Tolerancja jako lekko zakamuflowany totalitaryzm

[play=Terlikowski.mp3]

 

Autentycznie rozumiana tolerancja ma korzenie religijne. I niewątpliwie nie jest ona obojętnością. Od jakiegoś czasu zaobserwować można proces zastępowania autentycznej tolerancji „produktem tolerancjopodobnym”, skrywającym w sobie ideologię, której celem jest zbudowanie „lekko zakamuflowanego totalitaryzmu”.

 

 

Zastanawiając się nad polską tolerancją, jej stanem, źródłami i przyszłością – trudno nie zacząć od kilku refleksji historycznych. To w przeszłości leżą bowiem źródła tego, co obserwujemy i bez niej nie da się ich zrozumieć.

Trzeba oczywiście – o czym niezwykle mocno pisał prof. Ryszard Legutko w „Eseju o duszy polskiej” – mieć pełną świadomość historycznego i mentalnego zerwania, z jakim przyszło się zmierzyć Polsce, która utraciła nie tylko mityczną przestrzeń Ojczyzny Kresów, ale utraciła również elity i przestrzeń myślową, w której było miejsce na różne wyznania i tradycje. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie z naszej przeszłości ­– nawet jeśli częściowo rekonstruowanej przez neosarmackich republikanów czy wielbicieli tradycji Polski jagiellońskiej – czerpać musimy inspiracje i fundamenty budowania przyszłości. Przeszczepy, choć tak lubiane przez Polaków, nie szczególnie mocno się bowiem przyjmują, a do tego żywy organizm mocno się przed nimi broni i w końcu – co wiemy z medycyny, a nie nauk społecznych – je odrzuca.

I nie inaczej jest z Polakami. Chętnie i z dużą dozą mentalności kolonialnej przyjmują oni rozmaite rozwiązania zachodnie za jedynie słuszne. Prędzej czy później jednak okazuje się, że zupełnie one nam nie pasują, że trzeba je zdjąć (tak, jak zdejmowano francuskie fraki, by założyć szerokie kontusze), by zachować nie tylko własną tożsamość, ale przede wszystkim możliwość działania i oddychania swobodnie. Takie sytuacje zdarzały się już w historii wielokrotnie. Głęboka i geostrategicznie słuszna polityka margrabiego Wielopolskiego została odrzucona, bo nie pasowała do polskiej duszy. Nie powiodły się także próby przeszczepiania na grunt polski francuskiego libertynizmu, czy przyniesienie na bagnetach komunizmu (a warto pamiętać, że u naszych sąsiadów z południa czy zachodu, proces przejmowania marksizmu był dużo bardziej udany). Nawet opozycyjny KOR, który budowany był w znaczącym stopniu na zachodnich wzorcach rewizjonistycznych, zaczął oddziaływać rzeczywiście szeroko dopiero, gdy włączył się w ruch „Solidarności”, oparty na polskich tradycjach i polskiej religijności (budzącej niekiedy zdumienie zachodnich obserwatorów).

 

Polskie źródła tolerancji

 

Nie inaczej jest też z tolerancją. Jeśli ma być ona rzeczywiście w Polsce istotną wartością, jeśli na niej ma być fundowany dialog społeczny, to musi ona wyrastać z polskich korzeni, a nie być zwyczajną kopię modeli tolerancji szkockiej, francuskiej czy amerykańskiej. W tamtych krajach mogą się one sprawdzać (choć akurat model francuski w odniesieniu do ludzi religijnych sprawdza się średnio, ograniczając wolność sumienia nie tylko muzułmanów, ale także katolików), wyrastają bowiem z głębi historii i doświadczenia tamtych wspólnot narodowych. Ich użyteczność w Polsce jest jednak wątpliwa, bowiem Polacy mają inne doświadczenia – trzeba jasno powiedzieć, że lepsze – i inną specyfikę narodową. I dlatego potrzebują własnego modelu tolerancji.

A ten jest obecny w naszym myśleniu o wiele wcześniej niż w pozostałych krajach europejskich. Gdy na Zachodzie Europy – skąd obecnie chce się czerpać wzorce – panowała zasada „cuius regio, eius religio”, w Polsce monarchowie z dynastii jagiellońskiej – korzeni takiej postawy trzeba jednak szukać wcześniej – deklarowali, że nie chcą być władcami naszych sumień, a panowie szlachta mieli pełną świadomość, że niezależnie od różnic wyznania łączy ich wspólnota obywateli, których jednoczy Rzeczpospolita. Ubolewania, utyskiwania, a nawet gromy rzucane na panów braci przez jezuitów czy nuncjuszy apostolskich na nic się tu zdawały, bowiem istotniejsza od wiary w państwie – o którą też się troszczono – była Republika, którą łączyły silne więzy kulturowe, językowe, ale i religijne, choć rozumiane szerzej niż tylko wyznaniowo.

Polski model tolerancji zaczął się wyczerpywać dopiero, gdy władzę przejęli ludzie Zachodu, czyli Wazowie, którym bliższe były – by posłużyć się terminem całkowicie współczesnym – ówczesne poglądy mainstraemowe. To przez ich nieudolną i błędną politykę wyznaniową nie udało się poszerzenie wspólnoty politycznej Rzeczypospolitej o Ruś Moskiewską. Do błędów Wazów – ale także Sasów – trzeba dołożyć jeszcze błędy hierarchii łacińskiej, która uniemożliwiła pełną integrację hierarchii unickiej w systemie państwowym, co skutkowało odsunięciem się wschodnich chrześcijan i ich ukierunkowaniem na Moskwę, co z kolei stało się jednym ze źródeł upadku I Rzeczpospolitej.

 

Walki kulturowe

 

Epoka saska (ale także wcześniejszy późny sarmatyzm mocno zrośnięty z kontrreformacyjnychm, barokowym katolicyzmem) to już czas ograniczonej tolerancji i upodabnianie się – jak zwykle z niejakim opóźnieniem – do modelu zachodniego, czyli narzucania religii przemocą (w Polsce głównie mentalną i kulturową, bez własnych Nocy świętego Bartłomieja) i utożsamiania narodowości z religijnością. Ten proces nabrał siły w czasie zaborów, kiedy dwóch z trzech (do tego dwóch najsurowszych) okupantów było innego, niż dominujące w Polsce wyznania i chętnie to manifestowało. Z tego powodu walka o polskość stopniowo utożsamiała się z walką o katolicyzm (na Śląsku Cieszyńskim było inaczej). I wtedy jednak katolicyzm nie był rozumiany jako forma silnej, zdecydowanej religijności, a raczej jako tożsamość kulturowa.

Chcąc to zobaczyć wystarczy sięgnąć do życiorysów polskich świętych i błogosławionych tego okresu. Ich dzieciństwo upływa zazwyczaj w letniej atmosferze religijnej. Rodzice, owszem, praktykują, ale głównie dla podtrzymania tożsamości kulturowej, a nie z przyczyn głęboko duchowych. Nie inaczej sprawa wygląda z wielkimi pisarzami. Z czterech ojców romantyzmu tylko dwóch – Norwid i Krasiński – było szczerymi i ortodoksyjnymi katolikami. A później było jeszcze gorzej. Ojcowie polskiej niepodległości – Piłsudski i Dmowski – byli niewierzący. Twórca politycznej formuły „Polak-katolik” przyjął sakramenty na rok przed śmiercią, a – czczony przez tak wielu współczesnych katolików – Piłsudski zmieniał wyznania w zależności od potrzeb małżeńskich… Obu ich jednak łączyła świadomość (u jednego bardziej emocjonalna, u drugiego racjonalna) kulturotwórczej, fundującej tożsamość roli katolicyzmu.

Nie oznaczała ona jednak (szczególnie u Piłsudskiego) braku tolerancji religijnej. Polityka sanacji nie była w najmniejszym stopniu katolicka, a niekiedy wręcz uchodziła za mocno antykatolicką. Generałami, ministrami, premierami sanacyjnymi byli także ewangelicy, a konflikty z prawosławnymi (niestety obecne i kończące się nawet burzeniem cerkwi przez wojsko) spowodowane były kwestiami narodowościowymi, a nie religijnymi. Polski model tolerancji przeżywał zatem wówczas kryzys nie tyle religijny, ile modernizacyjny. Powstanie współczesnych narodów, a także ich mocne utożsamianie się w naszym regionie Europy z religijnością, wystawiło na szwank ponadwyznaniową i w jakimś stopniu ponadnarodową republikańską tolerancję.

 

Przesunięcie tożsamościowe

 

Zerwanie ciągłości państwowej, przesunięcie granic, masowe migracje i związane z tym wykorzenienie, a wreszcie opresyjny marksistowski totalitaryzm ostatecznie uśpiły jagielloński model tolerancji. Decyzje Stalina sprawiły, że Polska stała się w istocie monokulturowa, a katolicyzm był – przez całe dziesięciolecia – głównym nośnikiem już nie tylko polskości, ale wręcz wolności. Rzeczpospolita – republikańska wspólnota, która była fundamentem polskiego modelu tolerancji, została zachowana tylko w murach kościołów. I zaczęła być z nimi utożsamiana. I to nie tylko przez katolików, ale także przez świadomych polskiej tradycji lewicowych rewizjonistów (a najlepszym tego dowodem jest książka Adama Michnika „Kościół, lewica, dialog”).

Utożsamienie to, które zawdzięczamy zresztą kard. Stefanowi Wyszyńskiemu a nie endecji, budziło jednak – i o tym też trzeba pamiętać – obawy środowisk wykluczonych (przynajmniej we własnym mniemaniu) z owej wspólnoty religijno-narodowej. Ich głos zaczął być doskonale słyszalny po roku 1989 i wywołał spory szok kulturowy, także w polskim Kościele… Od tego momentu obie strony w istocie przestały się rozumieć. Dla pierwszej – republikańskiej, ale także głęboko, kulturowa zakorzenionej w katolicyzmie – tolerancja albo nie znaczyła nic, albo – jak w przypadku Jana Pawła II – odsyłała do wielkiej tradycji Polski Jagiellońskiej. Dla drugich natomiast modelem tolerancji stały się rozwiązania francuskie, a w najlepszym razie szkockie. Polska Jagiellońska zaś, a szczególnie to, co z niej zostało, stało się główną przeszkodą na drodze do zbudowania (przekserowania) wymarzonego modelu w Polsce.

I choć wywołana wówczas wojna kulturowa została z czasem zawieszona (w czym pomogło sprowadzenie przez media nauczania Jana Pawła II do ogólnie słusznych banałów i wykluczenie z nich tego wszystkiego, co mogło wywoływać kontrowersje), to ten główny konflikt między republikańskim modelem tolerancji, w którym kluczowe dla tolerowania czy szanowania poglądów innych jest wspólne dobro państwa (wymagające jednak nie tylko zdefiniowania, ale i przyjęcia istnienia prawdy) a modelem indywidualistycznym, liberalnym, w którym najistotniejsze jest wyzwolenie jednostki (w imię tolerancji) z wszelkich okopów i wspólnot – pozostał żywy. I nadal definiuje on główny spór o tolerancję.

 

Zawłaszczona tolerancja


Niestety w ostatnich latach udało się – pod wpływem prądów zachodnich – niemal całkowicie zawłaszczyć termin tolerancja i tak go przemodelować, by oznaczał on już nie tyle, umotywowane wspólnym dobrem, pomijanie w dyskursie państwowym czy społecznym pewnych elementów, co do których wspólnota nie może osiągnąć porozumienia, ile… całkowite odrzucenie samego pojęcia prawdy i przyjęcie, że już samo uznanie, że istnieje prawda obiektywna – jest wykroczeniem przeciwko świętej zasadzie tolerancji.

Najlepiej widać to w kwestiach etycznych. Nietolerancyjnymi określa się tych wszystkich, którzy – zgodnie zresztą z myśleniem wszystkich wielkich cywilizacji – definiują małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, uznają zabicie niewinnego osoby ludzkiej za morderstwo a nie zabieg, czy jasno i wyraźnie wskazują, że prawo do życia jest fundamentem każdego systemu prawnego. Ich myślenie jest odrzucane, jako niezgodne ze świętymi kanonami agnostycyzmu i relatywizmu, które uchodzą obecnie za fundament demokracji i tolerancji.

O tym problemie pisał już zresztą w latach 90. Jan Paweł II „Dziś zwykło się twierdzić, że filozofią i postawą odpowiadającą demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, ci zaś, którzy żywią przekonanie, że znają prawdę i zdecydowanie za nią idą, nie są, z demokratycznego punktu widzenia, godni zaufania, nie godzą się bowiem z tym, że o prawdzie decyduje większość, czy też, że prawda się zmienia w zależności od zmiennej równowagi politycznej. W związku z tym należy zauważyć, że w sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” – podkreślał papież w encyklice „Centesimus annus”.

Kilka lat wcześniej na ten sam problem zwracał również uwagę – w słynnym wywiadzie rzece „Sól ziemi” – kardynał Joseph Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI. „Narasta groźba dyktatury opinii – kto nie trzyma z innymi, zostaje odizolowany, dlatego nawet zacni ludzie nie śmią już się przyznać do takich nonkonformistów. Ewentualna dyktatura antychrześcijańska byłaby prawdopodobnie znacznie subtelniejsza niż wszystko, co dotychczas znaliśmy. Byłaby na pozór przyjazna religii, pod warunkiem jednak, że religia nie tykałaby jej wzorców zachowania i myślenia” – mówił kard. Ratzinger.

 

Lekko zakamuflowany totalitaryzm

 

I niestety, jeśli szukać najistotniejszych zagrożeń dla tolerancji (autentycznie rozumianej, a nie zawłaszczonej) to właśnie taki lekko (coraz lżej) zakamuflowany totalitaryzm jest niewątpliwie głównym z nich. W kolejnych krajach nie tylko wprowadzane są rozstrzygnięcia prawne, które uniemożliwiają pracę chrześcijanom w kolejnych zawodach (choćby w Kanadzie, gdzie by otrzymać dyplom lekarski trzeba zabić nienarodzonego dziecko), ale też eliminują chrześcijan z przestrzeni społecznej. Tak jest w Wielkiej Brytanii, gdzie chrześcijańskie (a przynajmniej poważnie traktujące nauczanie Biblii) ośrodki adopcyjne zostały pozbawione możliwości pracy, bowiem próbowano je zmusić do przyznawania dzieci parom osób tej samej płci. Tak jest w Holandii, gdzie dziennikarz katolicki został skazany za przytoczenie na antenie radiowej fragmentu Katechizmu Kościoła Katolickiego, poświęconego aktom homoseksualnym. Tak jest w Hiszpanii, gdzie sędziego pozbawiono możliwości wykonywania zawodu, bowiem zlecił ekspertyzy prawne dotyczącego tego, czy dziecko nie traci, będąc wychowywanym w związku jednopłciowym.

Środowisko tolerancjonistów, wspierane przez europejskie instytucje (choćby Europejski Trybunał Praw Człowieka) zrobi zaś wszystko, by prędzej czy później ten model totalitaryzmu, pod płaszczykiem tolerancji, dotarł również do Polski. Już teraz środowiska genderowe, gejowskie, feministyczne próbują doprowadzić do sytuacji, w której wyrażenie niechętnych ich ideologiom poglądów lub głoszenie opinii Kościoła – jasne i zdecydowane –było karalne. Dlatego wytacza się procesy księdzu Markowi Gancarczykowi czy Joannie Najfeld (a i ja sam mam kilka podobnych spraw) tak, by za wszelką cenę doprowadzić do skazania ludzi, których jedyną winą jest to, że mają w kluczowych sprawach poglądy odmienne od tych, które próbuje się narzucić.

I właśnie takie działania są obecnie głównym zagrożeniem dla tolerancji. Ale trzeba coraz więcej odwagi i myślowej ekstrawagancji, by otwarcie to powiedzieć. Co zresztą jest najlepszym dowodem na to, w jakim stanie znajduje się tolerancja już nie tylko w Polsce, ale także w Europie.

 [play=Terlikowski.mp3]

 

Zobacz też teksty ekspertów:

o. Jan Andrzej Kłoczowski, Nie ma solidarności bez poszanowania godności

Magdalena Środa, Tolerancja oczywista jak powietrze

Jan Hartman, Od ustroju wolności nie ma odwrotu

Katarzyna Pająk, Polska tolerancja jest smutna

Deklaracja Zasad Tolerancji

 

27 Comments

  1. egon

    Tolerancja, historia, prawda

    Autor bardzo ciekawie zarysował wątki rozwoju polskiej tolerancyjności, trudno jednak zgodzić się z wnioskami, które z tego rysu historycznego wysnuwa.

    Przede wszystkim postuluje budowanie w Polsce ducha tolerancji w oparciu o rodzimą tradycję, gdyż jedynie taka może się w naszym kraju przyjąć. "Importowane" z zewnątrz modele zostaną, zdaniem Pana Redaktora, odrzucone jak obca tkanka w polskim ciele. Polskim wzorcem, z którego mamy czerpać, jest szesnastowieczna Polska Jageillonów, przeciwstawiana tolerancji francuskiej czy szkockiej.

    Rodzi się tu jednak pytanie: czy wobec czterystu lat historii i przemian w polskiej mentalności ów model jagielloński (a de facto i postjagielloński, uchwały konfederacji warszawskiej zostały przyjęte po śmierci ostatniego z Jagiellonów) nie jest równie daleki naszemu najnowszemu doświadczeniu historycznemu, jak dziedzictwo Rewolucji Francuskiej? Czy w naszym monolitycznym społeczeństwie, które, by zachować tożsamosć, przez setki lat skupiało się wokół katolicyzmu i języka (co Autor zresztą pokazuje w swoim tekscie), wielokulturowość i otwartość elit społecznych epoki odrodzenia nie będzie postrzegana tak samo jak, dajmy na to, wielokulturowość i otwartość współczesnej Europy? A jeśli tak, to jaki jest cel tworzenia między nimi antynomii

    Red. Terlikowski odwołuje się tu do pojęcia prawdy. To ono, jak rozumiem, choć nie jest to powiedziane wprost, zachowywane było w tradycyjnych modelach tolerancji, a jest podważane obecnie w "zachodnim modelu tolerancji". Jednak w epoce, w której ateizm nie został jeszcze wymyślony, a jedynym sposobem postrzegania świata była perspektywa religijna (chrześcijańska), herezja, a za taką były uważane wszelkie ruchy reformacyjne, miałą status zbrodni nie mniejszy od morderstwa, gdyż atakowała podstawowe PRAWDY o Bogu i świecie. Czy przestanie nazywania reformatorów heretykami i przyznanie im praw do wolności wyznania nie było szokiem kulturowym nie mniejszym niż, powiedzmy, uznanie dzisiaj związków homoseksualnych za równe heteroseksualnym (czego tu nie postuluję, polemizuję tylko ze sposobem rozumowania Autora)?

    Nie znaczy to oczywiście, że nie nalezy wyznaczać jasnych granic tego, co dopuszczalne. Pojęcie prawdy, gdy przyjżeć mu się bliżej,  wydaję się jednak zbyt trudne do uchwycenia, zbyt sporne wśród wyznawcó różnych światopoglądów, by mogło być tutaj odpowiednim kryterium. 

     

     
    Odpowiedz
  2. tadeknorek

    Ujmując ogólnie.

    < ![endif]--> Wielu autentycznych, a więc konserwatywnych katolików (ściślej- mam na myśli tych, którzy nie stawiają się ponad następcę Piotrowego), ma niechęć do tolerancji- a to z tego prostego powodu, że o ile jej źródła można upatrywać w różnych czasach i środowiskach, dziś wydźwięk posiada wyraźnie liberalny. Tolerancja sprowadza się przecież głównie do zasady, by „żyć i dać żyć innym”- by „moja wolność kończyła się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego”. Jednocześnie wiąże się ona mocno z krytycyzmem, co uwidacznia się np. w postawie ateistów wychodzących z cienia, i nie widzących niczego złego w krytykowaniu doktryn i poglądów religijnych.

    Wszelcy ortodoksi religijni zdradzają głęboką niechęć wobec tolerancji, gdyż stosowanie jej w praktyce może pokazać, iż to, na czym zależy zdecydowanej większości zrównoważonych psychicznie ludzi, to życie w pokoju, i aby je osiągnąć, wystarczy wypełniać wspomniane wyżej reguły liberalizmu, których nijak nie można wyprowadzić z religii; mają one bowiem korzenie świeckie.

    Liberalizm, tolerancja- to pojęcia straszne, gdyż w realiach społecznych marginalizują przekonania w kwestii różnych religijnych dogmatów, pozwalają koegzystować ze sobą ludziom o przeróżnych poglądach. To ostatnie stwarza duże „ryzyko”, że w relacjach tych ludzie będą wymieniali się swoimi poglądami, albo nawet samym ze sobą obcowaniem zetrą się nawzajem do niezbędnych i prostych wskazówek etycznych, eliminując mniej znaczące, metafizyczne i brzmiące tajemniczo naddatki. Innymi słowy, już prościej, świecka i liberalna tolerancja wdrażana stopniowo poprzez globalizację w aspekcie kulturowym stanowi zagrożenie dla niezmiennych dogmatyzmów uznających, że ich wkład w moralność ludzką jest niezbędny.

    P.S. Nie mam pojęcia, skąd wzięły się te wszystkie bazgroły, ale nie mogę ich skasować. Zapewniam w każdym razie, że piszę tylko po polsku.

     

    Odpowiedz
  3. neosceptycyzm

    Do Norberta

    Nie mam problemu ze znaczkami, znacznie większy mam z treścią twego komentarza. Za dużo oceniasz i ustawiasz a za mało argumentujesz. Na przykład już na wstępie piszesz, że uznanie tolerancji wymaga postawienia się ponad następcę piotrowego. Ponadto czy na prawdę ludzkie myślenie musi być aż tak zdeterminowane przez chwilę obecną? Czy tak trudno pojąć, że istnieją inne, niekoniecznie subiektywne powody innego wątpienia niż to, które wyznajesz? Nie zgadzam się też jakoby tolerancja miała cokolwiek wspólnego z owym wulgarnym pojęciem wolności, które sugerujesz. Dla mnie wynika ona z przyrodzonego stanu człowieka i oznacza ogólną akceptację pewnego spektrum różnorodności w sferze prywatnej i publicznej. W ramach owej ogólnej akceptacji, w zależności od kontekstu, możemy mówić o szeregu postaw moralnie adekwatnych.

    Mówisz mi o świeckich korzeniach liberalizmu a możesz mi powiedzieć o korzeniach świeckości. Jaką historiozoficzną bjkę mi przedstawisz? W historii myśli liberalnej występowały zarówno wątki czysto świeckie, jak i relgijne.

    Nie dziwię się, że w kontekście religii pojmujesz człowieka jako leniwego, dążącego do spokoju, mało kreatywnego. Ta mało liberalna wizja człowieka wynika z tego, czym na prawdę jest ateizm i Cię damskuje. Ateizm jest dążeniem do sytuacji subiektywnie wygodnej dla ateisty, czyli w danym kontekście minimalizmu, ograniczenia ekspresji religijnej, zatarcia różnicy między nią a sprawami mało istotnymi. Owo dążenie możesz realizować prywatnie lub publicznie. W tym drugim przypadku, będziesz stosował różne demagogiczne sztuczki, aby dzielić i rządzić ludźmi różnych wiar, będziesz ustalał, co jest fanatyzmem a co nie etc. Wcale nie chcesz różnorodności, w tym kontekście Ty chcesz jej zaniku i przywołując jej wartość postępujesz… wybacz określenie obłudnie. 

    Szkoda, że ateiści nie widzą niczego złego w krytyce doktryn religijnych, bo nie dostrzegają swoich błędów. A zasadniczym jest ten, że nie ma takiego zarzutu, którego nie postawili religiom. Te zarzuty są tak liczne i sprzeczne, że w oczach wierzących stracili wszelką wiarygodność.

    Na koniec, czy orientujesz się w demografii na świecie? Mamy z jednej strony społeczeństwa, które są świeckie, nowoczesne i liberalne, w których przyrost natutralny systematycznie spada. Ich przyrost naturalny w najlepszym przypadku oscyluje nieco powyżej zera. Z drugiej strony mamy olbrzymie rzesze społeczeństw biednych, tradycyjnych i religijnych. Jasne jest, że te nowoczesne, świeckie społeczeństwa wyzyskują i będą w coraz większym stopniu wyzyskiwać te "religianckie". Pytanie: jaką antyklerykalną bajkę nam to przypomina?

     
    Odpowiedz
  4. tadeknorek

    Normal 0 21 false

    < ![endif]-->

    Chciałem już nie oceniać, na ile w odpowiedzi na mój komentarz argumentowałeś, a na ile oceniałeś i ustawiałeś, ale mam nieodparte wrażenie, że dla kontrastu zrobiłeś dokładnie to samo. No, prawie. Niestety w tytule napisałem „ujmując ogólnie”. Pozwól, że rozpiszę się teraz bardziej.

    Otóż na samym wstępie miałem na myśli katolików, którzy jak najbardziej mogą funkcjonować, póki nie wyklnie ich papież. Tyle, że tego typu organizacje, jak np. „Kościół to my”, w moim odczuciu są wynikiem niezrozumienia swojego miejsca w szeregu. Mam prawo uważać, że Kościół to struktura w przeważającej mierze autorytarna, a jeśli uznam, że jest mocno hierarchiczna, to już nawet nie będzie moja subiektywna ocena, tylko fakt, z którym zgodzi się nawet biskup. Na najwyższym szczeblu stoi papież, któremu według katolickiej wiary, od czasu do czasu szepcze coś na ucho Duch św. Jest on też nieomylny w kwestiach wiary- które to kwestie? Nie sprecyzowano- a więc zapewne wszelkie możliwe tematy do podjęcia, gdyż wiara może obejmować każdy aspekt życia wyznawcy. Nie musi, lecz może. Do jakich absurdów może prowadzić przekonanie o nieomylności- nie muszę tu chyba wypisywać, ale mam prawo krytykować ten stan rzeczy jako absurdalny. Równie absurdalne jest jednak to, że wielu katolików, nadal uważając się za katolików, chce tak ogromnych zmian w Kościele, chce wywierać wpływ na nieomylną głowę Kościoła, czy to w kwestii antykoncepcji, czy w sprawie zapłodnienia invitro itd. W ten sposób zaprzeczają samej istocie Kościoła, istocie kształtu instytucji religijnej, która co do samego rdzenia od wieków pozostaje dokładnie taka sama.

    Moim zdaniem Kościół aby przetrwać, oczywiście, że musi się zmienić, a więc dostosować się do współczesnego społeczeństwa wyrosłego w demokracji, wolności słowa etc. Nie wiem tylko, jak to się ma do całego sensu pośredników bożych w formie duchownych niższych i wyższych rangą, jak to się ma do całej historii, czasów, gdy z „woli bożej” dokonywano również rzeczy obrzydliwych. Kościół Katolicki może być oczywiście, i siłą rzeczy jest, ewoluującym tworem, ale choć każdy przejaw konsekwencji religijnej na ogół hamuje postęp cywilizacyjny i porozumienie społeczne, to każdy przejaw koniunkturalizmu religii neguje wiarygodność i umocowanie metafizyczne tejże. Nie rozumiem, dlaczego uznałeś, że szermuję „wulgarnym” pojęciem wolności, czy tolerancji.

    Dlaczego wulgarnym? Jeśli za bardzo teoretyzuję, podam może przykłady z własnego życia- mam wielu znajomych katolików, ale mam też znajomych Świadków Jehowy. Jeden z nich jest nawet moim najlepszym przyjacielem. Toleruję ten stan rzeczy jako zastany, toleruję fakt, że wierzy on w to, w co wierzy, czasem polemizuję z nim na tematy dotyczące religii, wiary, ale staram się nie obrazić go osobiście. Szanuję go za jego cechy indywidualne, cechy charakteru i życzliwą postawę, a jego religię po prostu toleruję- tak więc w pewnym sensie po prostu uznaję jego wolność, tolerując to, co uznaję za wątpliwe, a szanując go za to, co uważam za właściwe. Szanując jego wolność wyboru, toleruję jego poglądy religijne. To chyba dość proste. Wolność, tak, jak i prawa człowieka, nie są przyrodzone. Są ustalone w dyskursie cywilizacyjnym, społecznym, zakorzeniły się i w pełni akceptują je ludzie którzy nie są pozbawieni empatii. Nie rozumiem, dlaczego miałbym tak usilnie „pragnąć różnorodności”. Różnorodność istnieje siłą rzeczy z tysięcy różnych powodów- można nauczyć się być przez nią stymulowanym do własnego rozwoju. Jest to przynajmniej jeden z czynników stymulujących. Każdy człowiek stykając się z drugim, różniącym się od niego człowiekiem, rozwija się, o ile relacje te są systematyczne, a zróżnicowanie nie tak drastyczne, by zupełnie uniemożliwiało nawiązanie kontaktu.

    Nie bawię się w ustalanie, co jest fanatyzmem, a co nie- myślę, że definicja fanatyzmu jest dość jasna. I takie zróżnicowanie absolutnie nie jest na rękę kogokolwiek; fanatyzm ogranicza zupełnie możliwość posiadania i głoszenia własnych poglądów, ogłasza gotowość zabicia kogoś za jego określone poglądy, chęć zawładnięcia całością prawa, życia publicznego; choć to już wersja soft. Myślę, że zróżnicowanie jest cenne, ale niekiedy jest pozorne- niekiedy jest sztuczne, zamknięte, wymuszone. Każdy ma prawo do zamknięcia się, do udawania- ale czy nie można mu tego wytknąć? Czy wtedy już nie toleruję? Z religią mam problem taki, że nijak nie da się z nią w sposób zasadniczy polemizować; to trochę jak w tym pokazowym zabiegu zwanym ekumenizmem. Duchowi przywódcy poszczególnych wyznań poklepią się po plecach, zgodzą się w punktach, które ich łączą, Bóg jest miłością, wierzymy w tego samego lecz inaczej go sobie wyobrażamy (co stanowi oksymoron) i tym podobne frazesy- co absolutnie nie naprawi zła wyrządzanego w imię religii, a które jest wyrządzane z powodu oczywistych różnic między wyznaniami i nad którymi NIE WOLNO dyskutować, ponieważ są one kwestią dogmatyzmu, a nie otwartości i liberalizmu. Można liberalizować religię, czyli zmieniać ją, można zinterpretować Biblię czy Koran w ten sposób, by wyszło, że są w nich tylko metafory- ale to nie przyjmie się, ponieważ byłby to zbyt gruntowny remont jak na idealne, choć rywalizujące ze sobą domy boże. Taki już charakter religii, taki jest ich główny rdzeń- wszystkie wynikłe z tego konsekwencje mam prawo ujawniać i krytykować, ma do tego prawo każdy.

    Wolność jest piękną i słuszną ideą, ale jeśli chodzi o naturalny, przyrodzony atrybut, jest nim racjonalność. Krytyczne myślenie. Dysponuje nim każdy. Zamknięcie się na niego nie powoduje niczego korzystnego. Moralność, życie w zgodzie, przyjaźń, wszystkie wartości- to nie są sprawy mało istotne- i nie implikują religijnych dodatków. To, że niektórzy dodatki te mają sprawia, że życie jest pewnie i ciekawsze- sama dyskusja jest czymś świetnym. Ale tematy do dyskusji znajdą się zawsze. Bez sensu jest imputowanie komuś, że ten nie chce różnorodności, albo też czy chce. Pewnie po części każdy jej chce, po części chciałby przekonać innych do swojego zdania, choć rzecz jasna w sposób pokojowy. Taka sytuacja pcha ludzkość do przodu, ale dyskutować należy o wszystkim bez wyjątku. Jaką sakralną bajkę nam to deprecjonuje? Zarzutów wobec religii, wybacz, nie ma sprzecznych. No chyba, że uznajesz, iż hasła wszystkich ateistów muszą się ze sobą zgadzać, jakby mieli oni jakiegoś wspólnego… boga? Sprzeczności, przykro mi, ale najwięcej jest w religii. W obrębie każdej religii, historii każdej z nich, między religiami, w ich świętych księgach, w ich doktrynach. Nie włączałbym spraw ekonomicznych w nasze rozważania. Ale jeśli już przywołujesz obłudę, nie mów o antyklerykalnej „bajce”, bo dobrze wiesz, że Kościół żeruje na ubóstwie samemu opływając w luksusy. Nawołuje też do wszystkich rodzin bez wyjątku, by wydawały liczne potomstwo, niezależnie od ich sytuacji finansowej. To niestety nie kolejna bajka, iż w grę wchodzi priorytetowy sakrament chrztu.

     

     

     

     
    Odpowiedz
  5. redaktor

    Do Norberta: uwaga techniczna

     Panie Norbercie, 

    nie wiem z jakiego systemu Pan wkleja swoje teksty, ale prawdopodobnie jest to jakiś starszy system, stąd mnóstwo znaczków technicznych. Wykasowałem je dla polepszenia czytelności Pańskich wpisów. Ale proszę się zastanowić lub kogoś poradzić, co można zrobić, by w przyszłości tekst był "czysty".

    Pozdrawiam

     

     
    Odpowiedz
  6. tadeknorek

    Dziękuję za ten zabieg,

    Dziękuję za ten zabieg, mam XP home edition i Office 2007. Nie wiem, czy teraz znów się pojawią, ale używam na ogół edytora, tak jakoś jest mi łatwiej ustosunkować się do różnych fragmentów tekstu.

     
    Odpowiedz
  7. neosceptycyzm

    Dyskusji ciąg dalszy

     

    Faktycznie trochę zbyt mocno napisałem w poprzednim poście…  W moim odczuciu, wygląda on tak, jakbyś oprócz artykułu T. Terlikowskiego w tej debacie nic nie przeczytał i napisał od siebie refleksje, które nijak nie uwzględniają tego, co już powiedziano i jak powiedziano.

    Stwierdziłem, że każdemu człowiekowi z przyrodzenia przysługuje pewna, mniejsza lub większa, doza tolerancji. Analogicznie niezależnie od tego, jak ciasna i uboga jest jego kultura, środowisko, w którym się wychował, wydaje mu się ono niezmiernie bogate, różnorodne i pluralistyczne. Owszem, możemy z zewnętrznej perspektywy twierdzić, że jest ono ciasne i ubogie. Ale nie możemy zapominać, że czynimy to na podstawie czegoś, co jest mu niedostępne. Nie możemy przypisywać komuś naszego stanu świadomości, aby wykazywać irracjonalność jego postawy, jeśli idzie właśnie o różnicę w owym stanie świadomości. A nim zechcemy go uświadamiać, powinniśmy wiedzieć, czy mamy mu coś do zaoferowania w zamian…

    Swego czasu antropologowie, tacy jak A. Szyjewski, zwrócili moją uwagę na osobliwy fakt. Wszędzie tam, gdzie dochodziło do spotkania między nowoczesną cywilizacją a kulturą pierwotną, ratunkiem przed zagładą tej drugiej było radykalne przekształcenie się z wykorzystaniem własnej tradycji. Dlatego  w Afryce i w innych rejonach świata, gdzie występuje owo zderzenie kultur, pojawia się tyle nowych, eklektycznych ruchów religijnych. W kontekście sporu między religijnością i świeckością niczego takiego nie obserwujemy. Spór ten, toczy się w obrębie naszej wspólnej kultury i ma długą historię. Czemu więc tak często słyszy się o "jasnogrodzie" i "ciemnogrodzie" lub "cywilizacji śmierci" i "cywilizacji życia"? 

    Uczestnicy owego sporu często nie znają swojej własnej historii. Weźmy choćby takiego Alberta Camusa ateistę, egzystencjalistę i namiętnego krytyka religii. Z jego powieści "Dżuma" można wyczytać potępienie eutanazji i aborcji. Autor nie opowiada się za restrykcjami tylko dlatego, że wierzy w siłę moralnej perswazji i każącą, nie przebłagalną, irracjonalną rękę natury. Wszytko to jest oczywiście podlane odpowiednim krytycyzmem pod adresem religii… zwolennikiem eutanazji okazuje się lokalny biskup. Jeśli lubisz Camusa  pewnie dokonasz łamańców interpretacyjnych, aby uniknąć tych "wstecznych" konsekwencji.:) Jeśli nie lubisz Camusa zwyczajnie odetniesz się od tej postaci ateizmu.

    Braki w dogłębnej znajomości własnych tradycji, nie przeszkadzają im, każdą zmianę własną lub cudzą odpowiednio zinterpretować w świetle własnych nadziei na swój ostateczny triumf. Mnogość i różnorodność materiału historycznego pozwala na takie zabiegi i w dużej mierze uniemożliwia w pełni wiarygodną znajomość tradycji.

    Zgadzam się z Tobą, że kościół katolicki jest strukturą hierarchiczną i często autorytarną. Nie zapominaj jednak, na czym opiera się wszelkie uznanie hierarchii, czy autorytetu władzy. Opiera się na poczuciu, że istnieje to, co usprawiedliwia ewentualne dysproporcje, na poczuciu, że władza w ostatecznym rozrachunku służy tym, którzy jej podlegają. Poczucie to pozwala odpowiednio interpretować różne rażące niestosowności, których władza się dopuszcza. Daje dostęp do perspektywy, w której wszyscy ludzie okazują się w pewien sposób równi. Tak, się dzieje w kościele, monarchii, demokracji, wojsku etc. 

    Ateizm czyni takie poczucie (w kontekście religii) bezsensownym. Sposób organizacji ludzi danej wiary, niczego tu nie zmienia. Nie dziwię się jednak, że piszesz o zmianach, które muszą nastąpić w kościele. Cóż, ateiści gdy mają do czynienia z jakąś dominującą społecznością wierzących, chcą się z nią pragmatycznie ułożyć i piszą na przykład, że kościół za mało robi w sprawie przemocy w rodzinie, albo za bardzo angażuje się w wystawy emocjonalnie piętnujące aborcję. Te ruchy oddolne, które pasują do ich oczekiwań uznają za samodzielne i wartościowe, inne nie pasujące uważają za wsteczne, zmanipulowane, fanatyczne. Dotyczy to szczególnie ateistów intelektualistów wypowiadających się w różnych mediach. Z ich słów przebija paternalistyczne podejście do społeczeństwa, bynajmniej nie gorsze od tego, które słusznie lub nie słusznie przypisują hierarchom różnych religii. Wątpliwie też, że nawrócą się wtedy, gdy kościół zacznie głosić doktrynę zgodną z ich oczekiwaniami, czy przeprowadzi część całkiem słusznych reform strukturalnych. W historii istnieli tacy ateiści jak A. Conte, którzy chcieli stworzyć postępową i naturalistyczną religię, nie odnieśli wielkiego sukcesu, widać, źle rozpoznali ludzkie potrzeby lub nie mogli się pogodzić z tym, co odpowiada na część ludzkich potrzeb, których nie mieli. 

     "ale choć każdy przejaw konsekwencji religijnej na ogół hamuje postęp cywilizacyjny i porozumienie społeczne, to każdy przejaw koniunkturalizmu religii neguje wiarygodność i umocowanie metafizyczne tejże"

    Co rozumiesz przez "postęp".  W tym kontekście to słowo jest nacechowane jednoznacznym wartościowaniem, które nie trzeba podzielać. Inne pytanie, co uznajesz za kryterium postępu? Durkheim, ojciec współczesnej socjologii, swego czasu wymyślił takie, z którego wynika, że społecznie najwyżej rozwinięte są ludy pierwotne. Wydaje mi się, że lepiej mówić o zmianie cywilizacyjnej. Weźmy taki przykład, gdy Anglicy zaczęli budować swoją morską potęgę i zaczątki nowoczesnego kapitalizmu, ówcześni kapłani anglikańscy wyznający całkiem tradycyjną etykę, grzmieli na lichwę. Przez lichwę rozumiano w ten czas wszelkie zdzierstwo i oszustwa finansowe, zachowania czysto interesowne nie uwzględniające potrzeb bliźnich. Mnożyły się one niezmiernie i nie wymyślono dla nich jeszcze odpowiedniego uzasadnienia etycznego, czy filozoficznego. Oczywiście przegrali ze zmianą społeczną, już ich bliscy następcy potrafili na nich patrzeć jak na wsteczników. Ale historia potoczyła się dalej i teraz ich postawa, choć daremna, wydaje się słuszna. Podobnie może być z tymi różnymi, kontrowersyjnymi kwestiami, które masz na myśli. Rozwiązania jakie przyniesie przyszłość, mogą okazać się całkiem niespodziewane i stojące w poprzek a nie wzdłuż linii oczekiwań różnych stron współczesnych sporów. Na przykład rozwój medycyny prenatalnej, może doprowadzić do ostatecznego rozwiązania problemu aborcji, przez udoskonalenie technik opieki nad dzieckiem poza łonem matki. Nie wątpliwie takie badania pogwałcą oczekiwania Pana Terlikowskiego, bo on świętość poczęcia i ingerencję boską utożsamia z odpowiednio uświęconą przypadkowością stosunków między mężem a żoną. Z drugiej strony przyszłe pokolenia mogą wypowiedzieć sąd drastycznie potępiający współczesne obyczaje. I nie ma w tym nic dziwnego, w historii postęp nauk nie raz naruszał pewne intuicje moralne i normy etyczne, tylko po to, aby je później zaspokoić. A ludzie wydają sądy potępiające swych przodków i nie wyciągają z tego radykalnych wniosków, jak Amerykanie, którzy potępiając tępienie Indian, ani myślą emigrować z USA. 

    Już wyjaśniam, dlaczego nie spodobało mi się twe ujęcie wolności. Najpierw sięgnę do tradycji, na którą się powołałeś. Isaiach Berlin był jednym z jej twórców. Uważał, że istnieją dwa rodzaje wolności: "wolność od" i "wolność do". Wolność ujęta jako ograniczenie się przed wtykaniem nosa w "nie swoje sprawy", jest oczywiście "wolnością od", którą dajemy innym. Isaiach Berlin w wyniku dyskusji przyznał, że "wolność od" zawsze wiąże się z jakąś "wolnością do". Twoje ujęcie wolności jest więc co najmniej nie pełne, ponieważ założyłeś, że owo ograniczenie się spowoduje zanik realizacji "wolności do" w sferze religii. Ale na tym nie koniec. Takie ujęcie wolności zakłada, że istnieje pewna buforowa sfera, w której moje działania nie mają żadnego związku z innymi ludźmi, nie wpływają na nich. Jest to założenie wielce wątpliwie. Wszelkie działania człowieka w mniejszym lub większym stopniu oddziałują na innych. Ludzie często wtedy mówią o braku owych oddziaływań, gdy sami świadomie lub nieświadomie czują, że ich działania mają negatywne, czy niejednoznaczne skutki. Na przykład alkoholicy i palacze również lubią mówić o tym, że nałóg to ich prywatna sprawa. Inni mają jednak wątpliwości, czy jest tak faktycznie. Łatwo powiedzieć, państwu nic do tego… ale inaczej powiemy, jeśli uznamy, że państwo wypełnia tu tylko wolę rodziny, albo obywateli, którzy nie chcą płacić na ich późniejsze leczenie. Ludzkie działania miewają też szkodliwe konsekwencje po dłuższym okresie czasu i nie można (tak jak chciał S. Mill) czekać, aż postronni owe negatywne skutki zauważą i wyciągną z nich wnioski, bo zły przykład zbyt szybko ich za sobą pociągnie. Przy okazji przypomnę też o postaci Pawła Włodkowica. Nie należał do tradycji liberalnej, za wcześnie się urodził Głosił ideę wolności religijnej na podstawie argumentów teologicznych i filozoficznych. Owszem kierował się również pobudkami politycznymi, ale cóż z tego… Jego argumentacja operująca pojęciem grzechu i wolności sumienia, jest całkiem poprawna. Słusznie twierdził, że nie wolno bliźniego stawiać w sytuacji wyboru między jednym grzechem a drugim. Utrzymujesz, że uczynił to pod intelektualną presją ateistów, cz też sam był ateistą? 🙂

    W dalszej części wypowiedzi bardzo ładnie powołujesz się na przykłady ze swego życia. Pozwolisz, że podam inne wyspekulowane. Pewnego pięknego dnia, wyniku niespodziewanych okoliczności Norbert znajduje się w otoczeniu, które ma w zwyczaju pozdrawiać się na ulicy słowami "Niech Ci Allach szczęści". Zlaicyzowanych pozdrowień nie znają. Norbert może zachować się dwojako, życzliwie lub nie życzliwie podchodząc do zastanego zwyczaju. W życzliwej interpretacji, nadajesz temu pozdrowieniu całkiem świecką treść i nie patrzysz na metafizyczny naddatek, który widzą w nim inni. Nikt nawet nie widzi twej niewiary, bo sam sobie na takie pozdrowienia pozwalasz lub dla zaznaczenia inności wykorzystujesz w nich imię innego Boga. Możesz jednak zinterpretować je nie życzliwie, owi osobnicy chcą Cię zindoktrynować, podstępnie manipulować twoją świadomością. Domagasz się więc sam lub wraz z tobie podobnymi, aby zastąpiono owo wyrażenie zwykłym "dzień dobry". Analogiczna sytuacja jest z obecnością krzyża. Istnieje całe multum ateistów, niewierzących którzy życzliwie interpretowali jego obecność. Wystarczy wspomnieć choćby o humaniście, liberalnym myślicielu i twórcy konstytucji amerykańskiej Franklinie Beniaminie, który poczuwając się do tradycji chrześcijańskich, sporządził odpowiednio skrojone wydanie Ewangelii.

    Jasne, że nikt nie jest tylko ateistą i każdy potrafi, jeśli chce, zdystansować się do części swej tożsamości, ale ateizm w ścisłym sensie jest o tyle ateizmem, o ile neguje religię i dąży do jej zniknięcia. Wcale nie oczekuję, że ateiści ustalą wspólną doktrynę, tym bardziej nie twierdzę, że niewiara polega na wierze. Nie mniej widzę między różnymi ateistami sprzeczności i pozwól będę je wytykał, tak jak pierwsi sceptycy, wytykali brak zgody między różnymi szkołami filozofii. Ateiści mogą się różnić między sobą, ale jeśli ich negacja religii opiera się na prawdzie i rozpoznaniu rzeczywistości, niech będzie to widać w braku sprzeczności (różnica nie jest tożsama z sprzecznością). Dalej twierdzę, że ten stan niezgody, powoduje analogiczną sytuację „po drugiej stronie barykady”. Nie ma sensu dyskutować z ateistami, nie sposób im wszystkim „dogodzić”. Wśród wierzących „biednych” posłuch zdobywają populiści. Ale Ty rzekomo upominający się o biednych, którzy są wyzyskiwani przez kościół, wcale o nich nie dbasz, tylko się oburzasz, kiedy mówię tylko to, co wisi w powietrzu. Pozostaje też faktem, że jedni ateiści z istnienia religii wyciągają wnioski skrajnie pragmatyczne, instrumentalne a inni są skłonni ją eliminować. Jeszcze inni zaś balansują między jednym a drugim – jak Ty, który chcesz mieć z kim gadać a jednocześnie chciałbyś przekonać do swoich radykalnych racji. Jeśli masz pewność, że owo balansowanie nie doprowadzi Cię co najmniej do niekonsekwencji, to się mylisz.

    Podobnie jak Ty cenię sobie racjonalność, ale nic na to nie poradzę, że z uznania religii za twór czysto ludzki wynikają dwie, skrajnie różne i sprzeczne postawy. Pierwsza to ów cynizm, instrumentalizm, który potrafi niewiarę uczynić niewidoczną, czy ledwie dostrzegalną. Druga to właśnie mniej lub bardziej radykalny, wojujący ateizm. Oczywiście wojujący ateista czuje świadomą lub nieświadomą potrzebę, aby zdyskredytować, demonizować ów cynizm i tłumaczyć nim różne fakty społeczne. Boi się go bowiem jako alternatywnej, trudnej do eliminacji konsekwencji jego własnych założeń. Nic też na to nie poradzę, że egzystencja i świat społeczny jawi mi się bardziej, jako przedmiot racjonalizacji a nie "czystej, naukowej racjonalności" nauk empirycznych, przyrodniczych.

     

     

     
    Odpowiedz
  8. metanoja

    Delikatne pomieszanie pojęć

    Śledząc tekst trudno było mi nie zgodzić sie z tezami Autora, aż do ostatniego śródtytułu. Nie rozumiem, dlaczego w tekście o tolerancji nagle pojawiają się kazusy, ilustrujące dyskryminację chrześcijan w społeczeństwach zachodnich. Doprawdy, we wspomnianych przypadkach wcale nie chodzi o tolerancję czy nietolerancję. Argumenty, jakie padają w sporach sądowych i publicystyce, narastającej wokół tych sporów (np. w sprawie Ake Greena czy Nadii Eweida) odwołują się do pojęć takich jak "dyskryminacja", "mowa nienawiści", "wolność słowa", wreszcie "wolność religijna". Człowiekowi, wyrzucanemu z pracy za to, że się pomodlił z chorym albo że przeczytał coś z Biblii na temat homoseksualizmu nie zarzuca się wcale, że jest nietolerancyjny. Mówi się o naruszaniu praw pacjentów, reguł bezpieczeństwa lub nawet higieny. Ci z kolei, którzy bronią dyskryminowanych chrześcijan, mówią o naruszeniach wolności religijnej, wolności słowa czy swobody badań naukowych. Coś tak ogólnego jak "tolerancja" w tych sporach się nie pojawia. Doszło tu więc według mnie do delikatnego pomieszania pojęć.

    Czytając Pański tekst miałem wrażenie, że zapoznał się Pan z moim artykułem pt. "W obronie tolerancji", wysłanym jakiś czas temu do "Frondy". Pisałem tam m. in. o celowym zdeformowaniu idei tolerancji przez środowiska lewicowe (niesławny tekst Marcusego) oraz twórców "Deklaracji Zasad Tolerancji". Wydaje się, że podziela Pan moją tezę, i cieszy mnie to.

     
    Odpowiedz
  9. tadeknorek

    Do @neosceptycyzm

    < ![endif]-->

    Zgadzam się, że każdemu przysługuje pewna doza tolerancji, a dozuje się ją w zależności od tego, na ile dana osoba toleruje inne światopoglądy, robiąc to w ten sposób, że nie chce jawnie narzucać innym ludziom własnego- na różne sposoby. Jeśli mamy do czynienia np. z kulturą Bliskiego Wschodu, z pewnością jest ona bardziej ciasna i uboga- jednak na obecnym etapie cywilizacji, w chwili, gdy wielu Muzułmanów żyje już na naszym kontynencie, nie można powiedzieć, że stan świadomości nie zmienia się. Jeśli ktoś zamyka się zupełnie na krytykę, nie próbuje zrozumieć np. równouprawnienia kobiet, to nie można schować go pod płaszczykiem immunitetu religijnego. To, że ktoś wierzy w tradycję i swoją religię z nią związaną, nie oznacza przecież, że możemy usprawiedliwić tym samym próby narzucania swojej tradycji w rejonie, gdzie liberalna demokracja ma się dobrze. Liberalna demokracja pozwala współistnieć ze sobą muzułmanom, chrześcijanom, buddystom itd., lecz nie będzie afirmować ideologii, które podważają jej własne fundamenty.

     

    W kontekście ludów Afryki, mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Nagłe oczekiwanie od tamtejszej kultury, by zrozumiała i respektowała całe dziedzictwo naszej, europejskiej kultury, byłoby zupełnie absurdalne i porównywalne do próby wywołania szoku termicznego. W naszej kulturze zachodnio-europejskiej jest czymś całkowicie jasnym, iż oddzielenie sacrum od profanum jest niebywałym postępem, korzystnym dla jakości życia społecznego. Dlaczego dodaje się do tego tak ostre sformułowania, jak „jasnogród”, „ciemnogród”, „cywilizacja życia”, „cywilizacja śmierci”- to chyba jasne. Ciemnogród oznacza zaścianek, zamknięcie się na humanistyczne podejście do etyki, niechęć do odejścia od sztywnego dogmatyzmu. Jasnogród- pojęcie przeciwstawne. Natomiast co do cywilizacji życia i cywilizacji śmierci- to już terminy propagandowe Kościoła Katolickiego. Niestety w odniesieniu do złożonego problemu aborcji, czy eutanazji, optyka taka jest zupełnie bezpłodna poznawczo.

     

    Co do Camusa, żył on jednak w nieco innych czasach- i jak już pisałem, nie sposób jest się zgadzać z każdym, kto deklaruje ateizm, ponieważ ateizm jako pojedyncze, proste założenie, sam w sobie nie implikuje żadnych dalszych wniosków o naturze moralności, czy funkcjonowaniu świata. Oprócz tego, że jestem ateistą, uważam się też za racjonalistę i jeśli chodzi o warstwę merytoryczną, nie przywiązuję wagi do tego, czy kogoś lubię, czy też nie. Szczerze mówiąc, na swój sposób lubię nawet Pana Terlikowskiego. Cenię sobie oczywiście konsekwencję w wyznawanych poglądach, ale racjonalizm ma to do siebie, iż nie sposób wytworzyć sobie za jego pomocą wyroczni absolutnych (mam na myśli rzecz jasna współczesny racjonalizm, który nie prowadzi już sporów z empiryzmem). Jeśli ktoś jest np. katolikiem, będąc konsekwentnym w swojej wierze może stać się dość łatwo fanatykiem. Podchodząc do religii wybiórczo, zaprzecza się najczęściej jej istocie. Racjonalizm natomiast zakłada podejście selektywne, co nie oznacza „wybiórcze”, ponieważ skoro nie uznajemy wyroczni, a jedynie rozum, jako niedoskonałe, lecz i tak najlepsze narzędzie jakim dysponujemy, nie sposób wstydzić się faktu, że nie ma np. monolitu wśród ateistów- ateizm to też nie wszystko.

     

    Owszem, instytucje autorytarne dają poczucie podwładnym, iż władza w ostatecznym rozrachunku im służy. Ale autorytaryzm w sferze szeroko pojętej duchowości człowieka prowadzi moim zdaniem do uwiądu, zamyka wiernych na odmienne koncepcje, odbiegające od standardu refleksje, tak naprawdę blokuje głębsze przeżywanie. To oczywiście temat na inną dyskusję, ale sądzę, że ogólnie rzecz biorąc monopolizowanie moralności, duchowości- jest niekorzystne tak dla wiernych danego Kościoła, jak i dla całej reszty, nierzadko postrzeganej jako pomiot szatana. Wątpliwe jest też, czy w takim Kościele Katolickim wszyscy są sobie równi. Nawet bardzo wątpliwe- są równi i równiejsi, choć jeśli chodzi już o domniemany kontakt z bogiem, Nowy Testament w żaden sposób nie faworyzuje duchownych jako tych, którzy ów kontakt mają lepszy. Może wydawać się dziwnym, iż powołuję się na Biblię, ponieważ w pewnych fragmentach odrzuca mnie ona, w pewnych zadziwia całkiem mądrymi hasłami. Ale o tym później. Jestem w każdym razie mocno przekonany, że sama wiara w siłę wyższą jest o wiele bardziej konstruktywna, niż ta pozostająca w okowach religii zinstytucjonalizowanej. Ponadto duchowości moim zdaniem NIE TRZEBA wiązać z czymś ponadnaturalnym.

     

     
    Odpowiedz
  10. placownik

    Tolerancja, jako lekko zakamuflowany totalitaryzm

    Mam wrażenie, że Panu Terlikowskiemu udało się narzucić dyskutantom swój dyskurs i swoją siatkę pojęciową, w której naczelne miejsce zajmuje pojęcie prawdy. W ramach tego dyskursu, trudno jest stawić mu czoła. Przynajmniej w mojej ocenie.

    Nie jest to jednak dyskurs jedynie możliwy. Więcej, Ten właśnie, stosunkowo słabo przystaje do licznych sytuacji, w których na co dzień pojęcie tolerancji (lub nietolerancji) bywa używane (i nadużywane). Bo cóż prawda ma wspólnego z nietolerancją z jaką styka się w polskiej szkole romski dzieciak, że odwołam się do pierwszego z brzegu przykładu, jakich tak naprawdę można by podawać setki jeśli nie tysiące? Czy w analizie codziennych przykładów nietolerancji, pojęcie prawdy może być w najmniejszym nawet stopniu pomocne?

    Proponuję więc zejść z – bliskiego Panu Redaktorowi – nieba na ziemię i podjąć realną dyskusję. Nie jest jeszcze na nią za późno.

           

     
    Odpowiedz
  11. Andrzej

    Do Pana „placownika”

    Proszę rozwinąć swoją myśl i spróbować stawić czoła "dyktatowi dyskursu" Tomka Terlikowskiego, którego osobiście nie dostrzegam. Wydaje mi się, że 4 głosy wprowadzające proponują różne dyskursy, a dyskutanci rozwijają je na różne sposoby. Jeśli Panu jakiś głos nie podoba się, to nie ma lepszej metody, niż przedstawić własne krytyczne argumenty i zaproponować rozumienie alternatywne. Osobiście nie zamierzam ulegać Pana "dyktatowi" i forsować jakiś uprzywilejowany przez Pana kierunek dyskusji.

    Pozdrawiam Pana serdecznie

     

     
    Odpowiedz
  12. neosceptycyzm

    @Norbert

    Zauważ, że zrozumienie i akceptacja to dwie różne rzeczy. Wielu europejskich muzułmanów, zwłaszcza w trzecim pokoleniu emigracji, radykalizuje się i zapomina nawet o tym, co w łonie ich tradycji bywało przywilejami kobiet. Owa radykalizacja wynika z frustracji i wykluczenia społecznego i symbolicznego. Na zdrowy rozum, jeśli istotnie istnieje większa przepaść między ateizmem i dowolną religią niż między dwiema dowolnymi religiami, to łatwiej w sferze symbolicznej je znieść w środowisku religijnym niż laickim, wszak ateizm nie jest wiarą. Dlatego jestem za radykalną zmianą w polskiej polityce migracyjnej. Jest dla mnie oczywiste, że w społeczeństwie pluralistycznym, ale zarazem głęboko religijnym, trudniej będzie przeforsować postulaty laickie. Zmiana ta jest potrzebna również z powodu starzenia się i wymierania naszego społeczeństwa. Mimo przecenianych przez Ciebie zachęt kościoła, nie chce się specjalnie mnożyć. Mnożenie się społeczeństw biednych, religijnych i tradycyjnych wynika z pewnego dopełnienia, nie zaś dominacji jednego czynnika nad innym.

    Jeśli o mnie chodzi, rozumiem pojęcie równouprawnienia kobiet, nie znaczy to jednak, abym uważał je za temat zamknięty. Na przykład widzę, że w kontekście aborcji potrafi wejść w konflikt z kwestią równouprawnienia osób niepełnosprawnych i ich rodziców. Dlaczego mam akceptować następującą sytuację. Rodzice wiedzą, że ich dziecko urodzi się bez nóg. Wedle zwolenników aborcji jest to dobry powód, aby dokonać odpowiedniego zabiegu. Jasne, że takie dziecko jest gorsze, bo wymaga większych nakładów, wysiłku a jak coś osiągnie, będzie to mniej znaczyło niż w przypadku osób sprawnych. Powiedzmy, że jeden z rodziców marzy o tym, że jego dziecko zostanie mistrzem biegów olimpijskich. Wolny wybór, wolnym wyborem, tak się złożyło, że dziecko się urodziło i po latach wygrało paraolimpiadę. Teraz oczywiście wszystko jest super i w ogóle, dziecko okazuje się chcianym „od zawsze”. Zaszła ewolucja zrozumiała z psychologicznego punktu widzenia. Nie mniej doszło do manipulacji. Z obiektywnego punktu widzenia wystarczy porównać pieniądze towarzyszące olimpiadzie i paraolimpiadzie. Ponadto moje obserwacje mówią mi, że w środowiskach osób niepełnosprawnych występuje zadziwiająco wysoki odsetek przeciwników aborcji, który ma się nijak do stosunku względem wiary, czy kościoła. Pomijam inne kwestie dyskutowane między innymi w kręgach feministycznych.

    Liberalna demokracja, jeśli istotnie ma być demokracją a nie czymś w rodzaju demokracji ludowej, powinna dopuszczać wkład własnych obywateli w dane państwo. Prawodawca nie musi oglądać się na wszelkie możliwe religie, wszelkie możliwe obyczaje, wszelkie możliwe zasady prokreacji, wszelkie możliwe spisy lektur szkolnych. Od tego są filozofowie. Jako emanacja zastanej społeczności, powinien dawać jej możliwości nieskrępowanego rozwoju lub wręcz go stymulować. Jasne jest, że państwo „neutralne w kwestiach światopoglądowych” dziwnie dogadza minimalistom w tych sprawach, czyli ateistom i odmawia wsparcia dla materialnej podstawy religii. Współcześnie jego praktyczna realizacja często polega na ideologicznej walce z religią, zaprzestaniu dążenia do rozwiązań optymalnych i powstrzymaniu się od tykania kwestii finansowych. Taki Zapatero jest krytykowany przez swoich za to, że nie obciął państwowych funduszy na kościół. Zawsze warto mieć instrument nacisku.

    Można też się opowiadać za ogólnym minimalizmem państwa, liberalizmem gospodarczym i konsekwentnie rozdzielać je od spraw światopoglądowych. Tyle, że chociaż werbalnie religia i liberalizm gospodarczy bywają sobie wrogie, żyją w symbiozie. To dzięki liberalizmowi w USA religia jest silniejsza i bardziej wpływowa niż w Szwecji. Warto też zajrzeć do teoretyków liberalizmu takich jak Hayek, który miał bardzo przychylny, wręcz apologetyczny stosunek do religii. Bronił jej z punktu widzenia ekonomi.

    Oddzielenie sacrum i profanum w naszej kulturze jest niewątpliwym osiągnięciem, niezamierzonym skutkiem konfliktu między władzą świecką i duchowną w średniowieczu. Jednakże wojujący laicyzm chce ten sukces zaprzepaścić. Jego cel, to całkowite wyparcie sfery sacrum, zamazanie różnicy między nim a powiedzmy bajką. I można to uzasadnić przywołując konkretne zachowania językowe ateistów. Swoją drogą to zabawne, że tak wielu ludzi o tych sprawach mówi, a nie dostrzega, że mówi. Co namacalnego pozostałoby z ich wiary i niewiary bez języka lub jakiegoś środka wyrazu?

    Istotnie Camus żył w nieco innych czasach, ale nie są one znowu, aż tak różne, odmienne i dawne, aby całkiem stracił na aktualności. Zresztą przeciwnie, zdaje się, że pośmiertnie, to on zyskał większe uznanie niż taki Sartre, który za jego czasów uchodził za intelektualne bożyszcze. Ty nie zgadzasz się z nim w tym i owym, ja zaś w czymś innym się z nim wadzę. Taki już los człowieka żyjącego w świecie radykalnie pluralistycznej humanistyki, można jedynie racjonalizować swoje wybory, demaskować je, powoływać się na autentyczność etc.

    Nie wiem, czy zauważyłeś, w swoich wywodach inaczej rozumiem ateizm niż Ty. Nie uznaję go za proste, pojedyncze założenie. Dla mnie on w ogóle nie wygląda prosto, ani, nie tkwi w odseparowaniu od innych poglądów. Uważam, że można wprowadzić rozmaite systematyki odmian ateizmu i z jej pomocą scharakteryzować każdy ateizm, jak obiekt na mapie. Rozpatruję ateizm w odpowiedniej adaptacji dla nauk społecznych i wątpię w jego tradycyjne ujęcia. Dla przykładu, skoro jest to proste założenie, z jego negacji powinno wynikać równie proste, przeciwne założenie. A przecież, jeśli powiem, że nie jestem ateistą, popełnisz błąd, jeśli powiesz, że jestem teistą. Jeśli zaś powiem, że jestem ateistą, na podstawie doświadczenia i życia w społeczeństwie, z dużą dozą trafności będziesz wiedział o mnie znacznie więcej niż tylko to, że nie uznaję istnienia Bogów. Analogicznie z deklaracją teistyczną, czy anty-ateistyczną. Faktyczne znaczenie słów, to ich użycie. O faktycznym znaczeniu słów świadczą też społeczne oczekiwania względem kogoś, kto tak, a nie inaczej deklaruje swoją tożsamość. Jeśli na przykład powiesz, że jesteś ateistą, ale co tydzień chodzisz do kościoła, zaintrygujesz zarówno wierzących jak i niewierzących.

    Nie sądzę, aby wybiórcze podejście do religii prowadziło, do zaprzeczenia jej istocie. To trochę tak, jakby twierdzić, że wzorem religii jako takiej jest katolicyzm. Może to świadczyć o podskórnym przywiązaniu do wywyższanego a zarazem odrzucanego chrześcijaństwa. Cóż, nawet na odrzucenie trzeba sobie zasłużyć. Założenie to nie opierasz na ateizmie, racjonalizmie, czy obserwacji. Czerpiesz je z samej religii. Mnie to nie dziwi, ateizm można rozpatrywać jako daremną i pełną hamletyzowania próbę uwolnienia się od religii i jej języka. Doświadczenie poucza, że selektywne i wybiórcze podejście do religii skutkuje „herezjami”, narodzinami nowych ruchów religijnych. Z radykalnie świeckiego punktu widzenia, religie to jedynie praktyki językowe, związane z różnymi działaniami, na przykład rytualnymi.

    Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli mówiąc o absolutnych wyroczniach. Praktyka w przeciwieństwie do teoretyzowania jest zawsze absolutna i dogmatyczna, ponieważ jest określona. Swoje teoretyczne rozważania możesz odwołać, swoich czynów nie, wskazówki zegarka dają się cofnąć, ale czas się nie cofa. Wyobraź sobie, że całe życie piszesz jedno wielkie dzieło, w którym zamieszczasz swoje absolutnie niedogmatyczne, wciąż zmienne przemyślenia, Z konieczności w jego powstaniu uczestniczy pewna praktyka, przelewając swoje myśli na papier, poruszasz rękami i oczyma, Tuż przed śmiercią stawiasz ostatnią kropkę. I co się okazuje? Ty nie zamknąłeś dzieła, nie uczyniłeś go żadnym absolutem, za Ciebie zrobiła to ludzka praktyka. Jeśli dzieło zasłużyło sobie na pamięć potomnych, wnet powstają doktoraty, które podsumują twą twórczość. Im bardziej będzie ono konkretne i nie zaprzątające sobie głowy wielkimi określnikami, tym bardziej będzie ono wartościowe. Ale wraz z nią, samo pojawi się to, co inni nazwą ostateczną wyrocznią, absolutyzmem, dogmatyzmem.

    Dogmat mym zdaniem bez swego określenia nie istnieje. Jeśli zgodzić się z ateistami, którzy utrzymują, że twierdzenia religii są w gruncie rzeczy mętne, nieostre, niejasne, trudno pojąć, czemu jednocześnie mówią o jej dogmatyzmie. Weźmy na przykład taki dogmat o Trójcy. Jest jasne, że praktyka życia religijnego wymusza jego ciągłe naruszanie. Jeśli wyrwać pewne wypowiedzi z kontekstu i zawiesić naszą wiedzę o katolikach, okaże się, że jedne sugerują większą rozdzielność osób a inne ich jedność.

    Ponadto pewne badania psychologiczne, o jakich słyszałem, wskazują na to, że jesteśmy z natury o wiele mniej kreatywni, swobodni i spostrzegawczy niż potocznie sądzimy.

    Skoro jesteśmy przy Biblii. Pisanie boga z małej litery, jest niejednoznaczne, ponieważ może ono wyrażać zarówno ateizm, jak i uznanie danego Boga za fałszywego. Dlatego teista bez problemu podpisze się pod zdaniem „bóg nie może kłamać”. Jeśli więc dyskutuje się poza kręgiem ateistów, proponuję zrezygnować z tej praktyki. 🙂 Oczywiście, że Biblia nie wyróżnia kapłanów, ponieważ przedstawia ich jako sługi ludu bożego, którzy bywają przykładnie napominani przez Boga. Zgadzam się też, że może istnieć duchowość, nie odnosząca się do Boga, czy transcendencji (pojęcie, które pochodzi z czasów dość zamierzchłych i nie bardzo pasuje do współczesnego pojmowania świata). Trudno jednak budować ją w oparciu o podręcznik fizyki. Sam jak widzę sięgasz po Biblię. Zauważ, że bez owych struktur hierarchicznych i autorytaryzmu, pewnie nie odróżniałbyś jej od zbioru bajek, mogłaby też w ogóle nie powstać.

     
    Odpowiedz
  13. neosceptycyzm

    Juz Ci mówię Placowniku. W

    Juz Ci mówię Placowniku. W wspomnianym przez Ciebie przypadku, łatwo osądzić, że doszło do nietolerancji, ponieważ za rasę, pochodzenie, narodowość się nie odpowiada. Zgodzisz się ze mną, że jest to obiektywna prawda. O wiele trudniej o nią w przypadku poglądów, religii, czy ateizmu. Dlatego też prónowano zbliżyć ze soba te dwa konteksty, mówiąc o tym, że toleruje się cudze poglądy zewzględu na nieuchronną powszechność dziwactw i nierozumności, która dotyczy również nas samych.

     
    Odpowiedz
  14. placownik

    Do Pana Moderatora. W sprawie dyskursu.

    Osobiście nie oczekuję od Pana forsowania jakiegokolwiek kierunku
    dyskusji, a tym bardziej ulegania jakiemukolwiek dyktatowi. Nawet, gdyby miał
    być to dyktat otwierającego dyskusję. Świadom jestem faktu, że jego dobrym
    prawem jest próba narzucenia swojego dyskursu. Śmiem jednak zakładać, że dobrym prawem każdego uczestnika dyskusji jest jeśli nie brak nań zgody, to choćby
    próba wskazania faktu, że istnieje.

    Próbę izolowania dyskutantów w ramach akceptowanych
    przez nich dyskursów, a z taką chyba mam do czynienia, uważam za
    nieporozumienie. Zwłaszcza w dyskusji o tolerancji.

    Serdecznie pozdrawiam 

     
    Odpowiedz
  15. placownik

    Neosceptycyzmie?

    Łatwo osądzić? Łatwo. Ale czy w oparciu o definicję przyjętą (nie wprost) przez Pana Terlikowskiego?
     Wg. niego dotychczas obowiązujące rozumienie tolerancji:  jako "umotywowane wspólnym dobrem, pomijanie w dyskursie państwowym czy społecznym pewnych elementów, co do których wspólnota nie może osiągnąć porozumienia" jest podstępnie zastępowane innym, głoszącym, że jest to: "całkowite odrzucenie samego pojęcia prawdy i przyjęcie, że już samo uznanie, że istnieje prawda obiektywna – jest wykroczeniem przeciwko świętej zasadzie tolerancji."

    I jedno i drugie rozumienie, ma się jak pięść do nosa do sytuacji nietolerancyjnego traktowania romskiego dziecka w szkolnej klasie. Jest w tej sytuacji do niczego nieprzydatne. Czy się z tym zgodzisz? 

     

     

     

     

     
    Odpowiedz
  16. smok.eustachy

    @ placownik i Romowie

    Jesli chodzi o sam termin Rom to jest on przejawem nietolerancji. Sam widziałem w reżimowej TV  jak redaktorka do Cyganów mówiła Romowie to, Romowie tamto a oni odpowiedali: My, Cyganie….

    NIemniej nie o tym chciałem pisać. Jeśli mam być za czymś, to lubię wiedzieć, za czym. Jak nie wiem to jestem przeciw. Dlatego póki co jestem przeciw tolerancji, przeciw konstytucji tez jestem, i tej europejskiej też. Podejście do terminu w tej debacie przypomina mi łowienie ryb w mętnej wodzie.

    Dlatego:

    Ponieważ dyskusja na tematy romskie będzie ciężka proponuję przeprowadzić doświadczenie modelujące, z mniejszością, tolerancją, mniejszością jest prześladowaną, np. na niusach, obrażana itp.:

    Jak zapewnić tolerancję zwolennikom nowej ortografii: http://reforma.ortografi.w.interia.pl/ czy to w szkole czy w życiu codziennym?

    Zwolennicy jej istnieją, realnie są represjonowani przez nietolerancyjną większość, więc testowo pomyślcie, co z tym zrobić, żeby było pieknie i tolerancyjnie. Próba ogniowa 1 a nie piekne słówka.

    2. Rozwinięcie tolerancji w XVII wymaga czasu. W skrócie dalej było 1 miejsce w Europie, ale poziom się obniżył. Cos jak skoki – raz skoczysz 120 metrów i jesteś pierwszy a raz 110 m i jestes pierwszy bo poziom konkursu niski.

     
    Odpowiedz
  17. neosceptycyzm

    Ciekawe, ja słyszałem z

    Ciekawe, ja słyszałem z różnych źródeł, że dokładnie na odwrót, to nie "Romowie" a "Cyganie" są terminem obraźl;iwym. Istotnie słowo cygan kojarzy się pejoratywnie z cyganieniem, ocyganieniem. Wycofuję się z tego tematu, ponieważ nie ja go proponowałem. Myślę, że przyjdzie na niego czas w jednej z kolejnych debat, Jeśli idzie o ortografię, nie rozumiem, po co odgrzewać stare kotlety futurystów. 🙂 

    A co do konstytucji, to tu nie ma się co sprzeciwiać, należy świętować jej rocznicę, która wypada co roku trzeciego maja. Jak nie świętujesz to żaden z Ciebie patriota. 🙂

     

     

     
    Odpowiedz
  18. neosceptycyzm

    @Placowniku

     

    Pytałeś o związek między prawdą a tolerancją, to Ci odpowiedziałem, Nie domyśliłem się, że chodzi Ci o definicje T. Terlikowskiego. Jak wyczytałem u T. Czeżowskiego definicjom nie przysługuje prawdziwość lub fałszywość, mogą być one za to na przykład adekwatne lub nieadekwatne, zbyt wąskie, zbyt szerokie. Pierwsza, wyczytana przez Ciebie definicja, jest określeniem nie tyle tolerancji, co poprawności politycznej. Jako taka bynajmniej nie gwarantuje tolerancji, czy równości, najwyżej konserwuje ład społeczny wygodny dla określonych grup, tuszuje istnienie konfliktów (na przykład tych związanych z obecnością romskiego dziecka w polskiej szkole). Istotnie czasem tolerancja bywa tak rozumiana. Staje się wtedy odświętnym mickiewiczowskim "kochajmy się", czy fredrowskim "niech sie dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba". Drugiej definicji, czy sposobu rozumienia nie skomentuję, to są wywody o wrażych przeciwnikach ideowych. Niniejszym zgadzam się, że rozmijają się one z problemem poruszonym przez Ciebie. Niestety podobnie lub gorzej jest z innymi tekstami. Na przykład od profesor Środy można usłyszeć, że  tolerancja oznacza coś więcej niż szereg wielkich słów, ale nie mówi, co oznacza i co istotnego wnosi do zestawu pojęć już nam znanych, oznaczonych pięknymi polskimi wyrazami. Nie wiem też, kto twym zdaniem dał sobie narzucić dyskurs. Swoje rozumienie wyłożyłem w poprzednich postach. A w swej dyskusji z Norbertem raczej nie uwzględniam intencji redaktora.

     

     

     
    Odpowiedz
  19. smok.eustachy

    Za tą konstytucją to

    Za tą konstytucją to jestem, nie żeby świętowac ale postanowienia wprowadzić w zycie. Dziedziczna realna władza króla, prawo głosu dla posesjonatów itp. 20 lat i byśmy byli w światowej czołowce.

    2. Co do kotletów to jedni tacy tak pisza i sie trzeba z nimi użerać. Stąd to nie jest problem wydumany.

    3. Niewydumany tez jest problem następny (cytat z pręga, Wojciech Jaczewski <[email protected]>, 02.09.2010, ):

    A lekcje literatury dla zmyłki zwane "język polski" też są indoktrynacją w
    publicznej szkole, za publiczne pieniądze. Ileż bardziej uciążliwą, niż
    lekcje religii, na których zazwyczaj kto nie chce, nie robi nic.
    Dziwi mnie, że o zlikwidowaniu tej indoktrynacji nic się w mediach nie mówi
    .

    Element najbardziej ideowy te woje postulaty tolerancyjne formułuje werbalnie, mniej wyrobiony po prostu olewa czytanie. Też są przesladowani i co? I nico.

     
    Odpowiedz
  20. neosceptycyzm

    @Smoku

    Satyryku powiedz mi jeszcze, czy owe samochody na ateistycznych, francuskich przedmieściach podpalają polscy hydraulicy pochodzenia tatarskiego? 🙂

     
    Odpowiedz
  21. smok.eustachy

    Drugie wrażenie cześć 2

    Witam ponownie!

    W naturze występują zachowania nietolerancyjne – np lwy nie tolerują innych wielkich drapieżców na swoim terytorium, wojny mrówek z termitami itp. Ale znowuż jedne zwierzaki tolerują inne, dochodzi nawet do zjawisk symbiozy. Czyli możemy śmiało uznać, że zarówno zachowania tolerancyjne jak i nietolerancyjne są naturalne, bo występują w naturze. A zjawiska tolerancyjności jak „cuius regio, eius religio” odpowiadają chwiejnej równowadze między stadem lwów a hien. Jedni nie załatwią drugich, co jakiś czas ktoś kogoś kłapnie i tak żyją jak pies z kotem. I jak tu nie podziwiać socjobiologii?

    Nie o tym jednak chciałem pisać. O. Jan Andrzej Kłoczowski OP oraz Tomasz Terlikowski może i napisali to i owo z sensem, ale nie podjęli wysiłku zdefiniowania podstawowego problemu, w obliczu którego stoimy, przez co wpisali się idealnie w antykościelne schematy myślowe. Pokazuję wyzwanie, przed którym stoimy zamieszczając 2 cytaty z grupy pl.pręgierz:

     

    „(…) interpretacja Pisma Świętego się ciągle zmienia w odpowiedzi na sytuację polityczną i społeczną. Przecież w oryginale wolno było mordować dzieci za pyskowanie, kobiety za rozwiązłość a innowierców za żywota. Wg jakich niby zasad Watykan decyduje które fragmenty Słowa Bożego należy traktować dosłownie, które w przenośni a które przemilczeć, jak nie wg niezależnie rozwijających się humanistycznych zasad świeckich, eh? Ba, o ile szybciej by się one rozwinęły, ile milionów żyć by oszczędzono, gdyby nie bestialskie monoteistyczne religie.”

     

    „Osoba nauczająca w szkole ma odpowiadać przed derekcją szkoły, ministerstwem edukacji i prawem, a nie przed swoją mafią i bóstwami, głupcze fałszujący historię i oddający dzieci w ręce zboczeńców wyjętych spod prawa.”

    Nie napisali o grożącym nam ataku antytolerancyjnej ślepej furii, której przykłady są powyżej. W tym momencie zorientowałem się, że tekst o tym zredagowałem dzisiaj i wysłałem Tezeuszowi, który może go zamieści. Dlatego tu na szybko najważniejsze tezy:

    Światopogląd ateistyczny jest: domyślny, naukowy, obiektywnie prawdziwy. Poza nim mamy zabobony ciemnych religiantów. Tylko niektóre mogą być tolerowane jako mało szkodliwe. Uznane za takie są werdyktem nieomylnego kolegium z forum Racjonalisty, Dawkinsa itp. Reszta piach.

    Tolerancja oznacza nieskrępowany dyktat ateizmu.

    Wcieleniu w życie tych postulatów ideowych służy szermowanie tolerancyjnością, która jest traktowana instrumentalnie, jako środek do ograniczenia praw obywatelskich katolików. Dlatego nie ma większego sensu debatować nad znaczeniem terminu, uwarunkowaniami bo to jest kamuflaż i zasłona dymna. Fatamorgana. Wyartykułowanie tej prawdy winni byli Dyskutanci społeczeństwu. Ponieważ nie zrobili tego więc dyskusja jest oderwana od realiów. My mamy teraz wybór: albo damy się dorżnąć i będzie zgoda albo nie i będzie konflikt. Dodatkowo znaczna cześć tzw. środowisk dała się rozrobić, w tym i Tezeusz, o czym już pisałem. Wracam do sprawy prof. Legutko.

    Wychodząc od sformułowanego przeze mnie paradoxu: prof. Legutko jest osobą tolerancyjną dlatego nie musi opowiadać dookoła, jaki to jest tolerancyjny. Widać od razu. Prof. Środa jest natomiast nietolerancyjna dlatego co chwila o tej tolerancji opowiada, żeby zatrzeć wrażenie. Inaczej nikt by w życiu nie wpadł na to, że jest tolerancyjna, empiria nie pozwala. Zastrzeżenie co do Michnika jadącego na Urbanie też jest nietolerancyjne, nie chodzi tu o jakąś uniwersalna zasadę rysowania okładek, ale o nieegalitarne traktowanie tych 2 osób, jako zasłużonych dla ruchu ateistycznego.

    Postulat Nie można być tolerancyjnym wobec przypadków łamania prawa w praktyce przekreśla tolerancję, otwiera zaś wrota agresji prawnej depcącej sumienia. Zaskakuje zdziwienie, że jakoś se radzimy w tych ciężkich czasach. Nie zaskakuje brak – po raz kolejny – deklaracji o przeforsowaniu ustawy oddzielającej ateizm od państwa. A skoro jeden światopogląd nie musi być oddzielony to i inny tez nie musi.

    Doszliśmy do sedna. O wszystkim decydują kadry. Czyli odpowiednie grona decydujące, który światopogląd ma być oddzielony od państwa a który nieoddzielony. Pewne przejawy nietolerancji mają być nazywane nietolerancją a inne nie mogą być nazywane – w myśl arbitralnie dobranych kryteriów, wektora działania itp.

    Na zakończenie lista (rozwojowa) mniejszości seksualnych:

    homoseksualizm – pociąg seksualny do tej samej płci;

    biseksualizm – popęd do osób obu płci;

    skatologia telefoniczna – prowadzenie obscenicznych rozmów przez telefon;

    nekrofilia kontakt ze zwłokami;

    autogynofilia wyobrażanie sobie, że jest się kobietą;

    asfiksja autoerotyczna ograniczanie sobie dostępu tlenu (duszenie się);

    efebofilia kontakt z osobami w późnym wieku dojrzewania;

    hebefilia kontakt z osobami w wieku dojrzewania;

    partenofilia kontakt wyłącznie z osobami, które nie przeszły jeszcze inicjacji seksualnej;

    gerontofilia kontakt z osobami w zaawansowanym wieku;

    zoofilia kontakt ze zwierzętami;

    abasiofilia kontakt z osobami z dysfunkcjami narządów ruchu;

    urofilia oddawanie moczu];

    ekshibicjonizm pokazywanie swoich narządów płciowych zaskoczonym (nie przewidującym tego) obcym osobom

    fetyszyzm użycie nieosobowych (najczęściej nieożywionych) obiektów (z obecnością lub bez partnera osobowego)

    frotteuryzm dotykanie lub ocieranie się (niekiedy narządami płciowymi) o nie wyrażające na to zgody osoby

    pedofilia czynność seksualna z udziałem dziecka lub dzieci, które nie weszły w okres pokwitania (zwykle w wieku 13 lat lub młodszych).

    masochizm seksualny bycie (rzeczywiste, nie symulowane) upokarzanym, bitym, wiązanym, lub doznawanie cierpienia w inny sposób.

    sadyzm seksualny rzeczywiste (nie symulowane), fizyczne (ból) lub psychiczne cierpienie (w tym upokorzenie) innej osoby (ofiary).

    fetyszyzm transwestycyjny u osoby heteroseksualnej, ubieranie się w odzież właściwą osobie płci przeciwnej[

    voyeuryzm obserwowanie nie wiedzącej o tym, nie podejrzewającej tego i nie zgadzającej się na to osoby, która jest naga, zdejmuje ubranie, lub jest w trakcie czynności seksualnej

     

     
    Odpowiedz
  22. smok.eustachy

    Co do płonących aut

    Co do płonących aut wynikają one wprost z textu prof. Środy:

    "Polska jest najbardziej homogenicznym społeczeństwem w Europie (dawniej była nim Islandia, ale teraz jest tam sporo Polaków), nie konfrontujemy się na co dzień z innością, nie mamy imigrantów, "

    Czyli nie mamy imigrantów nie mamy aut, jak nam zaimportują imigrantów to samochody zaczną płonąć. I wtedy będziemy tolerancyjni. I nie będziemy homo.

    Oczywiste że auta palą imigranci.

     

     
    Odpowiedz
  23. neosceptycyzm

    @ Smoku

    Jeśli religia nie ma monopolu na niezmienność i humanitaryzm, tym bardziej nie mają go krytycy religii. Wielu z nich popierało swego czasu na przykład eugenikę. Odsyłam do odbytej tu, mojej rozmowy z Norbertem. Moja krytyka jego stanowiska, jest io tyle trafna, że jak sam pisze  w swym artykule: "krzyż przed pałacem i pomijanie sedna sprawy".

    "Nie mam zamiaru wpatrywać się w symbol cierpiętnictwa w miejscu, gdzie pojawiam się w konkretnym celu, nie zaś w celu modłów; nie mam zamiaru czuć się kimś gorszym, ponieważ nie podzielam wiary w krwawego zbawiciela, chętnego wrzucić mnie do ognia piekielnego, ponieważ nie przekonały mnie jego idealistyczne przekazy, nierealne podejście do majątku, podejrzane sztuczki zwane cudami, czy wskazówka, by po pożądliwym spojrzeniu na kobietę wydłubać sobie oko. A najlepiej oboje oczu." (…)

    "Historia potoczyła się tak, a nie inaczej- chrześcijaństwo miało sporo do powiedzenia i Polacy od wieków są do niego przywiązani. Nawet jednak, gdyby w historii romansu z katolicyzmem (przede wszystkim z nim) dominowały wielkie chwile chwały naszego kraju- i nawet, gdybyśmy mogli powiedzieć, że sukcesy te zawdzięczamy w głównej mierze Kościołowi, i to nie pojedynczym bohaterom, ale najwyższym hierarchom, zawsze skłonnym do pomocy i służącym słowem bożym nie pozostawiającym wątpliwości, że jest słowem genialnym- nawet wtedy nie byłby to argument, by w wolnej Polsce, jako państwie świeckim, krzyże postawione w miejscach publicznych spokojnie akceptować" (…) "Może i ich samochody. Ich szyje. Zdawałoby się, że tak nakazuje zwykła przyzwoitość." 

    To ostatnie zdanie (pomijam już ten ton typowy dla osoby rzekomo prześladowanej, która robi "prześladowcom" "wielką łaskę"..) pozwolę sobie zestawić z twierdzeniami profesor Środy. Upomina się ona o prawo do tego, aby homoseksualista był przywiązany do swych postulatów i postrzegał siebie samego przez pryzmat orientacji seksualnej. Nie tylko w sferze prywatnej, ale i publicznej. (Możliwe, że grozi jej za to ban na Racjonaliście 😉 ). Zatem analogicznie katolik, który zostanie zaprzysiężony na prezydenta, powinien móc w trakcie ceremoni zapprzysiężenia demonstrować symbole religijne i przysięgać na Biblię. Wykazałem przecież Norbertowi, że stosunek ateisty do religii jest arbitralny na mocy jego własnych założeń. To znaczy, nie jest w stanie wykazać, że z samego owego ateizmu wynika to, że symbol krzyża go obraża. Sam przyznał, że nie uwłacza mu głęboka przyjaźń ze świadkiem Jechowy (kimś, kto opiera dyyskurs na szkodliwych "bajkach"), ja zaś podałem przykład pragmatycznego dostosowania się do pewnej sytuacji językowej. Istotnie ateizm jest spotegowaną arbitralnością względem religii, ponieważ głosi jej przypadkowość i arbitralność. Mówiąc językiem Nnietzschego, ateizm jest wolą nie chcenia pewnych praktyk językowych, wiara zaś wolą ich chcenia. W konsekwencji jest arbitralnością względem ludzi różnych wiar (jak słusznie na to wskazujesz.) Dlatego można i należy "dyskryminować" ateistów. Wiedza o konwencjonalności życia ludzkiego nigdy nie była wśród ludzi zbyt popularna, słusznie obawino się, że będzie skłanać do cwaniactwa, sprytu i manipulowania w celu osiągnięcia doraźnych korzyści. Konwencjonalizm w kontekście społecznym prowadzi do "nihilizmu", który prezentuje Trazymach w pierwszej księdzie platońskiego "Państwa". Do poglądu, że władza, cnota, religia służą silniejszym, nie zaś maluczkim, którym wmawia się to i owo, aby łatwej dało się ich skubać. Istotnie pojęcoa "realności", "prawdy" w kontekście społecznym, pełnia funkcję zabezpieczenia przed sprytnym i potężnym, który może sobie pozwolić na bezkarny występek. Owa funkcja nie ma charakteru czysto ideologicznego, jak pokazała historia totalitaryzmów.

    Ciąg dalszy może nastąpi

     

     

     
    Odpowiedz
  24. jorlanda

    Wprowadzenie czy wyprowadzenie?

    Przyznam szczerze, że czytając teksty wprowadzające do debaty zostałam wyprowadzona z równowagi, która gwarantowała, iż zmotywuję się do zajęcia jakiegoś stanowiska w sprawie "tolerancji". Zastanawiałam się czy teksty zmienią coś w zakresie mojego postrzegania różnych kwestii tolerancji w Polsce, czy może znajdę jakieś słowa, z którymi się utożsamię… I po lekturze tych bardzo zróżnicowanych tekstów znów utwierdzam się w przekonaniu, że hasło "tolerancja" jest słowem, którego znaczenie każdy ustala sobie sam. Teksty pokazują mi, że w Polsce TOLERANCJA jest barykadą pomiędzy "tolerujmy się nawzajem (czyt. akceptujmy inność, obcość, choćby nie wiem jak bardzo daleką od uznanej normy), bo uznajemy indywidualizm za święte prawo jednostki" a "tolerujmy się (czyt. spróbujmy się zrozumieć i współpracować, mimo różnic jakie w nas tkwią), bo tego wymaga dobro społeczne i dobro naszego państwa, trzeba żyć w zgodzie". Mam wrażenie, że tak właśnie jest.

    Niektóre słowa w tych wprowadzających artykułach są nietolerancyjne. To już pokazuje, jak wiele jest problemów pod barykadą TOLERANCJA po obu jej stronach.

    Niestety podzielam pogląd Pana Terlikowskiego, że dziś tolerancja to hasło zasłaniające zapędy totalitarne. Wolałabym mieć tyle optymizmu, żeby stwierdzić, iż autor nie ma racji i przesadza. Ale nie mam.

    Dlatego dziękuję zwłaszcza za słowa:"Nietolerancyjnymi określa się tych wszystkich, którzy – zgodnie zresztą z myśleniem wszystkich wielkich cywilizacji – definiują małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, uznają zabicie niewinnego osoby ludzkiej za morderstwo a nie zabieg, czy jasno i wyraźnie wskazują, że prawo do życia jest fundamentem każdego systemu prawnego. Ich myślenie jest odrzucane, jako niezgodne ze świętymi kanonami agnostycyzmu i relatywizmu, które uchodzą obecnie za fundament demokracji i tolerancji."

    Słowa o. Kłoczkowskiego są budujące, porządkują nieco kwestię terminologii w zawiłym labiryncie poglądów. Chciałabym, aby słowa Pawła Włodkowica przytoczone przez autora („Bliźnimi bowiem naszymi są tak wierni, jak i niewierni, bez różnicy. Nie jest dozwolone zmuszać niewiernych bronią lub uciskami do wiary chrześcijańskiej. Uzasadnienie: ponieważ ten sposób jest z krzywdą bliźniego, a nie należy czynić rzeczy złych, aby wynikły dobre.”) były wciąż aktualne. Ale też, aby to działało w drugą stronę – aby "niewierni" nie zmuszali uciskiem i bronią do rezygnacji z wartości chrześcijańskich. I zawierania "zgniłych kompromisów".

    Tak na marginesie: komentarze pod tekstami też wiele mówią na temat tolerancji w Polsce. Gdybym miała wagę z szalami: tolerancja i nietolerancja, to obawiam się, że po ułożeniu na nich opinii i wypowiedzi czytelników nie byłoby równowagi. I chyba nie byłoby też przeciążenia szali: tolerancja. Może właśnie to najlepiej obrazuje poziom tolerancji w Polsce.

     

     

     
    Odpowiedz
  25. neosceptycyzm

    @ Jolanto

    Skoro oceniasz…, proszę Cię o ocenę i ustalenie agendy, którą reprezentuję. 🙂

    Skoro tolerancja jest barykadą, to nie rozumiem, jak każdy może ustalać jej znaczenie oddzielnie *inna sprawa, że formuła debaty wymusiła trochę taki rozjazd wymusiła). Metafora barykady sugeruje mi pewne uporządkowanie *choćby i nie zamierzone). Istotnie istnieje tu ważny podział między zwolennikami liberalizmu i komunitaryzmu – nic w tym dziwnego, nie tylko dla naszego podwórka.

    Może trochę konkretów zamiast wywyższenia się po przez cytat chwalący wielkie cywilizacje? Weźmy Greków. Bez Platona nie byłoby św. Augustyna i Dionizego Areopagity w takim kształcie, jakim znamy. Platon niewątpliwie był wielkim filozofem.Ale zarazem miał dość nietypowy stosunek do homoseksualności. Śmiem twierdzić, że nie jest on wygodny zarówno dla takiego Terlikowskiego i prof. Środy. Trudno też w kontekście mej radykalnej krytyki ateizmu (w konsekwencji i agnostycyzmu) zademonstrowanej na wypowiedziach Norberta, mówić o jakichś św. kanonach, z których coś wynika. ateizm i często podobny do niego agnostycyzm nie jest niewiarą w sensie innowierstwa, jest niewiarą w sensie uniwersalnej "antywiary". Głębsze wyjaśnienia wymagają swositej analizy wiary jako takiej. 🙂  

    Problem polega na tym, że kiedyś istniała przestrzeń poza państwem, gdzie mógł się udać pustelnik i żyć radykalniej niż nakazują to wymogi społeczne. Dziś, nie ma pustyń, wszędzie są wymagane zezwolenia, koncesje etc. Państwo się robi (z powodu rozwoju techonologicznego) co raz bardziej omnipotentne. Dlategp skrajny indywidualizm jest trochę naiwny.

       

     
    Odpowiedz
  26. jorlanda

    Definicje rosną pod barykadą

    Masz rację, Neosceptyku, że metafora barykady zakłada – przynajmniej na polu moich myśli – jakieś uporządkowanie. Nie oceniam niczego, to dopiero początek debaty. Skojarzenia metaforyczne pomagają mi porządkować refleksję. Definicje hasła TOLERANCJA są różne w zależności od tego, do czego i komu służyć ma tolerancja. Mi najbliższa jest słownikowa definicja – akurat Smok Eustachy wyżej ją przytoczył. Jeszcze raz dla porządku i ja ją wytłuszczę: «poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych»

    To jest ten prosty w gruncie rzeczy ideał, o którym pisze o. Kłoczkowski. Powołam się tu na moje doświadczenia – pracowałam dotychczas jako teolog na różnych polach – jako katecheta, nauczyciel etyki, pracownik organizacji pozarządowych zrzeszających baaaaaaaaaaaardzo różnych światopoglądowo ludzi, wykładowca religiologii w domach kultury (czyli w towarzystwie raczej świeckim) i na wyższej uczelni mocno katolickiej. W każdym z tych miejsc napotykam nieustannie sytuację, którą historycy religii określali jako "szok egzystencjalny". Moje osobiste wartości wyznawane i praktyka życia z tym związana często poddawana jest ocenie, co powoduje wiele zarówno pozytywych jak i negatywnych interakcji – właśnie na polu tolerancji wzajemnej. Praca z wartościami w gronie wierzących chrześcijan różnych wyznań, rozmowy z muzułamanami, Żydami, ateistami, agnostykami i ludźmi "przynależnych" różnym mniejszościom (również seksualnym) w Polsce nauczyła mnie, że tolerancja nie może być hasłem dowolnie interpretowanym. Podstawą wzajemnych harmonijnych relacji jest szacunek, docenienie godności drugiej osoby – to, co sygnalizuje w swej wypowiedzi o. Jan Kłoczkowski. Ale też świadomość własnej tożsamości – od tego zaczyna się dialog z "innym". Nie uważam, że Polska tolerancyjna, skupiająca żyjących w zgodzie "różnych" i "innych" czy nawet "obcych sobie" to mit i utopia. To jest do zrobienia. Ale zaczynać należy od działań lokalnych, oddolnie budować tę "wzajemną zasadę poszanowania inności", od dialogu życia. A nie od razu zakładać, że jak globalnie odgórnie coś się narzuci np. ustawą, programem edukacji "jakiejś tam" (tu wpisać: seksualnej, interkulturowej, religijnej itp. itd.)  to i "doły" to zaakceptują. W "innym" zawsze trzeba najpierw zobaczyć twarz ludzką, a nie od razu go kwalifikować do "swoich" lub "obcych".

    Jeszcze nad tym pomyślę 🙂

     
    Odpowiedz
  27. neosceptycyzm

    @Jolanto

    Niestety oceniłaś i to dość ostro, jeśli nie wprost to pośrednio.

    Tak na marginesie: komentarze pod tekstami też wiele mówią na temat tolerancji w Polsce. Gdybym miała wagę z szalami: tolerancja i nietolerancja, to obawiam się, że po ułożeniu na nich opinii i wypowiedzi czytelników nie byłoby równowagi. I chyba nie byłoby też przeciążenia szali: tolerancja. Może właśnie to najlepiej obrazuje poziom tolerancji w Polsce."

    Wcześniej zaś bardzo krytycznie oceniłaś nadesłane teksty. Teraz zaś piszesz:: "Nie oceniam niczego, to dopiero początek debaty." Rozumiem, że temat Cię emocjonuje i dotyka, ale żeby aż tak sobie przeczyć? Jeśli idzie o łamy debaty na Tezeuszu to wydaje mi się, że napisałem tu bardzo dużo. Jestem więc żywotnie zainteresowany tym, jak zdaniem współrozmówców wypadają moje wypowiedzi. Może ich przynudzam, albo piszę niejasno. (Swoją drogą można uznać za fatalne to, że z komentarzy pod różnymi artykułami robi się jeden wątek – tygiel.)

    Zgadzam się, że nie można tolerancji interpretować w sposób dowolny, ale zauważ Smok używał tej słownikowej definicji do jej ośmieszania.

    Bardzo ładnie mówisz o działaniach oddolnych, tu wszystko jest w pewnym sensie łatwiejsze, ponieważ nikt nie jest tylko: homoseksualistą, katolikiem, ateistą etc. Pojawia się ów ponoć "abstrakcyjny" podmiot – jako ogół cech cielesnych i duchowych, które potrafią same siebie traktować się w sposób elastycznych. Podając przykład tego, jak działa mechanizm, gdy jem ząb jest integralną częścią mnie, kiedy idę do dentystym traktuję go jako coś "zewnętrznego", poddającego się uprzedmiotowieniu. Nie ma tego problemu, co w przypadku pisma, nasze spostrzeganie innego nie jest zmysłowo zawężone. Dochodzi do żywej relacji, w której ucierają się stosunki, które wyłamują się ze schematów myślowych. W "grze sił" bierze udział wiele czynników począwszy od tak zwanej "inteligencji emocjonalnej", skończywszy na nieświadomych odróchach. Słyszałem gdzieś (niestety nie pamiętam gdzie i nie mogę tego potwierdzić), że z etologicznego punktu widzenia, zwykłe zdjęcie, na którym z pozoru widać tylko parę uśmiechających się osób, znawcy zdradzi, że jedna z nich dominuje. Autor stwierdził, że istnieje takie zdjęcie Reagana i Teacher. Ciekawe, jak wyglądałąby polityka, gdyby taka wiedza była powszechna.   

    A jednak społeczeństwo nie jest sumą jednostek… Sama oddolność nie wystarczy, ponieważ w pewnym momencie się natkniemy na szklany sufit. Potrzeba szerszej refleksji i dyskusji, która nie cofa się przed.. niestety koniecznymi uproszczeniami zaczerpniętymi z wiedzy potocznej i nauk społecznych. Mogę podać przykład takiego sufitu. Na UWr nie udało się odnowić  wydziału teologicznego istniejącego przed wojną, ani założyć katedry fil. chrześcijańskiej, czy czegoś w tym rodzaju. A jednak nijak nie przeszkadzało to Instytutowi w zatrudnianiu (aż do emerytury) na etacie księdza wykładowcy J. Choroszego. Zajmował się etyką i antropologą filozoficzną. W swoim dorobku ma m.in. bardzo dobrą monografię o etyce T. Kotarbińskiego (w dużej mierze sprawiedliwszą i lepszą niż ta, która powstała bodaj na KULu). Oczywiście nie unika własnej perspektywy myślowej… . 

    Może wyjaśnię, jeszcze wyjaśnię, czemu uważam ateistów za szczególny przypadek. Otóż, poznałem również osobiście kogoś o kim prof. Stanosz pisała tak:

    "Ateizm katolicki

    Termin „ateizm katolicki” pożyczam sobie od Łukasza Nyslera, choć sądzę, że nie jest on dostatecznie ogólny; pojęcie ogólniejsze, a przy tym nawiązujące do zjawiska znanego skądinąd, miałoby większą wartość wyjaśniającą. Mogłoby nim być, na przykład, pojęcie mimetyzmu umysłowego jako odpowiednika mimetyzmu biologicznego, czyli ochronnego „wtapiania się w tło” osobników pewnych gatunków przez zacieranie swoich konturów lub przybieranie kształtów i barw otoczenia. Mimetyzm umysłowy, podobnie jak biologiczny mimetyzm naśladującej liść rzekotki drzewnej, nie jest następstwem świadomych postanowień czy wyborów, bywa natomiast racjonalizowany ex post (czego rzekotka nie czyni) tak, by mógł uchodzić za owoc indywidualnych przemyśleń – także w oczach samego nosiciela „barw ochronnych”, bo osobiste przekonanie, że są to jego barwy naturalne, znacznie ułatwia mu życie. Mimetyzm umysłowy ateistów żyjących w mniej lub bardziej nieprzyjaznym otoczeniu teistów jest typowym przypadkiem tego zjawiska.

    Pozostańmy jednak przy „ateizmie katolickim” jako skrótowej nazwie mimetyzmu ateistów w społeczności katolickiej. Ma on, oprócz cech swoistych, także cechy, które dzieli ze swoimi odpowiednikami w innych wrogich wobec ateizmu środowiskach kulturowych. Na przykład, ateista mimetyczny prawdopodobnie wszędzie łatwo przyzna, że jego poglądy są „reaktywne” (wtórne, zależne, a więc w jakimś sensie niesamodzielne), albowiem „podstawą istnienia ateizmu jest to, co sam ateizm podważa”, „ateiści do swego istnienia potrzebują teistów” itp.; ma o tym świadczyć sama etymologia ich nazwy (a-theos). Teiści bardzo lubią tę tezę, choć ci z nich, którzy odebrali staranniejsze wykształcenie, muszą wiedzieć, że fakt, iż przyjęły się nazwy „teista” i „ateista”, jest kwestią historycznego przypadku: co najmniej równie dobrze wywiązują się z ich roli nieco ogólniejsze nazwy „naturalista” i „supranaturalista” (których wzajemna relacja etymologiczna jest odwrotna), a jeśli kiedyś przyjmą się zaproponowane przez D. Dennetta terminy supers i brights (jako – odpowiednio – nazwy ludzi uznających i nie uznających istnienia tajemnych sił nadprzyrodzonych), to będą one etymologicznie niezależne. Gdy zaś religie wymrą, wszyscy ludzie będą ateistami czy naturalistami, choć z czasem zapomną, że można ich tak nazwać, nazwy te bowiem, razem z „teistą” i „supranaturalistą”, wyjdą z użycia jako niepotrzebne. Wszystko to musi wiedzieć także wykształcony ateista, ale szukając dla siebie barw ochronnych potrafi zasnuć tę wiedzę mgłą ględ o „paradoksalności ateizmu jako postawy egzystencjalnej”, o tym, że ateizm jest „swoistą religijnością á rebours”, że niekiedy wręcz „przypomina fanatyzm religijny” i tym podobnych.

    Ateista nie może, pod groźbą sprzeczności, uznać nadprzyrodzonego pochodzenia moralności. Ale ateista katolicki (ogólniej – chrześcijański) chętnie zamazałby swoją odrębność, mówiąc, na przykład, że „Dekalog stał się w naszej kulturze uniwersalnym kodeksem moralnym” lub, nieco oględnej, że „ateiści w swoim codziennym postępowaniu nie różnią się w jakiś zasadniczy sposób od osób wierzących”. Pierwsze z tych twierdzeń jest jednak jawnie fałszywe, drugie zaś zbyt ogólnikowe, by mogło dobrze pełnić swą mimetyczną funkcję; ateista katolicki wyrzeka się więc zwykłej logiki i utrzymując, że moralność jest naszym własnym tworem, równocześnie ogłasza swą dezaprobatę wobec pewnych zachowań potępianych przez jego religijne otoczenie, mimo że na gruncie świeckiej etyki (w myśl której zło moralne polega na świadomym i niczym nie usprawiedliwionym zadawaniu cierpienia) powinien uznać owe zachowania za moralnie neutralne. Dotyczy to zwłaszcza spraw z dziedziny seksualnego życia człowieka, którą religia upodobała sobie jako sferę swoich twardych restrykcji, z areligijnego punktu widzenia zgoła niemoralnych, bo pomnażających ludzkie cierpienia. Homoseksualizm, seks przedmałżeński, sztuczne zapłodnienie, antykoncepcja i aborcja to główne tematy, spośród których ateista katolicki wybiera co najmniej jeden, aby podzielać oceny moralne swego religijnego otoczenia. Doświadczenie wskazuje, że tematem preferowanym jest aborcja: ateista umiarkowanie katolicki uznaje ją za zło, lecz dodaje, że bywa ona mniejszym złem, a radykalnie katolicki (częściej mężczyzna niż kobieta) traktuje ją jako zło bezwzględne. Ten ostatni przypadek przypomina mimetyzm niejadowitego węża, który deseniem na skórze upodabnia się do węży jadowitych; różnica polega na tym, że ateista-antyaborcjonista może stać się autentycznym drapieżnikiem, jeśli dołączy do rzeczników penalizacji aborcji albo weźmie czynny udział w ogłupiającej i nerwicującej propagandzie antyaborcyjnej.

    Z pozoru niewinną formą ateizmu katolickiego jest pogląd, że trzeba „dostrzec i docenić pozytywną rolę, jaką Kościół katolicki odegrał [w historii] i wciąż odgrywa”. Rzecz w tym, że wobec nieistnienia żadnych sprawdzonych praw historii nie sposób twierdzić zasadnie, iż dzieje polityczne naszego świata potoczyłyby się lepiej (lub gorzej), gdyby nie doszło do jego chrystianizacji, czyli poddania tego świata władzy papiestwa i jego agend. Gdy jednak ateista katolicki przytacza swoje „niepodważalne fakty”, które mają świadczyć o społecznych pożytkach z Kościoła (prowadzenie przez duchownych szkółek parafialnych oraz działalności wychowawczej, charytatywnej itp.), aż trudno uwierzyć, że nie widzi w nich metod, jakimi Kościół utrwalał swój intratny „rząd dusz”; zwłaszcza wielowiekowe monopolizowanie edukacji tak dobrze służyło temu celowi, że i dziś instytucja ta nie godzi się na izolowanie jej od tej sfery życia społecznego.

    O wytrwale podejmowanych przez Kościół brutalnych próbach przeciwdziałania narodzinom i rozwojowi nowożytnej nauki, demokracji, wolności słowa i praw człowieka wykształcony ateista katolicki na razie woli milczeć. Ale – wszystko przed nim… Wyćwiczone w manipulacji „akademickie ramię” Kościoła już podsuwa mu pogląd, że są to dziewiętnastowieczne stereotypy, rozpowszechnione przez głupców w rodzaju Bertranda Russella. Niech sobie przeczyta, na przykład, dzieło nawróconego na katolicyzm amerykańskiego uczonego, Thomasa E. Woodsa, zatytułowane: Jak Kościół Katolicki zbudował Cywilizację Zachodnią. Pozna stamtąd „zapomnianą odpowiedź na pytanie o prawdziwe źródło darów naszej współczesnej cywilizacji”. Odpowiedź ta brzmi: Kościół katolicki.

    Lektury tego rodzaju mogą jednak okazać się naprawdę pożyteczne dla katolickiego ateisty; wysokie stężenie absurdu czasem działa otrzeźwiająco. http://www.iwkip.org/bezdogmatu/71 "

    Oczywiście powody są też inne, podaję tylko przykład kogoś, kto chce i może mówić innym ateistom, czym ma być ateizm. Porf. Stanosz w ogóle nie widzi, że ktoś taki może być kłopotliwy również dla katolików. Pokazuje, że środowiska laickie w Polsce same cierpią na kompleks oblężonej twierdzy. Ogólnie ów ateista nie był specjalnie ceniony w tych środowiskach, patrzono na niego jak na czarną owcę… . Po pewnym czasie zaczął deklarować, że się nawrócił. I jakoś się temu nie dziwię.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code