Od ustroju wolności nie ma odwrotu

[play=Hartman.mp3]

 Dziś nie czas mówić o tolerancji. Obowiązek tolerowania innych wyznań i innych niż nasze światopoglądów czy obyczajów jest oczywistością, potwierdzoną przez konstytucje wszystkich cywilizowanych narodów. Nikt już nie robi łaski, że „toleruje”: innowierców, ateistów, homoseksualistów, Żydów czy Arabów. Sama myśl, iżby jakaś grupa społeczna czy środowisko miało być pozbawione praw analogicznych do tych, jakimi cieszą się inne grupy, zakrawa na dyskryminację, dla opinii publicznej krajów Zachodu stanowiąc skandal.
 
 
Spośród wielu pojęć opisujących przewagi nowoczesnego społeczeństwa nad społeczeństwem przednowoczesnym bądź „tradycyjnym” najstarsze jest pojęcie tolerancji. Już w okresie reformacji i wojen religijnych w Europie nadzieje na pokój wiązano z upowszechnieniem pewnego minimalistycznego ideału politycznego, który nazwano tolerancją. Ideał ten zawdzięczamy pisarzom politycznym – od Spinozy, poprzez Locke`a, po Woltera, jakkolwiek w praktyce tolerancja istniała okresowo tu i ówdzie od zawsze. Minimalizm świadomie formułowanej idei tolerancji polega na tym, że postulowana w nim postawa nie nakłada ani na książąt, ani na zwykłych ludzi żadnych nierealistycznych zobowiązań. W szczególności zgoda na tolerowanie innych wyznań – bo właśnie o religię pierwotnie tu chodziło – bynajmniej nie oznacza, że przestaje się uważać własne wyznanie za jedynie prawdziwe, a pozostałe za fałszywe. Nie oznacza nawet tego, że nie będzie się pogardzać fałszywą wiarą ani jej dyskryminować. Oznacza jedynie, że mniejszości – katolickiej czy protestanckiej albo żydowskiej lub muzułmańskiej – pozwoli się żyć spokojnie i praktykować swoją religię w kraju, którego religią państwową jest inne wyznanie.
 
Tym samym polityczny koncept tolerancji zakłada tradycyjne, przedliberalne stosunki społeczne i ustrojowe, w których państwo uznaje jedno z wyznań za swoje, na różne sposoby wspierając je i faworyzując, a w przypadku, gdy było to wyznanie katolickie, uznaje też pewne ograniczenia własnej suwerenności na rzecz władzy papieskiej. Cała rzecz na tym tylko polega, żeby wyznanie panujące nie niszczyło innych wspólnot wyznaniowych. W czasach współczesnych, w odniesieniu do państw świeckich i demokratycznych, dbałych o zachowanie równego dystansu do wszystkich wyznań, tolerancja jest więc ideą zupełnie anachroniczną i „nie na temat”. W swoim czasie odegrała jednakże ogromną, pozytywną rolę – mogła odegrać jeszcze większą.
 
Niestety, idea tolerancji, mająca przede wszystkim podbudować pokój między protestantami i katolikami (razem z zasadą „czyja władza, tego religia”) przyjmowała się dość opornie, z uwagi na niejasną kwestię granic tolerancji. Jako że począwszy od XVI wieku zaczęły powstawać w Europie suwerenne państwa lokalne, z czasem coraz silniej określające swoją tożsamość w oparciu o czynniki religijne i etniczne, wielkiego znaczenia nabrała idea lojalności obywatelskiej wobec państwa. Dlatego naturalną rzeczą wydawało się wyznaczenie granicy tolerancji w tym samym miejscu, w którym przebiegała granica lojalności i nielojalności. Katolików wszelako trudno było uznać za w pełni lojalnych wobec państw lokalnych, zwłaszcza protestanckich, skoro z natury rzeczy uważali się oni za posłusznych papiestwu. Poniekąd łatwiej było Anglikom czy Holendrom tolerować Żydów niż katolików. Jako projekt polityczny ideał tolerancji napotykał poważne przeszkody.
 
Jeśli prześladowania i walki religijne w ciągu XVIII i XIX wieku stopniowo w Europie wygasały, to raczej z powodu ogólnego wzrostu ucywilizowania niż z racji jakiejś głębokiej internalizacji idei tolerancji przez społeczeństwa Zachodu. Również stopień, w jakim w tym czy innym kraju, w tej czy innej epoce dopuszczalna była pewna swoboda i różnorodność obyczajów, zależał nie od jakiegoś elitarnego projektu „liberalnego”, ale od zjawisk społecznych związanych z tworzeniem się nowych systemów władzy i dyscypliny społecznej. Analogicznie, zagęszczenie przemocy i dyskryminacji w życiu społeczeństw nowożytnych było funkcją sytuacji politycznej, ekonomicznej czy społecznej, dającej się opisywać w kategoriach nauki historii oraz teorii politycznej.
 
Niemniej jednak, począwszy od XVIII wieku, zaczęła się w Europie rozwijać kultura liberalna, oparta na nowych ideałach politycznych i etycznych, stopniowo przyjmowanych przez całe grupy społeczne, państwa, a nawet całe społeczeństwa. Nie umiem powiedzieć, w jakiej mierze rozwój kultury liberalnej, kulminujący w naszych czasach, gdy cały świat albo praktykuje liberalną demokrację, albo przynajmniej udaje, że to czyni, był dziełem duchowym – następstwem upowszechnienia ideałów nowej, liberalnej moralności, a w jakiej mierze był procesem politycznym, dającym się wytłumaczyć interesami i czynnikami obiektywnymi. Być może rola pisarzy i myślicieli nie była aż tak wielka. Faktem jest jednak, że rewolucja się dokonała. W wyniku tej rewolucji straciły legitymację moralną oba modele polityczne, które znała chrześcijańska Europa: feudalny i wczesnonowożytny, oparty na zasadzie oświeconego paternalizmu, stanowiącego, że władza państwowa kieruje sprawami doczesnymi wszystkich stanów a kościelna sprawuje pieczę nad moralnością publiczną i życiem duchowym.
 
Kultura liberalna nie ogranicza się zresztą do kontestacji władzy autorytarnej czy paternalistycznej jako niesprawiedliwej z racji swej arbitralności. Rewolucja moralna liberalizmu jest głębsza. Domaga się wprawdzie rządów prawa i jest to jeden z powodów sprzeciwu wobec władzy paternalistycznej, przede wszystkim jednak domaga się poszanowania wolności indywidualnej oraz równości, bez względu na pochodzenie, wyznanie, rasę, płeć czy orientację seksualną. Dezyderat równości prowadzi zaś do żądań demokratycznych oraz sprzeciwu wobec wszelkiej dyskryminacji, a nawet do żądań idących w kierunku ograniczenia różnic społecznych i majątkowych.
 
Wartości kultury liberalnej są bardzo proste i można je ująć w formie postulatów adresowanych do rządów, czyli władzy państwowej, a zwłaszcza władzy prawodawczej. Najważniejszy postulat żąda, aby państwo stało na straży wolności kultywowania przez obywateli – jednostki i grupy – takich form życia, jakie same dla siebie wybiorą, dokładając starań, by wprowadzając ład prawny i ład publiczny ograniczały swobody obywateli w najmniejszym możliwie stopniu. Zwłaszcza zaś nie jest dopuszczalne, aby jakakolwiek władza, wykorzystując swój demokratyczny nawet mandat do rządzenia, wcielała w życie w postaci nakazów i zakazów takie formy zachowań, które za najlepsze uważa jakiejś ugrupowanie polityczne, jakaś instytucja religijna lub po prostu większość obywateli.
 
W społeczeństwie wolnym władza i prawo nie służą do sankcjonowania takich czy innych wyobrażeń o dobrym życiu a dobra wola i silne przekonanie o moralnej słuszności pewnych zachowań nie są wystarczającą podstawą do narzucania ich społeczeństwu drogą nakazów i zakazów. Władza więc musi być – i to jest kolejny postulat – na ile się da bezstronna w sprawach, które ludzi dzielą i co do których nie ma szans na zgodę powszechną. Są to wszelkie sprawy związane z przekonaniami religijnymi, metafizycznymi, z obyczajami. Inaczej mówiąc, w państwie liberalnym trzeba mieć poważne powody, aby ludziom czegoś zakazać. Nie wystarczy do tego mandat demokratyczny (reprezentowanie woli większości), nie wystarczy dobra wola, a nawet racja moralna. Obywatele mają bowiem prawo sami siebie krzywdzić oraz dokonywać złych wyborów. Przymus i przemoc mogą wystąpić tam, gdzie panuje powszechna zgoda co do ich wartości (tak na przykład istnieje powszechna zgoda, że własność i integralność fizyczna powinna być chroniona przez władze policyjne i sądowe) oraz tam, gdzie są niezbędne dla utrzymania równej wolności, to znaczy tam, gdzie korzystanie ze swej wolności przez jednych odbywało się kosztem wolności innych.
           
W państwie liberalnym trudno się rządzi, gdyż niewiele wolno obywatelom nakazywać lub zakazywać. Namiętność do kierowania innymi, pouczania ich, jak mają żyć, nie znajduje tu dla siebie wystarczającego pola. W państwie takim wszyscy cieszą się wolnością, a najbardziej związane ręce zdają się mieć rządzący. Obywatele mogą być fanatycznymi wyznawcami jakiejś religii czy ideologii, a rządzący muszą zachowywać powściągliwość w ujawnianiu swoich przekonań, nie mówiąc już o instytucjach, których zachowanie nie może wzbudzać obawy, że taki czy inny model życia, tradycja czy pogląd jest przez nie lepiej widziany niż inne. Koszt liberalnej demokracji jest dość wysoki – środowiska przyzwyczajone do dominowania, rozkazywania, pouczania muszą zadowolić się wywieraniem wpływu jedynie mocą własnej zdolności przekonywania, bez pomocy żadnych przywilejów.
           
Ochrona równej wolności przed władzą autorytarną, w tym autorytarnym rządem demokratycznym, to jednak nie wszystko. Dla kultury liberalnej naszych czasów charakterystyczne jest odrzucanie nienawiści, fanatyzmu, pogardy, które prowadzą do dyskryminacji, niesprawiedliwości, a nawet wojny. Wprawdzie osobom i grupom zamkniętym we własnym poczuciu wyższości i wzgardzie dla wszystkiego, co inne, zapewnione jest bezpieczeństwo i swoboda kultywowania własnych przekonań, niemniej jednak klimat społeczny państw i społeczeństw liberalnych jest tego rodzaju, iż wypowiedzi wyniosłe i pogardliwe, a nawet zaledwie protekcjonalne uważane są za niestosowne w sferze publicznej. Wynika to z przyjęcia w kulturze liberalnej zasady moralnej, którą nazwać można zasadą poszanowania. Nie chodzi tu wcale o tolerancję ani nawet o szacunek dla godności ludzkiej. Chodzi o świadomość, że inni – niezależnie od tego, czy uważamy ich za lepszych czy gorszych od nas samych, czy ich lubimy, czy nie – mają prawo być tu z nami, żyć bezpiecznie i korzystać z równych praw, bez poczucia, że są obcy, zaledwie tolerowani.
           
Zasada poszanowania umocowana jest nie w jakichś przekonaniach metafizycznych (na przykład takim, że każdy człowiek jest unikalną osobą stworzoną przez Boga na Jego obraz i podobieństwo i w tym wyraża się jego godność), lecz w cnocie skromności i powściągliwości. Bez tej cnoty trudno poskromić pragnienia dominowania nad innymi, narzucania im własnych przekonań, protekcjonalizmu. Bez tej cnoty trudno praktykować równą wolność, a zwłaszcza wykonywać mandat władzy w sposób liberalny, a więc stale zapytując samego siebie, czy aby nie ulegam pokusie ograniczania wolności obywateli poza niezbędną potrzebę, wynikłą z konieczności zagwarantowania im równej wolności i bezpieczeństwa.
 
Tolerowanie może być jeszcze wzgardliwe, może być protekcjonalne – poszanowanie musi mieć za sobą jakąś dozę pokory. Kultura liberalna jest właśnie kulturą łagodności i pokory – dopuszcza przemoc jedynie wobec tych, którzy nie zadowalając się własną wolnością, chcieliby nastawać na wolność i bezpieczeństwo innych. Państwo liberalne jest jakby odwrotnością państwa totalnego – to ostatnie kontroluje obywateli, poddając ich nieustannie czynnościom wychowawczym i dyscyplinującym, to pierwsze zaś nieustannie kontroluje i wychowuje samo siebie, aby w zarodku już zdusić wszelkie tendencje autorytarne, wszelką ochotę na meblowanie ludziom życia wedle własnych gustów i przekonań, jak żyć się godzi, co jest, a co nie jest obyczajne, jaką naturę ma człowiek i jaki jest sens jego życia.
           
Ustrój liberalnej demokracji różni się tym od ustrojów tradycyjnych, że nie opiera się na żadnym zespole przekonań dotyczących tego, jak powinno się żyć, lecz na ideałach politycznych szacunku dla równej wolności. Państwo takie nie ma więc żadnej własnej ideologii, a co najwyżej pewien jej negatywny i, by tak rzec, metaprzedmiotowy, odpowiednik w postaci zakazu angażowania się przez rząd po stronie jakiejkolwiek ideologii, religii czy metafizyki. Ten osobliwy ustrój ma to do siebie, że wszyscy żyjący w nim ludzie mogą bez przeszkód kultywować drogie im sposoby życia, a jedyne, czego im brak, a co bywa przywilejem większości w państwach autorytarnych, to możliwość zaprowadzania porządków publicznych, w których mniejszości muszą podporządkowywać się obyczajom większości i znosić ich dominację. Doświadczenie wskazuje wszak, że społeczeństwa, które wkroczyły na drogę liberalnej demokracji, nie chcą się jej wyzbywać dla folgowania namiętności dominowania nad mniejszościami. Co więcej, nawet konserwatywnie i tradycjonalnie żyjący obywatele takich państw nie życzą sobie na ogół, aby ich poglądy były sankcjonowane przez porządek prawny.
 
W USA katolicy nie chcieliby, aby w siedzibie Kongresu wisiał krzyż, a prezydent pokazywał się w otoczeniu katolickich biskupów. Wolność, której jedną z gwarancji jest neutralność wyznaniowa państwa, cenią sobie wszyscy. Dlatego można powiedzieć, że od ustroju wolności nie ma odwrotu – raz zdobyte swobody i gwarancje wolnościowe nie mogą już zostać społeczeństwu trwale odebrane. Skądinąd liberalna demokracja nie zabezpiecza przed biurokracją ani mnożeniem się państwowych regulacji, czasami wręcz służącymi zabezpieczeniu wolności obywateli, które w namiarze stają się uciążliwe niczym ograniczenia wolności. Bynajmniej nie znaczy to jednak, aby niezadowoleni z „liberalnej biurokracji” obywatele chcieli zamienić ją na jakikolwiek rząd autorytarny. Nikt, kto doświadczył życia w wolności, dobrowolnie nie zrzeka się wolności, nie oddaje innym prawa dokonywania wyborów we własnych sprawach ani nie zgadza na oddanie komukolwiek arbitralnej władzy nad sobą. 
           
Kościoły chrześcijańskie, w tym Kościół katolicki, od jakiegoś czasu akceptują dokonaną już rewolucję liberalną. Trwało bardzo długo, zanim Kościół katolicki zaprzestał walki ze swobodami demokratycznymi, uznał podstawowe prawa liberalno-demokratyczne, jak wolność słowa, wolność wyznania, równouprawnienie wyznań, rozdział Kościoła od państwa. Sto lat temu trudno było przypuszczać, że Kościół opowie się za demokracją, świeckością państwa, równouprawnieniem kobiet, a jednak zmienił zdanie i wszystkie te poglądy liberalne przyjął. Byłoby czymś nieracjonalnym spodziewać się, że nie uczyni tego w stosunku do innych spraw, w odniesieniu do których dziś zajmuje stanowisko radykalne. Miałbyż Kościół w nieskończoność zwalczać antykoncepcję, skoro wierni i tak ją będą praktykować? Byłoby to przecież dowodem na to, że Kościół nie ma autorytetu wśród własnych wyznawców.
 
Głos Kościoła nie może trwale rozmijać się z przekonaniami i obyczajami wyznawców, wobec czego musi jakoś za nimi nadążać. Czym szybciej nadąża, tym lepiej dla jego popularności. Dlatego nie widzę powodu do niepokoju, gdy chodzi o upowszechnianie się wolności. Kościół katolicki nie może – a mam nadzieję, że w głębi duszy nie chce – być przeszkodą na drodze usuwania z życia społecznego przejawów dyskryminacji, nierówności i arbitralnego przymusu. Jednak Kościół katolicki nie jest monolitem – są w nim różne nurty i różne osobliwości lokalne. Jedną z nich jest Kościół w Polsce. Z całą pewnością nie jest on w awangardzie światowego katolicyzmu, a nawet więcej – w porównaniu z Kościołami katolickimi w innych krajach europejskich odznacza się zadziwiającym anachronizmem, który w znacznym stopniu utrudnia mu przystosowanie się do warunków liberalnej demokracji. Innej wszelako możliwości niż przystosowanie Kościół nie ma, gdyż wierni ani myślą poddawać się kierownictwu Kościoła w sprawach życiowych i nie uważają, aby wiara katolicka odbierała im prawo do odmiennego od doktryn katolickich zdania w różnych kwestiach. Tak na przykład wyobrażenie, iżby polscy katolicy mieli nie korzystać z antykoncepcji albo z metody in vitro tylko dlatego, że nie podobają się to biskupom jest, całkowicie fantastyczne, dorównując pod tym względem mrzonkom, jakoby Kościół mógł odwieść ludzi od przedmałżeńskiego seksu. Walka o takie sprawy jest z góry przegrana, więc może co najwyżej zniechęcić młodych ludzi do członkostwa (wszak całkowicie dziś dobrowolnego!) w Kościele katolickim i poszukania innego wyznania.
 
  Ankieta_ID=201742#           
Różnica między Kościołem w Polsce a Kościołami w innych krajach Europy jest uderzająca. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy katolikowi przyjeżdżającemu z zagranicy i poznającemu miejscowe życie katolickie jest paternalistyczno-protekcjonalny sposób odnoszenia się księży i biskupów do swych wiernych, przypominający maniery dawnych stuleci. W Polsce księdza rozpoznać można od razu po osobliwej modulacji głosu, nadającej wypowiedzi ton protekcjonalny, nauczycielski, a będącej dla ucha człowieka przybywającego ze świata liberalnego nieznośnym manieryzmem. Dla katolików z Zachodu zadziwiające jest izolowanie się księży od wiernych, brak zwykłych koleżeńskich kontaktów osób duchownych z parafianami. Przed kościołami na Zachodzie widzimy, jak po mszy księża rozmawiają w zwykły, koleżeński sposób z wiernymi. Któryż wierny w Polsce uważa się za kolegę swego księdza? Największe zadziwienie budzi jednak sposób gromadzenia pieniędzy za pomocą zbiórki „na tacę”, po której nie następuje żadne rozliczenie, żadna informacja, ile pieniędzy zebrano i na jaki cel zostaną wydane. Dla zwykłego człowieka, a w tym dla zwykłego katolika, mieszkającego w solidnie demokratycznym kraju, takie stosunki są nie do zaakceptowania.
           
Dziś nie czas mówić o tolerancji. Obowiązek tolerowania innych wyznań i innych niż nasze światopoglądów czy obyczajów jest oczywistością, potwierdzoną przez konstytucje wszystkich cywilizowanych narodów. Nikt już nie robi łaski, że „toleruje”: innowierców, ateistów, homoseksualistów, Żydów czy Arabów. Sama myśl, iżby jakaś grupa społeczna czy środowisko miało być pozbawione praw analogicznych do tych, jakimi cieszą się inne grupy, zakrawa na dyskryminację, dla opinii publicznej krajów Zachodu stanowiąc skandal. Jeśli stawiamy pytanie o tolerowanie innych niż my sami, to co najwyżej w kontekście jakichś uciążliwości czy strat, jakie praktykowanie obcego nam stylu życia przez pewną grupę mogłoby przynieść innym grupom lub nawet samym przedstawicielom grupy inkryminowanej. Pokrewne są pytania o zasadność przywilejów, jakimi cieszą się niektóre grupy i środowiska.
 
Życie społeczne wolnego kraju nie jest wolne od tego rodzaju kontrowersji i oczywiście do ich języka należą słowa „tolerować” czy „tolerancja”, ale już nie w swoim właściwym znaczeniu politycznym. Możemy więc zadać retoryczne pytanie „jak długo jeszcze mamy tolerować dyskryminację prawną osób homoseksualnych?” albo „jak długo mamy jeszcze tolerować uprzywilejowanie związków wyznaniowych w sferze fiskalnej i reprywatyzacyjnej?”, nie zaś „czy powinniśmy tolerować homoseksualistów?” albo „czy powinniśmy tolerować uczenie dzieci o cudach?”. Tolerancja wszak jako taka jest dziś poza dyskusją – nie ma żadnej moralnej ani prawnej racji przemawiającej za ograniczaniem praw kogokolwiek, kto korzystając z tych praw nie naruszałby bezpieczeństwa, wolności ani uprawnień innych osób. Czas za to na dyskusję o poszanowaniu jako moralnym obowiązku. Czy jestem zobowiązany okazywać poszanowanie osobom żyjącym w związkach homoseksualnych albo w celibacie?             

Odpowiedź na pytanie o moralny obowiązek poszanowania utrudnia pokrewieństwo poszanowania z dwiema bardziej wyrazistymi ideami. Z jednej strony jest to idea powściągliwości i związany z nią wymóg odnoszenia się z szacunkiem do partnera publicznej dyskusji. Tu nie ma zaś żadnych kontrowersji. Obowiązują nas wszystkich dobre obyczaje. Z drugiej strony, mamy ideę szacunku – i tu wszelako sprawa jest jasna. Nikt nie ma obowiązku szanować kogokolwiek, a to dlatego, że ani siebie samego, ani innych nie można do żywienia uczucia szacunku przymusić.

Poszanowanie to jednak coś trochę innego. Polega ono na uznaniu podmiotowości i autonomii nawet tych, których się nie szanuje. Takiej postawy można się nauczyć, ale czy mamy obowiązek ją przyjmować? Nie wiem, lecz na wszelki wypadek staram się to czynić. Poszanowanie nigdy przecież nie jest złe. Mam nadzieję, że kiedyś w Polsce ludzie będą okazywać sobie więcej owego niekoniecznie może obowiązkowego poszanowania, a miłość wolności i jasne poczucie wynikających z prawa do wolności uprawnień osobistych oraz cech ustroju państwa i praktyki politycznej staną się powszechne. Mam też nadzieję, że tym, czego nauczymy się nie tolerować w naszym życiu publicznym, będą nietolerancja i agresja, polityczny paternalizm i protekcjonalizm, ideologizacja władzy politycznej, a nade wszystko dyskryminacja.  

 

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

MicrosoftInternetExplorer4


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-qformat:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:0cm;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0cm;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

Zobacz też teksty ekspertów:

o. Jan Andrzej Kłoczowski, Nie ma solidarności bez poszanowania godności

Tomasz Terlikowski, Tolerancja Jako lekko zakamuflowany totalitaryzm

Magdalena Środa, Tolerancja oczywista jak powietrze

Katarzyna Pająk, Polska tolerancja jest smutna

Deklaracja Zasad Tolerancji

 

11 Comments

  1. Malgorzata

    Poszanowanie i szacunek

    Zacznę od cytatu z tekstu prof. Hartmana:

    Poszanowanie to jednak coś trochę innego. Polega ono na uznaniu podmiotowości i autonomii nawet tych, których się nie szanuje. 

    Na zdrowy rozum i pierwszy rzut oka – absurd. Bo jak mam szanować czy poszanować kogoś, kogo nie szanuję?

    Jednakże uznanie, że został tutaj popełniony elementarny logiczny czy językowy błąd, byłoby jeszcze większym błędem, a nawet arogancją. Dlatego zastanawiam się intensywnie i z maksymalną dobrą wolą "ocalenia" tej wypowiedzi, o co tutaj może chodzić.

    Wniosek (roboczy): prezentowana przez prof. Hartmana wizja społeczeństwa liberalnego to obraz dobrze funkcjonującej maszyny, w której najważniejsze jest, aby każdy starał się być trybikiem niepowodującym kolizji czy zgrzytów. To uznanie podmiotowości i autonomii wygląda mi na uznanie, że inni są podobnymi trybikami. I to jest poszanowanie. A szacunek to taki osobisty naddatek, który trzeba kontrolować, aby nie zakłócał funkcjonowania społecznej maszyny. Idąc tym, tokiem może należałoby go nawet całkowicie wyeliminować lub zagłuszyć, podobnie jak inne elementy naszych postaw, związane z indywidualną hierarchią wartości.

    Jakoś nie bardzo podobałby mi się taki świat, w którym nikt nie oczekiwałby ode mnie osobistego zaangażowania, a tylko przestrzegania reguł. Choć może rzeczywiście taki świat wydaje się bezpieczniejszy i spokojniejszy…

     

     
    Odpowiedz
  2. awer

    Poszanowanie i szacunek.

    Małgorzato.

    Zastanawiam się dlaczego by osobiście się w coś zangażować – potrzebujesz by ktoś od Ciebie tego zaangażowania oczekiwał?

    cytuję: "jakoś nie bardzo podobałby mi się taki świat, w którym nikt nie oczekiwałby ode mnie osobistego zaangażowania, a tylko przestrzegania reguł. Choć może rzeczywiście taki świat wydaje się bezpieczniejszy i spokojniejszy…"

     

    Wychodząc Małgorzato od Twego zastanowienia pozwolę sobie na parę być może nieco oderwanych  prywatnych przemyśleń w temacie tolerancji. 

    Uważam że tolerancja wymaga przede wszystkim zrozumienia siebie, swej obecności i  w pewnym sensie doświadczenia samotności wynikającej z tej właśnie obecności. W skrócie tolerancja wymaga od nas doświadczenia własnego człowieczeństwa. Równoległym i bardzo istotnym krokiem jest doświadczanie "innych". To właśnie w  miejscu styku doświadczenia siebie i innych rodzi się koniecznośc zdefiniowania tolerancji w wymiarze osobistym i społecznym.  W świetle wypowiedzi prof. Hartmana i Ojca Kłoczowskiego społeczeństwo zorganizowane nie powinno narzucać gdzie i w co mamy się angażować. Wolny wybór wynika z uznania wolności (która wiąże się z odpowiedzialnością za siebie samego) a reguły powinny stać na straży wolności oraz poszanowania dla ogólnie zdefiniowanych i przyjętych wartości moralnych. Rozwój każdego z nas wymaga od nas osobistego zaangazowania, rozwój społeczeństwa jest – moim zdaniem – pochodną rozwoju każdego z nas.  Oczekiwanie, że ktoś inny za mnie wyznaczy mi cele i będzie ode mnie oczekiwał ich zrealizowania  ( bo właśnie tak zrozumiałem Małgorzato Twoją wypowiedź ), jest moim zdaniem tęsknotą za autorytetem który przykładowo w kwestiach moralnych, może  bardzo szybko doprowadzić do akceptacji autorytarnych zachowań (zrób to, bo tak będzie dobrze). Naturalnie większość z nas potrzebuje mistrzów potrafiących wskazać kierunek naszego rozwoju. Tak jest zdecydowanie łatwiej i szybciej, tak też naturalnie przebiega proces naszej edukacji.  Wolność gwarantuje nam możliwość wyboru, tolerancja powoduje, że wyboru możemy dokonać z szerszego spektrum i  wymusza niejako  wzajemne przenikanie mysli i koncepcji, co bardzo często prowadzi do ewolucyjnej zmiany wszystkich "stron".

    Jak  obecnie wygląda Polska tolerancja?

    W mojej ocenie zbyt wiele "stron"  boi się ewolucyjnej konsekwencji wpływu innej myśli niż ta, którą sama prezentuje i wyznaje.  Można stwierdzić, że grupy które starają się powstrzymać proces ewolucyjnej zmiany często uciekają w formy zamaskowanego fundamentalizmu i przekształcają się w zamknięte autorytarnie zarządzane obozy zmierzające do eliminacji i zdyskredytowania tych którzy stoją "po drugiej stronie" myślowego parkanu. Jesteśmy świadkami i uczestnikami wojny kulturowej, a jak powszechnie wiadomo – zawsze pierwszą ofiarą wojny jest prawda. I bez znaczenia jest po której stronie "parkanu’ się znajdujemy, wojna bowiem dotyka wszystkich bez wyjątku.

    Czy tak musi być?

    Mam nadzieję, że tezeuszowa debata choć trochę zbliży nas do znalezienia odpowiedzi na to właśnie pytanie.

     

     
    Odpowiedz
  3. Malgorzata

    ->AVER

    No tośmy się trochę nie zrozumieli. Przypomnę ten feralny cytat:

    "jakoś nie bardzo podobałby mi się taki świat, w którym nikt nie oczekiwałby ode mnie osobistego zaangażowania, a tylko przestrzegania reguł. Choć może rzeczywiście taki świat wydaje się bezpieczniejszy i spokojniejszy…"

    W pierwszym odruchu chciałam napisać: "wymagałby", potem złagodziłam na "oczekiwałby"… i wyszło, że potrzebuję autorytaryzmu albo przynajmniej dokładnych instrukcji, jak mam postępować… Chodziło mi o społeczne zasady i wzorce, którymi posługujemy się implicite i w dużej mierze nieświadomie.

    A przecież ja właśnie opowiadam się za światem, o jakim piszesz – światem, w którym głęboko doświadcza się siebie i innych, w którym empatia jest ważniejsza od autonomii. 

    Tolerancji można się nauczyć, ale będzie ona autentyczna, gdy stanie się głęboko uwewnętrznmioną potrzebą, jeżeli zaangażuję się w życie drugiego człowieka (uprzedzam zarzuty: nie chcę nikomu wchodzić z butami do duszy ani przestawiać krasnali w ogródku, ale myślę tu raczej o empatii czy nawet popularnym ostatnio sformułowaniu "wyobraźnia miłosierdzia"). Wówczas zniknie raczej problem, o którym pisałam powyżej, jak trudno okazywać poszanowanie komuś, kogo nie darzy się szacunkiem. 

     

     

     
    Odpowiedz
  4. neosceptycyzm

    Potrzeba innych….

    Myślę, że bardzo pospieszyłeś się z sugestią, że Małgorzata tęskni za ustrojem autorytarnym. Zaspakajanie potrzeby autorytetu i bycia autorytetem, nie oznacza od razu tworzenia ustroju autorytarnego, czy stosunków autiorytarnych. Do nich, jak wskazała Hanach Arendt, potrzeba jeszcze całkowitej zastępowalności jednego trybiku przez inny, jednego człowieka przez innego – czyli faktycznej niewiary w autorytety.

    Zauważ, że rozumienie siebie nie pojawia się z nikąd, lecz dzięki innym ludziom, którzy nas wychowali. Celem wychowania jest uwewnętrznienie przekazywanych norm i wartości, oraz wyuczenie zdolności do wolnych wyborów w zakresie właściwym dla danej kultury. Nauczyć kogoś sztuki samokształtowania się jest niezmiernie trudno, wielu ludzi tylko opowiada, że ją posiadła, innym zaś brakuje stosownego, obiektywnego "zaświadczenia" – któż zresztą miałby je wydawać? Owo samokształtowanie okazuje się więc wielce subiektywnym odczuciem, które nasi bliźni mogą, ale nie muszą życzliwie interpretować. Jeszcze inni może i mają ową zdolność samokształtowania się, ale brakuje im czasu, śrrodków i możliwości, aby wydać jego owoce.

    Zwolennicy różnych skrajności już zdążyli wszelką ewolucję i balansowanie odpowiednio zinterpretować. Wnet dowiesz się, że jesteś pożytecznym idiotą lub zdrajcą – w zależności od tego jaki obierzesz kierunek. Jak pogrzebiesz w różnych zakamarkach sieci, usłyszysz to wprost lub pośrednio od różnych stron odmiennych sporów.    

     
    Odpowiedz
  5. Redakcja

    Dyskusja wokół tekstu na portalu rp.pl

    Oto niektóre wypowidzi z dyskusji, która odbywa się wokół tekstu Jana Hartmana w internetowym wydaniu "Rzeczpospolitej":

     

    XMA napisał:

     

     
    Odpowiedz
  6. smok.eustachy

    Chwila moment. Poczekajmy z tym ośmieszaniem.

    Chwila moment.
    Wyjdźmy od terminu "prawdomówność":
          prawdomówny
          1. «taki, który zawsze mówi prawdę»
          2. «wyrażający w danej chwili prawdę»

    Zasadniczo on jest stosowalny co do zasady. Mamy do czynienia z kilkoma dyskusyjnymi wyjątkami, sytuacjami wątpliwymi, ale całe życie można nie stanąć w ich obliczu. Z tolerancją jest inaczej, dlatego używam terminów kaganiec, wędzidło itp. Na co dzień spotykamy się raczej z wyjątkami a nie z regułą. Dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że chcę być prawdomówny, chociaż np.  zateizowana szkoła nie sprzyjała wykształceniu się tej cechy. Tego samego o tolerancji nie mogę powiedzieć, bo raczej wyjątki muszą być w większości.
    Różne sposoby obchodzenia tego problemu, poprzez niedostrzeganie tych wyjątków, tworzenie wyznaczników tolerancji –  2-3 arbitralne poglądy, których tolerowanie wystarczy do uzyskania miana tolerancyjnego. Ograniczenia definicji:

    1.poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, nie różniących się od własnych – czyli po prostu swoich. Swoje szanujemy inne niekoniecznie. Zupełnie wypacza zjawisko.
    2.poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych, ale nie wszystkich – też niewiele daje poznawczo. Żadnych poważniejszych różnic być nie może.
    3.poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych, ale tylko zatwierdzonych – Doktryna Gangów: To samo co w punkcie 2 ale z taką różnicą, że różnice mogą być spore. Tak jak gangi dzielą się strefami wpływów tak ideologie zawierają ze sobą kompromis, na zasadzie podziału łupów – dzielą tort między siebie. Natomiast nowy się nie wciśnie bo załatwią go solidarnie. Dość popularne rozwiązanie, nie mające jednak nic wspólnego z encyklopedyczną definicją tolerancji. Poza powierzchownym podobieństwem rzecz jasna.1
    4.tolerancja akademicka: te poglądy zasługują na znoszenie, które znalazły się w ulubionych podręcznikach akademickich i mają tam pozytywny wydźwięk.

    Trzeba dalej zakotwiczyć termin tolerancja w ciągu ideowym:
    dyskryminacja-tolerancja-afirmacja.

    Trzeba pamiętać, że tolerancja objawowo może być tożsama z obojętnością, tumiwisizmem.

    Wynalazłem nowe mniejszości lekceważone tutaj:
    – islamistki polskie. Jest ich więcej niż aktywnych feministek, co prawda rozproszone częściowo, bo powyjeżdżały, ale z racji liczebności powinny mieć dostęp do dyskursu społecznego większy niż feministki.
    – kibolię Cracovii. Kraków jest opanowany przez Wisłę w większości i kibolia Cracovii jest narażona na zebranie w trąbę. Tam leje się krew i giną ludzie a jakoś kwestii ochrony mniejszości się nie podnosi.

    Przejawem nietolerancji jest odmawiania mniejszości miana mniejszości i aspiracji z tym związanych, bo komuś się wydaje, że jakiś pogląd jest śmieszny i niepoważny.
    Tak jest z tymi ortografami, ideowymi-analfabetami funkcjonalnymi itp.
    II
    Co do otwartej postawy na inność, która może doprowadzić (na drodze doświadczenia, uczenia się) do wniosków nietolerancyjnych to pierwsza część tej definicji to afirmacja, druga dyskryminacja. Wychodzi, że tolerancja to coś takiego, co może prowadzić do nietolerancji. Podtrzymuję, że przechodzi obok problemu.
    We Wiki czytamy:
    Tolerancja (łac. tolerantia – "cierpliwa wytrwałość"; od łac. czasownika tolerare – "wytrzymywać", "znosić", "przecierpieć") –
    III

    Andrzej Miszk napisał:

    Moje dzisiejsze pytanie brzmi: czy debata o tolerancji ujawnia jedynie przepaść między liberalną wizją świata, a tym, co proponują katoliccy tradycjonaliści? Jan Hartman twierdzi: "Kultura liberalna [tolerancyjna] jest kulturą łagodności i pokory…" Tomasz Terlikowski tę łagodność nazywa "ledwo zakamuflowanym totalitaryzmem".  Oba te nurty zarzucają sobie nawzajem skłonności totalitarne, i nie chcą rozmowy, ale wyłącznego panowania.

    Ja tam nie chcę panować i Terlikowski jak widzę też. Ale nie poradzę na ostrze niesprowokowanych aktów agresji we mnie skierowane.Jak pisałem można próbowac rozmów birateralnych, tyle że ateiści powinni zgodzić sie na oddzielenie ateizmu od państwa, czego nie zrobią. Retoryka używana przez prof. Hartmanna nie ma zaś nic wspólnego z liberalizmem. Jak chcecie mieć głos liberalny to weźcie Korwina. Przypominam, że "liberalizm" w US Aznaczy tyle, co "socjalizm" u nas i jest tu dryf znaczeniowy zapożyczeniowy.

    Dalej rozmawiać mozna o formach szacowanai dyskryminacji, niedyskryminacji, tolerancji itp.

     

     

     
    Odpowiedz
  7. neosceptycyzm

    Podtrzymuję Smoku swe słowa.

    Twoja procedura jest błędna w punkcie wyjścia, pomija bowiem to, że ludzie z zasady kłócą się o zakres terminu a nie sam termin. Kłócą się na przykład o zakres znaczeniowy słowa: zabójstwo, prawdomówność, tolerancja, prawdomówność. Nie jest to oatologia. Na przykład w kontekście pierwszego z tychże słów, nie przeszkadzają one w przykładnym karaniu zwykłych morderców. Ty zaś na podstawie analogicznych rozumowań mógłbyś dowodzić, że dyskutując na temat etycznej zasadności wegetarianizmu, czy obowiązku służby wojskowej, powinni dyskutować o tym, czy można moralnie dopuszczać mordowanie przyzwoitych obywateli. Podtrzymuję wiec zarzut ośmieszania przez sprowadzanie do absurdu. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest punkt drugi i dyskusja na temat zakresu, wbrew temu, co mówisz taka tolerancja może być całkiem szeroka. Społeczeństwo zawsze musi być do pewnego stopnia jednorodne, inaczej różne mniejszości zaczną skakać sobie do gardeł, nie mówiąc o pojedynczych obywatelach.

    Jeśli idzie o ateizm w szkole…, jesteś jak rozumiem "zaczadzony" wzajemną opozycją fundamentalistów ateistycznych i protestanckich, którzy zwalczają teorię ewolucji?  🙂

    Nie zgadzam się też z twierdzeniemm, że Korwin jest esencją liberalizmu, za bardzo zbacza w stronę anarchizmu i nie ma wyczucia politycznego. 

    Pozdrawiam.

     

     

     

     

     
    Odpowiedz
  8. smok.eustachy

    Terminy

    Mamy terminy owszem: zabójstwo, prawdomówność, tolerancja. Zgadzam się. Ale róznica jest taka, że w wypadku zabójstwa, prawdomówoności definicje są stosowalne co co zasady, ale są wyjątki.

    W wypadku tolerancji zaś wyjatki są regułą, a zasada wyjatkowo. Dlatego to właśnie tolerancja mi się nie podoba. Jakby raz na jakiś czas zachodziła koniecznosc nietolerancji to bym nie płakał.

    Co do ateistów to nie chodzi ło mi o szkołe, a o państwo. Kolejną mniejszością są czarownice i czarownicy: utrzymujący się z rzucania uroków np.: http://www.adammus.net/

    W kontekście szkoły pisałem o ideolo-analfabetach, nie chcących mieć do czynienia z literaturą. Być może oni juz podpadają nie pod mniejszość a pod prześladowaną wiekszość.

    Dyskusje z ateistami powinny być oparte o zasadę wzajemności – jak chcecie oddzielenia naszego światopoglądu od państwa to swój też oddzielcie. Co do ewolucji skłonny jestem do tolerowania jej w szkołach, tym bardziej, że wskazuje ona na bezsens ateizmu.

     

    2. Co do demonstracja nerodowosocjalistycznych, to bym rozwiązał problem rozstrzeliwując prewencyjnie uczestników.

     
    Odpowiedz
  9. neosceptycyzm

    @ Smoku

    Czyżby? A może jesteś zwyczajnie ślepy na tą wieloraką inność, którą już "tolerujesz"? Czy też wszystko, co się od ciebie różni (choć trochę) likwidujesz lub wchłaniasz? Jeśli tak, to ciekawy sposób życia prowadzisz. A swoją drogą twoje poglądy zaczynają mi się kojarzyć z pismami pewnego bardzo oryginalnego blogera… . Cenisz sobie Oswalda Spenglera?

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  10. smok.eustachy

    Oswald

    Oswalda Spenglera nie cenię sobie wcale bo nie wiem kto to jest. Dostrzegam inność która toleruję ale i dostrzegam tą, której nietoleruję. No i przypadki wątpliwe. Na tej podstawie empirycznie sprawdzam założenia toleracjonizmu. Potencjalnie ilość mniejszości seksualnych itp dąży do nieskończońości. I realnie będzie wzrastać, bo bycie mniejszością daje określone korzyści.

     

     
    Odpowiedz
  11. neosceptycyzm

    Zakończenie dyskusji ze Smokiem

    1. Mnoży Pan byty ponad potrzebę.

    2. Upiera się pan przy fundamentalistycznym rozumieniu zasady tolerancji, chociaż w słowniku nie ma nic o jej absolutności i nie ograniczonym zasięgu.

    3. Po trzecie uprawia Pan erystykę i kiepską retorykę. Obawiam się, że można ją określić mianem trolingu.

    Niniejszym kończę dyskusję z Panem.

     

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code