Antropologia i etyka seksualna

Wychowanie do odpowiedzialności

Wychowanie do odpowiedzialności

Dariusz Piórkowski SJ

Tekst poniższy to próba polemiki z opinią filozofa Jana Hartmana w sprawie aborcji, która ukazała się 2 października 2004 w „Gazecie Wyborczej”. Punkt ciężkości mojej argumentacji przeciw legalizacji przerywania ciąży spoczywa na analizie koncepcji człowieka i prawa podzielanej przez Hartmana, która uniemożliwia mu zrozumienie stanowiska Kościoła. Zwracam też uwagę na bardzo uproszczone i stereotypowe podejście wykładowcy UJ do etyki seksualnej głoszonej przez Kościół.

Dawno nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego aborcja wzbudza tyle emocji, dzieląc ludzi na rozmaite obozy. Po lekturze tekstu Jana Hartmana (Chrońmy życie poczęte, (ale na serio!) „Gazeta” 2-3.10.2004) zrozumiałem, że nie tylko wyznanie, katolickość czy światopoglądowa neutralność, staje się kością niezgody w sporze o nasze fundamentalne rozstrzygnięcia moralne. Polaryzacja stosunku do przerywania ciąży, podobnie jak do wielu innych etycznych kwestii, w gruncie rzeczy bierze się z różnorodności i głębi(lub jej braku) rozumienia świata, natury i przeznaczenia człowieka.

Cieszę się, że Hartman podejmuje temat, który wciąż wymaga zarówno osobistej refleksji jak i społecznej dyskusji na różnych płaszczyznach. Podzielam jego troskę i wysiłki zmierzające do zmniejszenia procederu aborcji w Polsce. Doceniam starania o polepszenie społecznej atmosfery wokół niezamężnych kobiet z dziećmi. Wątpię jednak, czy zaproponowane przez wykładowcę Collegium Medicum UJ antidotum na „podziemie aborcyjne” w postaci liberalizacji prawa i obalenia „skostniałych” zakazów kościelnych, istotnie zredukowałoby liczbę usuwanych ciąż.

Aborcja to często ostatnie ogniwo w długim łańcuchu mniej lub bardziej dramatycznych ludzkich wyborów. Stoi za nią cały splot rozmaitych czynników. Większe prawne przyzwolenie na przerywanie ciąży oznaczałoby pójście po linii najmniejszego oporu. Nie wystarczy, w przypływie bezradności, czy nawet miłosierdzia, skupiać się na redukowaniu skutków naszego postępowania. Trzeba równocześnie zapobiegać aborcji u jej źródeł, badając jej głębsze przyczyny i szukać sposobów ich uzdrawiania. Jeśli więc chcemy poważnie stać na straży życia poczętego, z jednej strony musimy zmieniać wadliwe struktury społeczno – prawne i wspomagać rodziny lub samotne kobiety, które z różnych racji potrzebują pomocy. Z drugiej strony powinniśmy też pomnażać wysiłki, aby wychowywać człowieka – od dzieciństwa, do odpowiedzialności za siebie i drugich.

Jaki człowiek, takie prawo

Wszystko jednak zależy od tego, czy ufamy w duchowy potencjał osoby ludzkiej. W tym kontekście, uderza mnie nader pesymistyczna, by nie rzec, mechanistyczno-empirystyczna wizja człowieka u Hartmana. Nie wiem, czy to cynizm, czy skrajny realizm każe mu spoglądać na istotę ludzką niemal wyłącznie jako na wrzący kocioł popędów i namiętności, w którym wiodącą rolę odgrywa pożądanie seksualne.

Przyznam, że inaczej trudno mi pojąć grubymi nićmi szytą opinię, jakoby tym, co zapobiega rozpasaniu seksualnemu pomiędzy ludźmi, była „wrodzona awersja człowieka do bycia dotykanym przez innego człowieka”.

Na podstawie jakich badań Hartman twierdzi, że „piętnastolatki uprawiają seks, bo jest to rzecz, której chłopcy (dziewczyny nieco później) najbardziej na świecie pragną”? Niewątpliwie, nastolatki wiele myślą o seksie i doświadczają w sobie siły popędu. To normalny proces. Wszelako czy faktycznie na seksie kończy się horyzont ich pragnień i tęsknot?

Zdumiewają mnie powtarzające się jak refren orzeczenia, że próba formowania człowieka przez Kościół, przynajmniej w sferze płciowości, przez odwołanie się do dobra i rozumu, przypomina „bajki dla grzecznych dzieci”. Taka postawa zdradza swoiste rozczarowanie Hartmana możliwościami ludzkiego ducha.

Czytając te arbitralne stwierdzenia, wyczuwam w nich zbieżności z antropologią Tomasza Hobbesa, wedle której niemożliwe jest oddziaływanie na człowieka „od wewnątrz” – za pomocą rozumu i wartości. Jego naturą, z grubsza rzecz biorąc, targa silna żądza posiadania i lęk przed śmiercią. W tej sytuacji, rozum, będący na usługach uczuć, może co najwyżej znaleźć środki do zaspokojenia tych żądz i wykoncypować takie struktury polityczno- społeczne, które pozwolą jednostkom wieść znośne życie. Tym samym, osobowość człowieka da się ukształtować wyłącznie za pomocą „zewnętrznych” instrumentów prawnych, administracyjnych i wychowawczych, ustanowionych na mocy konsensusu społecznego. Tylko na tej drodze można ujarzmić egoistyczne zapędy człowieka i „zhumanizować” międzyludzkie relacje.

Jeśli powyższa intuicja jest słuszna, to nie dziwi mnie również koncepcja prawa reprezentowana przez Hartmana. Pisze on w artykule „Ucywilizujmy eutanazję” („Gazeta” 3-4 lipca 2004), że „prawo nie służy do tego, by kodyfikować pryncypia moralności, lecz do tego, aby w miarę możności zapobiegać rozszerzaniu się zła”.
Moim zdaniem deklaracja ta opiera się na dwóch przesłankach. Po pierwsze, że nadrzędnym celem prawa miałoby być okiełznanie ciemnej strony człowieczeństwa. Po drugie, że pomiędzy moralnością a rzeczywistością, w której żyjemy, zionie przepaść. Nie istnieje więc – jak twierdził Dawid Hume – żaden pomost spajający fakty i wartości.

Uważam, że prawo wyraża dobro i je ucieleśnia, aczkolwiek często określa w sposób negatywny pewne nieprzekraczalne minimum. W tym sęk, jak te dobro rozumiemy. Czy odzwierciedla ono jakiś porządek i obdarza nas duchową mocą, a może nie jesteśmy w stanie go zdefiniować, bo podlega ciągłym przeobrażeniom? Czy dobro jakoś się w nas odwzorowuje, a może sami tworzymy je na własną modłę? Czy przybiera w tym świecie konkretne formy, a może, jak platońska idea, kłębi się gdzieś w przestworzach? Chociaż Hartman nie przeczy istnieniu dobra, jakkolwiek je pojmując, to jednak związek łączący rzeczywistość i etykę uznaje za nominalną jakość.

Jakżeż ma on nie powątpiewać w skuteczność norm moralnych głoszonych przez Kościół, jeśli te normy bazują właśnie na przekonaniu o rzeczywistym wpływie dobra na życie człowieka. Co więcej, główną inspirację dla swego nauczania Kościół czerpie z Ewangelii (a nie z księżyca), która afirmuje pozytywny wymiar człowieczeństwa.

Dobra Nowina, która wzywa do poszanowania życia, zasadza się na wierze w człowieka i wpisanego weń dążenia do dobra. Z tego powodu Kościół nie jest jedynie pogotowiem ratunkowym, które ma zajmować się reanimacją ludzkich dusz. Owszem, troszczy się o samotne matki, narkomanów, alkoholików, sieroty itd., ale równie żywo interesuje go duchowa „prewencja”. A ta, w myśl nauczania Jezusa, wyprzedza reformy struktur społecznych i zaczyna się od wewnętrznej przemiany każdego z osobna. W pewnym sensie Kościół idzie tutaj śladami wielu starożytnych myślicieli, którzy byli przekonani, że dla zachowania ładu społecznego nawet najwspanialsze instytucje ustrojowe i prawa nie zastąpią wewnętrznego uformowania człowieka.

W pojedynkę czy w rodzinie?

Za kuriozum uważam tezę Hartmana, że podstawowym katalizatorem zjawiska aborcji miałby być oderwany od realiów życia idealizm Kościoła i podsycana przezeń, przynajmniej pośrednio, społeczna niechęć do nieślubnych dzieci i ich matek.

Janina Podgórska pisze w tekście „Związki przedmałżeńskie”( „Polityka” Nr 27/ 2004-10-06), że w Polsce „zniknął stygmat bękarta. Ponad połowa Polaków nie ma nic przeciwko kobietom rodzącym pozamałżeńskie dzieci. Samotne matki to dziś najbardziej dynamicznie rosnąca grupa. Stanowią około 15 proc. polskich rodzin.” Jak widać, zdania są w tej materii podzielone.

Zwalanie całej winy za podziemie aborcyjne na „bezwzględne” zakazy Kościoła to gruba przesada. Przyczyny przerywania ciąży bywają bowiem różne. Dla przykładu, młoda dziewczyna nie jest często w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności za dziecko, które ma się narodzić. Nieraz zostaje pozostawiona samej sobie, w sytuacji silnego stresu, depresji czy lęku o przyszłość. Nagłe zajście w ciążę powoduje niejednokrotnie konieczność przerwania szkoły, bądź w ogóle znaczne pokrzyżowanie planów życiowych. Zdarza się i tak, że rodzina nakazuje jej bezzwłoczne pozbycie się „niechcianego intruza”. I wcale nie kieruje się przy tym lękiem przed pogardą ze strony sąsiadów. Nota bene, te argumenty przemawiają również za tym, żeby raczej uczyć się czystości, czego, wbrew insynuacjom Hartmana, młodzież bardzo pragnie.

W tym miejscu chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien szczegół. Poza propozycją upowszechnienia antykoncepcji, wykładowca UJ nie pyta o to, co zrobić, aby młodych nastolatek z niepożądaną ciążą lub w ogóle kobiet samotnie wychowujących dzieci było jak najmniej. Nad tym fenomenem przechodzi on do porządku dziennego, sugerując, że każdy ma prawo wybrać sobie taki sposób życia, jaki mu odpowiada. Można i tak.

Wszakże, kiedy bardziej krytycznie przyjrzymy się takiemu modelowi życia, rodzą się poważne obiekcje. Czy to normalne, że młode dziewczyny zachodzą w ciążę w takim momencie życia, w którym usunięcie dziecka jawi się jako jedyny możliwy sposób wyjścia z egzystencjalnego impasu? (Abstrahuję od argumentu, że najbardziej na świecie pragną seksu). Albo, jeśli nie dojdzie do aborcji, czy wychowywanie dzieci w pojedynkę (obojętnie, czy tylko przez matkę lub ojca), naprawdę niczym się nie różni od pełnej rodziny? Nazwijmy rzecz po imieniu: niepodobna przystać na bezsilną konstatację, że skoro tak już jest, zatem należy takie zjawisko zaakceptować.

Godząc się z tym beztrosko, wyrządzilibyśmy szkodę najpierw samej kobiecie, później dziecku, a w końcu i społeczeństwu. (Pomijam tutaj wyjątkowe sytuacje, których życie nam nie szczędzi).Nie trzeba wcale odwoływać się do moralności. Wystarczy zdrowy rozsądek i zwykła obserwacja psychologiczna. Bezpośredni kontakt z młodymi dowodzi, jak brak ojca lub matki negatywnie wpływa na dojrzewanie osobowe chłopca czy dziewczynki. Oczywiście, zakładam, że chodzi tu o w miarę normalną rodzinę. Dzięki towarzyszeniu duchowemu sam bywam nieraz świadkiem tego, jak młodzież z rozbitych, czy niepełnych rodzin, przeżywa dramat nieobecności jednego z rodziców. Czują w sobie dużo niepewności, mają kłopoty z własną tożsamością, z oporami nawiązują relacje z osobami płci przeciwnej, gdyż, np. za bardzo związani są z matką. Jak mają oni dobrze funkcjonować w społeczeństwie, stawiać czoła trudnościom i wyzwaniom, jeśli przez długi czas sami nie mogą się pozbierać?

Miłosierny radykalizm Kościoła

Hartman utożsamia niektóre wymogi chrześcijańskiej etyki z ideologią, jakoby rzekomo były one poza zasięgiem ludzkich możliwości. Cóż za nieporozumienie! Normy Ewangelii nie są przeznaczone dla duchowych supermenów. Zresztą takich stworów na ziemi nie ma.

A jeśli chodzi o pasterskie podejście Kościoła, warto czasem zajrzeć do jego dokumentów, popytać spowiedników, by przekonać się, że jest w nim miejsce na wyrozumiałość, miłosierdzie i elastyczność. Jan Paweł II, a za nim wielu teologów katolickich, mówi o tzw. prawie stopniowości w rozwoju moralno-duchowym człowieka. Zasada ta głosi, że nie zawsze od razu i nie dla każdego osiągalna jest pełna realizacja jakiegoś ideału czy wartości. Przebija z niej nie tylko wzgląd na ułomność ludzką, ale prawda, że człowiek to istota historyczna, która dojrzewa w czasie. Osoba ludzka stopniowo poznaje, wybiera i realizuje dobro w zależności od etapu własnego wzrastania. Zwykle proces ten odbywa się na niełatwej drodze prób, błędów i potknięć.

To prawidło odnosi się także do moralności seksualnej. Jeśli ktoś sądzi, że Kościół żąda od swoich członków natychmiastowej i katońskiej nieskazitelności moralnej, a Pan Bóg jako bezduszny cyborg nakłada na ludzi krępujące pęta nakazów i zakazów, to szczerze mu współczuję. Seksualność jest wyjątkowa, bo dzięki niej człowiek chyba najpełniej wyraża się równocześnie cieleśnie, psychicznie i duchowo. Zintegrowanie płciowości, do której zachęca Kościół, to nierzadko zadanie na lata.

Nie może być natomiast mowy o stopniowości prawa, to znaczy, że tylko wybranych obowiązywałyby wyższe zasady moralne, a dla reszty oferowałoby się jakąś wersję minimum. Spróbujmy sobie wyobrazić, że jedynie niektórym z nas przysługiwałoby prawo do wolności słowa, do ochrony życia, do własności itd. Jakiż wywołałoby to w nas sprzeciw!

Innym błędem, jaki popełnia się w dyskusji nad etyką seksualną Kościoła jest odcinanie jej od szerszego kontekstu, z którego się wywodzi. Już F. Nietzsche mawiał, iż ten, kto żyje pewnym „dlaczego” w życiu, pojmie również prawie każde „jak”. Być może sami często nie wiemy, z jakiej racji mamy bronić życia, zachowywać czystość i jaki to wszystko ma sens. A pośród wszelkich wymagań etycznych widzimy zaledwie jedną stronę medalu – że czegoś nam nie wolno.

Nie wyeliminujemy w pełni aborcji. Dramat ludzkiej wolności, słabości i jałowych kompromisów będzie trwał nadal. Dla mnie jednak, w odróżnieniu od Jana Hartmana, liczy się to, abyśmy szczerze, głęboko i za pomocą godnych, a nie połowicznych środków, dążyli do propagowania kultury życia i wielkości człowieka. Niewątpliwie, Kościół w Polsce stoi przed zadaniem ukazania bardziej pozytywnego i wieloaspektowego obrazu ludzkiej płciowości, chociażby po to, aby nie zawierać małżeństwa w celu opanowania pożądania seksualnego.

Myślę, że trzeba położyć większy nacisk na kompleksowe wyjaśnienie „dlaczego” moralności chrześcijańskiej. Przykazania i normy moralne postrzegane wyłącznie w sensie prawnym, bez umiejscowienia ich w całościowym spojrzeniu na los i powołanie człowieka, rzeczywiście mogą wydawać się drażniącą nas zawalidrogą. Jeśli pójdziemy tym tropem, wówczas łatwiej zrozumiemy, że za wezwaniami Kościoła do ochrony życia, nie ukrywa się jakaś duchowa neuroza, lecz rzeczywiste dobro osoby ludzkiej.

Tekst ukazał się w wersji skróconej w „Gazecie Wyborczej”.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code