Świadectwa

Gdy myślę o Polsce, brakuje mi słów

Gdy myślę o Polsce, brakuje mi słów

Dariusz Piórkowski SJ

Gdy myślę o Polsce, to nieraz brakuje mi słów. Raz się nią cieszę, drugim razem chce mi się nad nią płakać. Przeraża mnie nienasycona żądza posiadania wielu Polaków. Przeraża mnie bezmyślność. Przeraża powierzchowność. Przeraża szczycenie się tłumami w kościołach, przy równoczesnym braku korzeni, przy wierze, która nie ma za wiele wspólnego z życiem codziennym. Przeraża mnie egoizm, który poza końcem swego nosa, niczego już nie zauważa. Przeraża mnie chęć dorobienia się za wszelką cenę – polskie „postaw się, a zastaw się”. Pytam się, gdzie ja żyję?

Kilka obrazków z ostatnich polskich dni: Hałastra spragniona odtwarzaczy DVD szturmuje nowo otwarty dom towarowy w Warszawie. Rzucili sprzęt po cenie promocyjnej. Ludzie tratują się, cisną, przeklinają, obrażają, ranią, łamią ręce i golenie. Z ich twarzy bije niepohamowana żądza: Muszę za wszelką cenę mieć ten odtwarzacz, chociaż tak naprawdę nie wiem dlaczego. Bo taniej. Bo drugi raz taki kąsek już się nie trafi. Muszę dostać się jeszcze do stoiska. Muszę wyprzedzić innych, nawet po trupach. Żałosny był to widok na pierwszych stronach gazet. Zresztą nie pierwszy raz. Nie pytam nawet, gdzie tu chrześcijanin, pytam, gdzie tu człowiek.

Parę dni temu homo sovieticus znów dał znać o sobie. Tym razem atak na sklepy spożywcze i cukier. Wykupują „białą śmierć” kilogramami, workami, tonami. Zbliża się pierwszy maja. Unia Europejska znów nas ograbi. To nic, że musiałem stać w kolejce, pojechać do sklepu, stracić sporo czasu. W sumie może zarobię na tym ze 20 złotych. Ale przynajmniej mam poczucie złudnego zabezpieczenia, bo cukier leży w worku w spiżarni. Skąd my to znamy. Przez przypadek słucham radia. Wiśniewski rozmawia z Lepperem. Pomijam treść i poziom rozmowy. Lepper służy za medialną maskotkę, wabik przyciągający słuchaczy. Bo posłuchać półgłówka czasem nie zaszkodzi. Ale jak się tak często zaprasza Leppera do studia, do radia, to lud polski słyszy go niemal na okrągło. Słyszy o nim co rusz. Skoro on tak często tam występuje, to chyba z niego nie lada gość. Poparcie w sondażach rośnie. Media najpierw wypromowują Leppera, bo podwyższa oglądalność i liczbę słuchaczy. A kiedy zwycięży w wyborach, będą lamentować parę lat, jak to źle się stało, że wygrała Samoobrona. I znów będzie gorący temat w mediach. I tak koło się zamyka. A Polak dalej słucha i ogląda bezmyślnie. Zjada każdą papkę, którą mu podadzą. Skoro smakuje, to po co sobie uprzykrzać żywot.

Kotłują się w tym naszym polskim garncu lęk z frustracją. Lęk przed nowym, które nadchodzi. Frustracja, bo inni już mają, a ja jeszcze nie. Bo jeszcze mam za mało. Biadolę, bo nie nauczyłem się podejmować ryzyka, bo trudno mi żyć bez zabezpieczeń. A kiedy biadolenie mi się znudzi, sięgam po browarka. Gdy myślę o Polsce, brakuje mi słów…

*****

Kilka myśli o polskiej wolności

Zastanawiając się nad paroma pytaniami, które padły w waszych wypowiedziach, chciałbym dodać coś w związku z wolnością, odpowiedzialnością i myśleniem Polaków.
Sam nie raz się już pytałem, jak to do licha jest z tą naszą polską wolnością. Polacy walczą zażarcie o wolność, a jak ją już odzyskają to nie za bardzo wiedzą, co z nią zrobić. Wysunę więc pewną hipotezę, która przyszła mi do głowy podczas lektury filozofa wolności – Bierdiajewa.

Sądzę, że ten poryw do wolności u Polaków bierze się po części z naturalnego, zakorzenionego gdzieś w duszy polskiej, wyczucia wartości bycia wolnym. Natomiast korzeni nieporadności związanej z realizacją wolności należy upatrywać, jak zwraca na to uwagę Andrzej, w jej zbyt płytkim pojmowaniu, ale też w słabym rozwinięciu. Polska wolność utknęła gdzieś na drodze dziejowego rozwoju. Wydaje się, że u nas wciąż postrzega się wolność jedynie jako swobodę wyboru pomiędzy możliwościami, a może nawet gorzej, jako pewną pasywną jakość doczepioną do człowieczeństwa.

Zdumiały mnie słowa Bierdiajewa, który twierdzi, że „wolność nie jest łatwa, jak sądzą jej wrogowie, jest ciężkim brzemieniem. Ludzie łatwo rezygnują z wolności, żeby ułatwić sobie życie”. Dlaczego wolność jest niełatwa?

Bo u nas pojmuje ją się jako coś statycznego. Wolność jest natomiast twórcza i dynamiczna. Powinna być motorem działania i fermentem życia. Nie wiem, czy u nas wciąż nie mamy do czynienia z pojęciem wolności w duchu Wielkiego Inkwizytora: dajcie ludowi chleb (i igrzyska) i to mu wystarczy. Wolność to „przestrzeń” i warunek wszelkiej przemiany, a więc, moim zdaniem: dar, wyzwanie i próba.

Zważywszy na to, że na przestrzeni wieków w filozofii powoli dochodzono do sprecyzowania roli i istoty wolności, łatwo stąd wysnuć wniosek, że nie od razu jej obecność w człowieku była taka oczywista. Przeciwnie, ludzkie działanie i jego kierunek przypisywano raczej konieczności, fatum, przeznaczeniu – „mojra” – o czym możemy przeczytać w opowieści o Edypie, czy w dziełach Homera.

Można zaryzykować tezę, że także w historii poszczególnych narodów idea wolności ( a także inne idee) rozwijają się zgodnie z rytmem wydarzeń, przez jakie one przechodzą. Nasze pojmowanie ma wyraźny wymiar historyczny – każda idea potrzebuje czasu i odpowiednich warunek, aby mogła dojrzeć. W jednym stuleciu, które przygotowało podatny grunt pod rozwój jakiejś myśli, właśnie ta myśl wysuwa się na czoło, podczas gdy inne idee schodzą w cień lub ich rozwój zatrzymuje się.

Myślę, że Polska wskutek różnych doświadczeń ma na razie takie naturalne przeczucie wolności, której wciąż brakuje głębszej podbudowy antropologicznej i duchowej. Myśmy chyba na to nie mieli czasu, podobnie jak na inne sprawy. Przetrwanie narodu pochłonęło dużo energii i sprawiło, że wiele spraw życia społecznego zeszło w ciemny kąt świadomości, także tej narodowej świadomości. Bo kto myśli o rozwijaniu pojęć, idei, własnych przekonań, jeśli, na przykład, musi ukrywać się przez parę lat w ciemnym lesie przed okupantem. Żyje się wtedy w takim napięciu, że rzadko przemyka przez głowę jakieś głębsze rozważanie. My byliśmy pochłonięci walką o byt, w znaczeniu przetrwania. A wolność w pewnym sensie wyprzedza i funduje byt. Tyle tylko, że my tego jeszcze nie odkryliśmy.

Zgadzam się z Gustawem Holoubkiem, który pisał niedawno, że podczas gdy „tak zwany Zachód przebił się już do psychopatologii, my tkwimy w poezji. Poezji, w której człowiek pozostaje tylko metaforycznym znakiem w opisywaniu rzeczywistości”. Jego zdaniem naszą słabością jest zanik znajomości człowieka. To pogłębienie wolności, jako podstawowej zasady, siły, pierwotniejszej i przedniejszej wobec wyboru jest zbyt słabo obecne w świadomości Polaków. Procesy, które zachodziły tak gwałtownie na Zachodzie, także w związku z rozumieniem wolności, praktycznie nas nie dotknęły.

Potrzebna jest indywidualizacja polskiej wolności. W jakim znaczeniu? Nie w znaczeniu nieograniczonej emancypacji, zamykającym się w sobie upajaniu się swawolą. My wciąż wolimy zdawać się na zdanie innych, na prowadzenie przez innych. Szukamy przewodników. Nie ma w tym też nic złego. Bo czasem lepiej zdać się na przewodnika, niż brnąć w niepotrzebne tarapaty i czynić niepotrzebne błędy.

Ale z drugiej strony dobrze wiemy, że jeśli się u nas nie powoła w jakiejkolwiek dyskusji na autorytet, często przy jednoczesnym zaniedbywaniu własnego myślenia i nie przedstawianiu własnego stanowiska, to nikt nas nie będzie słuchał. Indywidualizacja oznacza więc przede wszystkim odważny i roztropny użytek z własnej wolności nie w charakterze buntu i podważania autorytetów, lecz zrozumienia roli jednostki w kształtowaniu rzeczywistości. Tam gdzie przeżywa się świadomie odpowiedzialność indywidualną, tam też w ślad za nią idzie odpowiedzialność za wspólnotę, społeczność lokalną i naród. W parze z poszukiwaniem autorytetów musi iść próba rozumienia jego roli, bez wyręczania się od osobistego wysiłku. Autorytet nie powinien wyręczać, lecz co najwyżej wskazywać kierunek, pobudzać, zachęcać, jeśli brak sił i orientacji.

Myślę, że musimy znaleźć właściwe połączenie autorytetu z osobistym rozwojem i rozumieniem własnej wolności. To droga o wiele trudniejsza. Rzeczą szlachetną jest przyjmowanie niemal na ślepo myśli i ocen, wytycznych autorytetu. Ale patrząc na naszą polską rzeczywistość, nasze przywiązanie do autorytetu jest często raczej symboliczne. Autorytet służy nam za pewien sztandar, za którym możemy się schronić lub osłonić, ale jego recepcja jest niezwykle słaba. Widać to szczególnie na przykładzie papieża Jana Pawła II. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że u nas powołuje się na papieża, na sobór. Jednak ten związek jest bardzo nominalny i wątły. O czym to świadczy? Właśnie o słabym zaangażowaniu wolności i myślenia. Autorytet, który nie zostanie przetrawiony przez wolne i twórcze myślenie, i nie zostaje skonfrontowany z własnymi wizjami, pozostaje praktycznie bez oddźwięku i śladu w życiu codziennym. To pewien ciekawy paradoks naszej polskiej rzeczywistości.

Ale taki zabieg wymaga uznania wolności jako jednego z niezbywalnych fundamentów  odpowiedzialności. Nie pojmuję jak można być człowiekiem odpowiedzialnym bez głębszego uruchomienia własnej wolności. Nie można być odpowiedzialnym zrzucając brzemię wolności na drugich. Stąd tak słabo przejmujemy się sprawami innych, sprawami Polski, bo robimy powierzchowny użytek z wolności. Wolność jest trudna, bo wzywa do twórczości, do indywidualnego wysiłku. U nas, czy z racji nieznajomości, czy niedostatecznie rozwiniętego rozumienia wolności, czy porażenia jej sporych połaci, okazuje się to jeszcze prawie niemożliwe.

A propos myślenia. Nie wiem, czy czasem jedną z przyczyn naszej intelektualnej słabości, pewnego uwiądu myślenia, nie jest pewna chaotyczność i rozbicie. Myślę, że niemałą rolę odgrywa tutaj brak wiary w to, że myślenie może coś dobrego przynieść. Kiedyś pewien Rosjanin powiedział mi, że w Rosji człowiek nie znaczy więcej niż chrabąszcz, którego rozgniata się butami. To bardzo pesymistyczne podejście. Ale czasem myślę sobie, że u nas dużo jest takiego stłamszenia i zduszenia. Czy to tylko spuścizna komunistycznego systemu? Po części pewnie tak. Ale nie można wszystkiego zwalać na polityczne systemy.

Potrzebujemy odwagi w myśleniu. Jakby to było dobrze, gdyby Polacy swoje bohaterstwo w obronie wolności przenieśli na myślenie. Przez dobre dwa wieki mieliśmy zawsze jakichś zewnętrznych przeciwników i wrogów. Uwaga myślenia była skoncentrowana na nich. Zresztą w niektórych kręgach społecznych jeszcze do tej pory tak jest. Homo sovieticus jeszcze nie umarł.

Dziwi mnie nieraz, że wiele rzeczy przyjmujemy „na wiarę”, bo tak nam powiedziano i nie chcemy, ani nie szukamy głębszego, własnego uzasadnienia. Dlaczego to nam wystarczy? Dla mnie jest to jasne: bo tak jest łatwiej. Ale to dokładnie jest przeciwieństwo odpowiedzialności. Jak uczyć się myślenia? Najpierw musimy otworzyć się na to, co wypracowali inni, ale nie po to, aby wszystko bezmyślnie przyjmować, lecz przez przyjęcie myśli innych, obudzić w sobie, zdać sobie sprawę z tego, że można twórczo uczestniczyć w myśleniu, że ono wcale nie zniweczy ani autorytetów, ani naszej tożsamości. Myślenie wiąże się też z lękiem, z samotnością, z trudem, z brakiem wymiernych efektów. Może to nas nieco wzbrania przed pójściem dalej. Trzeba tu dużo bezinteresowności, inwestowania przy słabych profitach. Myślenie przynosi owoce długofalowe. Może my wciąż za bardzo chcemy szybko mieć i coś osiągnąć?

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code