Symfonia czy kakofonia?

[play=debata_11_nosowski.mp3]

Wydaje mi się, że wielu uczestników polskich sporów wewnątrzkościelnych kieruje się zasadą „gdyby wszyscy myśleli tak jak ja, to nie byłoby problemów”. Co ciekawe, nasze spory najczęściej nie dotyczą spraw doktrynalnych, ale niektórzy przywiązani są do swoich interpretacji tak mocno, że de facto stają się one dla nich niemal dogmatami wiary. Zamiast praktycznej zgody na różnorodność w jedności mamy absolutyzację swojego rozumienia społeczno-politycznych konsekwencji wiary i prezentowanie ich jako jedynego uprawnionego katolickiego sposobu myślenia i działania.

 

 

Było to w grudniu 1997 r. w Lublinie. Po zebraniu Krajowej Rady Katolików Świeckich udzielaliśmy krótkich wywiadów dziennikarzom, a działo się to kilka dni po opublikowaniu mocno krytycznego listu Prymasa Polski na temat Radia Maryja. Rzecz jasna członkowie KRKŚ również zajęli w tej sprawie stanowisko, o które wypytywali nas dziennikarze. Później jednak reporter Katolickiego Radia Lublin niespodziewanie zadał mi pytanie, czego redaktor „Więzi” może się nauczyć od dyrektora Radia Maryja. Stanąłem zdumiony, że pytanie to powinno być oczywiste dla mnie – jako katolika zdecydowanie krytycznie nastawionego wobec toruńskiej rozgłośni, ale też podkreślającego konieczność stawania ponad podziałami – a ja go sobie ani razu wcześniej nie zadałem. Odpowiedziałem po namyśle, że wielu rzeczy mogę się nauczyć: entuzjazmu w tym, co się robi; dynamizmu w działaniu; przekonania, że pewne rzeczy muszą się udać, choć wydają się po ludzku niemożliwe. Czy to dużo, czy mało? Myślę, że dużo (choć to tylko sprawy pragmatyczne, a nie ideowe). Wcale to, rzecz jasna, nie oznacza, bym musiał nagle zacząć wychwalać pod niebiosa ojca Tadeusza Rydzyka.

Przypomniała mi się ta historia, gdy stanąłem wobec pytań o tolerancję wewnątrz Kościoła katolickiego. Bo przecież aby uczciwie współistnieć w jednym Kościele z ludźmi, którzy o wielu sprawach myślą zupełnie inaczej, trzeba dostrzec także ich mocne strony i swoje słabe. Warto zauważyć, czego mogę się nauczyć od tych, z którymi się nie zgadzam. Stwierdzenie to wydaje się dość oczywiste, lecz o wiele trudniej zrealizować je w praktyce, o czym sam nieraz boleśnie się przekonałem.

Katolicyzmy jedynie słuszne

Pytanie o tolerancję wewnątrz Kościoła wiąże się dla mnie nierozerwalnie z kwestią ideowych zróżnicowań w Kościele. I w tym wymiarze chciałbym je rozważyć w tej wypowiedzi. Nie potrafię bowiem pod kątem tolerancji patrzeć na inne aspekty relacji wewnątrz Kościoła, jak świeccy–duchowni czy kobiety–mężczyźni. W tamtych kwestiach co innego stanowi, moim zdaniem, problem niż tolerancja lub jej brak.

Pod względem współistnienia różnych postaw ideowych w jednym Kościele nie jest dobrze. Mamy do czynienia w naszym Kościele nie tylko z różnicami (te są oczywiste) czy napięciami (które są logiczną konsekwencją różnic), lecz także z konfliktami, a nawet podziałami. Na szczęście nie rozrywają one jeszcze kościelnej jedności, są jednak mocno utrwalone. Niemal każde z ideowo ukształtowanych środowisk katolickich ma swoich antybohaterów – innych katolików, których nie jest w stanie nawet tolerować, bo przecież z nimi nie da się rozmawiać.

Sam jestem uwikłany w te podziały. Opisując je, sam w nich uczestniczę. Angażuję się w niektóre spory. Mam wszak własne poglądy i własny – ograniczony przecież – punkt widzenia. Reprezentuję określone środowisko, które ma swoją historię, które jest także aktualnie na rozmaite sposoby etykietowane i nazywane, bardziej czy mniej trafnie, bardziej czy mniej zgodnie z własnymi ideowymi deklaracjami. Nie jestem zatem bezstronny. Też mam swoich antybohaterów…

W roku 1998 o. Jacek Salij mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” (te słowa dotyczą zarówno Kościoła, jak i szerzej: Polaków): „nasze społeczeństwo rozpada się na wrogie sobie plemiona: […] plemię zwolenników ZChN i plemię zwolenników SLD, plemię stałych czytelników «Trybuny», «Gazety Wyborczej» albo «Naszego Dziennika». Dla niewspółplemieńców są oni zbiorem jakichś zdumiewających istot człekopodobnych”. W „Tygodniku Powszechnym” dominikański teolog diagnozował zaś, że namiętności towarzyszące podziałom politycznym, „przedostały się również do Kościoła. Sam fakt przynależności do ZChN lub UW piętnowany jest nieraz przez przeciwników jako coś niemal tożsamego z grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Po 12 latach – w tym pięciu latach ostrego i wciąż zaostrzającego się sporu między dwoma największymi partiami, które zmonopolizowały polską scenę polityczną – diagnozę ojca Salija należałoby jedynie wzmocnić. Zmieniły się tylko nazwy największych plemion, bo w 1998 r. nie było jeszcze ani Platformy Obywatelskiej, ani Prawa i Sprawiedliwości. Atmosfera wrogości jedynie wzmogła się. Zdegenerowana polska polityka coraz bardziej dotyka też Kościoła, przenosząc w świat wiary właściwe sobie kategorie, jak odmawianie oponentowi wszelkiej racji, a nawet dobrej woli.

Hans Urs von Balthasar, wybitny XX-wieczny teolog szwajcarski, stwierdził kiedyś, iż „żaden święty nie twierdził nigdy, że czyni coś jedynie słusznego”. Wszyscy oczywiście robili rzeczy dobre, ale nie uważali swoich form zaangażowania za odpowiedniki metra z Sevres katolicyzmu.

My natomiast mamy w Polsce kilka wersji katolicyzmów jedynie słusznych. Jest – absolutnie jedynie słuszna – wersja katolicko-narodowa, która zamyka się w twierdzy starych pojęć, zażarcie broniąc się przed nowoczesnością. Są waleczni katoliccy wojownicy wielkiej wojny o cywilizację prowadzonej jakoby przez Benedykta XVI, dla których każdy, kto nie jest z nimi, jest przeciwko. Zdarzają się też katolicy otwarci tak przedziwnie, że aż zamknięci na inaczej myślących współwyznawców. Są wreszcie rozproszeni katoliccy progresiści, którzy tak bardzo miłują pluralizm, że aż nie akceptują jego bardziej konserwatywnych przejawów wewnątrz swojej wspólnoty wyznaniowej.

Prawda jest symfoniczna

Ten sam Hans Urs von Balthasar zwracał uwagę również na fakt, że nikt z nas nie jest w stanie ogarnąć (dostrzec) prawdy w całej jej złożoności. Nazywał to „symfonicznością prawdy” (zob. jego książka „Prawda jest symfoniczna. Aspekty chrześcijańskiego pluralizmu”, wydana po polsku nakładem dominikańskiego wydawnictwa „W drodze”).

Symfoniczność muzyki polega na tym, że dopiero po umiejętnym połączeniu dźwięków granych przez różne instrumenty usłyszymy prawdę utworu w całej jej złożoności zaplanowanej przez kompozytora. Piękno muzyki nie odsłoni się, gdy wszyscy muzycy na różnych instrumentach zagrają tę samą melodię, lecz wtedy, gdy każdy zagra – inaczej od drugiego – to, co ma do zagrania.

To piękne i bogate w treść porównanie umożliwia docenienie wielostronności spojrzenia na prawdę. Pozwala ono też na rozróżnianie między kakofonią a symfonią. Z kakofonią mamy do czynienia wtedy, gdy każdy „gra sobie”, z symfonią zaś – gdy wszyscy grają jednocześnie, ale w jednej orkiestrze, pod jedną batutą, jedynie czasem występując solowo. Uznanie symfoniczności prawdy wymaga zatem rozważania i uwzględniania spojrzeń na rzeczywistość odmiennych od mojego. Dopiero wtedy jestem w stanie zobaczyć złożoność świata zaplanowaną przez Stwórcę.

Rzecz jasna wcale nie oznacza to dążenia do ujednolicenia. Balthasar zwraca uwagę, że „symfonia nie oznacza bynajmniej ckliwej, pozbawionej napięć harmonii. Wielka muzyka jest zawsze dramatyczna”. Nie chodzi zatem o to, by sztucznie niwelować różnice, lecz by mieć świadomość zespołowego charakteru partytury, jaką mamy do odegrania. Przedstawianie swojego punktu widzenia jako jedynie słusznego dla katolików może tu być porównane do zachowania muzyka, który pragnie, aby wszyscy w orkiestrze symfonicznej grali z tych samych nut co on. Nie byłoby wówczas orkiestry…

Wydaje mi się, że wielu uczestników polskich sporów wewnątrzkościelnych kieruje się zasadą „gdyby wszyscy myśleli tak jak ja, to nie byłoby problemów”. Co ciekawe, nasze spory najczęściej nie dotyczą spraw doktrynalnych, ale niektórzy przywiązani są do swoich interpretacji tak mocno, że de facto stają się one dla nich niemal dogmatami wiary. Zamiast praktycznej zgody na różnorodność w jedności mamy absolutyzację swojego rozumienia społeczno-politycznych konsekwencji wiary i prezentowanie ich jako jedynego uprawnionego katolickiego sposobu myślenia i działania.

Zbyt często atmosfera polskich sporów wewnątrzkościelnych wywołuje wrażenie, że druga strona znajduje się na granicy apostazji. Język sporów bywa tak emocjonalny i pełen niechęci do oponenta, że aż nasuwają się na myśl słowa: „my jesteśmy prawdziwym Kościołem, a nie wy…”. Najgorzej, gdy pojawia się rzeczywista postawa samowolnego wykluczania innych z Kościoła wedle partykularnie ustalonych kryteriów.

Mamy też do czynienia ze zjawiskiem trafnie nazwanym przez abp. Józefa Życińskiego chrześcijaństwem obrządku prywatnego. „Wyznawcy” tego „obrządku” w imię prywatnej wizji chrześcijaństwa odrzucają niektóre prawdy czy zasady głoszone przez Kościół, za którego członków nadal się uważają. Postawa taka jest zagrożeniem dla samej istoty chrześcijaństwa – wiara jest tu bowiem traktowana jako coś wtórnego w życiu, co ma się dopasować do innej rzeczywistości, uważanej za znacznie istotniejszą. Tą rzeczywistością może być własne „ja” (gdy dopasowuje się wiarę do tego, co mi wygodne) czy też przyjęta uprzednio ideologia (gdy np. postanawiam być konserwatystą, narodowcem czy liberałem, a wiara ma mi w tym jedynie pomagać). Stosunek do Boga nie staje się tu pierwszą, najważniejszą sprawą w życiu, lecz swoistym ozdobnikiem, li tylko dodatkiem.

Chrześcijaństwo obrządku prywatnego przejawia się w wersji świadomej i nieuświadomionej. Obie są bardzo niebezpieczne, choć w różny sposób. Świadome przebieranie w doktrynie chrześcijańskiej – czyli traktowanie wiary jak karty dań w restauracji – jest fenomenem na razie dość rzadkim. Częściej mamy do czynienia z nieświadomym „układaniem sobie jadłospisu” w sposób wygodny jednostce, niezgodny zaś z prawdą głoszoną przez Kościół. Pierwsze zjawisko przeraża instrumentalnym traktowaniem chrześcijaństwa, drugie zaś swoją masowością.

Polityka przede wszystkim?

Skąd wśród katolików nad Wisłą – słusznie chlubiących się tradycją polskiej tolerancji – tak mało tolerancji dla różnorodności w Kościele? Skąd taka tęsknota za ujednoliceniem, a nie jednością w różnorodności? Skąd zawężanie przestrzeni wolności w Kościele?

   Ankieta_ID=201900#

Najbardziej winiłbym współczesną polską politykę. Przenika ona w głąb Kościoła, stając się często głównym kryterium opisu świata i wyznacznikiem postaw wobec innych. Niekiedy mamy (w praktyce, bo nie w deklaracjach) głoszenie hasła „polityka przede wszystkim”. W pierwszej połowie XX wieku za przyjęcie takiej doktryny, uznającej pierwszeństwo zobowiązań politycznych nad religijnymi, potępiony został francuski polityk Charles Maurras. Dziś Kościół jest (szczęśliwie!) mniej skłonny do potępień, ale to wcale nie znaczy, że jest nam łatwiej.

Oczywiście od polityki nie uciekniemy i nie powinniśmy uciekać, nie możemy jej jednak uznawać za sprawę najważniejszą. Polityka nie zbawi świata. Owszem, przyszłość Polski w pewnej mierze zależy od tego, kto rządzi, jakie działania są prowadzone, a jakie odrzucane, jakie ustawy są przyjmowane i jaki jest ich fundament aksjologiczny. Zależy jednak również (a ja sądzę, że bardziej) od atmosfery miłości panującej w naszych rodzinach, od tego, jakie wartości są realnie cenione (a przez to przekazywane) w domu i szkole, od naszego zaangażowania w pracę i aktywność obywatelską, od tego, czy Kościół potrafi być domem i szkołą komunii. Jeśli podziały polityczne rozbijają nasze relacje w rodzinie czy parafii, to znaczy, że pozwalamy polityce wchodzić tam, gdzie nie powinna mieć wstępu.

To nie politycy powinni swoimi decyzjami wpływać na to, czym zajmuje się Kościół. Raczej odwrotnie – to Kościół (między innymi, nie wyłącznie) ma wyznaczać standardy, do których politycy powinni się dostosowywać. Tymczasem u nas częściej polityka niż wiara opanowuje światopogląd człowieka. Politycy zabiegają albo o sztuczne stworzenie „katolicyzmu łagiewnickiego”, albo o poparcie wpływowego ojca dyrektora. Niektórzy wpadają w tę pułapkę i później polityka staje się dla nich głównym kryterium porządkowania rzeczywistości.

Świat może im się wtedy dzielić na przykład na „pro-PiS” i „anty-PiS”, z akcentem na to, że jeśli nie jest się „pro”, to znaczy że jest się zwolennikiem konkurencyjnej opcji politycznej. Wedle takiego redukcjonistycznego myślenia nie ma miejsca choćby na religijne uzasadnienie sprzeciwu wobec instrumentalnego używania krzyża podczas protestów na Krakowskim Przedmieściu. Opowiadanie się za przeniesieniem krzyża jest w tej optyce realizacją scenariusza PO, nie zaś wyrazem sprzeciwu wobec manipulowania symbolami religijnymi w celu walki politycznej. Podobnie apele o zachowanie przez Kościół większego dystansu wobec partii politycznych są odbierane jako wypływające z umiłowania PO, nie zaś z troski o dobro Kościoła. Z takim postrzeganiem świata trudno dyskutować – partner bowiem i tak wie lepiej, jaka jest „prawdziwa” motywacja.

Z przerażeniem obserwowałem narastający w ostatnich latach poziom wzajemnej agresji między PO a PiS. Zasadą polskiego życia publicznego stało się pseudoprzykazanie „Kochaj bliźniego swego, z wyjątkiem Tuska/Kaczyńskiego (niepotrzebne skreślić)”. Nienawiść polityczna wydaje się tematem w sam raz dla Kościoła. Ale biskupi o tym nie mówią… Nie mówili nawet po morderstwie w biurze poselskim PiS w Łodzi. A przecież właśnie wtedy należało głośno przypominać o miłości nieprzyjaciół jako najbardziej chrześcijańskiej wartości, o którą trzeba się troszczyć w życiu publicznym. Wtedy należało – z przyczyn moralnych, a nie politycznych – wymagać od polityków PO, żeby zareagowali na zabójstwo uzasadniane względami politycznymi tak, jakby jego ofiarą padł członek ich własnej partii. Niestety, ani Platforma nie potrafiła się na to zdobyć, ani przedstawiciele Kościoła tego oczekiwania nie sformułowali.

Smutną konsekwencją takiego rozwoju wydarzeń i symbolem złego sposobu, w jaki polityka wchodzi do Kościoła, stała się dla mnie sytuacja podczas pogrzebu Marka Rosiaka w łódzkiej katedrze. Uczestniczący we mszy pogrzebowej prezydent Bronisław Komorowski i prezes Jarosław Kaczyński wykonali duży wysiłek, by siebie wzajemnie nie zauważyć podczas przekazywania znaku pokoju, po czym obaj pobożnie przyjęli Komunię świętą z rąk biskupa. Wydarzenie to było dla mnie bolesną karykaturą realizacji misji Kościoła, który – jak mówi Sobór Watykański II – ma być sakramentem jedności całego rodzaju ludzkiego. Tu natomiast wobec dramatycznie pogłębiających się podziałów politycznych nie słyszymy nawet pytania: „Czy potrafię kochać bliźniego swego, także oponenta politycznego?”.

Ta orkiestra nie gra dla siebie

Pytanie to nie pojawia się również dlatego, że ci, którzy z urzędu są sługami jedności w Kościele – biskupi – sami często uwikłali się w politykę. Skoro stali się stronniczy, trudniej im o ton wyrażający troskę o dobro wspólne. 

Wyjątkowo smutnym przejawem tego uwikłania stała się dla mnie tegoroczna publiczna polemika dwóch biskupów. Gdy abp Józef Życiński wygłosił – dość oczywistą, wydawałoby się – opinię, że Matka Boska nie była partyjna, bp Kazimierz Ryczan dosadnie to skomentował, i to w radiu publicznym: „Oczywiście, stare cwaniactwo słowne”. Kiedy indziej chlubił się ze swego jawnego poparcia dla jednej z partii. I to właśnie on w tym tygodniu głosi rekolekcje adwentowe dla polskich biskupów na Jasnej Górze.

 

W latach 90. na łamach „Więzi” kilkakrotnie apelowaliśmy do pasterzy naszego Kościoła, że tylko oni są w stanie zwołać tak potrzebny wewnątrzkatolicki „okrągły stół”. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Wszelkie inne próby spotkań katolików ponad podziałami były mało skuteczne. Zawsze bowiem kogoś istotnego brakowało (na przykład środowisko Radia Maryja konsekwentnie odrzuca zaproszenia do tego typu spotkań) albo pojawiały się pretensje dotyczące stronniczości instytucji zapraszającej i podejrzliwość wobec jej zamiarów. Dla niektórych nawet biskupi przestali zresztą pełnić funkcję zwornika kościelnej jedności. Na przykład redaktor pewnego pisma katolickiego odmówił udziału w pracach komisji episkopatu, gdyż znalazł się w jej gronie zbyt wysokiej rangi przedstawiciel konkurencyjnego pisma katolickiego.

Dopóki episkopat nie zacznie realizować pod tym względem swojej misji, trzeba samemu szukać języka bardziej wspólnego: zrobić w swojej tożsamości więcej miejsca na wewnątrzkościelną tolerancję i symfoniczność prawdy; podejmować jak najwięcej inicjatyw, które są poza podziałami czy ponad podziałami; nie tworzyć frakcji; nie skupiać się tylko na podkreślaniu różnic. Wielkim problemem bywa to, że niektórzy bardziej chcą być tylko frakcją, skrzydłem, niż współtworzyć główny korpus ciała, którym jest Kościół. Wzmacniać trzeba zatem świadomość bycia w Kościele jako podstawowy element tożsamości. Musimy się też uczyć prowadzenia wewnątrzkościelnych polemik, tak aby nie dążyć do skompromitowania czy zniszczenia partnera, lecz do podjęcia dialogu.

Czy da się ustalić ogólnie obowiązujące nieprzekraczalne granice wewnątrzkościelnej tolerancji? Sądzę, że jest to niemożliwe – rzecz jasna z wyjątkiem podstawowych dogmatów wiary, ale te i tak raczej w Polsce nie są kwestionowane. Dla mnie taką nieprzekraczalną granicą są: zniekształcanie orędzia Ewangelii, wypaczanie go czy redukowanie do przesłania zupełnie innego rodzaju, przekształcanie Kościoła w grupę nacisku czy jeszcze bardziej w „związek zawodowy zbawionych” (ks. Janusz Pasierb). Co to jednak znaczy w praktyce – tu już pojawi się spór.

Czy jest zatem nadzieja, że polska wewnątrzkościelna kakofonia przekształci się w piękną symfonię? Nie jest tu łatwo o nadzieję, zwłaszcza że nie widać dyrygenta, który potrafiłby nadać orkiestrze ład i porządek, uporządkować jej pluralizm. Być może łatwiej byłoby o pozytywny efekt, gdybyśmy wszyscy zdawali sobie sprawę, że celem naszego wspólnego grania nie jest satysfakcja muzyków. Ta orkiestra nie gra dla siebie. Zostaliśmy zwołani w Kościół – wielogłosową orkiestrę – przez Boga po to, aby być czytelnym znakiem Jego miłości do człowieka. Gdybyśmy bardziej pamiętali o tych, do których chcemy dotrzeć, którzy nie spotkali Boga żywego – może mniej skupialibyśmy się na wypominaniu sobie nawzajem dysonansów i innych błędów, a bardziej na wspólnym wykonaniu dzieła. Słuchaczom łatwiej zaś byłoby usłyszeć napisaną przez Stwórcę piękną melodię, którą nieudolnie usiłujemy zagrać.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów:

Grzegorz Górny, Nietolerancyjna tolerancja

Paweł Kozacki OP, Przegrana i dług

 

ACM (Associated Christian Ministries), Jak radzić sobie z konfliktem w Kościele?

Barbara Kapturkiewicz, We wspólnym Kościele

POL_TOLERANCJA_debata11.jpg

 

Komentarze

  1. quqzar

    Asymetria i poszukiwania

    Łatwo jest zwalić wszystko na politykę i mieć czyste sumienie. Ale przecież to my sami od dwudziestu lat wybieramy właśnie takich, a nie innych polityków. Ludzie niegłosujący są odpowiedzialni za obecny stan rzeczy tak samo jak głosujący. Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć – mamy dokładnie to, czego sami sobie jako społeczeńśtwo zażyczyliśmy.

    Ciekawym punktem tego artykułu jest poruszenie zagadnienia symetrii pomiędzy różnymi wizjami katolicyzmu. Czy jednak na pewno sytuacja "walecznych katolików" jest tak bardzo podobna do sytuacji "katolickich progresistów" ? Sam Autor opisuje wszak pierwszą z tych frakcji jako zorganizowaną i posuwającą się niekiedy nawet do otwartego (!) popierania konkretnej opcji politycznej, drugą natomiast jako rozproszoną i pozbawioną wyrazistej reprezentacji kościelnej. Czy nie jest trochę tak, że głównym spoiwem łączącym pomiędzy sobą katolików "otwartych" jest po prostu niechęć (przyznaję, nie zawsze uzasadniona) do wizji prezentowanej przez katolików "zamkniętych" ? Po jednej stronie mamy wyraźnie określone przekonania i spójne koncepcje, po drugiej natomiast… szum ideologiczny. "Progresiści" nie zgadzają się ze sobą w wielu kluczowych sprawach, mają różne punkty widzenia i często nie są w stanie ich pogodzić. Łączy ich to i tylko to, że… nie są twardymi "tradycjonalistami". Takie są przynajmniej moje odczucia, ale być może jest to zbyt jednostronne podejście do tematu.

    Jeszcze słowo o tak zwanym chrześcijaństwie obrządku prywatnego. Wbrew temu, co momentami wydaje się sugerować Autor, odrzucenie nauczania Kościoła w jakimś konkretnym miejscu nie oznacza od razu instrumentalizacji wiary. Wręcz przeciwnie – sądzę, że w wielu sytuacjach jest ono połączone z autentyczną chęcią poszukiwań i potrzebą doświadczenia prawdziwego spotkania z Bogiem. Na ważkie pytanie o relację pomiędzy religią a polityką każdy musi odpowiedzieć sobie sam, i nie ma co wieszać psów na wolnomyślicielach. Ani też, oczywiście, na tradycjonalistach. Przecież właśnie o to tu chodziło, prawda ?

    Pozdrawiam

     

     
    Odpowiedz
  2. p.radzynski

    Jak zagrać dobrą symfonię?

    Dlaczego mamy problem? Dyrektor orkiestry jest jeden – Jezus Chrystus; gramy ten sam utwór – Ewangelię. To dlaczego nie słyszymy symfonii tylko kakofonię? Podoba mi się przywołanie zjawisk „symfonicznej prawdy” i „chrześcijaństwa obrządku prywatnego”. Wydaje mi się jednak, że jest to tylko diagnoza sytuacji Kościoła. Ciągle brakuje mi konkretnych recept na przeciwdziałanie chorobom, jakie trawią Kościół w Polsce, polskie społeczeństwo.

    Autor zwraca uwagę na poważną trudność w dochodzeniu do poczucia jedności w Kościele (co obrazuje nietolerancja wśród jego członków). Tą trudnością jest polski episkopat, który w ważnych kwestiach nie potrafi mówić wspólnym głosem. Nawet więcej – występuje przeciw sobie, czego przykład pokazuje Zbigniew Nosowski. Jeśli ludzie obdarzeni duchowym darem duszpasterstwa – bo za nie odpowiedzialni są biskupi – nie potrafią współgrać w jednej orkiestrze, to nie dość, że muzycy są niezadowoleni, to i słuchacze wychodzą z koncertu z niesmakiem.

    Naczelny WIĘZI wydaje się mówić o konieczności oddolnej inicjatywy w Kościele. Ale na ile i w jaki sposób „dół” może wpłynąć na „górę”? Czego potrzebuje hierarchia a jakich środków musi użyć laikat, żeby skutecznie na siebie wzajemnie oddziaływać, rozumieć swoje dobre intencje? Czy biskupom wystarczy pokora? Czy świeccy mają taką siłę i świadomość, że mogą wpływać w znaczący sposób na swoich pasterzy?

    Nie tworząc jedności wewnątrz Kościoła powodujemy negatywne reakcje świata na ten Kościół. O ile katolicy różnych maści jakoś się odnajdują w różnorodności, to ludziom niewierzącym, wątpiącym, szukającym skutecznie uniemożliwiamy poznanie piękna Bożego Królestwa, które już trwa w Kościele. Może poczucie odpowiedzialności za innych pozwoliłoby doprowadzić do skutecznej miłości wśród katolików.

    Istotnym elementem wydaje mi się zasygnalizowane na początku przez Zbigniewa Nosowskiego poszukiwania swoich słabych stron i co ważniejsze – mocnych stron „przeciwnej frakcji” w Kościele. Poznanie motywacji religijnych, duchowości i pobożności drugiej strony, a także zrozumienie socjologicznych i psychologicznych uwarunkowań członków poszczególnych „frakcji” ułatwią owocowanie wzajemną miłością w praktyce.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code