Nie ma solidarności bez poszanowania godności

[play=Kloczowski.mp3]

Jako katolik mam prawo do mocnych przekonań o prawdzie mojej wiary, która nie jest tylko moją prawdą osobistą, ale prawdą niosącą nadzieję odkrycia sensu życia wszystkim ludziom. Ale jako chrześcijanin wiem, że moim bliźnim nie jest tylko mój współziomek, lecz każdy człowiek.
 
 
Słowem „tolerancja” posługujemy się bardzo często i wydaje się, że rozumiemy je zazwyczaj jako zgodę na to, że różnimy się pomiędzy sobą, i w związku z akceptowanymi przez nas odmiennościami staramy się znaleźć jakiś sposób na współżycie.
 
W samym terminie „tolerancja” tkwi jednak pewna dwuznaczność, wynikająca – jak sądzę – z jego potocznego znaczenia, które spotykamy w języku codziennym. Czasami tolerancja to tyle, co pobłażliwość, postawa wyrażająca poczucie pewnej wyższości – toleruję czyjeś niestosowne zachowanie w przekonaniu, że nie stać go na nic lepszego, np. na zachowywanie się przyzwoicie w czasie jedzenia. Ja rozumiem tolerancję jako postawę tożsamą z szacunkiem, z jakim winienem się odnosić do każdego człowieka, także takiego, który nie podziela moich poglądów czy przekonań religijnych bądź politycznych. Tak rozumiana tolerancja jest powinnością moralną wobec wolności sumienia, która to wolność jest podstawą godności każdego człowieka jako osoby.
 
Problem tolerancji należy rozpatrywać na wielu płaszczyznach, wymienię tylko dwie, w moim przekonaniu najważniejsze – porządek prawny i porządek etyczny. Porządek prawny powinien stworzyć ramy zabezpieczające wolność każdej osoby, wynikającą z wolności sumienia wszystkich uczestników życia społecznego do kształtowania swojego poglądu na świat i na wartości, którymi człowiek winien kierować się w swoim postępowaniu. W odniesieniu do ważnej dziedziny, jaką jest wolność religijna wyraził to Sobór Watykański II w Deklaracji o wolności religijnej:
 
„(…) władza cywilna winna troszczyć się o to, by nigdy, czy w sposób otwarty, czy ukryty, nie była naruszana z powodów związanych z religią równość obywateli w dziedzinie prawa, należąca przecież do wspólnego dobra społeczności, i żeby wśród obywateli nie miała miejsca dyskryminacja”.

Deklaracja ta dotyczy dwóch spraw: równości wobec prawa wszystkich uczestników życia społecznego, niezależnie od ich poglądów religijnych, jak i prawa do posiadania poglądów niereligijnych. Druga kwestia dotyczy relacji pomiędzy uczestnikami życia społecznego: zadaniem władz cywilnych jest troska o to, aby stworzyć klimat do wykluczenia postawy pogardliwej dyskryminacji w stosunku do „innych”, czyli tych, którzy nie podzielają moich poglądów.
 
Jeżeli chodzi o porządek prawny, Polacy nie muszą się wstydzić swej tradycji. W czasie, gdy w wielu krajach europejskich toczyły się wojny religijne, w roku 1573 szlachta wielu wyznań uchwaliła Akt konfederacji warszawskiej. Gwarantował on tolerancję religijną i potwierdzał równouprawnienie polityczne różnowierców. Król Zygmunt August jest pamiętany ze swej ważnej wypowiedzi, w której zapewnił, że nie jest królem ludzkich sumień.
  Niestety sprawy religijne była wielorako poplątane z konfliktami politycznymi, o których dużo by można pisać. Nie zawsze to zaplątanie miało charakter negatywny. Wiele napisano już o polskim mesjanizmie, który współcześnie nie ma najlepszej prasy – upatruje się w nim źródła polskiego nacjonalizmu. Pragnę jednak przypomnieć, że zawołaniem polskich powstań niepodległościowych wypisanym na sztandarach było hasło: „W imię Boże: za wolność waszą i naszą”. To połączenie w jednym zawołaniu Boga i wolności było czymś wyróżniającym Polaków, tak katolików, jak i różnowierców, a także i polskich Żydów od dominujących w tym czasie poglądów – zarówno wierzących, jak i niewierzących – w których wolność nie szła w parze z Bogiem. W pismach naszych wielkich romantyków znajdujemy wiele myśli bliskich powyższemu hasłu. Byli oni przecież spadkobiercami Rzeczypospolitej wielu narodów i wielu wspólnot religijnych.
 
Ciasne rozumienie pojęcia „Polaka-katolika” pojawiło się później, gdy rozpowszechniły się poglądy nacjonalistyczne, w dużej mierze ukształtowane pod wpływem nie tyle wierzeń religijnych, ile głoszącego walkę o byt darwinizmu społecznego (za który sam Karol Darwin nie ponosi odpowiedzialności). To sprzyjało powstaniu i utrwaleniu się schematu myślowego, przeciwstawiającego „nas” – „onym”. „Onymi” byli zaborcy, okupanci, kolaboranci i przedstawiciele władzy czerpiącej legitymizację z woli obcych. „My” to byli nasi, tacy sami, ci, którym ufamy.

 

Przez taki sposób myślenia wytworzyła się atmosfera podejrzliwości i nieufności, a nawet wrogości. Uważam, że właśnie ta atmosfera jest czynnikiem sprawczym większości konfliktów, jakie obecnie przeżywamy w naszym kraju. Nie jest to kwestia przyjętego na mocy Konstytucji porządku prawnego, który ma strzec dobra wspólnego społeczności, ale ujawniających się w życiu społecznym, w najgłębszej tkance relacji międzyludzkich, pokładów nieufności, owocującej odrzuceniem, czyli dyskryminacją „innych”.
 
Dla mnie osobiście (a sądzę, że nie tylko dla mnie) jest to bolesna konstatacja. Polska, która wniosła do słownika nowe i mocne rozumienie terminu „solidarność” stała się krajem ludzi i grup „osobnych”. Już nie „jeden za drugiego”, jak mówił Jan Paweł II w Gdańsku (1987), ale „jeden przeciw drugiemu”. Warunkiem solidarności jest szacunek dla drugiego człowieka, szacunek także i wtedy, gdy nie podzielam jego poglądów, gdy z nim się spieram, gdy próbuję zrozumieć racje, dla których on nie podziela moich poglądów. Było hasło „nie ma solidarności bez wolności”; proponuję nowe sformułowanie tej myśli: „nie ma solidarności bez poszanowania godności”. Godności człowieka i jego suwerennego prawa do słuchania głosu swojego sumienia.
 
Jako katolik mam prawo do mocnych przekonań o prawdzie mojej wiary, która nie jest tylko moją prawdą osobistą, ale prawdą niosącą nadzieję odkrycia sensu życia wszystkim ludziom. Ale jako chrześcijanin wiem, że moim bliźnim nie jest tylko mój współziomek, lecz każdy człowiek. Jestem dumny z tego, że mój rodak, Paweł Włodkowic, napisał już w XV wieku, polemizując z obrońcami krzyżackich metod nawracania niewiernych: „Bliźnimi bowiem naszymi są tak wierni, jak i niewierni, bez różnicy. Nie jest dozwolone zmuszać niewiernych bronią lub uciskami do wiary chrześcijańskiej. Uzasadnienie: ponieważ ten sposób jest z krzywdą bliźniego, a nie należy czynić rzeczy złych, aby wynikły dobre.”
 

Komentarze

  1. Andrzej

    Głos katolickiego rozsądku i pewne jego niedostatki

     Osobiście odczytuję wypowiedź o. Jana Kłoczowskiego o tolerancji jako głos katolickiego rozsądku z mocnym odwołaniem do wypracowanej przez Sobór Watykański II koncepcji wolności religijnej, które trzeba chronić. Nawet jeśli uważamy, że ktoś się w swej wierze czy poglądzie myli, to nigdy nie powinniśmy stosować nacisku czy jakichś form dyskryminacji wobec tych, którzy myślą i wierzą inaczej, niż my.

    Podzielam też ból o. Kłoczowskiego spowodowany syndromem "Polak-katolik" i zawężeniem polskiej tożsamości przez pewne środowiska katolickie i prawicowe do etniczno-religijnego kanonu. Rzeczywiście, jest to jakiś regres w stosunku do wcześniejszych tradycji uniwersalistycznych i pluralistycznych społeczeństwa polskiego.

    Natomiast kilku rzeczy brakuje mi w tekście o. Kłoczowskiego. A mianowicie: krytycznego ujęcia nadużyć tolerancji i możliwości jej totalizowania w celu wymuszenia na innych bezwarunkowej akceptacji określonych wartości. Po drugie, nie dostrzegam w tekście próby szukania relacji między myślą chrześcijańską a laickimi koncepcjami tolerancji: o. Kłoczowski pozostaje na bezpiecznym gruncie filozofii, powiedzmy personalizmu (szacunek do godności człowieka, itp), ale nie pogłębia jej pozytywnego rozumienia na gruncie religijnym, nawiązującego choćby do chrześcijańskiej "caritas". Jest to raczej myślenie defensywne.

    Ponadto, o. Kłoczowski operuje dość wąskim pojęciem tolerancji, głównie, jeśli nie jedynie w aspekcie akceptacji pluralizmu religijno-światopoglądowego. Obecnie pojęcie tolerancji stosuje się znacznie szerzej: mówi się o tolerancji osób o innych preferencjach seksualnych, tolerancji niepełnosprawnych, tolerancji i jej granic wobec przestępców czy określonych przestępstw. Czyli umyka o. Kłoczowskiego ten olbrzymi współczesny znaczeniowy awans pojęcia tolerancji w świecie Zachodu.

    Pomimo tych niedostatków, łatwiej mi się podpisać pod głosem o. Jan Kłoczowskiego niż Tomka Terlikowskiego, ponieważ ten drugi prawie nie rozwija pozytywnego rozumienia tolerancji, ale zajmuje się krytycznie jej jednostronnymi, a nawet patologicznymi formami. To cenne, ale za mało jako podstawa dialogu chrześcijan ze środowiskami laickimi. Przed katolikami w Polsce stoi wielkie wyzwanie pozytywnego ujęcia pojęcia tolerancji i zakorzenienia jej w głębokiej myśli chrześcijańskiej, tak na gruncie filozoficznym jak i religijnym i teologicznym. 

     
    Odpowiedz
  2. Redakcja

    Komentarze do tekstu z forum rp.pl

    Tak komentowali wypowiedź o. Kłoczowskiego czytelnicy "Rzeczpospolitej"
     
     
    Miro napisał:

    Dziękuję za mądre i otwarte stanowisko przedstawiciela Kościoła. Podpisuję się obiema rękami

     

    Henry napisał:
    Ewakropkapl napisał:

    Szanowny Ojcze Profesorze, wszystkie filozoficzne wykładnie tolerancji są relatywne. Teoretyczne rozważania o tolerancji są złudnymi interpretacjami. Wszelkie kwestie dotyczące tego niełatwego zjawiska należy raczej rozważać za pomocą egzemplifikacji. To nie tylko przybliża problem, ale prowadzi do ciekawych doświadczeń.
    Na przykład, jak dalece można tolerować “palikotyzację”( deprawację) życia publicznego? Albo czy (i jak) odpowiadać na zarzuty o nietolerancję, kiedy każda zantagonizowana strona jest w oczach drugiej, nietolerancyjna? W realnym życiu Polaków, szczególnie w ostatnim czasie, można sypać przykładami dot. oskarżeń o nietolerancję, każdego dnia. Natomiast poruszona kwestia dyskryminacji w sferze publicznej, dziś, coraz częściej w “katolickiej Polsce”, dotyka właśnie katolików.

     

     

    adam napisał:

    Dziekuje za zamieszczenie wspanialego artykulu o. Kloczowskiego.

    Pozwole sobie na krotka refleksje nie do powyzszego tekstu:
    Mamy w Polsce jedyny katolicki uniwersytet KUL. Zastanawia mnie, dlaczego redakcja Rzepy nigdy nie siega do tekstow profesorow tej uczelni. Staram sie byc na bierzaco – ale nie pamietam. Mamy tam wspanialych profesorow: Jaroszynski, Bajda, Ryba, Bartnik, niezyjacy Krapiec i wielu innych. Publikuje za to (lub zaprasza do panelu) w nadmiarze teksty o filozofii, etyce, moralnosci, religii napisane przez “ekspertow”, czesto wrogo nastawionych do cywilizacji lacinskiej. W jakim celu? Aby pokazac inny punkt widzenia? Czasem dobrze jest poczytac i taki, ale nie jako rownorzedny, ktory mialby dac mlodemu czlowiekowi wybor ksztaltowania swojej osobowosci.
    Nas starszych, skrystalizowanych, juz nikt nie nabierze na takie plewy.

     

    Całość można znaleźć pod

     

    http://blog.rp.pl/blog/2010/09/08/o-jan-andrzej-kloczowski-polacy-nie-musza-sie-wstydzic-swej-tradycji/#respond

     
    Odpowiedz
  3. neosceptycyzm

    Uwagi do głosu internauty Adama

    Pozwolę sobie się z nim zgodzić i nie zgodzić. Otóż, na KUL siedzi stara szkoła tomistyczna, dośc dogmatyczna, mało otwarta na przykład na łączenie tomizmu z fenomenologią Ingardena. Jednocześnie zgadzam się z krytyką takich osób jak p. Hartman (swoją drogą kończył KUL:), czy (mimo wszystko mniej) prof. Środy. Ale powody mam trochę inne. Otóż, ich teksty miewają bardzo niski poziom, niezależni od tego, czy się z nimi zgadzamy, czy nie. W ramach demonstracji pozwolę sobie przeanalizować krytycznie tekst proof Hartmana, który został swego czasu opublikowany w "Tygodniku Powszechnym." o "śmierci Boga"./ Tekst analizuję w systemie rozbioru na zdania, pojedyncze myśli. Exem.. wiem styl w tym, starym komentarzu mam dość agresywny.

    A więc może Bóg nas opuścił? A może Boga w ogóle nie ma? Te bluźnierstwa nie przypadkiem postały po raz pierwszy w głowach filozofów właśnie w XVII wieku, gdy okazało się, że Bóg nie raczył utrzymać Swego Kościoła w jedności.

    Braki w erudycji? Zła wola? Chęć tworzenia wielkiej narracji dla maluczkich? Pogrubione przeze mnie zdanie jest jednym wielkim fałszem. Kościół dzielił się wcześniej.  Filozofowie zaś wcześniej wątpili w istnienie Boga. Zaś pierwsze z pogrubionych zdań nijak nie można zaklasyfikować jako bluźnierstwa – to, co wyraża jest często spotykane na przykład w mistyce, jako etap "nocy ciemnej", "nocy zmysłów".. .

    Odtąd zaczęła narastać wśród wiernych – katolików i protestantów – świadomość, że każdy wyznawca, chcąc nie chcąc, trwając przy swej wierze, dokonuje wyboru tego właśnie wyznania

    Braki w erudycji? Zła wola? Chęć tworzenia wielkiej narracji dla maluczkich? Tym razem autor zwyczajnie zapomniał, że chrześcijaństwo rodziło się w dobie śmierci greckich bogów. A na samym początku swego istnienia musiało rywalizować z różnymi religiami przybyłymi ze wschodu. Zatem moment wyboru musiał być i jest wpisany od początku istnienia tej religii. Bywa, że przejawia się to w liturgii, w nabożeństwach… . Ale autor o owych okolicznościach powstania religii zapomniał, przypomni sobie o nich, gdy będzie mu to dogodne.

    Życie religijne utraciło naturalność i bezpośredniość, utraciło niewinność.

    To zdanie jest totalnie niezrozumiałe. Z jakiej pozycji autor mówi i może mówić, skoro same pojęcia winy i niewinności są już wpisane w owo życie religijne? Jakaś zasadnicza, podskórne zbrukanie i meta – niewinność życia religijnego dostrzegalna tylko dla niewierzącego?

    Świat przestał dzielić się na wierzących prawdziwie oraz innowierców i heretyków, wartych tyle, co bluźniercy i obrazoburcy..

    Nie sądzę, aby kiedykolwiek traktowano te grupy całkiem zamiennie.Bluźnierstwo wymaga wzajemnego, intencjonalnego wejścia w kolizję. Jeśli chrześcijanin robi zakupy w sobotę, nie bluźni przeciw żydom, a żyd jeśli robi je w niedzielę. Ateistów swego czasu broniono z pomocą argumentu, że pozwalają zrozumieć niebezpieczeństwa dogmatyzmu i fundamentalizmu…, a przecież wystarczy do tego uparci innowiercy i "heretycy". I co za niedbalstwo, do rzekomo nieaktualnych opozycji wypada stosować cudzysłowy.

    Jak u zarania chrześcijaństwa, gdy różnie odczytywano Ewangelię i nie wiadomo było jeszcze, która przeważy szala, również i wtedy, w zaraniu nowoczesnej Europy, życie religijne stało się domeną sporu. Tylko że nie był to już spór o sens objawienia, lecz o dziedzictwo kilkunastu stuleci chrześcijaństwa,

     Teraz autor sobie przypomniał i w celach retorycznych wykorzystuje początki chrześcijaństwa. Nie wiem do czego mam przyporządkować owo "która przeważy" – ewangelia, interpretacja? Ponadto czy mogę tak łatwo rozdzielić rozumienie objawienia od rozumienia owych wieków? Przecież nawet ateiści miewają własne jego rozumienie np. jako wielkiego fałszu.

    Z traumy wojen religijnych wywodzi się wołanie o tolerancję. Baruch Spinoza, John Locke, a potem filozofowie i moraliści oświecenia wzywali ludy i rządy, by wyrzekły się zasady, iż zło wypalać trzeba gorącym żelazem

    Pomieszanie zwalczania tortur z nawoływaniem do tolerancji. Inaczej zaczęto traktować umysł ludzki, zmieniło się pojmowanie człowieka. Ponadto jeśli ktoś rozumie przez zło, coś innego niż to, co "trzeba wypalić żelazem", zniszczyć, powetować, to znaczy, że ma coś innego na myśli niż ja. I stosuje jakąś podwójną retoryczną grę.

    Lepiej tolerować niewiernych, a może nawet niewierzących, niż sprzeniewierzać się przykazaniu miłości, siejąc przemoc i stosując religijny przymus. Trzeba było stuleci, aby idea ta przyjęła się w świecie, a dopiero całkiem niedawno uzupełniono ją o myśl niesłychaną i jakże ryzykowną: nie dość się tolerować, wskroś wszelkich różnic w wyznaniu i sposobie życia, lecz należy się ponadto uznawać wzajemnie i szanować.

    Jak to nazwać zachodnio – centryzm? Bo u nas w Polsce to trochę inaczej bywało… . Ale mieliśmy taki Braci Polskich, którzy zostali wygnani wspólnie przez różnych wierzących (protestantów, katolików, prawosławnych) w imię domniemanego lub realnego interesu państwa. Rodzi to pewne trudności interpretacyjne.. . Ponadto w pojęciu tolerancji wieloznaczność tkwiła od początku.

    W taki też sposób powstał deizm – parodia religii, gdzie Bóg nie ma już ni władzy, ni imienia, znikając jak plamka na horyzoncie.

    Jakoś Kantowi zdawało się przeciwnie. Deizm jest pewnego rodzaju wrażliwością religijną i nie musi być traktowany jako etap ku niewierze. A reszta to sąd żywego nad umarłymi, przyszłe epoki być może ocenią naszą jako ot dekadencką.

    Między tymi trzema posterunkami wiary i niewiary możliwy jest jakiś ruch. Przechodząc z jednego na drugi, wydeptując własne ścieżki w tym trójkącie, możemy zyskać złudzenie, że jest jakieś wyjście z pułapki śmierci Boga, że można w jakiś sposób pozostać wyznawcą w nowoczesnym świecie. A jednak to tylko złudzenie – wszak trójkąt jest nakreślony, a jego wierzchołki znaczą trzy klęski. Ktokolwiek stoi w tym polu, ponosi klęskę tak czy inaczej.

    Jest jeszcze ateista pełen poczucia wyższości, również nad tymi, którzy faktycznie kontynuują tradycje w sposób "naturalny" – pochopnie przypisuje im nienaturalność zapewne na podstawie jakichś badań socjologicznych, których nie ma.

    Uwagi końcowe

    1. Jeśli filozofowie chcą zasłużyć na miano porządnych, powinni czasem dostrzec, jaka sytuacja problemowa wyłania się z solidnych, aktualnych badań naukowych, w interesującym ich temacie. Dla przykładu, jeśli weźmie się pod uwagę zagadnienie relacji między świeckością a religią, bez trudu dostrzeże się rażącą dysproporcję. między filozoficznymi wyobrażeniami a obrazem wyłaniającym się z badań socjologii religii i doświadczenia zwykłych ludzi. Podczas gdy przekrojowe statystyki wskazują, że społeczeństwa bardziej wierzące w naukę, jednocześnie przywiązują większą wagę do wiary,2 filozofowie dalej debatują o wyższości jednej nad drugą. Zmienia się to w parodię dyskusji. Zaczyna ona polegać na umiejętnym mówieniu o paradoksach, które sprowadzają się do dziecinnego: „ale to jednak ja mam rację! (…) Wobec tej sytuacji myśliciele świeccy wpadli na pomysł, że w obrębie religijności dokonuje się wprawdzie pewien ruch myśli, ale nieuchronnie prowadzi on do ostatecznego jej odrzucenia, przy jednoczesnym zachowaniu jakichś domniemanych jej zalet. (…) Jednakże podsumowane przez Pippę Norris i Ronalda Ingleharta cykliczne, ogólnoświatowe badania dotyczące wyznawanych wartości wskazują na to, że solidna dyskusja na temat sekularyzacji zaczęła się dopiero w latach osiemdziesiątych. Wtedy to, opracowano alternatywne jej modele, zgodnie z którymi wierzenia religijne nie zanikają, a jedynie przekształcają się. Proces ten rządzi się zasadami popytu i podaży. (…) procesy sekularyzacyjne najgwałtowniej zachodzą przy przejściu od społeczeństwa rolniczego do industrialnego. (…) Inną tezą autorów jest twierdzenie o bardzo prawdopodobnej, ścisłej korelacji między dzietnością a religijnością. Z tego powodu stale wzrasta ilość wyznawców różnych religii przy jednoczesnym obyczajowym liberalizowaniu się i obumieraniu społeczeństw ponowoczesnych. Coraz większy rozbrat pomiędzy wyznawanymi zasadami może doprowadzić do napięć społecznych i konfliktów. Ponieważ człowiek nie dysponuje nieskończoną pulą różnych wartości, nie należy się czarować, iż w dłuższej perspektywie sensowne przeciwdziałanie wobec tych zagrożeń dokona się inaczej niż przez zwrot ku religii, konserwatyzmowi.

    Najciekawsze wnioski dotyczą związków religii z niepokojami egzystencjalnymi związanymi z trwaniem własnej osoby i społeczności. Poziom religijności okazuje się być z nimi skorelowany bardziej niż cokolwiek innego. Z tego tez powodu duże znaczenie mają przypadki losowe, zarówno w odniesieniu do jednostek jak i społeczeństw.

    Prawdopodobnie wraz z wzrostem rozwarstwienia, konfliktów społecznych, degradacją środowiska i zmianami klimatycznymi, które oznaczają wzrost siły żywiołów, nastąpi wzrost skłonności do uznawania wagi treści religijnych.

    Osiągnięte przez socjologów wyniki każą krytycznie spojrzeć na tę literaturę filozoficzną, która zapewnia, że odrzucenie dogmatów religijnych wiąże się z wywoływanymi przez nie lękami czy niepokojami. Tego typu wnioski przeczą również potocznemu doświadczeniu wielu ludzi i dlatego filozofowie do nich dochodzący nie przekonują swych czytelników. Często odczytuje się ich jako skrycie religijnych. Taki właśnie los spotkał wielu egzystencjalistów. Nie mówiąc o tym, iż zawsze można wykonać gest Reida… Oświadczyć, iż nierozwiązywalne i tragiczne dylematy do których doprowadza jakaś filozofia, to właśnie najlepszy powód do jej odrzucenia… .

    (Uwagi są wycinkami pewnego mojego starego tekstu.)

     

     

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code