Świadectwa

Ciemne plamy na tęczy

Ciemne plamy na tęczy

Dariusz Piórkowski SJ

Niebawem udałem się do Gdyni, do przyjaciela. Pojechaliśmy do Stoczni Gdańskiej. Wstąpiliśmy do Muzeum Wolności. Posłuchałem relacji o strajkach, obradach Okrągłego Stołu i byłem poruszony. Poszliśmy pod pomnik Stoczniowców. Przemierzyłem wzrokiem listę nazwisk pomordowanych i dostrzegłem sporo ludzi w moim wieku i młodszych. Poleciały mi łzy. Podczas gdy ja – jako dziecko – denerwowałem się, że zamiast pszczółki Mai muszę słuchać bełkotu generała, na ulicach i w zakładach pracy ginęli ludzie, abym mógł żyć w wolnym kraju. Pomyślałem, że jeśli oni zdecydowani byli oddać życie za naród, to Polska nie jest zbiorowiskiem nieudaczników, to nie pustkowie, na którym wymarło wszelkie tchnienie twórczości. To nie jest kraj, który nie ma sobie i światu nic do zaoferowania .

W Berlinie – Plötzensee, nieopodal miejsca straceń członków ruchu oporu w III Rzeszy, wybudowano świątynię-mauzoleum ku czci ofiar hitlerowskiego reżimu. Lubiłem tam chodzić z powodu monumentalnego malowidła ściennego Georga Meistermanna, które poraża mnie swoją wymową. Na pierwszym planie dzieła widnieje apokaliptyczna wizja zwycięskiego Baranka unoszonego niejako na falach pstrokatej mozaiki w barwach tęczy. Ale moją szczególną uwagę przykuwały rozproszone jakby druzgocącym ciosem, krążące po obrzeżach obrazu jak wygłodniałe, złowróżbne wrony ogromne, czarne, prostokątne plamy. Chociaż nie mogą wedrzeć się w przestrzeń światła, nie znikają definitywnie i zdają się wołać obłąkańczo: „To jeszcze nie koniec!”.

Przywołuję to wspomnienie, bo symbolika dzieła przekracza mury kościoła i religijne interpretacje. Skupia się w nim prawda o zmaganiu człowieka z sobą samym, o odwiecznej walce dobra ze złem, wolności ze zniewoleniem, zwątpienia z nadzieją. Obraz ten może też rzucić światło na naszą polską rzeczywistość, która wije się w bólach przemian i załamań. W dyskusji młodego pokolenia na łamach „Gazety” jedni stawiają diagnozę degrengolady Polski, inni przeciwnie – piszą o jej rozwoju. Nie chcę rozsądzać, kto ma rację. Pragnę natomiast opowiedzieć własną historię, dzięki której łatwiej mi zrozumieć obie opcje.

20 lat w Heimacie

Urodziłem się i wychowałem na Opolszczyźnie, gdzie butelka nie jest butelką, tylko flaszką, a bagietka wajsbrotem. Moja rodzina, jedyna rdzennie polska w naszej miejscowości, przybyła z okolic Ostrołęki w epoce gierkowskiej prosperity. 20 lat mieszkałem we wsi, gdzie większość mieszkańców przyznawała się do niemieckich korzeni. Na cmentarzu spoczywają żołnierze Wehrmachtu, a wielu dziadków pobiera pokaźne emerytury z Niemiec. Dzisiaj wielu moich rówieśników buduje przyszłość Niemiec i Holandii.

W moim domu patriotyzm nigdy nie należał do wybijających się wartości. Mieszkaliśmy w otoczeniu, gdzie słowo „Polska” wywoływało co najmniej dwuznaczne konotacje. Na podwórku i podczas szkolnych przerw mówiliśmy po śląsku. Polski hymn narodowy nie wywoływał we mnie żadnego oddźwięku.

W sumie była to kłopotliwa sytuacja egzystencjalna, zwłaszcza po wyjeździe z domu i wstąpieniu do jezuitów. Cierpiałem, bo w głębi serca nie czułem się ani Polakiem, ani Niemcem, lecz kimś w rodzaju narodowej hybrydy. Los Polski był mi obojętny. Nużyły mnie historie starszych kolegów o walce z komuną. Drażniły flagi wywieszane – jak przypuszczałem – przy byle okazji.<

Na określenie mojego stosunku do kraju, w którym przyszło mi żyć, posłużyłbym się parafrazą retorycznego i sceptycznego pytania Piłata: "A cóż to jest Polska?".

Polska, co za kraj…

Coś zaczęło zmieniać się przed dwoma laty. W ramach praktyki duszpasterskiej wylądowałem w samej stolicy Niemiec. Pracowałem w berlińskim areszcie deportacyjnym. Odwiedzałem tysiące zrozpaczonych imigrantów i uchodźców, którzy swoje wyobrażenie o krainie pieczonych gołąbków konfrontowali z rzeczywistością więziennych krat i urzędniczej niechęci. W tej mieszaninie etniczno-religijnej spotykałem też Polaków – i przemytników, i rozhukanych idealistów, i ludzi pragnących po prostu zarobić.

Pan Marek miał dwójkę dzieci – oboje na studiach. Żona na zasiłku, a on chciał im pomóc w zdobyciu wykształcenia. Jak wół harował na czarno dniem i nocą, zdzierając ręce przy remoncie apartamentów. Niestety, ktoś go podkablował. Podziwiałem determinację ojca i byłem wściekły na Polskę: – Do licha! Co za kraj, żeby człowiek nie mógł w nim normalnie żyć, lecz musiał tułać się w strachu i poniżeniu!

Tymczasem rozgorzała dyskusja w sprawie Iraku. Niektórzy Niemcy zaczęli łypać niechętnym okiem na polskie „umizgi” wobec Ameryki. W prasie lawina epitetów: „Polska pachołek Stanów”, „podlizujący się pochlebca”, „amerykańska filia w Europie” itd.

Któregoś popołudnia wybrałem się z kolegą, amerykańskim jezuitą, na pizzę. Lokal pękał w szwach, więc dosiedliśmy się do dwóch berlińczyków. I tak dyskutowaliśmy sobie o Husajnie, Bushu i niemieckim piwie. Nasi z lekka już podchmieleni sąsiedzi, kiedy dowiedzieli się, że Chris pochodzi z Bostonu, zaczęli mówić, ile razy byli w Stanach i jak „lubią” Busha. Potem mnie zapytali, skąd jestem. Odpowiedziałem: – Z Polski. Na to jeden z nich: – W Polsce jeszcze nie byłem. A jest tam co ciekawego? Poczułem się urażony i odburknąłem: – 312 tys. km kw. piasków! I wtedy poczułem, że coś we mnie pękło. Odezwała się moja polska duma. Nie wiedziałem, co stanowi jej przedmiot, ale coś drgnęło.

Niebawem udałem się do Gdyni, do przyjaciela. Pojechaliśmy do Stoczni Gdańskiej. Wstąpiliśmy do Muzeum Wolności. Posłuchałem relacji o strajkach, obradach Okrągłego Stołu i byłem poruszony. Poszliśmy pod pomnik Stoczniowców. Przemierzyłem wzrokiem listę nazwisk pomordowanych i dostrzegłem sporo ludzi w moim wieku i młodszych. Poleciały mi łzy. Podczas gdy ja – jako dziecko – denerwowałem się, że zamiast pszczółki Mai muszę słuchać bełkotu generała, na ulicach i w zakładach pracy ginęli ludzie, abym mógł żyć w wolnym kraju. Pomyślałem, że jeśli oni zdecydowani byli oddać życie za naród, to Polska nie jest zbiorowiskiem nieudaczników, to nie pustkowie, na którym wymarło wszelkie tchnienie twórczości. To nie jest kraj, który nie ma sobie i światu nic do zaoferowania.

Rzeczywistość wydaje się temu przeczyć. Gdy zaglądam do gazety, ten „wyidealizowany” obraz oszpecają „czarne wrony” korupcji, niewydolności elit, dziur budżetowych, rozlatujących się kolei, wymagających reanimacji szpitali, zagubionej młodzieży. A jednak stoczniowcy walczyli, bo czyż można zgodzić się z tym, że Polska to marny zakątek świata, w którym nie ma żadnego odblasku tęczowych barw? Czy rzeczywiście nasz kraj stał się wyłącznie siedliskiem nędzy i rozpaczy?

Zakasać rękawy czy wyjechać?

Do Niemiec wróciłem odmieniony. Pojechałem popatrzeć na mój ulubiony obraz i wiedziałem już, dlaczego jestem dumny z Polski. Nie boję się tego powiedzieć: zacząłem ją kochać jak Matkę. Stałem się Polakiem z krwi i kości i zaczęło mi na niej zależeć. Wierzę w jej ogromny potencjał. Wierzę w miliony młodych ludzi, którzy podobnie jak ja mają prawo do godnego życia w tym kraju. Wierzę mimo „czarnych plam” Polski, które pewnie jeszcze długo będą nam przesłaniać jej blask.

Jeśli Europa do dzisiaj odczuwa skutki wojen światowych, gdyż duchowo i intelektualnie wciąż nie może dojść do siebie, to czy my możemy oczekiwać, że odrodzimy się w mgnieniu oka jak feniks z popiołów? To prawda, samym powietrzem i miłością żyć niepodobna. Coś trzeba wrzucić do garnka. Niewątpliwie istnieją też granice wytrzymałości i zrozumiałe jest, że widząc wspaniałe możliwości za granicą, wielu chce wyjechać na dobre. Wszelako warto sobie uświadomić, że również ta łatwa sposobność wyjazdu jest owocem wolności.

Dzisiaj, po powrocie z Niemiec, kiedy przechadzam się po ulicach Warszawy, gdzie co rusz spotykam zniechęconych ludzi, kiedy cieszę się ze zwycięstw Małysza, a gdy słucham hymnu, łza kręci mi się w oku, mogę już bez obaw zmienić Piłatowe pytanie w konstatację: Cóż, to jest Polska. Moja Polska.

Stoimy przed zadaniem pracy u podstaw. W moim wypadku – jako jezuity – będzie to szukanie i umacnianie w drugich nadziei i wiary, że możemy wiele zrobić. Ktoś powie: „Takie gadanie. Znalazł sobie gniazdko w zakonie. Krzywda mu się nie dzieje”. Oj, dzieje się, i to wielka. A będzie mi ona doskwierać dopóty, dopóki nie doczekam się chwili, że nie będziemy musieli się rumienić, że jesteśmy Polakami, kiedy nie będziemy musieli ze smutkiem opuszczać naszej Ojczyzny. Jeśli, rzecz jasna, weźmiemy się do roboty. Ja w każdym razie nie mam zamiaru rozkładać rąk i nigdzie się stąd nie wynoszę. Zostaję.<

Artykuł ukazał się w 16.04.2004 w Gazecie Wyborczej.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code