wobec Jego niewypowiadalności, wobec zupełnej Inności. Dociera do mnie powoli, co miał na myśli Jezus, mówiąc o prostaczkach i mądrych, roztropnych. Roztropni to dzisiejsze „mądrale”, które rzeczywistość tajemnicy dezawuują uśmieszkiem, którzy na wszystkie pytania posiadają gotową odpowiedź, których serca nie tylko przeniknięte są niewinną nutką cynizmu, lecz karmią się „mędrkowaniem”. Są to specjaliści od wszystkiego, mistrzowie demistyfikacji, demaskatorzy fałszywej świadomości. Do takich ludzi nigdy nie dotrze światło Ewangelii, bo ono jest zarezerwowane dla pokornych.

Prostaczkiem z kolei nie jest bynajmniej biedny, zwykły, niewykształcony człowieczek. Prostaczkiem może być nawet wysoce ceniony profesor, który nie zamknął swego serca i umysłu w omotaniu duchem pysznej „wszystkowiedzy”. Prostaczek to ubogi duchem, chylący czoła przed nieogarnionymi przestworzami prawdy; przed pytaniami, które być może na zawsze pozostaną bez odpowiedzi; przed pozornymi sprzecznościami, wobec których rozum ludzki musi zamilknąć.

Wydaje się, że chrześcijaństwo może na powrót odżyć w sercach wielu ludzi, jeśli zdoła ukazać im najpierw w swoich wyznawcach, a następnie wśród poszukujących i oddalonych od Boga przebłysk tęsknoty za „inną ojczyzną”, ku której zdążamy, ukrytej za ludzkimi rozczarowaniami, pożądaniami, głodami, nałogami, nieustanną pogonią za sukcesem, kompleksami i całym splotem ludzkich problemów. Innymi słowy, chodziłoby o ponowną reinterpretację i wejście w obszar oddziaływania pierwszego błogosławieństwa z Kazania na Górze. Gdyż pragnienie Boga to najprościej rzecz ujmując doświadczenie ubóstwa duchowego.

Ubogi w duchu oznacza być u Boga w duchu, szukać Go przedzierając się przez zasłonę monotonii, pozornie nierozwiązywalnych konfliktów wewnętrznych, chaosu i pogmatwania. Ubogi duchem nie przekracza granic człowieczeństwa, zgadzając się na to, że serce ludzkie pomimo jego przepastności nie może przeniknąć wszystkich zagadek i osiągnąć stanu ostatecznego spełnienia na tej ziemi. Takiegoż po prostu tutaj nie znajdzie. Ubogi duchem jest pielgrzymem, oczekującym na nasycenie, znoszącym jakże niewygodną i drażniącą człowieka pustkę, pustkę, której próba wypełnienia prędzej czy później kończy się fiaskiem i rozczarowaniem. Człowiek pomimo swej materialności jest powołany do utrzymywania w swoim jestestwie zadanej mu duchowej „próżni”. Właśnie w tej pozornej próżni mieszka Bóg.

Od wielu lat Bóg naprowadza mnie i przypomina mi wciąż o owym tajemniczym, a jakże fundamentalnym pragnieniu ukrytym w moim sercu i sercu każdego człowieka. Prawdopodobnie od rozpoznania tej najgłębiej osadzonej w egzystencji tęsknoty i stałego jej odświeżania, zależy czy człowiek rzeczywiście wejdzie na drogę autentycznej przemiany. Pragnienie Boga stale pulsujące we wnętrzu człowieka jest osią, wokół której może dokonać się jego ponowna integracja. Pragnienie to przypomina pewien duchowy magnes, wokół którego skupia się jedynie to, co najważniejsze, co jest przezeń przyciągane. Wszystkie śmieci, rzeczy pozbawione energii, można powiedzieć, cała ludzka martwota pozostaje gdzieś na obrzeżach ducha. W świetle tego pragnienia odsłania się bowiem właściwa hierarchia spraw i wielu nieraz sprzecznych ludzkich pragnień. Życie doznaje wówczas uproszczenia ponieważ tęsknota za Bogiem demaskuje bezsensowność i bezcelowość wielu naszych wysiłków oraz uganiania się za tym, co jak pisze Izajasz, „nie jest chlebem i co nie nasyci ” (Iz 55, 2 ). Dopiero wtedy człowiek osiągnie miarę swojego człowieczeństwa, jeśli świadomie odkryje owo duchowe jądro, konstytuujące jego samego i nadające mu ostateczny kształt.

Teksty Dariusza Piórkowskiego SJ

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code