Tolerancja oczywista jak powietrze

[play=Sroda.mp3]

W raju tolerancja nie będzie potrzebna. Miłość znosi bowiem tolerancję. Jest ona niezbędna tam, gdzie ludzie niezbyt się lubią, obawiają się „obcych”, są nie dość wykształceni i owładnięci jedną religią, którą uważają za źródło Prawdy i jedynej moralności. Jest też potrzebna w krajach młodych demokracji i tam, gdzie otwierają się granice. Najbardziej jest potrzebna tam, gdzie odczarowuje relacje społeczne, odrzucając przesądy i stereotypy, i gdzie wolność osobista potrzebuje ochrony, bo ludzie są przyzwyczajeni do jednolitych stylów bycia i takich poglądów. Tolerancja potrzebna jest więc w Polsce. 

 

 

 

Tolerancja jest jedną z najważniejszych zasad moralności życia publicznego. Nie dość w Polsce cenioną. Powszechnie przyjmuje się, że Polacy są tolerancyjni, ponieważ „zawsze byli narodem tolerancyjnym”. „Zawsze” to znaczy od XVI wieku, gdy przyjęliśmy wypędzanych z Europy Żydów i daliśmy im tu dom, pokój i względną autonomię. Na terenach Polski działali też socynianie (bracia polscy), którzy w XVII w. niezwykle odważnie głosili, że władza świecka nie ma prawa ingerować w sprawy kościelne, zaś religia – ubiegać się o pomoc państwa w zwalczaniu herezji, prowadzeniu wojen religijnych czy też propagowaniu swojej nauki.

Pięknie pisał Crell (w „O wolności sumienia”): „Różne bowiem są to rzeczy: Kościół i państwo; łącząc je wprowadza się wielkie zamieszanie. Mówią o tym liczne i straszne klęski, wojny oraz smutne przykłady obalonych wraz z państwami kościołów. Kościół przyjmuje na swoje łono tylko tych, którzy dostosowali się do wzoru pobożności przykazanej przez Chrystusa. […] Państwo przyjmuje i wspomaga ludzi wszelkiego rodzaju i wyznania; i bałwochwalców, i pogan, i heretyków, i odstępców od imienia Chrystusa […], byleby tylko wszyscy żyli w spokoju i dochowali wierności państwu, które pośród tej tak wielkiej niejednolitości, wszystkim w równym stopniu opieki swej udziela”. Socynianie nowocześnie interpretowali również zasadę wolności sumienia. „Na czymże bowiem polega wolność sumienia, która Bogu jednemu jest podporządkowana, jeśli nie na tym, byś w sprawach religii myślał, co chcesz, swobodnie, głosił to, co myślisz, i czynił wszystko, co nie pociąga za sobą krzywdy ludzkiej”.

Postawa socynian nie cieszyła się jednak popularnością wśród polskich katolików, którzy zmusili ich (pod karą „na gardle”) do przejścia na katolicyzm lub opuszczenia Polski (1658 r.).

Tyle o źródłach mitu polskiej tolerancji. Więcej nie znam. Mit się przyjął, tolerancja nie. Przeciwnie. Pamiętam, jak jakiś biskup (pominę jego nazwisko milczeniem, bo nadal jest to człowiek, niestety, aktywny w sferze publicznej), używał słowa „tolerancjonizm”, by potępić tolerancję i światopogląd z nią związany. „Tolerancjonizm” to brzmi obleśnie. Równie obleśnie jak obleśnie wyglądała okładka książki Ryszarda Legutki, na której widniał rysunek przedstawiający Urbana niosącego na barana Michnika. Książka była zatytułowana „Nie lubię tolerancji”. Profesor Legutko jest doskonałym przykładem kariery, którą w Polsce można zrobić na ostentacyjnej niechęci do tolerancji: od posła, przez ministra edukacji, doradcę prezydenta, do eurodeputowanego i – cały czas – gwiazdę prawicowych wieców. Bo wiecować profesor lubi. 

Veritatis terror

„Tolerancję” można więc krytykować bez narażania się na marginalizację. Zapewne inaczej jest z takimi „poprawnymi” ideami jak „patriotyzm”, „wiara” czy „papież”. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w kwestiach tolerancji często wystarcza nam jej mit? Bo jesteśmy – mimo awangardowego okresu pierwszej solidarności – społeczeństwem nieodmiennie konserwatywnym, tradycyjnym, wsobnym, zamkniętym. Jesteśmy też społeczeństwem monolitycznie religijnym, a religijność to dla większości rytualne i światopoglądowe posłuszeństwo Kościołowi, który – co bardzo podkreślał papież zwłaszcza w dwóch encyklikach Veritatis splendor i Fides et ratio – ma monopol na Prawdę. A ta jest jedna i znana tylko Kościołowi katolickiemu (nic dziwnego, że encyklika Veritatis splendor została nazwana przez popularnego francuskiego filozofa Andre Comte’a Sponville’a Veritatis terror).

Również – co ośmielam się powiedzieć – nie dość o tolerancji wiemy. Bo na razie nie musimy. Polska jest najbardziej homogenicznym społeczeństwem w Europie (dawniej była nim Islandia, ale teraz jest tam sporo Polaków), nie konfrontujemy się na co dzień z innością, nie mamy imigrantów, zbyt wielu odmienności religijnych (a te, które są, nie mają żadnej siły politycznej, by konkurować z Kościołem katolickim, więc siedzą cicho). W szkole brak etyki i filozofii, nikt tolerancji nie uczy (a tolerancji można nauczyć) ani nie wyjaśnia jej funkcji. Ignorancja w kwestiach tolerancji i niechęć do niej moralnych, religijnych i politycznych autorytetów daje taki efekt, że nie mając w kraju Żydów, mamy dość wysoki poziom antysemityzmu, a widok homoseksualistów na ulicy mobilizuje polityczne siły (z kamieniami w rękach) i wywołuje komentarze o „nienormalności” i „zgorszeniu”. Podczas gdy w Polsce mamy chyba największą organizację gejowską, jaką kryje zinstytucjonalizowany kler. Paradoks? Nie. Hipokryzja, ta najgorsza z polskich wad.

W mojej opinii, jakże przeciwnej do opinii Ryszarda Legutki, tolerancja stanowi jedną z najważniejszych wartości. Jest ona podstawą pokojowego istnienia ludzi różniących się od siebie pod jakimiś istotnymi względami. To ważna wartość nowoczesnych państw i multikulturowej Wspólnoty Europejskiej. To również ważna wartość w społeczeństwach zindywidualizowanych, posttradycyjnych, gdzie stawia się na różnice, odmienności i rozwój (co przekłada się na wzrost gospodarczy – o czym świadczą badania przedstawione przez zespół M. Boniego w raporcie Polska 2030. Boni z badań tych wniosków woli nie wyciągać).

Niechęć do tolerancji – mam nadzieję – wiąże się w dużym stopniu z wieloma nieporozumieniami dotyczącymi jej znaczenia i funkcji. Przedstawię poniżej, jak ja rozumiem to pojęcie i dlaczego tak rozumiane traktuję jako aksjologiczny filar współżycia jednostek w nowoczesnym, demokratycznym państwie, choć niekoniecznie w życiu prywatnym.

Czym jest tolerancja?

Narodziła się – jak wiadomo – całkiem niedawno, w okresie wojen religijnych, spopularyzował ją J. Locke swoim „Listem o tolerancji” i – w sposób znacznie bardziej otwarty – Voltaire. Czym jednak jest?

Najlepiej scharakteryzowała ją filozofka I. Lazarii-Pawłowska. Postawa tolerancyjna związana jest – według niej – z trzema warunkami. Po pierwsze – musimy mieć do czynienia z jakimś poglądem, opinią, czyjąś postawą, zachowaniem lub czynem ocenianymi ujemnie, sprawiającymi nam przykrość. Coś mi się nie podoba, złości mnie, oburza, wydaje mi się lub też jest faktycznie niezgodne z uznawaną przeze mnie lub przez moją grupę hierarchią wartości. Gdy wszystko mi się podoba, gdy jestem otwarta na odmienność, gdy cieszą mnie wszelkie różnice (w poglądach, wierze, kolorze skóry i upodobaniach seksualnych czy kulinarnych), gdy kocham wszystkich bliźnich i swoich nieprzyjaciół – tolerancja jest niepotrzebna.

Po drugie, mam możliwość działania, a także sposobność i odpowiednie środki, by zmienić tę sytuację, by wpłynąć perswazją lub siłą na zmianę cudzych przekonań lub postaw. Gdy nie mam żadnych możliwości przeciwdziałania, nie może być mowy o tolerancji.

Po trzecie – i najważniejsze – wstrzymuję się od działań, ponieważ uznaję prawo innego człowieka do odmiennych opinii, do swobodnego propagowania swoich poglądów, do swobodnej ekspresji zachowań czy szerzej – swobodnego kierowania swoim życiem.

Przy tak pojmowanej tolerancji, a zwłaszcza przy jej warunku trzecim, pojawia się pytanie o argumenty wspierające. Dlaczego mam się powstrzymać od działań?

W historii filozofii i teologii argumentów takich pojawiło się wiele. Wymieńmy ich siedem, choć zapewne jest ich znacznie więcej.

(1) Argument „z praktyki historycznej”. Gdyby nie idea tolerancji, ludzkość Europy prawdopodobnie powybijałaby się w czasie wojen religijnych. Dla zachowania względnego pokoju trzeba było wprowadzić i rozpowszechnić ideę „znoszenia” inności, przede wszystkim religijnej. Odtąd jest ona niezbędnym, choć minimalnym, wymogiem regulującym życie zróżnicowanych społeczeństw.

(2) Argument teologiczny. Wynika on z koncepcji człowieka, jako istoty stworzonej przez Boga, której przysługuje bezwzględny szacunek, a więc i w jakiś sposób tolerancja. Argument ten związany jest z teologiczną koncepcją osoby ludzkiej i jej godności. Możemy potępiać czyjeś zachowania, na przykład homoseksualne – mówią teologowie – ale homoseksualiście jako osobie należy się szacunek. Niezwykle trudno jest jednak w czyjejś tożsamości wyróżnić coś, co jest abstrakcyjną „osobą”, pozbawioną wszelkich atrybutów. Homoseksualista, Żyd czy Serb najczęściej nie czują się „osobami”, lecz właśnie Żydami, Serbami czy homoseksualistami i chcą być tolerowani lub szanowani, nie jako abstrakcyjne „osoby”, lecz jako Żydzi, homoseksualiści itd.

(3) Argument filozoficzny. Jest bardzo podobny w swej konstrukcji do poprzedniego, tyle że wartość osoby jest niezależna od aktu boskiego stworzenia. Głównym twórcą tego argumentu jest Kant, który uznawał, że człowiekowi należy się szacunek tylko dlatego, że jest człowiekiem („celem samym w sobie” – jak mawiał). Tolerancja jest formą tego szacunku.

(4) Argument antropologiczny. Wynika z oświeceniowej koncepcji człowieka jako istoty racjonalnej, to znaczy wątpiącej i sceptycznej, oraz z pewnej formy racjonalizmu, zgodnie z którą poprawne wnioskowania nie stanowią argumentu na rzecz słuszności przesłanek, na których wnioskowania te się opierają. Osoba wierząca w Boga i ateista mogą być tak samo racjonalni w swoich rozumowaniach, nie ma jednak sposobu, by dowieść, że przesłanki, na których opiera się racjonalizm jednej i drugiej osoby, są mniej lub bardziej prawdziwe. Argument ten uzasadnia przekonanie, że podstawa wszystkich opinii jest dość krucha i arbitralna, a wobec tego „powinniśmy tolerować nasze różne przekonania, poglądy i wiary”, bo nie ma sposobu by dowieść, które z nich są prawdziwe.

(5) Argument z praw człowieka. Piąty argument związany jest z retoryką praw człowieka, gdzie mówi się o tym, że powinniśmy tolerować innych nie ze względu na abstrakcyjną „osobę”, którą są, ale ze względu na prawo każdego do wolności, autonomii i odmienności. Tu postawa tolerancji wynika z pryncypialnego uznania, należącego do żelaznego asortymentu idei liberalnych, że wszyscy jako jednostki mamy takie same prawa i możemy z nich korzystać, nawet jeśli sposób, w jaki to robimy, wydaje się innym okropny.

(6) Kolejny argument pochodzi z ciekawości, otwartości wobec innych, chęci uczenia się od nich. Im bardziej świat jest różnorodny, tym lepiej. Ciekawość jest tu warunkiem tolerancji, a jednocześnie ją znosi. Kto jest bowiem ciekawy innych, nie musi być tolerancyjny.

(7) Argument z różnorodności. Związany jest z przekonaniem, że społeczności różnorodne mają większe szanse rozwoju niż społeczności homogeniczne. Różnorodność jest więc wartością sama w sobie, a tolerancja – warunkiem ją umożliwiającym.

Czym nie jest?

Tolerancja nie jest biernością czy indyferencją moralną, choć często jest z nią mylona, a przez przeciwników – chętnie utożsamiana. Jeśli widzę kogoś leżącego na ulicy i przechodzę obok, mówiąc sobie: „jestem tolerancyjny, on widać lubi spać na ulicy, ja we własnym łóżku, szanuję różne gusta”, to nie stanowi to wyrazu tolerancji, lecz indyferencji. Tolerancja nie jest też wywyższaniem się nad innych. Nie jest akceptacją (tolerując, nie muszę akceptować cudzych zachowań). Tolerancja jest czymś więcej niż życzliwością, czymś mniej niż miłością bliźniego (choć któż wie, prócz teologów, czym jest miłość bliźniego i jak ona się dzisiaj przejawia, poza stosownymi deklaracjami). Jeśli ludzie się lubią, jeśli są ciekawi innych – nie potrzebują tolerancji.

W problemie tak rozumianej tolerancji bardzo ważna jest kwestia granic. Nie możemy przecież tolerować wszystkiego. Świat różnorodny jest niewątpliwie wartościowy, ale nie wtedy, gdy polega na chaosie i krzywdzie. Ludzie mają wiele praw, z których mogą korzystać, ale nie mają na przykład prawa do instrumentalizacji drugiego człowieka. Nie możemy tolerować przestępstw. Nie powinniśmy tolerować zła. Ale czym jest zło? Jak ustalić granice? Nie powinno być ich zbyt wiele, bo wtedy nasza wolność staje się fikcją. J. St. Mill twierdził, że tolerancja ma zaledwie trzy granice. Trzy, ale solidne.

Pierwsza ma charakter prawny. Nie można być tolerancyjnym wobec przypadków łamania prawa. Posłuszeństwo prawu jest naszym nadrzędnym obowiązkiem moralnym. Przestępstwo leży poza granicami naszej wolności i poza granicami tolerancji. Choć oczywiście są prawa, których treść wydaje się wynikać z „nielubienia tolerancji”. Mam tu na myśli nie tylko prawa państw totalitarnych, ale i polskie prawo chroniące uczucia religijne, jedyne takie prawo w Europie. Trudno mi zrozumieć, dlaczego tak potężna duchowo i politycznie religia jak polski katolicyzm musi mieć do ochrony uczuć religijnych tak potężny instrument prawny. Wszak gdy uczucia są kruche, należy raczej pracować nad ich wzmocnieniem niż zamykaniem ust innym.

Druga – najważniejsza – granica ma charakter moralny; jest nią ludzka krzywda, cierpienie, poniżenie. Nie można ich tolerować, zawsze trzeba się im przeciwstawiać lub do przeciwstawienia nawoływać. Krzywdy nie można jednak traktować ogólnie. Każdy może powiedzieć, że krzywdzą go czyjeś poglądy. Chodzi raczej o krzywdę rzeczywistą, bezpośrednio związaną z bólem i cierpieniem.

Granica trzecia ma charakter polityczny. Mill ujął to w słynnym powiedzeniu „nie ma wolności dla przeciwników wolności”. To znaczy, że nie możemy tolerować przekonań, których realizacja mogłaby prowadzić do ograniczenia lub zniesienia ludzkiej wolności, do zaprowadzenia takich porządków politycznych (autorytarnych, totalitarnych, niewolniczych), przez które ta wolność nie byłaby możliwa. Dlatego współcześnie wiele konstytucji zabrania propagowania poglądów faszystowskich i komunistycznych. Stanowią one bowiem zagrożenie dla demokracji – ustroju, który opiera się na szacunku wobec indywidualnej wolności i autonomii. I na tolerancji. Zagrożenia takiego nie stanowi swoboda wyrażania różnych opinii, odmienność religijna, seksualna i wszelkie inne. Można rozważyć – i w Polsce staje się to coraz bardziej zasadne – czy zagrożenia takiego nie stanowi fundamentalizm religijny i różne sposoby zawłaszczania państwa i sfery publicznej przez Kościół, który jest przeciwnikiem tolerancji.

Możemy również mówić o tolerancji negatywnej i pozytywnej. W pierwszym wypadku wyrazem tolerancji jest proste powstrzymanie się od działań ograniczających uprawnienia innego człowieka. W drugim – w tolerancji pozytywnej – chodzić już będzie nie tyle o niedziałanie, ile o wspomożenie osoby, z której racjami czy obyczajami się nie zgadzamy, ale której prawa do równego traktowania, do wolności i odmienności uznajemy. Przykładem może tu być ktoś, kto aktywnie wspomaga prawa mniejszości (seksualnych, rasowych), nie należąc do nich. Koncepcja tolerancji pozytywnej oparta jest na przekonaniu, że należy nie tylko tolerować prawa do inności czy indywidualności, ale też dążyć do tego, by prawa te były rzeczywiste, a więc – respektowane przez wszystkich.

Tolerancja jako zasada życia publicznego

W raju tolerancja nie będzie potrzebna. Miłość znosi bowiem tolerancję. Jest ona niezbędna tam, gdzie ludzie niezbyt się lubią, obawiają się „obcych”, są nie dość wykształceni i owładnięci jedną religią, którą uważają za źródło Prawdy i jedynej moralności. Jest też potrzebna w krajach młodych demokracji i tam, gdzie otwierają się granice. Najbardziej jest potrzebna tam, gdzie odczarowuje relacje społeczne, odrzucając przesądy i stereotypy, i gdzie wolność osobista potrzebuje ochrony, bo ludzie są przyzwyczajeni do jednolitych stylów bycia i takich poglądów. Tolerancja potrzebna jest więc w Polsce.

Tolerancja nie jest cnotą, choć może nią być. Nie musimy jej nabywać tak jak prawdomówności czy odpowiedzialności i w równym stopniu przestrzegać jej zasad. Nazywam tolerancję zasadą moralności życia publicznego, pragnąc pokazać, że nie musi ona obowiązywać w życiu prywatnym. W domu, w sferze prywatnej profesor Legutko czy inni przeciwnicy tolerancji nie muszą tolerować gejów, Żydów, Romów czy feministek z ich dziwnymi poglądami, wyglądem i stylem bycia. Nie muszą wpuszczać na swoje salony tych, którzy ich denerwują, z którymi się nie zgadzają, którymi się brzydzą. Mogą nawet malować na ścianach własnego pokoju oznaki niechęci do „obcych”. W sferze publicznej obowiązują inne zasady. W tym sensie z tolerancją jest jak z zasadami kultury osobistej, etykiety czy normami życzliwości. Norm tych uczyliśmy się pomału mniej więcej od XIV wieku, kiedy powstawały dwory szlifujące zasady „zewnętrznej ogłady” i czegoś, co długo nazywano „ucywilizowaniem”. Zasady te mogą, choć nie muszą obowiązywać w naszej prywatności. W sferze publicznej są konieczne i – często już – oczywiste.

W sferze prywatnej, w samotności mogę być nieuprzejmy, mogę dłubać w nosie, nie prać skarpetek, nie mówić „dzień dobry” do własnego męża i nie cierpieć Żydów. W sferze publicznej powinienem przestrzegać pewnych zasad grzeczności, nawet jeśli się z nimi głęboko nie zgadzam i uważam je za idiotyczne. Powinienem więc mówić ludziom „dzień dobry” (nawet gdy ich nie znoszę) i chodzić w czystych skarpetkach. Podobnie jest z tolerancją. Powinienem tolerować odmienności, nawet jeśli uważam, że zagrażają one Prawdzie, którą uważam za kruchą, choć jedyną. Praktyk tolerancji należy się uczyć, tak jak się uczy form współżycia (szkoła jest do tego najlepszym miejscem, szkoda, że minister Hall nie ma o tym pojęcia), i przestrzegać w życiu publicznym. Nawet jeśli się ich nie lubi.

Arystoteles pociesza, że ćwiczenie się w pewnych zachowaniach z czasem staje się naszą drugą naturą. A przy okazji ubogaca życie wspólnoty, a nawet dostarcza przyjemności. Bo jakże miło jest żyć w świecie, gdzie nie trzeba nawet lubić tolerancji, bo jej normy są oczywiste i powszechne. Jak powietrze.

Zobacz też teksty ekspertów:

o. Jan Andrzej Kłoczowski, Nie ma solidarności bez poszanowania godności

Tomasz Terlikowski, Tolerancja Jako lekko zakamuflowany totalitaryzm

Jan Hartman, Od ustroju wolności nie ma odwrotu

Katarzyna Pająk, Polska tolerancja jest smutna

Deklaracja Zasad Tolerancji

 

16 Comments

  1. neosceptycyzm

    Niestety argumenty podane

    Niestety argumenty podane przez autorkę mnie nie przekonują.

    ad. 1 Opiera się on na domniemaniu prawdopodobieństwa. Trudno je trafnie oszacować, czy zweryfikować, ponieważ nie mamy dostępu do żadnej „alternatywnej” historii. Nie wiemy też, czy istotnie idee są tym, co „napędza” ludzkie dzieje. Może powstały one później w wyniku wtórnej racjonalizacji, która nie byłaby potrzebna, gdyby losy Europy potoczyły się inaczej i nie doszło do trwałych rozłamów w chrześcijaństwie? Wydaje mi się też, że w tym kontekście lepiej mówić o swobodach i wolności sumienia. Cóż, kiedy protestanci i katolicy na spółkę wyrzucali z Polski arian, nie uważali, że je ograniczają. Tolerancja nie stanowiła dla nich nadrzędnej, czy podstawowej wartości, lecz pochodną i relatywną.
     

    Ad 2. Autorka sama osłabia ten argument, wskazując, że odwołuje się on do abstrakcyjnego podmiotu oderwanego od konkretnej tożsamości, poglądów, zachowań. Odwołanie się do niego siłą rzeczy, wymaga uznania wspomnianej przez nią doktryny teologicznej.  

    Ad. 3 Nie każdy musi być kantystą. Jego pojmowanie człowieka jako celu samego w sobie jest utopijne. Człowiek na co dzień czyni siebie i innych środkiem. Nie wiadomo, czy sam pozostaje przy tym celem i co miałoby to konkretnie znaczyć.

    Ad 4. Nie sądzę, aby dla zwykłej poprawności logicznej potrzeba było aż koncepcji antropologicznej. Sama zaś kruchość i arbitralność opinii nie koniecznie skłania do pozostawienia ich samych sobie, przeciwnie, to o nie toczy się najbardziej zażarte boje.  

    Ad. 5. Nie potrzebuję żadnej retoryki, aby zauważyć, że każdy człowiek akceptuje pewne, węższe lub szersze spektrum różnorodności społecznej. Dlatego też w z czysto teoretycznego punktu widzenia pojawiają się trzy możliwości. Pierwsza. ktoś nie toleruje kogoś, ponieważ wmówiono mu, że jest jego wrogiem. Druga, ktoś ma uzasadnione przeświadczenie o istnieniu konfliktu, ale przekonuje się go o jego fikcyjności lub nikłym znaczeniu. Trzecia ktoś toleruje coś, co mu faktycznie zagraża.

    Ad. 6. Człowiek jest jednakże istotą ograniczoną i musi wybierać z owej różnorodności świata. Nie może też z góry zakładać, że jest on zawsze dobry i bezpieczny dla niego, czy też jego tożsamości 

    Ad. 7 Różnorodność nie jest żadną wartością samą w sobie i sama z siebie nie gwarantuje twórczości, czy kreatywności.

    8.) Wydaje się, że o dyskryminacji, nietolerancji we właściwym tego słowa znaczeniu, należy mówić wtedy, gdy są spełnione następujące warunki: 1. owa odmienność nie jest przez nikogo "zawiniona", spowodowana. 2. Rozwój techniki faktycznie pozwala na emancypację.

    9.) Bardzo ważny dla mnie argument Legutki. Pojęcie tolerancji wypiera tyle pięknych i polskich słów takich jak: szacunek, spolegliwość, życzliwość, wyrozumiałość, delikatność, powściągliwość, obojętność. Wszystkie one pasują do właściwych sobie kontekstów. Gdy zaczyna się mówić o tolerancji, zaraz powstaje tygiel, w którym bez trudu można dokonywać różnych ekwiwokacji. 
     

    10.) Czy jeśli dowiodę w swym mniemaniu, że publicznie wyznawany ateizm polega na dążeniu do ograniczenia i eliminacji różnorodności religijnej, pragnieniem zatarcia różnicy między dyskursem religijnym a dyskursem na przykład bajki, a ateiści upominają się o prawa innowierców czysto instrumentalnie, to mam dodstateczne powody, aby dyskryminować ateistów? Autorka twierdzi przecież, że nie ma tolerancji na wrogów tolerancji.
     

     
    Odpowiedz
  2. smok.eustachy

    Witam!
    Jako że deklaruje

    Witam!

    Jako że deklaruje się jako osoba nietolerancyjna mogę napisać tu co myślę, a zadeklarowani toleracjoniści muszą tolerować. Niestety spełniają się moje najczarniejsze oczekiwania debatowe. Autorzy textów obchodzą problem jak pies dookoła jeża, zamiast napisać coś konkretnie. Dywagacje na temat historii polskiej tolerancji mają charakter zastępczy. Mamy teraz 2010 rok i ustalenie czy 300 lat temu Polska była piką i awangardą tolerancji światowej czy nie była nie ma najmniejszego przełożenia na sytuację współczesną. Ale skoro Redakcja takie tematy zadała to niech tam już będzie. Od razu uważam, że za tolerancyjny jest naród i dlatego dla świętego spokoju pozwala sobie wciskać ciemnotę.

    Magdalena Środa uprawia eskapizm historiozoficzny, pisząc o socynianach jako o dowodzie na nietolerancję. Metody naukowej trzeba użyć, program badawczy zaproponować, ocenić ostatnie 500 lat w porównaniu z okolicą. Próbują coś takiego przeprowadzić Tomasz Terlikowski. Okazuje się że była Rzeczpospolita piką i awangardą tolerancji światowej, ale cała sprawa się skończyła rozbiorami – o czym warto pamiętać. Może i tolerancja się narodziła w czasie wojen religijnych i J. Locka, ale np. wcześniej Rzymianie byli dość tolerancyjni religijnie. Nie tolerowali ateistów do których zwykli zaliczać chrześcijan.

    Żeby cokolwiek sensownego napisać o historii tolerancji, to najpierw trzeba jakieś kryteria określić. Weźmy tych przedtolerancyjnych Rzymian. Jeśli policzymy tolerowane przez nich światopoglądy to będzie znaczna liczba. Nietolerowanych było 2 czy 3 w każdym razie kilka. Ale jeśli weźmiemy taki wskaźnik jak liczba nietolerowanych mieszkańców, to mamy do czynienia z 30% nietolerowanych a na wschodzie już dochodziło do 50% i więcej. Apeluję zatem o więcej precyzji.

    Dokonując refleksji nad tolerancyjnością w Polsce jakoś dziwnie nie zająknęła się Magdalena Środa nad ateistycznym gazowaniem łzawiącym mojego domu. Jest to bezpośredni dowód na jej nietolerancyjną postawę. Wypada odpowiedzieć sobie o ostatni mord na tle światopoglądowym:

    Czy xiądz Jerzy Popiełuszko zamordował Grzegorza Piotrowskiego czy może Grzegorz Piotrowski zamordował xiędza Jerzego Popiełuszkę?

    Zrozumienie mechanizmów rządzących Polską Ludową jest kluczowe dla zrozumienia sensu wypowiedzi prof Środy. PRL był to reżim mniejszościowy. Ateistyczna mniejszość gnębiła nieateistyczną większość. Jest to zgodne z ochroną praw mniejszości, jak sama nazwa wskazuje. Były wtedy 2 obozy: demokratyczny i niedemokratyczny. Obóz demokratyczny odznaczał się kompletnym brakiem demokracji, dlatego jego apologeci trąbili o swojej demokratyczności. Rzeczywistość jest bowiem paradoksalna: jak gdzieś jest demokracja to widać że jest, na pierwszy rzut oka widać. Nie trzeba o tym mówić. Jak nie ma – no to trąbimy na prawo i lewo żeby zatrzeć wymowę faktów. Podobnie jest z tolerancją (bezprzymiotnikową) dlatego można teraz właściwie odczytać (odkodować) wypowiedź Jana Hartmanna:

    Dziś nie czas mówić o tolerancji. Obowiązek tolerowania innych wyznań i innych niż nasze światopoglądów czy obyczajów jest oczywistością, potwierdzoną przez konstytucje wszystkich cywilizowanych narodów. Nikt już nie robi łaski, że „toleruje”: innowierców, ateistów, homoseksualistów, Żydów czy Arabów. 

    Odkodowując: wymowa jest taka, że chodzi o mówienie jacy to jesteśmy obowiązkowi w tolerowaniu, światopoglądów (znowu nieuprawnione podzielenie!) itp. W przeciwnym razie wypadałoby uznać, że prof. Hartmann nie uważa na nisko przelatujące kwantyfikatory. Szczęśliwie dla siebie Oriana Fallaci przeniosła się do lepszego świata – inaczej by mogła tu przedyskutować kwestię, czy Arabowie wiedzą, że mają tolerować kogokolwiek innego. Jeszcze się odniosę do tego rozważając problem: tolerancja jako przykład mechanizmów ewolucyjnych: w określonych warunkach organizmom żywym odbija i do głosu dochodzi mechanizm regulacyjny polegający na zaniku instynktu samozachowawczego. Normalnie organizmy uciekają od zagrożeń, a nie je hołubią. Te co przyhołubiały dawno wyginęły. Stąd w reakcji na obecne przeludnienie do głosu dochodzą tolerancjoniści i np. Emo.

    Texty tezeuszowych expertów trzeba czytać uważnie. Prof Hartmann wylicza: innowierców, ateistów, homoseksualistów, Żydów czy Arabów. Nie przypadkowo brakuje tu chrześcijan. Wniosek: tolerowanie chrześcijan to robienie łaski.

    W cz II będzie o niesmacznym ataku personalnym na prof. Legutko, bezsensie postulatu nietolerancji prawnej i wywodach TT.

     
    Odpowiedz
  3. neosceptycyzm

    Do Smoka

    Proszę o większą precyzję w ramach własnych wywodów. O ile wiem, Polska w XVII wieku przestawała być krajem tolerancyjnym w sensie pozytywnym (owszem tolerowano nierząd), ale nie o to tu idzie! Ponadto z tym gazowaniem, nie każdy zna frondowy żargon. 🙂

    Pozdrawiam i czekam na dalsze krytyczne uwagi o prof. Środzie. Myślę, że stronę laicką i lewicową reprezentują w tej debacie osoby zbyt medialne i zbyt przewidywalne w swych wywodach.

     
    Odpowiedz
  4. smok.eustachy

    Do Neosceptycyzmu

    Witam!

    Gazowanie nie jest związane z Frondą. Jak była zadyma w Mistrzejowicach to ZOMO puszczało gazy łzawiące i fale szły na Prądnik do mnie. W sumie to jednorazowo to co najmniej kilka tysięcy mieszkań było gazowanych na samym Prądniku i Olszy – kilkadziesiąt tysięcy ludzi. A były tam i staruszki i małe dzieci. Nie mogli sobie odpuścić? Takie mam doświadczenia i obawiam się, że ateiści znowu zaczną wypuszczać gazy jak się im odpuści.

    2. Co do Polski, tolerancji i XVII wieku to dalej było nieźle, jak na ówczesne warunki i w porównaniu. Np z odwołeniem Edyktu Nantejskiego wywalenie tych socynian to pikuś. "Znaj proporcje Mociumpanie" – to nie do Ciebie tylko do Środy.

    A w porównaniu z tolerancją rewolucjonistów francuskich to u nas niebo a ziemia.

    Jak już pisałem wszystko zależy od kryteriów jakie przyjmiesz. A teraz będzie o socjobiologii i uznaniowiści

     3. Co do medialności; mam w planie zrobić kwerendę na forum Racjonalisty. Ciekawe, czy jakby prof Środa się zapisała tam to dostałaby bana za nieracjonalność? Planuję tez zrobić listę mniejszości seksualnych.

    4. Co do Francji to odnosze wrażenie, że na razie to auta płoną pod Paryżem, a co niektórzy chcą, żeby płonęly i pod Warszawą.

     
    Odpowiedz
  5. neosceptycyzm

    Smoku ja prosiłem o

    Smoku ja prosiłem o rozwinięcie. Prawda jest taka, że ówcześni Polacy sami w pewnym momencie spostrzegli swój błąd, konstyttucja Trzeciego Maja szła daleko w tych sprawach.. . A bracia polscy to jest osobna bajka. Po pierwsze ich wypędzenie zostało poparte przez ogół różnowierców. Po drugie istniały dobre powody państwowe. Otóż bracia polscy sprzeciwiali się temu, aby chrześcijanin mógł pełnić urzędy mieczowe i używał miecza. Taka ideologia była dla ówczesnych Polaków jawnie szkodliwa, co widać po osiemnastowiecznych dysproporcjach między polską armią a armiami obcymi. W tych przekonaniach zapewne swój udział miał resentyment, skoro wśród owych braci polskich było zadziwiająco dużo mieszczan, którzy właśnie nie mogli pełnić zaszczytnych urzędów mieczowych.  Po trzecie zadziwiająco licznym braciom polskim zdarzały się jawne zdrady stanu. Na przykład jeden z nich napisał utwór, który szczerze chwalił i wielbił króla szwedzkiego za to, że napadł Polskę. Po czwarte wypędzani mieli aż trzy lata na uporządkowanie wszystkich spraw i emigrację. A na tych, co pozostali w Polsce i nie zmienili wyznania zapowiadanych gróźb raczej nie spełniano. Taki, Polacy mieli nierząd. Inna sprawa, że część braci polskich potraktowała sprawę honorowo i dzielili się w ramach rodzin na tych, co mają zostać i tych, co emigrują. Po piąte potrafili zajść za skórę innym chrześcijanom, przeszkadzając im w sprawowaniu kultu.

    To, co powyżej napisałem opieram na tym, co zdążyłem swego czasu usłyszeć i wyczytać w trakcie zajęciach z historii filozofii polskiej. Buć może te argumenty nie są całkiem spójne lub w pełni uzasadnuione w materiale historycznym.

     

     
    Odpowiedz
  6. bartekkozlov

     
    Generalnie rzecz biorąc,

     

    Generalnie rzecz biorąc, w dużej mierze zgadzam się z powyższym tekstem. Tolerancja jest – a lepiej może powiedziawszy: powinna być – jedną z najważniejszych zasad moralności życia publicznego. „Podpisuję się” też pod przytoczoną za I. Lazarii – Pawłowską definicją tolerancji, zgodnie z którą pojęcie to może odnosić się tylko do tych postaw, opinii i zachowań, które oceniamy ujemnie – w przypadku czegoś, co oceniamy pozytywnie, o tolerancji nie ma sensu mówić (z tą jednak ważną różnicą, iż wydaje mi się, że nie wszelkie próby zmiany „tolerowanych” – a więc nieakceptowanych – postaw lub opinii są sprzeczne z istotą tolerancji. Użycie lub groźba użycia siły w celu zniechęcania kogoś do np. wyrażenia jakiegoś poglądu jest wręcz kwintesencją nietolerancji, przekonywanie o tym, że jakiś pogląd jest głupi, niemoralny bądź szkodliwy – o ile nie ma charakteru jakiegoś przymusowego „prania mózgu” konkretnej osoby – w ramach postawy zwanej tolerancją jak najbardziej się mieści). Zgadzam się wreszcie z tym, że tolerancji w Polsce jest raczej za mało, niż za dużo i należy w związku z tym robić wszystko, co możliwe dla krzewienia i propagowania postaw tolerancji w naszym kraju (dowód na  co najmniej sporą nietolerancyjności Polaków: z badania przeprowadzonego w tym roku przez CBOS wynika, że 64% dorosłych Polaków jest zdania, że homoseksualiści i lesbijki nie powinny mieć prawa publicznego prezentowania swojego stylu życia, a 37% uważa, że również czysto prywatne stosunki seksualne między osobami tej samej płci powinny być prawnie zakazane – zob. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,Homoseksualny-seks-Jedna-trzecia-Polakow-chce-zakazu,wid,12444451,wiadomosc.html).
     
    Tyle (na razie) pozytywów, dalej przejdę do krytyki. Krytyka ta odnosi się nie do samego rozumienia pojęcia tolerancji (wiem, że można to pojęcie rozumieć w bardzo różny sposób – np. niektórzy utożsamiają je np. z „życzliwą neutralnością” wobec jakichś postaw, opinii lub zachowań – takie rozumienia pojęcia tolerancji, słuszne, czy nie, jest zasadniczo rzecz biorąc sprzeczne z przytoczoną powyżej definicją tolerancji jako postawy odnoszącej się do czegoś, czego się nie akceptuje), ani też do uzasadnienia tolerancji (tj. tego, dlaczego powinniśmy być tolerancyjni wobec ludzi, z którymi co najmniej nie zgadzamy się w pewnych ważnych sprawach), ile raczej do kwestii tego, w jaki sposób powinny być wyznaczone granice tolerancji.
     
    Magdalena Środa przestawia w swym tekście trzy zasady określające granicę tego, kiedy można, czy powinno się być tolerancyjnym wobec innych. Pierwszą z nich jest zasada, że nie można być tolerancyjnym wobec przypadków łamania prawa, drugą jest zasada, że poza granicą tolerancji powinny być te działania, które powodują ludzkie cierpienie, poniżenie i najogólniej rzecz biorąc krzywdę, trzecią wreszcie jest zasada „nie ma wolności dla wrogów wolności” która oznacza tyle, że nie możemy być tolerancyjni wobec tych przekonań, których realizacja prowadziłaby do stworzenia takich porządków politycznych, przez które wolność ta nie byłaby możliwa. Czy jest to jednak dobre wyznaczenie zasad, które powinny wyznaczać granice tolerancji (bo jasne jest przecież, że jakieś granice tolerancji istnieć muszą)?
     
    Otóż, żadna z tych zasad nie jest dla mnie do końca oczywista. Jeśli chodzi o pierwszą zasadę – tj. to, że nie można tolerować przypadków łamania prawa – to zgoda, że o prawdopodobnie znakomitej większości zachowań, których prawo zabrania bez poważnych wątpliwości można powiedzieć, że zachowań tych tolerować się nie powinno. Jasne jest bowiem, że nie można tolerować morderstw, napadów rabunkowych, kradzieży, oszustw, szantażu, gwałtów czy niszczenia środowiska (tzn. lepiej powiedziawszy – społeczeństwo nie może być tolerancyjne wobec takich zachowań, konkretna osoba może być wobec nich tolerancyjna – wyrażając swoją tolerancję wobec nich np. nie zgłoszeniem na policję faktu swego obrabowania czy pobicia. Nie sądzę jednak, by była to mądra tolerancja – byłoby tragicznie, gdybyśmy taka tolerancję wykazywali en masse). Brak tolerancji wobec takich zachowań wynika jednak z tego, że zachowania te powodują ludzką krzywdę – tj. z drugiej z przytoczonych powyżej zasad, określających granice tolerancji – a nie po prostu z tego, że zachowania te są zakazane przez takie czy inne przepisy prawne.
     
    Czy rzeczywiście powinniśmy być nietolerancyjni wobec jakichś zachowań tylko i wyłącznie dlatego, że zachowania te zostały zakazane przez prawo? Aby pokrótce rozważyć tą kwestię wyobraźmy sobie przepis prawny, który zakazuje zachowań nie wyrządzających nikomu krzywdy – poza, być może, obrazą jakichś uczuć, wynikających np. z ortodoksyjnie pojmowanej religii – np. seksu przed ślubem, seksu między osobami tej samej płci, noszenia zbyt długich albo zbyt krótkich włosów, ubierania się w taki czy inny sposób albo spożywania określonych potraw. Czy w przypadku, gdyby taki przepis został wprowadzony powinniśmy wykazywać brak tolerancji wobec tych, którzy go łamią – np. denuncjując ich policji – czy też przeciwnie, powinniśmy co najmniej czegoś takiego nie robić? Wydaje mi się, że dla każdego, dla którego pojęcie tolerancji znaczy cokolwiek, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Jeśli mielibyśmy być nietolerancyjni wobec jakichś zachowań po prostu i wyłącznie z tego powodu, że zachowania te są zakazane przez prawo, to gdzie jest miejsce na coś takiego, jak tzw. nieposłuszeństwo obywatelskie? Przyjęcie, że przepisy prawa są jakąś bezwzględną granicą tolerancji wyklucza w ogóle jakąś poważną dyskusję na taki temat.
    Nieco mniej niebezpiecznym stwierdzeniem na temat granic tolerancji jest stwierdzenie, że nie można być tolerancyjnym wobec tych zachowań, które powodują ludzką krzywdę. To – najogólniej rzecz biorąc – najmniej sporna granica tolerancji: jasne jest, że wobec zachowań, które powodują u innych cierpienie lub ból tolerancyjnym w sposób generalny być nie można.
     
    Problem z cierpieniem lub krzywdą innych osób jako granicą tolerancji pojawia się jednak wtedy, kiedy takie pojęcia jak „cierpienie”, „krzywda” czy „ból” rozumiemy w sposób szeroki, obejmując nimi np. dolegliwości natury czysto emocjonalnej. Rzecz jasna – sam fakt, że jakieś zachowanie wyrządza komuś innemu krzywdę wyłącznie psychiczną, a nie fizyczną czy materialną nie może sam z siebie decydować o tym, że takie zachowanie powinno mieścić się w granicach tolerancji: sądzę np. że prawo nie powinno tolerować takiej – dajmy na to – sytuacji, gdy ktoś, chcąc wywołać psychiczny szok u innej osoby fałszywie informuje ją o tym, że ktoś dla niej najbliższy zginął właśnie w wypadku: osoba taka powinna mieć możliwość wyegzekwowania na drodze sądowej odszkodowania za wyrządzoną w ten sposób krzywdę emocjonalną (choć tu akurat można byłoby zadać pytanie, czy w tego rodzaju przypadku nie moglibyśmy mieć do czynienia z krzywdą de facto fizyczną – np. rozstrojem nerwowym?). Ale jakąś dolegliwość psychiczną czy moralną może powodować mnóstwo rzeczy, których raczej na pewno nie chcielibyśmy zakazać: i tak np. ktoś może poczuć się źle, jeśli w sposób skuteczny wykaże mu się, że jakiś pogląd, do którego był wcześniej głęboko przywiązany jest fałszywy, albo że w danej sprawie wbrew swemu mniemaniu jest tak naprawdę ignorantem.
    Nikt z tych, którzy do pojęcia tolerancji przywiązuje jakąkolwiek wagę w sposób oczywisty nie mógłby chcieć tego, by zasada tolerancji nie obejmowała wszystkich zachowań, które wyrządzają niektórym ludziom jakąś dolegliwość psychiczną w sposób przypadkowy i nieumyślny: zawsze ktoś może powiedzieć, że jakiś pogląd – sprzeczny z jego przekonaniami – jest dla niego krzywdzący. Co jednak z tolerancją wobec zachowań, które wyrządzają niektórym ludziom krzywdę psychiczną w sposób całkiem umyślny – może nie celowy w tym sensie, że jedynym i wyłącznym zamiarem sprawców takich zachowań jest wyrządzanie innym ludziom krzywdy (i nic więcej) – ale mimo to takich, co do których nie ma wątpliwości, że krzywdę taką mogą one powodować i czasem powodują?
     
    To, że Magdalena Środa nie opowiada się za generalną nietolerancją wobec tych zachowań, które prowadzą do wyrządzenia innym ludziom dolegliwości natury emocjonalnej w sposób co najmniej świadomy wynika w sposób jasny z jej krytyki istniejącego w polskim kodeksie karnym przestępstwa „obrazy uczuć religijnych”. Oczywiście – krytykując istnienie w systemie prawnym takiego przepisu, jak art. 196 k.k. (choć przyznam szczerze, że nie wiem tak do końca, czy Magdalena Środa byłaby za po prostu usunięciem tego przepisu z kodeksu karnego, czy też może tylko za przerobieniem w taki sposób, w jaki chciałoby go przerobić np. Polskie Towarzystwo Racjonalistów – tj. tak, by zabraniał on celowego znieważania nie tylko uczuć religijnych, ale w ogóle uczuć wynikających z jakichkolwiek przekonań natury filozoficznej czy światopoglądowej? – zob.  http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,3440 ) ma ona rację: gdy jakieś uczucia są kruche lepiej popracować nad ich wzmocnieniem, a nie pod groźbą kar zamykać usta innym, by uczuć tych przypadkiem nie urazili.
     
    Zadaję sobie jednak pytanie, czy tolerancja Magdaleny Środy dla obrażania uczuć religijnych nie jest tolerancją cokolwiek wybiórczą. Dlaczego tak sądzę? Otóż, wydaje mi się, że Magdalena Środa – podobnie, jak wielu innych „rycerzy” tolerancji w Polsce – opowiadając się przeciwko istnieniu w systemie prawnym przepisu zabraniającego obrażania uczuć religijnych – jednocześnie opowiada się za istnieniem w nim o przepisów przewidujących kary za – jak się to popularnie określa – „mowę nienawiści” – czyli wypowiedzi znieważające, szkalujące, czy poniżające mniejszości narodowościowe, etniczne, rasowe, religijne, seksualne itp. (tu znowu: przyznam szczerze, że nie umiem w tej chwili wskazać jakiejś wypowiedzi czy publikacji Magdaleny Środy, któryby w sposób jasny dowodziła, że jej zapatrywania w rzeczonej kwestii są właśnie takie, ale też nic z tego, co pamiętam z jej publicystyki nie wskazuje na to, by jej poglądy w tej kwestii były odmienne).
     
    Czy można – chcąc być elementarnie konsekwentnym i trzymając się jakichś zasad (a jasne jest chyba, że poważny publicysta, czy tym bardziej etyk i filozof, jakim jest Magdalena Środa wypowiadając się o granicach tolerancji wyznacza te granice w oparciu o to, co uznaje on za jakieś bardziej ogólne zasady, a nie na podstawie jakiegoś „widzimisię” typu „ja lubię jabłka, kto inny może woleć gruszki”) – opowiadać się za tolerancją wobec znieważania tego, co ludzie wyznający taką czy inną religię uważają za obiekty kultu – a w konsekwencji za tolerancją wobec obrażania uczuć religijnych takich osób, a jednocześnie za nietolerancją wobec tych publicznych wypowiedzi, które często określa się mianem „mowy nienawiści” – lub po angielsku „hate speech”? Zwolennik różnego traktowania przez prawo tych dwóch nieidentycznych bez wątpienia rodzajów ekspresji może oczywiście dowodzić, że o ile przepis kodeksu karnego zabraniający „obrażania uczuć religijnych” ma – przynajmniej w Polsce – na celu ochronę głównie tych osób, które należą do dominującej w społeczeństwie grupy (tj. katolików) – to przepisy wymierzone w „mowę nienawiści” mają na celu ochronę słabych, często prześladowanych w przeszłości i narażonych na dyskryminację, a nawet przemoc mniejszości – może też twierdzić, że czymś innym jest znieważanie ludzi – nawet, jeśli nie znieważa się konkretnych, wymienionych z imienia i nazwiska osób, a raczej całe grupy rasowe, etniczne itp. do jakich te osoby należą – czym innym zaś „znieważanie” bytów – takich, jak Bóg, Matka Boska, czy Święci – które pewne osoby darzą kultem. Czy jednak takie akurat rozróżnienie między ekspresją o charakterze np. bluźnierczym wobec obiektów czci religijnej, a klasyczną „mową nienawiści” może być przekonujące? Otóż – mam co do tego spore wątpliwości. Co do bowiem argumentu, że przepis o „obrazie uczuć religijnych” chroni osoby należące do większości społeczeństwa, zaś przepisy przewidujące kary za „hate speech” mają na celu ochronę mniejszości to chciałbym zauważyć, że ci (katolicy) którzy skarżą się na to, że ich uczucia religijne są obrażane przez innych nader często postrzegają siebie nie jako większość polskiego społeczeństwa – lecz jako mniejszość – otoczona przez bezbożny, pogański, zdemoralizowany i generalnie rzecz biorąc wrogi im świat. Odnośnie zaś twierdzenia, że czymś innym jest znieważanie jakichś istniejących według niektórych, ale nie wszystkich ludzi „obiektów” typu Bóg, a czymś innym natomiast znieważanie ludzi (nawet, gdy chodzi o całe ich grupy, a nie konkretne osoby) to tu akurat moje wyczucie jest takie, że dla kogoś, dla kogo np. Jezus jest naprawdę żyjącą – choć w rzeczywistości trochę innej, niż ziemska – osobą bluźniercze w jego odczuciu potraktowanie np. krzyża może wywołać taką samą, o ile nie większą krzywdę psychiczną, jaką u osoby należącej do takiej czy innej mniejszości narodowościowej, etnicznej, rasowej itp. może wywołać wypowiedź, której treścią jest znieważenie owej mniejszości. Tak więc, sądzę, że pogląd, iż obrażanie uczuć religijnych powinno być uważane za coś mieszczącego się w granicach tolerancji, natomiast „mowa nienawiści” jest czymś, czego tolerować (w sensie prawnym) się nie powinno tak naprawdę opiera się na punkcie widzenia, według którego religia jest czymś mało ważnym, lub – gorzej – czymś tak naprawdę kłopotliwym, o ile nie po prostu szkodliwym – blokującym postęp społeczny, utrudniającym zmianę społecznej pozycji kobiet, a nawet sprzyjającym przemocy. Dla nikogo, kto czyta ten komentarz nie jest chyba tajemnicą, że takie właśnie punkt widzenia wyznaje Magdalena Środa (na temat tego, czy taki punkt widzenia jest uzasadniony nie wypowiadam się – sądzę, że wypowiadając się kilka lat temu na temat związków między religią katolicką, a przemocą wobec kobiet w Polsce mogła mieć ona wiele racji).
     
    Pozostaje wreszcie kwestia wspomnianej w tekście Magdaleny Środy zasady „nie ma wolności dla przeciwników wolności” jako jednego z wyznaczników granic tolerancji. Stwierdzenie takie jest – jak sądzę – całkiem popularne, ale czy jest ono naprawdę mądre? Czy społeczeństwo – poprzez stanowione prawo – powinno odmawiać wolności słowa, a także zrzeszania się i zgromadzeń tym, którzy deklarują lub tym, co do których w sposób rozsądny można byłoby się spodziewać, że jeśli osiągnęliby oni pełnię władzy to zniszczyliby oni to, co najogólniej rzecz biorąc rozumie się pod pojęciem wolność?
     
    Tu przy okazji taka drobna dygresja: nie wiem, dlaczego Magdalena Środa przypisuje stwierdzenie „nie ma wolności dla przeciwników wolności” J.S. Millowi. Oczywiście – być może jako osoba o wiele bardziej ode mnie oczytana w literaturze filozoficznej znalazła gdzieś ona w tekstach Milla takie stwierdzenie, ja jednak takiego stwierdzenia u tego autora nie spotkałem (a np. jego najsłynniejszy bodaj tekst „O wolności” jakiś czas temu przewertowałem całkiem dokładnie) i nie czytałem również nigdzie, by gdziekolwiek w dziełach Milla stwierdzenie takie się pojawiło. Pisząc, że John Stuart Mill stwierdził, że „nie ma (czy też nie powinno być) wolności dla przeciwników wolności” Magdalena Środa niestety wprowadza czytelników swojego tekstu w błąd. Aby więc błąd ten sprostować informuję, że kimś kto (prawdopodobnie) po raz pierwszy wypowiedział zdanie „nie ma wolności dla wrogów wolności” był nie J.S. Mill, ale jeden z czołowych przywódców Rewolucji Francuskiej Antoine Louis Léon de Richebourg de Saint-Just (zwykle po prostu Saint – Just) – z powodu olśniewającej ponoć urody (jako heteroseksualny mężczyzna nie bardzo to akurat umiem ocenić) oraz bezwzględności zwany „Aniołem Śmierci” lub „Archaniołem Terroru”. Nawiasem mówiąc, ponoć także Adolf Hitler stwierdził, że „prawdziwa wolność zapanuje wtedy, kiedy zniszczymy wrogów wolności”. Ale to tak w gruncie rzeczy na marginesie – nie jest rzeczą najważniejszą, kto pierwszy stwierdził, że wolność nie powinna przysługiwać wrogom wolności – czy San – Just, czy Mill, czy ktokolwiek inny: ważne jest to, czy tak sformułowana zasada powinna być zasadą, na której opiera się prawo obowiązujące w demokratycznym i generalnie rzecz biorąc szanującym wolność osobistą jednostki – a więc tolerancyjnym – społeczeństwie.
     
    Zasada „nie ma wolności dla przeciwników wolności” wyrzuca poza granice tolerancji (a więc przede wszystkim poza granice wolności słowa) nie tylko, a nawet nie tyle, te wypowiedzi, które mogą prowadzić do określonych szkód i krzywd ludzkich w sposób bezpośredni (a więc np. zniesławienia, ujawnienia poufnych informacji, groźby przemocy, czy pewne przypadki podżegania do przestępstwa), ale także te wypowiedzi, których niebezpieczeństwo – choć w ostateczności rzecz biorąc o wiele większe, niż w przypadku wskazanych w nawiasie typów ekspresji – jest o wiele bardziej odległe i niepewne. Najbardziej nawet zażarty zwolennik zasady „nie ma wolności dla wrogów wolności” nie twierdzi przecież, że indywidualne propagowanie przez kogoś ustroju np. faszystowskiego może bezpośrednio doprowadzić do tego, że naprawdę będziemy mieli faszyzm – a wraz z nim zniesienie demokracji, państwa prawa, masowe prześladowania z powodów politycznych, rasowych lub jeszcze innych, oraz zniweczenie tego, co najogólniej rzecz biorąc rozumie się pod pojęciem „wolność” – tak, jak np. nawoływanie do popełnienia przestępstwa w pewnych, szczególnych okolicznościach może do faktycznego popełnienia przestępstwa bezpośrednio doprowadzić – lub tak, jak wzniesienie w pełnym ludzi teatrze kłamliwego okrzyku „pali się!” może spowodować panikę i wzajemne tratowanie uciekających w popłochu ludzi. Czy powinniśmy ograniczać wolność słowa (a także zrzeszania się i zgromadzeń) w celu zapobiegnięcia takiemu – zgoda, że czysto potencjalnie rzecz biorąc olbrzymiemu, ale przecież odległemu i w najlepszym bądź razie niepewnemu – zagrożeniu?
     
    W świecie, który generalnie rzecz biorąc można określić jako demokratyczny i respektujący (generalnie rzecz biorąc) prawa człowieka nie ma jakiejś jednej, powszechnie i bezdyskusyjnie przyjętej odpowiedzi na pytanie, czy z wolności wypowiedzi, a także zrzeszania się i zgromadzeń powinni mieć prawo korzystać także ci, którzy w ostateczności chcieliby tę wolność zniszczyć. Mówiąc w pewnym zapewne uproszczeniu, dominująca „europejska” odpowiedź na to pytanie brzmi „nie” – znajduje to wyraz w artykule 17 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z 1950 r., w ustawodawstwie szeregu państw, które przewiduje kary za np. propagowanie ustroju faszystowskiego (tak jest m.in. w Niemczech, Austrii, Włoszech, w Czechach i w Polsce), a także w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który opierając się na wspomnianym już artykule 17 owej Konwencji niejednokrotnie orzekał, że gwarantowane ogólnie przez jej art. 10 prawo do wypowiadania i szerzenia swoich poglądów nie gwarantuje prawa do bezkarnego propagowania przekonań o charakterze pro – totalitarnym. Odmiennej odpowiedzi na to pytanie udziela orzecznictwo sądowe w Stanach Zjednoczonych – tam akurat przyjmuje się, że wszelkie poglądy polityczne – a więc również te o charakterze np. pro – totalitarnym – powinny mieć możliwość funkcjonowania w życiu publicznym i konkurowania na „wolnym rynku idei” a próby zdławienia takich poglądów przy użyciu prawa karnego lub cenzury byłyby niedopuszczalnym w świetle I Poprawki do Konstytucji naruszeniem wolności słowa. Ale rzecz jasna, zarówno w Europie, jak i w USA jest wielu prawników, publicystów i innych ludzi, którzy nie zgadzają się z przyjętymi w ich krajach podejściami – nie brak w państwach europejskich takich, którzy opowiadają się za nader daleko idącą swobodą wypowiedzi na wzór USA i nie brak też za oceanem takich, którzy chcieliby mniejszej tolerancji dla neofaszystów, rasistów i generalnie rzecz biorąc ekstremistów politycznych – na wzór rozwiązań przyjętych w Europie.
     
    Najważniejsza w tym wszystkim jest jednak kwestia tego, jakie rozwiązanie problemu „wolności dla wrogów wolności” powinno zostać przyjęte w Polsce. Oczywiście – fakt, że w konstytucji z 1997 r. jest artykuł 13, mówiący m.in. o tym, że zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod nazizmu, faszyzmu i komunizmu, zaś do uchwalonego w tymże samym roku kodeksu karnego wprowadzony został art. 256, który pod karą do 2 lat więzienia zabrania m.in. propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa świadczy o tym, że pewne rozwiązanie tego problemu zostało przyjęte. Ale mówimy tu przecież o prawie, jakie powinno być, a nie jakie po prostu jest – fakt obowiązywania pewnych rozwiązań musi być przyjęty do wiadomości, ale intelektualnie do niczego przecież nie zobowiązuje.
     
    Osobiście opowiadam się zasadą przeciwną do tej, która została przedstawiona w tekście Magdaleny Środy, tj. zasadą, że wolność słowa, zrzeszania i zgromadzeń powinny przysługiwać także wrogom wolności. Dlaczego tak uważam? Otóż, przyznaję, że przyjęcie takiej zasady może wiązać się z pewnym ryzykiem – takim np. że wrogowie wolności – a więc np. neofaszyści, skrajni komuniści czy fundamentaliści islamscy przekonają większość społeczeństwa do swoich racji i wygrają wybory, albo takim, że zdobędą oni poparcie w kręgach wojska, policji i służb specjalnych, dzięki czemu dokonają zamachu stanu. Oczywiście – myślę, że we współczesnych warunkach polskich prawdopodobieństwo zarówno jednego, jak i drugiego jest zaniedbywalnie małe – ale nie znaczy to, że możliwość takiego biegu wydarzeń można z góry wykluczyć.
     
    Z ryzykiem wiąże się też jednak przyjęcie przez system prawny zasady „nie ma wolności dla wrogów wolności”. Czy obowiązywanie takiej zasady może sprawić, że wrogowie wolności po prostu znikną z rzeczywistości społecznej? Nie – może sprawić co najwyżej to, że zostaną oni zepchnięci do podziemia, przez co reszta społeczeństwa zostanie w jakiejś mierze pozbawiona wiedzy o pełnym zakresie występujących w nim poglądów politycznych (skoro nie będą one publicznie prezentowane z obawy przed grożącą za to karą).
     
    Nieprawdopodobne jest też to, by jacyś wielbiciele Hitlera (czy Stalina) zmienili swe zapatrywania – i stali się miłośnikami demokracji, praw człowieka i tolerancji – pod wpływem represji za np. „propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”. Przeciwnie – istnieją pewne dowody na to, że nękanie ludzi za ich mocno wyznawane opinie skutkuje tym, że ludzie tacy – i ich sympatycy – utwierdzają się w swoich przekonaniach. Poczucie prześladowania, traktowania jako obywateli (w najlepszym bądź razie) drugiej kategorii i wywołana w następstwie tego wszystkiego frustracja stwarzają optymalne warunki do tego, by tacy ludzie zaczęli wyrażać swoje przekonania (i swoją nienawiść wobec np. pewnych grup narodowościowych, rasowych itp.) nie za pomocą słów, lecz za pomocą aktów przemocy. Jeśli do więzienia można trafić tak samo za „nienawistne” słowa, jak i za nienawistne czyny – to dlaczego ograniczać się do tych pierwszych, skoro komunikat przekazywany społeczeństwu za pośrednictwem tych drugich może być w ostateczności o wiele bardziej dobitny?
     
    Czy daleka od politycznego ekstremizmu większość społeczeństwa może być chroniona przed wpływem np. neonazistów za pomocą prawa karnego zabraniającego takim ludziom publicznego głoszenia swoich poglądów? Jeśli chodzi o to, to chciałbym zauważyć, że są ludzie, których pewne ideologie (podobnie, jak pewne zachowania – typu np. zażywanie narkotyków) mogą pociągać właśnie dlatego, że zostały one wyjęte spod prawa. Wytaczane ekstremistom procesy mogą im też dawać znakomitą trybunę do propagowania swoich poglądów w postaci sali sądowej – w ten sposób (choćby za pomocą relacji prasowych z rozpraw) można dotrzeć do znacznie większego kręgu odbiorców, niż za pomocą jakiejś mało znanej strony internetowej czy niskonakładowego pisemka – i do tego, co też ma znaczenie, jeśli chodzi o zdobywanie zwolenników – chodzić w glorii ofiary demokracji i męczennika za przekonania. 
     
    Najważniejsze w tym wszystkim jest może jednak pytanie, skąd generalnie rzecz biorąc biorą się w społeczeństwie pewne pozytywne postawy – postawy poparcia dla demokracji, praw człowieka, równości rasowej, narodowościowej i wszelkiej innej, oraz generalnie rzecz biorąc tolerancji – rozumianej jako tolerancja społeczna, a nie tylko prawna (takie rozumienie pojęcia „tolerancja” jest cokolwiek sprzeczne z tym, o czym była mowa na początku tego komentarza, ale nie ulega wątpliwości, że pojęcie to używane w powszechnym dyskursie coś takiego nader często, jeśli nie zwykle oznacza)? Czy postawy takie biorą się z tego, że propagowanie poglądów im przeciwnych jest zakazane – czy też może przeciwnie, z konfrontacji z takimi poglądami i zrozumienia dzięki temu zła, które w nich tkwi? Na ten temat można pewnie dyskutować. Gdyby jednak teza, że przepisy karne wymierzone w propagandę o charakterze pro- totalitarnym (np. neonazistowskim) i tzw. „mowę nienawiści” prowadzą do takich rezultatów, jakie chcieliby osiągnąć ich zwolennicy była prawdziwa, to takie sprawy, jak poziom dyskryminacji i przemocy na tle nienawiści narodowościowej, rasowej itp. oraz generalny stosunek społeczeństwa do mniejszości powinny w krajach, które wprowadziły u siebie i które egzekwują takie przepisy wyglądać znacznie lepiej, niż np. w Stanach Zjednoczonych, w których tego typu przepisów nie ma (choć są – to trzeba podkreślić – przepisy zakazujące np. dyskryminacji rasowej w takich dziedzinach, jak np. stosunki pracy, dostęp do miejsc publicznych – choć będących własnością prywatnych osób – czy wynajem mieszkań – a także przepisy zwiększające kary za zwykłe przestępstwa, jeśli motywowane są one nienawiścią rasową, narodowościową, religijną itp.). Tyle tylko, że nic nie wskazuje na to, że tak akurat jest – wzrost na przestrzeni wielu już lat liczby aktów rasistowskiej przemocy w krajach europejskich, które z reguły od dziesięcioleci mają w swych systemach prawnych i niekiedy całkiem energiczne egzekwują przepisy przeciwko „hate speech” i w niektórych przypadkach także propagandzie np. neonazistowskiej (weźmy tu Austrię i Niemcy, gdzie propaganda taka jest karalna niezależnie od tego, czy ma ona charakter skierowanej przeciwko takim czy innym grupom narodowościowym, rasowym itp. „mowy nienawiści” jest w tej kwestii czymś nader wymownym (zob. w tej kwestii http://www.humanrightsfirst.org/discrimination/reports.aspx?s=racism-and-xenophobia&p=racvio)
     
    Na koniec tego przydługiego nieco komentarza chciałbym się odnieść do kwestii „tolerancji pozytywnej”. Magdalena Środa pisze, że tolerancja pozytywna to wspomaganie osób, z których racjami czy obyczajami się nie zgadzamy, ale których prawa do równego traktowania, do wolności i odmienności uznajemy. Jako przykład takiej „pozytywnej tolerancji podaje ona aktywne wspieranie praw mniejszości – np. seksualnych czy rasowych – przez kogoś, kto do tych mniejszości
    nie należy.
     
    Taka akurat „tolerancja pozytywna” w najwyższym stopniu zasługuje na pochwałę i popularyzację. Ale we współczesnych, demokratycznych i zasadniczo rzecz biorąc tolerancyjnych społeczeństwach zachodnich tego rodzaju działania nie wymagają – jak mi się wydaje – jakiejś olbrzymiej odwagi cywilnej (co nie znaczy, że nie wymagają odwagi w ogóle – myślę, że wymagają i to dużej). Jakiemu normalnemu człowiekowi przeszkadza fakt, że w jego kraju żyją ludzie różnych narodowości, ras i wyznań, albo że jakiś pan sypia z innym panem, a nie z panią (oczywiście – są tacy, którzy czegoś takiego nie mogą czegoś takiego znieść i posuwają się nawet z tego powodu do aktów przemocy, ale tacy stanowią mimo wszystko mniejszość)? Jak dla mnie, najbardziej chyba imponujący przykład „pozytywnej tolerancji” dała Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU) występując w latach 70-tych w obronie prawa amerykańskich neonazistów (Narodowosocjalistycznej Partii Ameryki) do zorganizowania publicznej demonstracji w miasteczku Skokie pod Chicago, które było w większości zamieszkane przez Żydów – a w znacznej części ludzi, którzy ocaleli z Holocaustu. Dyrektorem Wykonawczym ACLU był w owym czasie Aryeh Neier – niemiecki Żyd (ur. 1937), który wraz z rodzicami uciekł z Niemiec przed rozpoczęciem wojny, lecz którego reszta rodziny została wymordowana przez hitlerowców.
     
    Reprezentanci ACLU pomogli neonazistom wygrać sprawy sądowe, w których spór toczył się o to, czy mają oni prawo do publicznych demonstracji w zamieszkanej w większości przez Żydów (w tym wielu ocalałych z Zagłady) miejscowości. Zasada, że I Poprawka do konstytucji chroni prawo do ekspresji najbardziej nawet niepokojących i potępianych przez większość społeczeństwa poglądów została jednoznacznie potwierdzona przez amerykańskie sądy. Jednocześnie, zapowiedziana przez neonazistów demonstracja w Skokie nigdy się nie odbyła – nie chcieli oni konfrontacji z kontr – demonstrantami, których tysiące pojawiły się w Skokie w dniu ich planowanego marszu. Amerykańska opinia publiczna przy okazji całej sprawy dowiedziała się wiele na temat Holocaustu, poparcie dla neonazistów spadło jeszcze bardziej w porównaniu z tym, jakie wcześniej istniało. Czy takie zmobilizowanie opinii publicznej przeciwko neonazizmowi miałoby miejsce, gdyby rzeczonej demonstracji po prostu zakazano – a neonazistom w razie próby jej przeprowadzenia wytoczono proces? Ciężko jednoznacznie powiedzieć – ale amerykański przykład pokazuje, że wolność dla wrogów wolności – w pewnych oczywiście warunkach – wcale nie musi być groźna dla wolności jako takiej – przeciwnie, może prowadzić do jej umocnienia. Jeśli państwo toleruje – tj. po prostu nie represjonuje – głoszenie najbardziej nawet skrajnych, aspołecznych i odrażających dla normalnego człowieka poglądów – jednocześnie karząc zdecydowanie za np. akty przemocy, których takie poglądy bywają jakimś podłożem – to ludzie, rozumiejąc, że muszą pogodzić się z tym, że takie poglądy mogą być wygłaszane i nie można tego zwalczać siłą – mają tendencję do stawania się bardziej tolerancyjnymi wobec innych – nawet, jeśli ta inność jest im tak naprawdę bardzo nie w smak. Nie ulega wątpliwości, że wszelkim grupom społecznym, które łatwo mogą stać się obiektem nietolerancji z tego powodu, że są one różne od większości społeczeństwa sytuacja taka o wiele prędzej może wyjść na dobre, niż na złe.
     
    Tyle o tolerancji, zapraszam na swoją stronę internetową – zob. http://b.kozlov1.webpark.pl/main.htm – gdzie zainteresowani tego rodzaju problematyką być może to i owo dla siebie znajdą.
     
    Odpowiedz
  7. Andrzej

    Pan Bartłomiej – uwaga techniczna

     Panie Bartłomieju, 

    dziękujemy za bardzo interesujący komentarz. Ponieważ jest on bardzo długi, nadaje się raczej na osobny tekst. Proszę więc przesłać nam ten tekst w Wordzie: spróbujemy go opublikować w jakiejś formie na Debatach. Natomiast, sam komentarz warto skrócić do jakiegoś standardowego rozmiaru, żeby Czytelnicy w ogóle chcieli go przeczytać, i aby wpisywał się w konwencję rozmowy internetowej wokół tekstu.

    Pozdrawiam Pana serdecznie

    AM

     
    Odpowiedz
  8. neosceptycyzm

    Nie zgadzam się z

    Nie zgadzam się z poglądem, że tolerancja dotyczy tylko tego, co oceniamy ujemnie. Jeśli bowiem istotnie oceniamy coś ujemnie i mamy dostateczne podstawy do tego, aby tak uważać, i odpowiednio skuteczne środki – zwyczajnie ingerujemy. Nie widzę powodu, aby tworzyć dziwne, dialektyczne definicje, służące ukryciu zwykłych ludzkich niekonsekwencji. Jeśli bowiem działam na rzecz czegoś, co mnie odstręcza, znaczy to tylko tyle, że to coś również mnie pociąga, nawet jeśli trudno mi się do tego przyznać. Oczywiście rozumiem, co za tym stoi – chcemy uchodzić za spójnych i konsekwentnych lub nie chcemy bawić się w „abstrakcyjne” oddzielanie człowieka od jego poglądów i postaw. Ewentualnie uważamy, że zbyt drastyczna ingerencja przyniesie szkodę zamiast pożytku. Ogólnie takie rozumienie tolerancji wpisuje się w zapominanie o całej gamie zachowań etycznych takich jak: szacunek, spolegliwość, wyrozumiałość, delikatność, otwartość, neutralność etc.

    W mojej ocenie masz słuszność, gdy mówisz o tym, że przekonywanie i inne w gruncie rzeczy życzliwe oddziaływania na bliźniego swego, nie kłócą się z tolerancją. Warto tu wspomnieć o takim przypadku, gdy uznajemy, że czyjeś działania „emancypacyjne”, bardziej im szkodzą niż służą. Na przykład, jeśli ktoś uważa, że działania organizacji LGBT, szkodzą mniejszościom seksualnym, wyglądają fatalnie i są najwyraźniej zaadresowane do pewnej części społeczeństwa, na którą się koniunkturalnie „stawia”, to mam prawo o tym mówić i pisać. A jeśli owe środowiska przekroczą pewne granice, mogę je "dyskryminować" za poglądy, aby zyskać dla nich, coś znacznie ważniejszego.

    W Polsce nie jest za mało tolerancji, jest za mało wolności, potrzeba nam prawa analogicznego do pierwszej poprawki do konstytucji USA. My tu sobie będziemy propagować a inni nam zrobią koło nosa. Przywołujesz stosunek Polaków do homoseksualistów – ale to jest właśnie konkretny skutek fatalnej działalności działaczy związanych ze środowiskiem LGBT, które są nastawione na młodych, wykształconych, niewierzących. z wielkich miast. Pomijam wpadki typu wypowiedź Biedronia, który twierdził, że ma identyczny cel jak pierwsi chrześcijanie w imperium rzymskim, czy sprośne ulotki rozdawane przez jedną z organizacji. Idzie o sprawy poważniejsze. Po pierwsze, emancypacja z powodu oczywistej dysproporcji ilościowej, wymaga od nich postawy purytańskiej, to znaczy wyraźnie wiążącej dane zachowania z kontekstem seksualnym. Zwyczajnie, jeśli idę ulicą i widzę dwóch mężczyzn, którzy trzymają się za ręce, prawdopodobieństwo, że widzę parę, jest mniejsze niż w przypadku analogicznej sytuacji z kobietą i mężczyzną. Oni zaś wyraźnie chcą (widać to w ich wypowiedziach) istnienia tejże analogi. W praktyce sprowadza się to, do szerzenia się seksoholizmu, Homoseksualiści tracą przy tym, choćby ten wymiar heteroseksualnej miłości i erotyki, które każą spostrzegać je jako szaleństwo, coś dysfunkcjonalnego. Pięknie o tym wymiarze (w kontekście homoseksualnym!) pisał Platon w "Fajdrosie" (w dzisiejszych czasach dosłownie czytane teksty Platona, mogą sugerować nawet pedofilię). Po drugie jeśli się śledzi na przykład w TOK FM audycje o nich i dla nich, to się odkryje ich skłonności do paternalistycznego traktowania społeczeństwa. Ludzie zwykle nie lubią osób snujących opowieści o tym, jakim zmianom mają społecznie podlegać, dokąd dojść. Prawdopodobnie dlatego Amerykanom nie szkodzi radykalna wolność słowa, powiązana z wymogiem występowania pod imieniem i nazwiskiem. Platon był wprawdzie utopistą, ale nie mówił, w Atenach forsujemy dwa postulaty, w Sparcie na razie tylko jeden, na drugi przyjdzie czas! A takie treści można wyczytać z "przeszpiegów", które dzisiaj nie są niczym trudnym. Platon też, potrafił napisać w swym późnym dziele, że homoseksualizm powinien być prawnie karany, nawet jeśli owo prawo miało by być nieskuteczne. I wiesz bardziej mnie nakłonił do "tolerancji" niż Biedronie, którzy muszą sobie odpowiednio zracjonalizować taką ewolucję poglądów. Po trzecie, co powiecie na taką sytuację. Pewna popularna gazeta robi dowcip na pierwszego kwietnia, ogłasza, że niejaki Skoczylas, znany satyryk organizuje paradę równości. Satyryk pisze i publikuje sprostowanie, w którym odcina się od imprezy, stwierdza, ze kłóci się ona z jego przekonaniami. Gazeta i środowisko niespodziewanie odcina się od rozróżnienia na zasady i osoby, rzuca się na niego, jak on śmiał, nie przyłożyć ręki do "zbożnego" celu. Po czwarte ich pomysły na związek partnerski, to są kolejne zgniłe kompromisy prawne (pierwszym kompromisem było zezwolenie na rozwody). Prawo co raz bardziej odrywa się od swego sensu, przesłanek i założeń. To już lepiej radykalnie ułatwić zrzeszanie się i zerwać z praktyką prawnego uzależniania przywilejów w zależności od postaci seksu. Pozostaje pytanie, czy nasza kultura to przetrwa? Regulowanie go to, siła kulturotwórcza. Cóż, przy dzisiejszych tendencjach… Po piąte prawo musi uszanować to, że ich styl życia zwyczajnie drastycznie koliduje z innymi stylami życia (na przykład katolickiego) i nie może odgórnie jednego z nich ograniczać w imię fałszywej zgody. Po szóste istotnie istnieje takie kryterium, wedle którego stosunki homoseksualne są gorsze – rodzenie dzieci, można ten kontekst na przykład bagatelizować, ale on nadal istnieje. Para homoseksualna, aby mieć dziecko musi się uciec do takich działań, których nie stosują heteroseksualiści a gdyby stosowali, zapewne spotkaliby się z naganą moralną. Faktyczną dźwignią, realnej emancypacji jest tu oczywiście technika, nie zaś ideologia, ale na razie sytuacja nie wygląda ciekawie. Jeśli homoseksualiści mają dziecko z cudzego nasienia, to pojawia się problem, prawa wiedzy o swym biologicznym ojcu. Jeśli dziecko pochodzi z małżeństwa jednego z partnerów, pojawia się problem, czy on z rozmysłem je rodził, aby potem kogoś rzucić, czy też złamał swe szczere słowo, że nie opuści drugiej osoby, aż do śmierci? Jeśli homoseksualiści chcą spełniać wyśrubowane normy „etyki heteroseksualnej”, dylemat jest poważny.

    Jeśli idzie o prof. Środę i Milla potwierdzam, że ten raczej opowiadał się za radykalną wolnością słowa, również dla przeciwników tejże wolności. Zaznaczę, że ogólnie byłem mile zaskoczony poziomem tekstu prof. Środy, nie specjalnie ją sobie cenię. Ale, nic w tym dziwnego, skoro ostatnio w jednym ze swych felietonów napisała następującą deklarację: Ale nie ma co dalej gdybać. Pojęcia z zakresu aksjologii są wieloznaczne, nie da się ich uściślić. (W kontekście różnicy między lojalnością a wiernością.)

    Przejdę do warunków brzegowych tolerancji. Pierwszy, stara dobra zasada powiada, że niemoralne prawo nie jest prawem. Stwierdzenie, że prawodawca ma respektować ideały moralne własnych obywateli, to furtka do tego, aby unicestwić ideę państwa neutralnego światopoglądowo (prof. Środa jest jego zwolenniczką). Wiadomo przecież, że naruszenie owej "neutralności" nie grozi tam, gdzie większość światopoglądów żyje ze sobą w zgodzie. lecz tam, gdzie wchodzą ze sobą w namiętny konflikt. Co sprawia, że sama ta idea staje się wątpliwym kruczkiem myślowym, służącym forsowaniu własnych rozwiązań. W konsekwencji, z racji bycia w większości, katolicy w Polsce a zwolennicy laicyzmu w Hiszpanii, mogą dyktować własne warunki innym, bo ich moralność ma najwięcej "szabel". 

    Druga zasada – w jej kontekście piszesz o obrazie uczuć religijnych.. . Otóż, tę kategorię prawna, z tego, co wiem wymyślili swego czasu sami zwolennicy laicyzmu, aby poradzić sobie z faktem, że wiele osób pozostało w "nieodczarowanym świecie, w którym nic nie słyszano o martwocie Boga". 

    Trzecia zasada, którą rozważasz za prof. Środą, zasadniczo zgadzam się z twoją krytyką, nawet jeśli moje poprzednie posty mogą sugerować coś innego. Nigdy nie zamierzam bronić niewierzącym wypowiadania się – bez ich wypowiedzi, moja krytyka nie miałaby racji bytu. Inna sprawa, że moje rozumienie tolerancji jest inne niż Twoje. Zauważ, że tolerancja bywa tak różne rozumiana, że niezmiernie łatwo o ekwiwokację.

    Serdecznie pozdrawiam.

     

     

     
    Odpowiedz
  9. bartekkozlov

    „Jeśli bowiem działam na

    „Jeśli bowiem działam na rzecz czegoś, co mnie odstręcza, znaczy to tylko tyle, że to coś również mnie pociąga, nawet jeśli trudno mi się do tego przyznać”. Hmm… czyli jeśli za pośrednictwem niektórych tekstów ze swojej strony internetowej ( http://b.kozlov1.webpark.pl/main.htm ) „działam” na rzecz np. ludzi o poglądach rasistowskich czy neonazistowskich, to znaczy to tyle że takie poglądy tak naprawdę mnie pociągają, mimo, iż w tych samych tekstach całkiem jednoznacznie stwierdzam, że są one dla mnie odrażające. No cóż – przyznam, że poglądy rzeczonego typu – tj. szerzej (choć bardzo nieprecyzyjnie) mówiąc poglądy charakterze ekstremistycznym w jakimś sensie mnie pociągają – a może lepiej mówiąc – fascynują – przez to, że są czymś odbiegającym od politycznego „mainstreamu”, godzącym w wartości, na jakich także moim zdaniem powinno opierać się życie demokratycznego, przestrzegającego praw człowieka i po prostu cywilizowanego społeczeństwa. Lecz kogo z nas w jakiś sposób (i w jakimś stopniu) nie fascynuje choćby „zwykła” przestępczość? Kogo z nas w jakimś stopniu nie fascynują wyczyny i same postacie wielkich zbrodniarzy – Hitlera, Stalina, Mao Ze Donga, Pol Pota i innych, pomniejszych rzezimieszków? Oczywiste jest jednak, że taka fascynacja (całkiem normalna – zło jest czymś po swojemu fascynującym – gdyby było inaczej, skąd brałaby się popularność telewizyjnych kryminałów, filmów akcji czy horrorów?) z reguły nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek „pociągiem” do przestępczości lub zbrodniczych systemów politycznych. Tak samo, „ekstremistyczne” najogólniej mówiąc ideologie pociągają mnie tylko w sensie jakiejś fascynacji – bo rzeczy odbiegające od normy po prostu są po swojemu fascynujące – na pewno nie w tym, bym życzył sobie, by takie ideologie zostały urzeczywistnione. Naprawdę – bardzo bym nie chciał, by jacyś neofaszyści, stalinowcy, maoiści, rasiści, homofobi itp. stanowili w Polsce cokolwiek więcej, jak tylko powszechnie pogardzany polityczny margines. A to, że uważam, że takim ludziom nie powinno się zamykać ust (lub wiązać palców stukających w klawiaturę komputera) wynika nie z tego, bym uważał, by w ich poglądach takich była jakaś część „prawdy” lub by z głoszenia ich mogło wyniknąć coś dobrego (choć tu akurat przyznam, że nie do końca tak jest – wydaje mi się np., że  obecność w publicznym obiegu poglądów o charakterze rasistowskim może uwrażliwiać część społeczeństwa na zjawisko rasizmu i mobilizować ją do walki z tym zjawiskiem), ale raczej z mocnego podejrzenia, że zakazywanie „ekstremistycznych” wypowiedzi może prowadzić – i w praktyce prowadzi – do gorszych rezultatów, niż przyzwalanie na nie.

    Uważam, że można coś (to znaczy działalność jakichś ludzi) oceniać bardzo negatywnie, a jednocześnie działać na rzecz prawa tych ludzi do tego, by mogli robić to, co uważają za słuszne. Wspomniany w moim wcześniejszym komentarzu Aryeh Neier z pewnością wyjątkowo negatywnie oceniał propozycję neonazistowskiej demonstracji w miejscowości zamieszkanej w większości przez Żydów, a jednak podjął działania na rzecz tego, by fascynaci Hitlera mogli tą demonstrację urządzić – mimo, że miał przecież (i miała jego organizacja) możliwości podjęcia działań w kierunku tego, by demonstracji owej zakazać. Potępienie czegoś  nie prowadzi automatycznie do wniosku, by tego czegoś zabronić. Gdyby było inaczej – o tolerancji we wskazanym przeze mnie sensie nie można byłoby mówić. Rzecz w tym, że taka tolerancje nie jest czymś „naturalnym” – naturalne jest raczej to, że jeśli coś wywołuje naszą (powiedzmy, że odpowiednio silną) dezaprobatę, to chcemy to coś wyeliminować choćby siłą. Dlatego też tolerancja jest rzeczą tak trudną.
     
    I – oczywiście – tolerancja rozumiana tak, jak ja ją rozumiem i jak rozumie ją prof. Magdalena Środa (z jej tekstu wynika, że różni się ona od mnie, jeśli chodzi o kwestię określenia granic tolerancji, ale to inna sprawa) nie może być jedyną, a nawet dominującą postawą w życiu społecznym i generalnie rzecz biorąc w stosunkach między ludźmi. Tolerancja to w gruncie rzeczy postawa „zimna” nacechowana niechęcią do czegoś, co się toleruje. Byłoby fatalne gdyby np. społeczeństwo generalnie rzecz biorąc składało się z grup, które tak naprawdę nienawidzą się i pogardzają sobą nawzajem, a jednak mimo to tolerują się w myśl np. zasady, że wszystkim im w równy sposób przysługują prawa człowieka – takie, jak np. wolność słowa. W życiu społecznym jest miejsce na takie postawy, jak otwartość, neutralność, wyrozumiałość, szacunek itd. W ogóle – jakimś moim ideałem społeczeństwa jest takie społeczeństwo w którym ludzie i grupy ludzi o skrajnie sprzecznych przekonaniach umieją rozmawiać ze sobą i nie traktują siebie jako wrogów (ale czy coś takiego jest możliwe? – w indywidualnych przypadkach jak najbardziej, na szerszą skalę – wątpię). Tak więc, nie twierdzę, że tolerancja powinna być w życiu społecznym czymś dominującym – w społecznych (nie mówiąc już o indywidualnych) stosunkach jest mnóstwo miejsca na znacznie „cieplejsze” postawy i relacje – których jednak nie należy nazywać tolerancją, bo jeśli to się robi, to rozmydla się i osłabia to właśnie pojęcie.
     
    Pozdrawiam autora wcześniejszego komentarza 
     
    Odpowiedz
  10. neosceptycyzm

     @ Bartłomieju

     Wybitny polski logik Łukasiewicz powiedział swego czasu, że: zasada niesprzeczności obowiązuje w ontologi i logice a w psychologii jej nie ma i nie obowiązuje. To normalne, że jednocześnie żywimy wiele różnych odczuć, które mogą wchodzić ze sobą w kolizję, chociaż dotyczą tego samego. Wprawdzie osiemnastowieczni empirycy inaczej wyobrażali sobie ludzką psychikę, ale bardziej współcześni empirycy, tacy jak T. Czeżowski, uważają ich psychologię za przestarzałą i naiwną. Nie czyniłem Ci zarzutu, że czujesz „pociąg”, czy „fascynację” względem ekstremów. W tej początkowej części swej wypowiedzi chciałem raczej postawić diagnozę. Trudno go stawiać na poważnie,skoro sztuka i kultura popularna służy między innymi zaspokojeniu owych potrzeb obcowania z tym, co ekstremalne, straszne, brutalne etc.

    Nie zestawiałbym zjawiska „homofobi” z pozostałymi. Bo po pierwsze sam mógłbym zostać zaliczonym do grona homofobów, ponieważ ośmieliłem się stwierdzić, że z pewnej perspektywy związek homoseksualny można obiektywnie uznać za coś gorszego od związku heteroseksualnego, Po drugie istnieje pewien sposób rozumowania, na podstawie którego można uznać, że homofobia jest czymś pożądanym. Otóż, duża część osób homoseksualnych jest zdolna do tego, aby odczuwać pociąg względem płci przeciwnej. Jeśli więc ktoś, jak ortodoksyjni katolicy, etycznie waloryzuje związki heteroseksualne i zaleca powstrzymywanie się od podążania za homoseksualnymi skłonnościami, może uważać homofobię m.in. zinternalizowaną za coś pożądanego, ponieważ realnie (bez jednoznacznego krzywdzenia) wpływa na część homoseksualistów – skłaniając ich do przestawienia się na heteroseksualizm lub życia w „celibacie”. W kwestiach rasowych nie ma czegoś analogicznego. Zauważ, że z przytoczonych przez Ciebie badań wynika, że prawdopodobnie sam znasz nieproporcjonalnie dużą liczbę homofobów w porównaniu z liczbą rasistów. Inna sprawa to metodologia owego badania, niektórzy mogli zrozumieć, je jako pytanie o ekshibicjonizm. Wydaje mi się, że w języku polskim „seks” brzmi bardziej dosadnie i jednoznacznie niż słowo erotyka. To się przenosi na inne wyrazy, w których występuje on jako część składowa. Erotykami nazwiemy niektóre wiersze Tetmajera i Leśmiana, ale tylko te pierwsze zasługują na miano "seksualnych". Aby zmierzyć realną "homofobię", trzeba zadać bardziej konkretne pytania i ukryć kontekst, który już z powodu jego publicznego, medialnego odbioru może fałszować wyniki. Inna mielizna, ludzie na prawdę przejawiają masę zachowań, które mogą, ale nie muszą mieć kontekst seksualnego i masę zachowań erotycznych (czyli celowo nie oczywistych, nie "gorszących"). Niektórzy chcieliby zniesienia tej, w istocie kulturotwórczej sfery niejasności w imię walki z "obłudą" lub w celu zniesienia "ościenia", które ogranicza wolność. Jednakże jeśli się przejąć na przykład myśleniem ala Freud to, tenże (owszem irracjonalny i czasem szkodliwy) oścień jest potrzebny.   

    Hm.. . Gdyby mi się zdarzyło, że zostałem wychowany na nazistę (proponuję odróżnić nazizm od faszyzmu) i spotkał na swojej drodze takiego przywódcę, o jakim piszesz, prawdopodobnie radykalnie zmieniłbym swoje poglądy lub zaczął przy nich grzebać. Wiem, bardziej prawdopodobne, że zacząłbym odpowiednio racjonalizować jego zachowanie. Wyszedłem z pewnego idealistycznego założenia, które zapewne lepiej się sprawdza w kontekście interakcji indywidualnych. Jednakże chrześcijaństwo zdaje się polegać m.in. na wierze, że taki idealizm ma sens. Wiadomo jak potężnie na ludzi potrafią oddziaływać "schematy kulturowe". Jeśli od kogoś, często nie wprost oczekuje się, że zostanie nowym "Szawłem", to może nim (nie zawsze szczerze) zostać. Taki schemat Szawła, może też chronić tego, kto przyznaje się do różnych błędów i win, przed "kopaniem leżącego". Szkoda, że w Polsce osoby o poglądach lewicowych, tak rozmiłowane w teoretyzowaniu na temat "języków symbolicznych", "narracji mitycznych", zapomniały o swych "pasjach", i nie spróbowały wykorzystać go w kontekście lustracji. 

    Nie jest jednak tak, że jeśli coś oceniamy negatywnie, to od razu to eliminujemy. Przeciwnie, nim to zrobimy, chętnie liczymy zyski i straty. Sam w swych argumentacjach w obronie wolności słowa, odwołujesz  się do tego mechanizmu więc nie sądzę, abyś tego nie zauważył.

    Nie wiem, czemu nie rozwinąłeś kwestii „niezgodność z prawem jako granica tolerancji”. Jasne jest przecież, że odrzucając ją, musimy zgodzić się na przykład na to, aby angielska, katolicka organizacja opiekująca się sierotami, nie oddawała swych podopiecznych parom homoseksualnym. Tamtejszy rząd zasługuje na potępienie za to, że zmusza do czynów niezgodnych z moralnością części obywateli.

    Wskażę Ci na kontekst, w którym twe rozumienie tolerancji zaczyna szwankować – tolerancja względem osób niepełnosprawnych. Społeczeństwo, które w swym ogóle, przeżywało ją w sposób zimny, nie byłoby społeczeństwem normalnym. To, że profesor Magdalena Środa nie potraktowała jej w sposób pryorytetowy, to mnie nie dziwi – jest to postawa dość typowa dla lewicowców. Jak usłyszałem od jednego z nich, mechanizmy wydobycia cennych jednostek z alienacji, wyrównywania szans działają tu wyjątkowo sprawnie..{Być może jest tak na świecie, ale nie w Polsce). Ale założę, że jest to ogólna prawda, zwłaszcza, że istnieją dobre powody, aby akurat ten przypadek uznać za wzorcowy. Twoja postawa i boje w imię wolności słowa są zasadniczo pozytywne, nie mniej zdają się w wielu sprawach prowadzić do zachowania aktualnej sytuacji. Tym, co zasadniczo chcesz dać mniejszościom, to możliwość "wyszumienia się" i nadzieję, że może uda im się przekonać społeczeństwo do takich a nie innych zmian. W kontekście pewnych mniejszości sam liczysz na to, że dana im nadzieja pozostanie tylko nadzieją. To nie bardzo pasuje do tych wszystkich spraw, gdzie trzeba się głębiej zaangażować w sprawy mniejszości i jej relacji ze społeczeństwem (patrz na przykład problem emigracji.) 

    Otóż, na podstawie wiedzy o emancypacji osób niepełnosprawnych stawiam dwie mocne tezy. Aby mówić o nietolerancji i dyskryminacji (nie rozumiem go tu jako logiczne dopełnienie tolerancji) muszą zostać spełnione dwa warunki. Pierwszy, to co wywołało nierówność nie jest zawinione lub uznane za zawinione (nie wszyscy niepełnosprawni są niepełnosprawnymi bez własnej winy, ale społeczeństwo tego nie uwzględnia). Po drugie muszą istnieć środki techniczne wyrównujące nierówność. Dla przykładu, gdybym zaczął skutecznie postullować ograniczenie w prędlkości ruchu samochodowego, aby umożliwić niedowidzącym prowadzenie samochodu, to doprowadziłbym do ogólnego upadku gospodarki. Lepiej jest liczyć na rozwój nowych technologii. Oba te warunki mają swoje konsekwencje. Godzę się na istnienie wzorów, do których trzeba się dostosować. Czyli koniec z ciągłą pogonią za tożsamością i "niekończącym się coming autem" (terminologia zasłyszana od znanej lesbijki Anny Laszuk). Wreszcie mogę o tych wzorcach poważnie rozmawiać (koiec mówienia o bezustannej "transgresji" m.in. w sztuce). Skoro niepełnosprawność jest wzorem, rozsądne jest odczarowywanie słów: "choroba", "dysfunkcja" (ciekawe, że środowiska LGBT lubiące zmieniać znaczenia słów, jakoś nie wzięły się za te, które podałem). Uważam, że moje poglądy w pośredni sposób podważają scjentyzm i jego społeczną słuszność, wiem, że wymaga to szerszego uzasadnienia, przyjrzenia się  choćby realnemu a nie urojonemu stosunkowi na lini: naukowiec – technik – firma – "klijent".

    Na koniec napiszę o twojej stronie, pomijając grafikę, brakuje mi (może źle szukałem?) kilku słów o Tobie. Znalazłem też ciekawego linka do nie twojego tekstu, nie wiem więc czy się z nim w pełni zgadzasz. Jego autor dowodzi związku między prawem własności a wolnością i równością szans. Dla mnie jest to trochę za wąskie patrzenie. Własność w kontekście niepełnosprawności chyba nie działa w ten sposób, jeśli suwzględnimy kryterium satysfakcji. Swoją drogą czytałeś książki wybitnego ekonomisty i myśliciela społecznego Amartyi Sena?

    Pozdrawiam przedmówcę. 

     
    Odpowiedz
  11. placownik

    Do Bartłomieja. Szokująca tolerancja

    Aprobata dla zezwolenia na rasistowską demonstrację, połączona z podkreśleniem, że odbywać się ona miała w miejscu, w którym licznie zamieszkują Ci, przeciwko którym ona była skierowana, to swoista aberracja. Aberracja świadcząca, że poszanowanie do abstrakcji wolności słowa stawiasz wyżej niż godność konkretnych ludzi, którzy mogli być nią nie tylko oburzeni, ale tak zwyczajnie, po ludzku zastraszeni.

    Podobnie Twoje rozważania o niedopuszczalności "zamykania ust" układaczom list proskrypcyjnych spod znaku B&H pomieszczone na Twojej stronie. To tylko potwierdza moje przypuszczenia, że tolerancja bez zdolności do współodczuwania, uczenie zwanej empatią, to tylko puste słowo.

    Warto chyba, abyś to jeszcze dobrze przemyślał. Ta dyskusja to świetna po temu okazja.

    Pozdrawiam     

     
    Odpowiedz
  12. bartekkozlov

    Naprawdę szokujaca tolerancja ?

    Amerykańscy neonaziści, którzy chcieli zorganizować (lecz ostatecznie nie zorganizowali) demonstrację w Skokie nie mieli najmniejszego zamiaru zastraszać żyjących tam Żydów poprzez grożenie im przemocą, ani zachęcać swych zwolenników przemocy przeciwko nim. Nie istniała w ogóle obawa o możliwość bezprawnych działań z ich strony – raczej, wyrażana była obawa, że rozwścieczeni mieszkańcy miasteczka sprawią manto pogrobowcom Hitlera i wskutek takiej reakcji – której jakieś prawdopodobieństwo nie zostało uznane przez orzekające w tej sprawie sądy stanu Illinois za dostateczny powód do zakazu demonstracji – dojdzie do rozruchów.

    Manifestacja Narodowosocjalistycznej Partii Ameryki w Skokie miała mieć w ogóle charakter raczej łagodny – nie mówiąc już, że absolutnie pokojowy. Naziści mieli maszerować w mundurach przypominających te, jakie w III Rzeszy nosili członkowie SS, nad nimi miały powiewać flagi ze swastyką, oraz transparenty z hasłami typu „White free speech” i „Free speech for whites”. Nie było planowanych przemówień – warto zauważyć, że hasła niedoszłych demonstrantów (którzy ostatecznie urządzili krótki marsz gdzieś w centrum Chicago) nie miały mieć nawet charakteru jawnie antysemickiego.

    Oczywiście – demonstracja, a nawet sama tylko perspektywa demonstracji partii politycznej w sposób jawny odwołującej się do hitleryzmu w miasteczku, którego niemała część mieszkańców ledwo uszła z życiem z Holocaustu mogła u niektórych osób wywołać jakiś strach przed tym, że za jakiś – trudno powiedzieć jaki – czas dojdzie do czegoś takiego, jak powtórna zagłada Żydów. Zagięty narożnik: 1Z tego rodzaju strachem (czy tym bardziej tylko obawą przed nim) jako przesłanką ograniczenia wolności słowa jest jednak taki problem, że co najmniej zachodzi pytanie o to, czy tego rodzaju strach byłby czymś różnym od np. strachu przed wojną nuklearną, jaki u co bardziej wrażliwych osób mogłoby wywołać obejrzenie filmu typu „Nazajutrz” („The Day After”)?

    Podobnie, jaka jest różnica między ułożeniem „listy proskrypcyjnej” działaczy na rzecz praw mniejszości narodowościowych, rasowych, seksualnych itp. przez osoby ze skrajnie wrogiego im środowiska neonazistów, a np. sporządzeniem listy dręczycieli zwierząt przez osoby działające na rzecz poprawy losu „braci mniejszych”, lub listy szczególnie aktywnych neonazistów przez aktywistów organizacji antynazistowskiej? Wiemy dobrze, że zarówno ruch obrony praw zwierząt, jaki i ruch antyfaszystowski mają swe skrajne, posuwające się do przemocy skrzydło – jeśli chodzi o ten ostatni, to w Polsce istnieje np. „specjalizująca się” w dalekich od pokojowych działań grupa o nazwie „Antifa”.

    Nie twierdzę, że układanie, rozpowszechnianie i upublicznianie „list proskrypcyjnych” – tego rodzaju, jak ta, która ukazała się na stronie organizacji B&H nie powinno w żadnym przypadku skutkować odpowiedzialnością prawną. Jeśli np. jakaś grupa ludzi w sposób ewidentnie planowy dokonywałaby – lub choćby wiadomo byłoby, że chce dokonywać przestępstw przeciwko osobom należącym do jakiejś określonej kategorii (dajmy na to, aktywistów na rzecz równouprawnienia gejów), to ktoś, kto wiedząc o tym fakcie i chcąc tym ludziom ułatwić przestępczą działalność ujawniłby im takie dane tych osób, które w istotny sposób ułatwiałyby popełnienie przestępstw na ich szkodę, to ktoś taki nie powinien móc się skutecznie ukrywać za zasadą wolności słowa. Swoboda wypowiedzi nie może chronić zwykłego współudziału w kryminalnej działalności, nawet, jeśli jedyną formą takiego współudziału byłoby dostarczenie innym jej uczestnikom ułatwiających taką działalność informacji. Pisałem o tym w artykule, który miałeś na myśli (zob. http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/redwatch.pdf  ).

    Jeśli jednak chodzi o stronę „Redwatch – info” to chciałbym zauważyć, że takich danych osobowych, które w istotnym stopniu ułatwiałyby np. fizyczne napaści na konkretne osoby – a więc choćby adresów domowych – na stronie tej praktycznie nie ma (a w każdym razie, nie ma ich wiele). Są, owszem, zdjęcia, adresy e-mail, telefony i informacje o instytucjach, w których osoby te uczą się lub pracują. Chciałbym jednak zauważyć, że dane te najprawdopodobniej były już wcześniej ogólnie dostępne (choć dotarcie do nich mogło wymagać pewnego wysiłku) – ostatecznie rzecz biorąc, chodziło o dane osób, które biorą jakiś udział w życiu publicznym. Z tego też względu nie wydaje mi się, by można było w sposób uczciwy argumentować, że strona „Redwatch” wykracza poza granice wolności słowa z tego względu, że narusza czyjąś prywatność (byłoby inaczej, gdyby chodziło o osoby, które nie są publicznie aktywne lub informacje zamieszczone na stronie nie byłyby już wcześniej w żaden sposób publicznie ujawnione). Nie można też uznać treści umieszczonych na stronie „Redwatch” za groźby – przede wszystkim, jeśli umieszczone tam osoby czegoś się obawiały, to napaści ze strony niektórych czytelników tej strony – nie osób, które ją założyły. Tego rodzaju strach przed przemocą – o ile jej niebezpieczeństwo nie jest bezpośrednie i wyraźne (a nie wydaje mi się, by w przypadku „Redwatch – info” takie właśnie było) – nie może według mnie w sposób przekonywujący usprawiedliwiać ograniczenia wolności słowa – jak argumentowałem we wskazanym powyżej tekście (a także w niektórych innych artykułach na swojej stronie) przyzwolenie na zakazywanie wypowiedzi z tego powodu, że w jakiś sposób zwiększają one prawdopodobieństwo, że ktoś coś złego zrobi, doprowadzić może do praktycznego końca wolności słowa w istotnym znaczeniu tego pojęcia.

    I jeszcze jedno. Piszesz, że „poszanowanie dla abstrakcji wolności słowa stawiam wyżej niż godność konkretnych ludzi”. No cóż – wolność słowa może się wydawać czymś abstrakcyjnym w porównaniu ze złem, któremu wolność ta – rozumiana szeroko – zdaje się czasem sprzyjać – rasizmem, dyskryminacją, strachem przed przemocą, a nawet samą przemocą. Chciałbym mimo wszystko zauważyć, że skutki ograniczania wolności słowa mogą być i bywają nie abstrakcyjne, lecz jak najbardziej konkretne. Działacze jak najdalszej od jakichkolwiek rasistowskich czy faszystowskich sympatii ACLU poparli prawo neonazistów do zorganizowania demonstracji neonazistów w Skokie nie w imię „abstrakcyjnego” prawa do wolności słowa, lecz z tego powodu, że obawiali się oni, że zakazanie tej demonstracji – czy to w imię zapobieżenia ewentualnej przemocy, czy też w imię ochrony ludzi przed krzywdę psychiczną, czy też wreszcie w imię ewentualnej niedopuszczalności szerzenia pewnych idei jako takich – stworzy niebezpieczny precedens, pozwalający na zakazywanie wszelkich wypowiedzi, które wywołują odpowiednio silne negatywne reakcje – np. demonstracji Żydów w miejscowości, której znaczną część mieszkańców stanowią Arabowie. Działacze na rzecz równouprawnienia Murzynów w stanach amerykańskiego południa w latach 50. i 60. zeszłego wieku – np. NAACP – generalnie rzecz biorąc byli negatywnie nastawieni do pomysłu wprowadzenia praw przeciwko „hate speech” w stylu np. artykułów 256 i 257 polskiego kodeksu karnego, obawiając się, że przepisy takie mogłyby zostać wykorzystane przeciwko Murzynom, którzy w ostrych słowach wypowiadają się przeciwko rasizmowi Białych. Wyrok Sądu Najwyższego USA z 1949 r. w sprawie Terminiello versus Chicago, w którym sąd ten uchylił z powodu sprzeczności z I Poprawką do Konstytucji wyrok (minimalny – 100 dolarów grzywny) wydany na pewnego księdza ze wygłoszenie skrajnie rasistowskiego przemówienia, które wywołało nader gniewną reakcję ze strony tłumu zgromadzonego przed salą, w której ów ksiądz przemawiał stanowił ważny precedens, w oparciu o który sądy – w tym przede wszystkim sam Sąd Najwyższy USA – uchylały decyzje zabraniające demonstracji na rzecz praw Murzynów z tego powodu, że wywołują one wrogie reakcje ze strony (niektórych) Białych. I odwrotnie – w Kanadzie decyzja Sądu Najwyższego w sprawie Her Majesty the Queen v. Donald Butler z 1992 r., w której sąd ten podtrzymał przepis kodeksu karnego Kanady o tzw. „obsceniczności” w myśl twierdzenia, że pornografia jest czymś sprzyjającym przemocy i dyskryminacji przeciwko kobietom bardzo szybko stał się precedensem usprawiedliwiającym konfiskaty publikacji pro – lesbijskich, a także publikacji antypornograficznych feministek, które do wydania wspomnianego orzeczenia walnie poniekąd się przyczyniły. Podobnie, kanadyjski przepis przeciwko „promowaniu nienawiści wobec określonej grupy” został użyty m.in. jako podstawa zatrzymania przez Służbę Celną kopii książki czarnej feministki Glorii Jean Watkins (piszącej pod pseudonimem bell hooks) „Rasa i reprezentacja”, na podstawie tego przepisu przez pewien czas wstrzymywano dopuszczenie do Kanady filmu odnoszącego się z sympatią do Nelsona Mandeli (wówczas więzionego w RPA), wszczęto też w oparciu o ten przepis śledztwo w sprawie książki „The Hai” żydowskiego autora Leona Urisa, gdyż w opinii pewnej arabskiej organizacji, książka ta oczerniała Arabów. Niektórzy działacze na rzecz praw człowieka zauważają w ogóle, że przepisy przeciwko „mowie nienawiści” w wielu krajach świata są nieproporcjonalnie często stosowane w stosunku do przedstawicieli mniejszości, które przepisy te mają chronić przed werbalną agresją ze strony reprezentantów większości społeczeństwa. I tak np. w Wielkiej Brytanii przepisy przewidujące kary za „podżeganie do nienawiści  rasowej” bywały znacznie częściej stosowane w celu represjonowania działaczy związkowych, aktywistów antynuklearnych i działaczy politycznych mniejszości narodowych – w tym zwłaszcza Murzynów – niż do karania za propagandę białych rasistów.

    I jeszcze kwestia godności. Uważam, że ludzka godność może być niekiedy barierą dla dopuszczalnego prawnie korzystania z wolności słowa. Myślę np. że istnienie przepisów przeciwko zniesławianiu konkretnych osób generalnie rzecz biorąc jest uzasadnione – choć można dyskutować o wielu ich szczegółach (np. na kim powinien spoczywać ciężar udowodnienia prawdy albo fałszu, niedopuszczalność rozpowszechniania pewnych informacji – np. dotyczących życia prywatnego per se, odpowiedzialność tylko cywilna, czy także karna itp.). Ale przecież nie o czymś takim tu mówimy. Czy demonstracji neonazistowskiej w Skokie należało zakazać z tego powodu, że naruszałaby ona godność mieszkających tam Żydów? Czy demonstracja ta cokolwiek ujmowałaby godności tej grupy ludzi? Czy zwiększamy godność ludzi należących do jakichś grup – rasowych, narodowościowych, seksualnych lub jeszcze innych – uznając, że grupy te potrzebują specjalnej ochrony przed złym słowem i chroniąc je (mniejsza już o to, czy skutecznie) przed tym słowem ze pomocą przepisów typu np. artykułów 256 i 257 polskiego k.k.? Sądzę, że nie – chciałbym zauważyć, że np. w USA, gdzie tego typu przepisy uznaje się za sprzeczne z I Poprawką do Konstytucji rasizmu nie ma więcej, niż np. w niektórych krajach europejskich, w których „mowa nienawiści” jest surowo karana. Oczywiście – wolność słowa nie gwarantuje w sposób automatyczny sprawiedliwości, tolerancji, dobrobytu itp. Z traktowaniem ograniczania wolność słowa jako remedium na jakiekolwiek problemy społeczne – takie, jak choćby rasizm – warto być jednak co najmniej ostrożnym.

    Pozdrawiam                   

     
    Odpowiedz
  13. smok.eustachy

    W rasizm nie wchodźmy

    W rasizm nie wchodźmy może, bo ustalenie kto jest rasistą a kto nie jest może być trudne, o czym pisałem na blogu:

    http://nowy.tezeusz.pl/blog/200859.html

    Ten tekst o wolności słowa wskazuje, że w krajach o kulturze prawnej dość jeszcze wysokiej funkcjonuje automat:

    1. Zakazujemy czegoś.

    2. Sąd sprawdza czy to coś zaszło.

    3. Jak zaszło to skazuje/zakazuje.

    Może się okazać, że jak się wprowadzi prawo antyrasistowskie, to wszyscy będą musieli siedzieć cicho. Niepokoi mnie zaś idea "ochrony praw mniejszości" w tym zakresie. Skoro dyskryminacja ze względu na rasę jest zła to złą jest zarówno mniejszości jak i większości. Stanowisko działaczy jest takie własnie że jest rasizm słuszny i niesłuszny i decyduje o tym zwrot jego. Tak więc jestem przeciw rasizmowi jako takiemu, tyle że konsekwencje takiej postawy mogą być nieobliczalne.

     
    Odpowiedz
  14. placownik

    Do Bartłomieja. Naprawdę

     Zazwyczaj jestem bezradny wobec tak rozbudowanych wypowiedzi. Tak jest i tym razem. Czuję się przywalony potokiem słów. Nie pustosłowia! Wręcz przeciwnie. Twój wywód, pomimo swych rozmiarów, jest klarowny i przejrzysty. Tylko nie o tym!

    Nie interesuje mnie w tym miejscu prawny wymiar tolerancji. Ale co byś nie powiedział, i czego byś nie napisał, to w jednym zapewne się ze mną zgodzisz. Obydwa dyskutowane przypadki są wyrazem ślepej i niczym nie sprowokowanej nienawiści. Wobec takiej nienawiści nie można, i nie wolno być obojętnym. A jeśli prawo nie daje skutecznych i bezpiecznych środków do walki z taką nienawiścią, to tym gorzej dla prawa. I dla nas! Bo rośnie wtedy szansa na to, że na nienawiść odpowiemy nienawiścią.

    Nie lubię prawników. Choć wiem jak są potrzebni. 

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  15. bartekkozlov

     
    Ad. Neosceptycyzm (sorry,

     

    Ad. Neosceptycyzm (sorry, że dopiero teraz odpowiadam i nie odnoszę się do wszystkiego):
    Na temat tego, czy i jaka część homoseksualistów jest zdolna do odczuwania pociągu względem płci przeciwnej nie będę się wypowiadał, bo się na tym nie znam i jak na razie nie interesowałem się tym. Ja w każdym bądź razie żadnego pociągu do osobników własnej płci nie czuję. Wiadomo jednak, że są tzw. biseksualiści – i mogą być wśród nich tacy, którzy preferują kontakty seksualne z osobami płci przeciwnej – i mogą być również tacy, których bardziej pociąga ich płeć własna. Tyle o homo (a także trans, bi etc.) seksualistach i homo (bi, trans itd.) fobii. Może poza jednym – choć to nie odnosi się całkiem wprost do Twojego komentarza. Uważam, że dyskutowanie na temat tego, czy homoseksualizm jest „normalny” lub „naturalny” (cóż to w tym kontekście znaczy?), albo czy jest – albo nie jest – zboczeniem nie ma tak naprawdę żadnego sensu. Ludzie mają prawo być nienormalni i zboczeni i robić nienormalne i zboczone rzeczy – tak długo, jak nie wyrządzają przez to innym jakiejś konkretnej i obiektywnej krzywdy.  Oczywiście inni powinni mieć prawo mówić, co o tym myślą (i viceversa).
    Nazizm od faszyzmu („pijesz” może do tego tekstu – http://bartlomiejkozlowski.dle.interia.pl/hatespeech.pdf ? ) oczywiście odróżniam – najkrócej mówiąc, jest on pojęciem węższym. No, ale art. 256 k.k. – który w tym m.in. tekście krytykuję – mówi o propagowaniu „faszystowskiego (lub innego totalitarnego) ustroju państwa” – a nie o propagowaniu np. „ustroju nazistowskiego” – stąd tytuł tego tekstu jest „Faszyści do pierdla?” – a nie np. „Naziści (czy neonaziści) do pierdla?”.
    Co do kryterium niezgodności z prawem jako granicą tolerancji to wydaje mi się, że trochę jednak o tym w swoim komentarzu napisałem. Przyjęcie, że działanie (lub nie działanie – mniejsza o rozróżnienie między tymi pojęciami – czy jeśli ktoś np. nie zgłasza się do służby wojskowej to nic nie robi, czyli nie działa, czy jednak robi coś, czyli mimo wszystko działa?) niezgodne z prawem powinno znajdować się poza granicami tolerancji niezależnie od tego, na czym to działanie polega i jakie prawo ono narusza prowadziłoby do absurdalnych wniosków. Myślę jednak, że Magdalena Środa pisząc o sprzeczności z prawem jako granicy tolerancji nie miała czegoś takiego na myśli – w każdym razie jej publicystyka (na ile ją znam) nie pozwala na wyciągnięcie takiego wniosku. Z drugiej jednak strony, nie może być tak, że ktoś może robić rzeczy niezgodne z prawem z tego tylko powodu, że uważa np. że jakiś przepis prawny narusza jego prawa przysługujące mu jako jednostce. Czy np. bogaty i dobrze prosperujący biznesmen powinien móc bezkarnie nie płacić większej, niż podstawowa, stawki podatku argumentując, że zmuszanie go do płacenia takiej stawki jest nieuzasadnionym karaniem go za jego pracowitość? (nie wiem, na temat podatków nie będę się tu wypowiadał – to temat – rzeka. Sądzę jednak, że można by się było na taki temat spierać).
    Odnośnie kryterium niezgodności z prawem jako granicą tolerancji poruszę jednak jeszcze inny problem. Jak do działania niezgodnego z prawem powinien podejść sąd (lub inny organ państwowy), który uważa, że wymierzenie kary za takie działanie byłoby rzeczą niesprawiedliwą? Obowiązkiem sądu jest wszak stosowanie prawa i nie może się on wyłgać od spełniania tego obowiązku z tego tylko powodu, że jakieś prawo mu się nie podoba.
    Myślę jednak, że istnieje sposób na sensowne wybrnięcie z tego dylematu. I tak np. uważam, że sądy (wszystkie – a nie tylko Trybunał Konstytucyjny) powinny mieć możliwość badania zgodności przepisów prawnych z Konstytucją i/lub prawem międzynarodowym i nie stosowania tychże przepisów, jeśli ich zdaniem są one z owym „prawem wyższego rzędu” sprzeczne. Tak, jak ma to miejsce w USA.
    Z doświadczeń amerykańskiego sądownictwa płynie jeszcze jedna – ważna w tym akurat względzie – nauka. Otóż w amerykańskiej praktyce prawnej znane jest coś takiego, jak tzw. jury nullification. Zjawisko to polega na tym, że ława przysięgłych (jury) uniewinnia oskarżonego, którego tak naprawdę uznała za winnego popełnienia zarzuconego mu czynu – czy to dlatego, że uznała, że ów czyn stanowił korzystanie z przysługujących mu na mocy konstytucji praw obywatelskich, czy dlatego, że został on oskarżony w sposób wybiórczy – czy z jakiegokolwiek innego powodu (żeby było jasne – praktyka ta nie ma żadnych wyraźnych podstaw w konstytucji, czy innych przepisach prawnych – ale ponad wszelką wątpliwość bywa stosowana). Czy można byłoby ją przenieść na polski grunt? No cóż, w naszym sądownictwie nie ma czegoś takiego, jak ława przysięgłych (na temat tego, czy powinna być nie będę się tu wypowiadał – nie mam wyrobionego zdania na ten temat) wydaje mi się jednak, że np. przepis kodeksu karnego stanowiący, że przestępstwem nie jest czyn o znikomej szkodliwości społecznej (choćby formalnie rzecz biorąc miał on wszelkie cechy przestępstwa) teoretycznie rzecz biorąc może stanowić pewną furtkę w takim kierunku. Pisałem o tym w tym tekście – zob. http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/nullification.pdf .        
    Co do wspomnianej przez Ciebie angielskiej organizacji katolickiej to również moje wyczucie jest takie, że rząd nie powinien zmuszać jej do pośredniczenia w adopcji swoich podopiecznych parom homoseksualnym. Zwłaszcza, jeśli są inne organizacje, które coś takiego robią. Na temat adoptowania dzieci przez takie pary nie będę się tu rozwodził – oczywiste jest, że najważniejsze jest w tym wszystkim dobro konkretnego dziecka. Fakt, że para, która chce adoptować dziecko jest parą jednopłciową może stanowić – nazwijmy to – punkt ujemny – przy rozważaniu adopcji tego dziecka (myślę, że fakt, że w naturalnych warunkach dzieci mają tatusia i mamusię, na nie dwóch tatusiów, albo dwie mamusie nie jest czymś po prostu bez znaczenia) – nie powinien być on jednak czymś per se wykluczającym taką możliwość.
    Co do „tolerancji” wobec osób niepełnosprawnych… Najchętniej żyłbym w społeczeństwie, w którym niepełnosprawnych nie ma – z tego po prostu powodu, że nauka i technika osiągnęły taki poziom, że wyeliminowały tego rodzaju problemy. Ponieważ jednak o osiągnięciu czegoś takiego jak na razie nie ma co marzyć, chciałbym żyć w społeczeństwie, które niepełnosprawnych traktuje życzliwie, nie protekcjonalnie i w jak największym możliwym stopniu stwarza im możliwość godnego i „normalnego” życia (żeby było jasne – nie mam nic przeciwko prawnemu obowiązkowi ułatwiania np. osobom poruszającym się na wózkach inwalidzkich dostępu do miejsc użyteczności publicznej, nawet, jeśli trochę to kosztuje). A że taką postawę nazywa się często tolerancją? Ja bym to określił inaczej, ale można i tak – nazwy nie są chyba najważniejsze.
    Co do informacji o mnie, to myślę, że trochę ich (choć nie za wiele) na mojej stronie jest, a w każdym razie, można je wywnioskować. Nie uważałem za konieczne ich tam podawać, bo jakie ma to znaczenie. Skoro Cię to jednak interesuje, to może podam, bo wstydzić się nie mam czego. A więc – warszawiak, lat 41, wykształcenie – mgr teorii muzyki na Akademii Muzycznej (zob. stronę z moimi –póki co – dwiema kompozycjami – http://bartlomiejkozlowski.eu.interii.pl/muzyka.htm – niestety w formacie MIDI brzmi to nieszczególnie), żonaty – żona Jadwiga – nauczycielka w podstawówce, jedno dziecko – córeczka Amelka – urodzona 2 lipca tego roku). Obecne zajęcie – członek redakcji portalu Polska.pl (http://www.polska.pl ). Bezpartyjny, generalnie rzecz biorąc niezrzeszony.
    Co do związku między prawem własności, a wolnością i równością szans – no cóż, jakiś związek na pewno jest – pytanie tylko, dokładnie jaki. W tym akurat kontekście chciałbym zwrócić uwagę, że Sąd Najwyższy USA obecnie znacznie mniej, niż na początku XX wieku respektuje prawo do rozporządzania prywatną własnością – i w ogóle też coś, co można nazwać wolnością gospodarczą, w tym swobodę zawierania i kształtowania umów – a jednak wolności tego rodzaju, co np. wolność słowa, religii, zrzeszania się, czy dokonywania kontrowersyjnych moralnie wyborów w życiu prywatnym są przez ten sąd szanowane nieporównanie bardziej, niż kilkadziesiąt lat temu. Pisałem o tym w tym tekście – http://b.kozlov1.webpark.pl/lochner.htm . Nie znaczy to jednak, że istnieje w tym względzie zależność odwrotna – nikt chyba tego nie twierdzi.
    W przywołanym przez Ciebie kontekście osób niepełnosprawnych absolutne prawo do decydowania o korzystaniu z prywatnej własności faktycznie wchodziłoby w konflikt z równością szans. Np. prawne zmuszanie prywatnych właścicieli budynków do budowania podjazdów dla „wózkowiczów” niewątpliwie jest jakąś ingerencją w prawo do korzystania z prywatnej własności – i z drugiej strony na zdrowy rozum ewidentne jest to, że brak takiej ingerencji (oczywiście, niektórzy prywatni właściciele takich czy innych obiektów zastosują takie udogodnienia dla niepełnosprawnych bez prawnego „bata” – ale przecież nie wszyscy) zmniejsza szanse rzeczonych osób na „korzystanie z życia” w stopniu porównywalnym choćby do tego, w jaki mogą korzystać z niego osoby pełnosprawne.
    Książek Amartya Sen’a nie czytałem, ale miałem okazję czytać teksty jego autorstwa (bodajże w „Polityce”), a także teksty referujące jego poglądy i wydaje mi się, że poglądy te są mi bliskie.   
    Ad. Placownik: (również sorry, że dopiero teraz odpowiadam). Zgadzam się, że oba przypadki, które miałeś pewnie na myśli (marsz neonazistów w dzielnicy żydowskiej i strona Redwatch – info) są przykładami nienawiści, wobec której społeczeństwo nie powinno być obojętnym. Ale prawo – wydaje mi się – nie jest dobrym narzędziem rozwiązywania tego rodzaju problemów. I jeszcze jedno – nie jestem prawnikiem, choć jak wynika z tego, co tu pisałem, do pewnego stopnia interesuję się prawem.
    Oczywiście pozdrawiam obu „przedmówców”.
    P.S. na tym będę musiał przynajmniej chwilowo zakończyć udział w niniejszej debacie, mam bowiem inne rzeczy do roboty i obawiam się, że jeśli się za nie nie wezmę, to nie będzie to tolerowane przez moje kierownictwo.
        
     
    Odpowiedz
  16. neosceptycyzm

    Skoro kończysz dyskusję, krótka odpowiedź.

    1.  Co do "Polityki" w moim odczuciu nie jest pismem obiektywmym (czego jej bynajmniej nie bronię) i z tego powodu może z niekształcać obraz autorów, o których mówi. Pewnie też publikowała teksty raczej publicystyczne. W czasie zajęć na studiach miałem lekturę dwóch (po polsku wydanych) książek jego autorstwa. I sporo się z nich nauczyłem. Jedna metodologiczna rozpatrywała różne możliwe związki między równością i wolnością, ze wskazaniem, że są to pojęcia ze sobą sprzężone. Druga bardziej praktyczna i bliższa doświadczeniu, omawiała problemy równości i wolności w różnych rejonach świata, wyłapywała óżne smaczki jak przypadek rozbratu bogactwa z równością, szczęściem i wolnością w pewnym rejonie Indii. Spro się z niej dowiedziałem i dlatego spytałem, widząc, że jesteś erudytą, nie chciałem Ci ich polecać od razu. 🙂

    2. Skoro mi się przedstawiłeś, odwdzięczę się i też powiem coś o sobie. Jestem studentem filozofii na czwartym roku. Mam dwadzieścia cztery lata, mieszkam we Wrocławiu i tam też studiuję. Dotychczas opublikowałem jedno opowiadanie we "Frondzie", wygrałem pewien konkurs organizowany przez Sekrety ŻARu (pierwsze miejsce za prozę)  Opublikowałem mocny artykuł polemiczny o Platonie. Można go przeczytać tu:  Słowa Platona

    (ech, nie miałem poszanowania dla tytułów naukowych i teraz pewnie mi ktoś powie: jak ja śmiałem tak napadać np. na biednego Realego? 🙂 ) Ogólnie mój charakter sprawił, że nie zawsze mój ślad w sieci był najlepszy. Nie fascynuję się tym samym, co ty, więc nie mnie oceniać twe kompetencje…, ale odniosłem wrażenie, że jesteś jakimś wziętym prawnikiem specjalizującym się w prawie amerykańskim i działalności pro-wolnościowej. Pozostaje mi więc pogratulować różnorodnych zainteresowań i szerokich horyzontów.

    Pozdrawiam Cię i czekam na przyszłą, interesujacą wymianę zdań, która jak mam nadzieję, pewnie się zdarzy.


     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code