Przegrana i dług

[play=debata_11_kozackiB.mp3]

Rabbi z Nazaretu wielokrotnie dał przykład, jak należy podchodzić do kogoś, kto jest nam nieżyczliwy, obcy lub wprost wrogi. A przecież nie uważał wszystkich poglądów i postaw za równoprawne. Dobro nazywał dobrem, a zło złem. Nie przeszkadzało Mu to jednak być przyjacielem złodziei i prostytutek. Jednocześnie z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie prowadził długotrwały spór z użyciem mocnych argumentów, a nieraz nawet mocnych słów. Jeśli nie dość w Kościele postaw szacunku wobec innych, to dlatego że za mało żyjemy Ewangelią, za mało jesteśmy Jego uczniami. W postawie Jezusa i Jego przykazaniu miłości nie brakuje niczego, co można by dorzucić do postawy, która w języku świata nazwana się tolerancją.

Konieczność mówienia o tolerancji wewnątrz Kościoła katolickiego jest jego przegraną i spłacaniem długu, jaki wspólnota Kościoła zaciągnęła przez swoje odejście od ideału zaproponowanego przez Jezusa Chrystusa. Założyciel Kościoła powtarzał, że pierwszym przykazaniem, które zostawia swoim uczniom, jest nakaz miłości Boga i bliźniego. Jezus zapytany przez człowieka chcącego się wymigać od realizowania miłości, kto jest jego bliźnim, wskazał na Samarytanina, czyli kogoś pogardzanego przez Żydów. Podkreślił w ten sposób, że bliźni to nie ktoś należący do tego samego narodu czy wspólnoty wiary, ale każdy człowiek napotkany w drodze. Poprzeczka ewangelicznego ideału, którym jest przykazanie miłości, została przez Jezusa podniesiona jeszcze wyżej – do granic ludzkiej możliwości: „A Ja wam powiadam: miłujcie nieprzyjaciół waszych”. Rabbi z Nazaretu wielokrotnie dał przykład, jak należy podchodzić do kogoś, kto jest nam nieżyczliwy, obcy lub wprost wrogi. A przecież nie uważał wszystkich poglądów i postaw za równoprawne. Dobro nazywał dobrem, a zło złem. Nie przeszkadzało Mu to jednak być przyjacielem złodziei i prostytutek. Jednocześnie z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie prowadził długotrwały spór z użyciem mocnych argumentów, a nieraz nawet mocnych słów. Głosząc Dobrą Nowinę o Zbawieniu, Prawdę, za którą oddał życie, nigdy nikogo nie zmuszał do jej przyjęcia ani nie odnosił się z pogardą do tych, którzy odrzucali Jego nauczanie. Za pokusę uznawał odwołanie się do siły jako środka wspomagającego Prawdę. Umarł, bo był wierny miłości, przebaczając tym, którzy Go ukrzyżowali.

Ponieważ chrześcijanie nie potrafili ani w praktyce życia, ani nawet w głoszonych zasadach zrealizować takiej wizji, musimy dziś pokornie uczyć się tolerancji od ludzi, którzy określają się jako niewierzący bądź zakorzenieni są w innych tradycjach filozoficznych czy religijnych. Konieczność mówienia o tolerancji Kościoła jest jeszcze mocniejszym dowodem na słabość chrześcijan. Gdyby bowiem uczniowie Chrystusa pozostali wierni Jego przesłaniu, znacznie mniej ludzi oskarżałoby ich o brak tolerancji, a świat mógłby wyglądać inaczej… Gdyby ludzie przesuwający granice chrześcijaństwa nie odwoływaliby się w historii do argumentu siły i nie wspierali głoszenia Ewangelii sojuszem ołtarza z tronem…

Poczucie nieadekwatności

Skoro chrześcijanie, a konkretnie katolicy nie potrafili kochać bliźniego swego jak siebie samego, ludzie żyjący w przestrzeni zdominowanej przez chrześcijan odkrywali w sobie potrzebę upominania się o słabych, odrzuconych i prześladowanych. Gdy jednak dziś wysuwa się pod adresem Kościoła postulat tolerancji, w oczach wielu katolików takie wymaganie traktowane jest jako rzecz niewygodna i podejrzana.

Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że jako katolicy świadomie lub podświadomie wiemy lub czujemy, że konieczność mówienia o tolerancji w Kościele przybiera automatycznie kształt wyrzutu sumienia: jesteśmy niewierni Ewangelii, nasze czyny nie są zgodne z tym, co głosimy, powołując się na Jezusa.

Po drugie, jako katolicy wiemy, że tolerancja to nie jest ideał, który chcemy wcielać w życie, bo powołani jesteśmy do czegoś znacznie większego. Wszak Jezus nie nakazał nam naszych bliźnich tolerować, znosić ich inności i cierpliwie szanować odmienność, ale polecił ich miłować. Zatem uznanie, że na razie będziemy walczyć o tolerowanie naszych bliźnich, to zaniżenie standardów, zgoda na minimalizowanie wymagań. No i w dodatku często musimy przyznać, że nie potrafimy tolerować nie tylko naszych nieprzyjaciół, ludzi innych religii czy zapatrywań, ale nawet siebie nawzajem, bo jakże często katolik katolikowi jest wilkiem.

Wreszcie po trzecie, mówienie o tolerancji jest czymś podejrzanym, bo często łączone jest z treściami obcymi chrześcijaństwu, niezgodnymi z duchem Ewangelii. Dlatego wielu katolików, słysząc słowo tolerancja, czuje się zmuszonych do uznania przygodnego seksu za naturalną rozrywkę człowieka, do zgody na antykoncepcję, do akceptacji aborcji jako wolnego wyboru każdej kobiety oraz do braku sprzeciwu wobec małżeństw gejów i lesbijek i ich roszczeń do wychowywania dzieci. Ten przymus wzmocniony jest groźbą, że jeśli ktoś nie akceptuje takiego widzenia świata, staje się automatycznie człowiekiem nietolerancyjnym i nienowoczesnym, a właściwie kimś dyskryminującym każdego inaczej myślącego i postępującego.

Opór przeciwko takiej tolerancji jest o tyle uzasadniony, że często propagowanie wyżej wymienionych zachowań przejmuje formę nachalnej propagandy. Wystarczy przejrzeć treść filmów, w których geje są zawsze szlachetni, a katolicy to despoci albo pedofile. Wystarczy poczytać lakierowane magazyny przekonujące, że nowoczesny mężczyzna powinien zdrowo się odżywiać, być wysportowany, mieć dużo pieniędzy i potrafić szybko uwieść kobietę na jedną noc. W podobnym duchu powinna kształtować swoje życie kobieta nowoczesna, która musi być cosmopolitan i glamour, a jeśli żyje z jednym mężem, decyduje się na pracę w domu i wychowywanie dzieci, to skazuje się na poniżający status kury domowej.

Gdy zatem słyszę pytanie „Czy polscy katolicy reprezentujący różne nurty w Kościele są wobec siebie tolerancyjni?” albo „Jakie są pozytywne przejawy i przykłady tolerancji i dialogu we wspólnocie Kościoła katolickiego?”, to czuję się zakłopotany. Widząc bowiem pracę duszpasterzy w środowiskach marginalizowanych, takich jak bezrobotni w postpegeerowskich wioskach czy dzieci i młodzieży z blokowisk, trudno mi stwierdzić, że owi duszpasterze kierują się duchem tolerancji wobec wykluczonych. Raczej czują się posłani do tych ludzi w duchu Ewangelii, która nakazuje troskę o ubogich. Jeśli widzę setki czy tysiące ludzi zaangażowanych w takie ruchy jak Wiara i Światło, którzy poświęcają swój czas i siły na towarzyszenie ludziom niepełnosprawnym umysłowo czy ruchowo oraz ich rodzinom, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, że kierują się oni duchem tolerancji wobec niepełnosprawnych. Będą raczej mówić o przyjaźni. Jeśli widzę siostry zakonne opiekujące się ludźmi chorymi i starymi, których rodziny chętnie oddają do domów starców, albo kapelanów w więzieniach, to nie wpadłbym na pomysł, by powiedzieć, że tolerują oni odrzuconych i samotnych, tylko że im służą. Jeśli widzę młodych katolików z entuzjazmem udających się do Taizé czy organizujących w tym duchu spotkania w swoich parafiach, to nie pomyślę o nich jako o grupach, którym bliska jest idea tolerancji. Raczej dialogu i spotkania.

Oczywiście istnieją takie przejawy zachowań we wspólnocie Kościoła, które można uznać za nietolerancyjne np. pogardę, wyniosłość, odpychający styl bycia, bufonadę, złe mówienie o innych, bezpodstawne oskarżenia… Twierdzę jednak, że często jest to nie tyle brak tolerancji, ile brak dobrego wychowania czy nadmiar bizantynizmu. Oto przykład. Prowincjał dominikanów ojciec Krzysztof Popławski został kiedyś poproszony o ochrzczenie dziecka swoich przyjaciół. Poszedł do ich parafii, gdzie został przez tamtejszego wikarego potraktowany, delikatnie rzecz ujmując, w sposób lekceważący: „Byłem dla niego powietrzem”. Podobnie odniosła się do niego siostra zakonna pracująca w zakrystii. W którymś momencie ktoś rzucił od niechcenia pytanie: „A czym się ojciec zajmuje?”. Gdy wikary usłyszał, że Krzysztof jest prowincjałem, natychmiast zmienił sposób zwracania się do niego, a zakonnica wykrzyknęła: „To mógł ojciec od razu mówić!”. „A co to zmienia?” – zapytał mój przełożony. Niestety, zmienia bardzo dużo, jest bowiem dowodem na to, że w Kościele przynajmniej księża i zakonnicy mają wzgląd na osobę. Można podawać setki przykładów dowodzących tego, że zjawisko płaszczenia się przed wyżej stojącymi, a pomiatania tymi, nad którymi ma się jakąś władzę, jest dosyć rozpowszechnione. Nie sądzę jednak, żeby należało je wiązać z kwestią tolerancji, bo zarówno lizusostwo, jak i despotyzm mogą dotknąć ludzi bez względu na ich tożsamość czy inność, mogą być sposobem spotkania ludzi o identycznej wierze i poglądach, stylu bycia i przynależności do grup i wspólnot. Postawy te bowiem nie wynikają z różnic światopoglądowych czy jakichkolwiek innych, ale z miejsca w hierarchii władzy.

Od razu uprzedzę tych, którzy chcieliby po przeczytaniu powyższego fragmentu utwierdzić się w przekonaniu, że jest to styl specyficzny dla Kościoła. Nieprawda. Jestem w stanie podać równie wiele przykładów z życia uczelni, firm, korporacji, partii czy stowarzyszeń, w których występują analogiczne zjawiska. Chciałbym jednak zaznaczyć, że skoro ze znajomością zasad savoir vivre’u i kodów kulturowych jest w Polsce podobnie jak ze znajomością języków obcych, czyli cieniutko, w konsekwencji wiele przejawów traktowania innych i obcych wynika nie tyle z ugruntowanych uprzedzeń, ile z braku kindersztuby albo – mówiąc dosadniej – z wyniesionej z domu przaśności, by nie powiedzieć chamstwa.

Podobnie będzie w relacjach między duchownymi i świeckimi. Pewnie niejeden świecki poczuł się lekceważony przez duchownego, który dawał mu odczuć swoją przewagę. Ale też niejeden świecki miał okazję poczuć się bardzo mile potraktowany przez księdza, który czegoś od niego potrzebował. O tym, że w tych zależnościach wyższości i niższości nie chodzi o tolerancję albo jej brak dla inaczej myślących niech świadczy fakt, jak wielu proboszczów jednocześnie psioczy na komunę i doskonale dogaduje się z burmistrzami, wójtami czy innymi urzędnikami niekryjącymi swojej przynależności do SLD.

Gdy z kolei słyszę pytanie, czy kobiety są wewnątrz Kościoła dyskryminowane i ograniczane w swoich prawach, oraz gdy jak mantra włącza się przypominanie, że kobietom nie udziela się święceń kapłańskich, to też nie potrafię tego rozpatrywać w kategoriach tolerancji, czyli szacunku dla inności. Bo gdy sam myślę o ordynacji kobiet, to zastanawiam się, czy ich równouprawnienie przez dopuszczenie do święceń kapłańskich ma wyniknąć z racji teologicznych i jest odkrywaniem ducha Ewangelii, czy też z próby nadążania za stylem naszej chylącej się ku upadkowi cywilizacji, która lansuje model równouprawnienia i parytetów. Jeśli z tego pierwszego, to jestem gotowy do rozmowy, jeśli przeważać będą argumenty z drugiej grupy, to mają one dla mnie znacznie mniejsze znaczenie.

Nie wierzę w nadzieje tych, którzy widzą szansę dla Kościoła w ewentualnych święceniach kapłańskich kobiet. Ich myślenie mógłbym zawrzeć w zdaniu: „Święcenia kapłańskie kobiet wprowadzą nową jakość w relacje wewnątrz wspólnoty katolickiej oraz poprawią styl duszpasterstwa”. To pobożne życzenia oparte na myśleniu ideologicznym. Po pierwsze dlatego, że nie słyszałem, by w Kościołach, w których wprowadzono kapłaństwo kobiet, nastąpił jakiś jakościowy skok, który poprawiłby ich sytuację. Po drugie, od wielu lat stykam się z różnymi wspólnotami sióstr zakonnych. Zauważyłem, że w części wspólnot kobiety potrafią być w stosunku do siebie równie, a nawet bardziej despotyczne niż mężczyźni. Niejednokrotnie byłem świadkiem totalnej kontroli sióstr przełożonych nad ich podwładnymi. Siostry podwładne musiały się opowiadać przełożonej z każdego wydanego grosika i prosić o pozwolenie na każdą rozmowę telefoniczną. Wysłuchiwałem płaczu sióstr, które zostały przez swoje przełożone potraktowane jak przedmioty. Takiego absolutnego poddania woli przełożonej nie domagały się wcale siostry wychowane w mitycznych, przedsoborowych czasach, ale moje rówieśniczki, a nawet osoby młodsze ode mnie. Dlatego nie wierzę w samoistną naprawę Kościoła przez sam fakt święceń kapłańskich kobiet.

Gdy poruszamy kwestie miejsca ludzi świeckich czy kobiet w Kościele, ponownie mam poczucie niewystarczalności terminu „tolerancja”. Powiedziałbym, że zasadniczo zarówno świeccy, jak i kobiety są w Kościele zaledwie tolerowani. Oczywiście ich rola jest niepodważalna, bo stanowią znakomitą większość tej wspólnoty, ale ich obecność jest niedoceniona, nieszanowana, lekceważona. W przestrzeni wspólnej katolików, to jest w liturgii, w kierownictwie duchowym, w głoszeniu rekolekcji, w prowadzeniu wielu spraw administracyjnych i gospodarczych oraz w tysiącach innych miejsc nie wykorzystuje się geniuszu kobiet, nie docenia roli laikatu, nie traktuje się ich na zasadzie komplementarności powołań i bogactwa Kościoła.

Nietolerancja wewnątrz Kościoła

Nie wycofując się z tego, co napisałem powyżej, widzę oczywiście przejawy nietolerancji czy nawet dyskryminacji katolików względem siebie. Próbując je nazwać, starałem się przypomnieć sobie takie sytuacje, gdy zachowanie jakiejś grupy katolików czy pojedynczego katolika było niezależne od osoby, ku której skierowana była owa nietolerancja. Opiszę trzy przykłady postaw nietolerancyjnych oraz wydzielę jeszcze jedną dodatkową kwestię, od razu zastrzegając, że te przykłady nie dotyczą wszystkich, nie każdemu biskupowi, księdzu czy świeckiemu można je przypisać. Nie wiem nawet, jak wypadłaby statystyka – czy tylko ja miałem nieszczęście się z nimi spotkać, czy też są one zjawiskami powszechnymi.

A. Brak tolerancji wobec odmiennego zdania

Rzeczą nie do wyobrażenia jest nieludzkie podejście jednych duchownych do drugich w kwestii wolności słowa. Struktura Kościoła, która powinna służyć wspólnocie i jedności, staje się niejednokrotnie strukturą opresyjną. Znam dosyć dobrze diecezję, w której wypowiedź medialna czy napisanie artykułu, który nie spodoba się biskupowi, skutkuje natychmiastowym zakazem wypowiedzi publicznych oraz przeniesieniem księdza do parafii w przysłowiowej Psiej Wólce, gdzie króluje ślepo poddany biskupowi proboszcz. Byłem świadkiem trzech takich konkretnych akcji. Za każdym razem nie chodziło ani o podważanie Magisterium Kościoła, ani nie były to wypowiedzi niemoralne. Teksty prezentowały tylko inny styl myślenia albo poruszały tematy, o których Jego Ekscelencja czy Eminencja woleliby zachować milczenie. To, że taki sposób gwałtownego przenoszenia księdza burzył ciągłość duszpasterstwa, że nagle bez opieki zostawały grupy ludzi potrzebujących duchowego opiekuna, nie miało żadnego znaczenia. Ordynariusz nie tolerował tego, że ksiądz przemawiał własnym głosem! Za takie przestępstwo musiała być kara. Ktoś mi kiedyś powiedział: „Gdy wy, dominikanie, mówicie do kamery, wyobrażacie sobie po jej drugiej stronie ludzi, którzy będą oglądali film czy program. Gdy do kamery wypowiada się ksiądz diecezjalny, po drugiej jej stronie widzi twarz swojego biskupa”. Być może dlatego księża tak niechętnie wypowiadają się w mediach.

B. Brak tolerancji wobec zakonów

Odkąd wstąpiłem do zakonu, przekonywałem się, że być dominikaninem oznacza być na cenzurowanym. Podczas wakacyjnych wizyt w rodzinnej parafii musiałem wysłuchiwać od pracujących tam księży, że dominikanie to największa herezja w Kościele, że to darmozjady, którym nie chce się pracować, że wstąpienie do tego zakonu to moja największa życiowa pomyłka. Potem wielokrotnie już jako duszpasterz wysłuchiwałem podobnych stwierdzeń od ludzi świeckich, którzy księdzu na kolędzie czy podczas spotkań w biurze parafialnym przyznawali się, że korzystają z posługi duszpasterskiej u zakonników. O tym, że istnieje napięcie między klerem diecezjalnym a zakonnym – obecne w Kościele od wieków – niech świadczy fakt, że w niektórych diecezjach księża nie życzą sobie zakonników na swoim terenie. I rzeczywiście kościołów zakonnych tam nie ma. Dla równowagi chciałbym wspomnieć wielu księży diecezjalnych, z którymi zakonnicy mają wspaniałe relacje. Zawsze będę na przykład wspominał ks. Marcina Węcławskiego, który wyrażał radość, gdy ktoś z jego parafian odnalazł drogę do Boga w kościele franciszkanów, dominikanów czy jezuitów.

C. Nietolerancja wobec innych grup i dróg duchowych

Nietolerancja, a nawet wrogość występują nie tylko między duchownymi, ale także między różnymi grupami i wspólnotami ludzi świeckich. Wystarczy nastawić ucho, by usłyszeć, że kółka różańcowe są gniazdem dewocji, neokatechumenat jest sektą, Odnowa w Duchu Świętym to prosta droga do zielonoświątkowców, Opus Dei pierze mózgi, słuchacze radia Maryja to mohery wpychające Kościół w ciemne średniowiecze, a czytelnicy „Tygodnika Powszechnego” są liberałami rozmontowującymi Kościół relatywizmem. Podobne etykietki nie mają często wiele wspólnego z rzeczywistością, a są tylko świadectwem nieznajomości rzeczy. Są one jednak czymś powszechnie spotykanym wśród katolików, którzy boją się innej formy wyrażania religijności i pogłębiania wiary niż ta, którą sami znają. Niestety dla wielu ludzi deklarujących swoją przynależność do Kościoła katolickiego zaangażowanie większe niż coniedzielna Msza święta i spowiedź przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą już trąci fanatyzmem, a na kogoś, kto pojawia się w Kościele częściej niż raz w tygodniu, trzeba mocno uważać. Nietolerancja czy agresja skierowana przeciwko ludziom z innym lub głębszym zapleczem duchowym lub inaczej wyrażających swoją wiarę będzie tym większa, im bardziej niepewni swojej wiary są ci, którzy taką agresję prezentują. Nie są od niej wolni ani ludzie prości, ani ci, którzy mogą się pochwalić wyższym wykształceniem. Jedni drugich będę oskarżać albo o tandetną dewocję, albo o wydziwianie i snobowanie się na wyestetyzowaną duchowość.

D. Agresje polityczne

Wreszcie dotknę tylko różnic w poglądach politycznych, które nie są specyficzne dla katolików, ale są zjawiskiem ogólnospołecznym. Rodzą one takie namiętności, że katolicy należący do tego samego Kościoła, tej samej parafii czy tego samego zakonu nie potrafią ze sobą rozmawiać. W dominikańskich klasztorach kiedyś dużo dyskutowaliśmy o polityce, dziś raczej unikamy tych tematów. Stwierdziliśmy intuicyjnie, że skoro żyjemy pod jednym dachem, to lepiej nie rozmawiać o tej czy tamtej partii, o tym czy tamtym prezydencie, bo to i tak donikąd nie prowadzi, a bardzo psuje atmosferę. Nie wiem, czy to oznacza, że dominikanie są tolerancyjni, ale na pewno nie potrafią ze spokojem wysłuchać odmiennego zdania współbrata na tematy polityczne.

Czy są granice tolerancji w Kościele?

Pytając o granice tolerancji, przywołałbym to, co pisałem na początku. Skoro nie o rozwój tolerancji mamy zabiegać, tylko o miłość do przyjaciół i nieprzyjaciół, to nie ma w tym dziele końca. Granicę tak pojętego powołania wyznaczają słowa Jezusa: „Nie ma większej miłości, jak oddać swoje życie”. Granicą miłości jest ukrzyżowanie swojego życia. W historii wspólnoty katolickiej nie brak było przykładów, gdy ktoś tak bardzo umiłował Boga i bliźniego, że rezygnował ze swego życia rodzinnego czy osobistego na rzecz służby drugiemu człowiekowi – zwłaszcza ubogiemu. Czasem ta miłość posunięta była do ostateczności, czyli do męczeństwa. Kościół w Polsce ma w swej historii na to dość przykładów.

   Ankieta_ID=201889#

O ile jednak powyższy akapit mówi o braku granicy w pozytywnym podejściu do drugiego człowieka, o tyle trzeba jasno zaznaczyć, na co zgody być nie może, czego tolerować w Kościele nie wolno.

W tym wypadku wskazałbym na dwie płaszczyzny: moralną i dogmatyczną. Ta pierwsza oznacza brak tolerancji dla zachowań, które krzywdzą drugiego człowieka, zwłaszcza gdy jest to człowiek słabszy. Oczywiście można powiedzieć, że katolicy bez przerwy popełniają grzechy, którymi się wzajemnie krzywdzą, i rzeczą nierozsądną byłoby wzywać do nietolerowania ludzkich słabości. Chodzi zatem o grzechy, które są przestępstwami w świetle ogólnie przyjętych norm prawa państwowego. Jeśli ktoś kradnie, powinien być ścigany z mocy prawa, bez względu na to, czy piastuje w Kościele jakiś urząd, czy też nie. Jeśli narusza godność i nietykalność drugiego człowieka, powinien być osądzony. Do tej kategorii grzechów należą również nagłaśniane ostatnio mocno przestępstwa seksualne, zwłaszcza gdy dotyczą molestowania nieletnich. Są natomiast grzechy, które ścigane przez prawo nie są, a które w teologii moralnej nazywa się ciężkimi. Jeśli dodatkowo powodują one zgorszenie, nie powinno być dla nich tolerancji. Oczywiście braku tolerancji dla grzechu nie wolno utożsamiać z nietolerancją dla grzesznika. Ci, którzy się źle mają, powinni być otoczeni tym większą troską i miłością, bo „nie potrzebują lekarza zdrowi, ale chorzy”.

Drugim rodzajem granic tolerancji wewnątrz Kościoła jest niezgoda na poglądy sprzeczne z wyznaniem wiary katolickiej, zwłaszcza jeśli przedstawiane są jako prawdy wiary katolickiej. Jeśli muzułmanin głosi, że Jezus nie był Bogiem, a tylko jednym z proroków, to się z nim nie zgadzam, ale odnoszę się z pełnym szacunkiem dla jego poglądów. Jeśli to samo głosi ksiądz katolicki i co więcej opinię tę przedstawia jako przesłanie Kościoła katolickiego, to trzeba do niego podjeść z szacunkiem, ale dla takiego nauczania wewnątrz Kościoła zgody być nie może. Wspólnota Kościoła nie musi się zgadzać, by dowolny teolog rozpowszechniał swoje prywatne poglądy jako powszechne nauczanie Kościoła. Od razu podkreślam – podobnie jak przy kwestiach moralnych – że ten rodzaj nietolerancji dotyczy poglądów, a nie ich autora. Tolerancja dotyczyć będzie indywidualnej drogi i poglądów danego człowieka, ale nie będzie zgodą na traktowanie tego typu wypowiedzi na równi z Prawdą objawioną przekazywaną w Piśmie Świętym i Tradycji. Powinniśmy oczywiście w pełni akceptować, że każdy chrześcijanin inaczej dochodzi do Prawdy, każdy ma indywidualną drogę i na tej drodze przechodzi różne etapy, ale nie wolno nam rozmyć tożsamości Kościoła i jego nauczania. Kościół nie jest klubem dyskusyjnym. Nie jest on właścicielem Prawdy, by mógł nią swobodnie dysponować, ale Prawda została mu powierzona. Nie może zatem akceptować zmian w sprawach stanowiących fundament wiary, nawet jeśli w demokratycznych plebiscytach by wyszło, że większość katolików twierdzi, że nie ma zmartwychwstania.

Tak określając granice tolerancji, zdaję sobie sprawę, że są one nieostre i wyznaczają pewien obszar, w którym każdorazowo i indywidualnie, kierując się roztropnością, trzeba rozważyć, co możemy zaakceptować, a czego nie wolno nam tolerować. Konieczna jest bowiem z jednej strony tolerancja wobec ludzkich poglądów, poszukiwań, niepokojów, które mogą być twórcze i wprowadzać elementy pozytywnego fermentu, ale z drugiej strony musi być we wspólnocie Kościoła troska o depozyt wiary, którego nie wolno zgubić w niekończących się dyskusjach.

Być tolerancyjnym czy być uczniem Jezusa?

Wśród katolików wciąż obecne są wymieniane przez Jezusa grzechy prowadzące do nietolerancji, takie jak „nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota”. Zatem jedyną drogą rozwijania postaw tolerancji w Kościele katolickim jest wskazywanie na Jezusa Chrystusa jako Mistrza w podejściu do drugiego człowieka. Jeśli nie dość w Kościele postaw szacunku wobec innych, to dlatego że za mało żyjemy Ewangelią, za mało jesteśmy Jego uczniami. W postawie Jezusa i Jego przykazaniu miłości nie brakuje niczego, co można by dorzucić do postawy, która w języku świata nazwana się tolerancją. Niczego więcej ten świat od nas dostać nie może.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów:

Grzegorz Górny, Nietolerancyjna tolerancja

Zbigniew Nosowski, Symfonia czy kakofonia?

 

ACM (Associated Christian Ministries), Jak radzić sobie z konfliktem w Kościele?

Barbara Kapturkiewicz, We wspólnym Kościele

 

POL_TOLERANCJA_debata11.jpg

 

Komentarz

  1. p.radzynski

    Nie tolerować a kochać!

    Mocna i dość bolesna teza na samym początku, że tolerancja dla katolika to za mało, bo nasz Pan nakazał nam miłość, trafnie komentuje sytuację katolików i bardzo dobrze wpisuje się w tematykę podnoszoną w cyklu debat Polska Tolerancja. Dla człowieka wierzącego Jezus powinien być wzorem postępowania. A On pokazał czym jest miłość. Pokazał to w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, pokazał poprzez spotkania z celnikami i prostytutkami. Pokazał, jak zachowywać się wobec ludzi innych, odrzuconych, pogardzanych – właśnie takich, o których przez trzy ostatnie miesiące debatujemy. Zawsze potępiał grzech, ale człowiekowi podawał rękę.

    Bardzo podobają mi się te przewrotne tezy Ojca Kozackiego mówiące o sceptycyzmie katolików do tolerancji. Zwłaszcza ta pierwsza mówiąca o wyrzucie sumienia z powodu nieadekwatności naszych słów i czynów.

    Żałuję jedynie, że wśród wielu przejawów nietolerancji tak mało wymienia Ojciec przykładów pozytywnych. Wydaje mi się, że dobrze wiemy jak NIE mamy postępować, gorzej z postawami praktycznej miłości.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code