Matki, żony, kapłanki

[play=P.Dybel.mp3]

Nie ulega więc wątpliwości, że niezależnie od wspomnianego ciążenia wieloletniej tradycji cywilizacyjno-kulturowej, jednym z głównych instytucjonalnych filarów utrzymujących w naszym społeczeństwie niechętne i lekceważące (względnie obojętne) postawy wobec postulatów równouprawnienia kobiet jest Kościół, a w każdym razie przeważająca część jego hierarchii. Kwestia równouprawnienia kobiet i ich praw zaczyna bowiem ostatnio dotykać Kościół również „od wewnątrz” w związku z narastającą w nim dyskusją wokół nowych form uczestnictwa kobiet w liturgii, aż po wyświęcanie ich na kapłanki.

 

     1.

Mimo iż radykalne zmiany w sferze ustrojowo-politycznej organizacji państwa czy ekonomii zawsze wpływają na przeobrażenia świadomości społecznej, to jednak ten wpływ nigdy nie ma charakteru prostej i bezpośredniej determinacji. Przemiany świadomościowe nie są nigdy zwykłą funkcją zmian dokonujących się w zewnętrznej rzeczywistości polityczno-społecznej czy gospodarczej, ale z reguły postępują znacznie oporniej i wolniej. Kierują się bowiem własną odrębną logiką określoną w dużym stopniu przez kulturową tradycję, odziedziczone po niej idee i wartości.

Jest to naturalnie spostrzeżenie tyle prawdziwe, ile oczywiste. Trudno jednak od niego nie zacząć, szczególnie kiedy podejmuje się kwestię równouprawnienia kobiet w Polsce. Wydaje się bowiem, że tradycyjne wyobrażenia na temat pozycji, jaką kobieta powinna zajmować w życiu rodzinnym, zawodowym oraz w sferze publicznej są u nas nadal jeszcze głęboko zakorzenione w świadomości szerokich warstw społecznych. Zaś głębokie zmiany w sferze gospodarczej oraz organizacji ustrojowo-politycznej państwa, które się u nas dokonały w latach dziewięćdziesiątych, nie przełożyły się dostatecznie wyraźnie na równie istotne przeobrażenia świadomości społecznej odnośnie kwestii równouprawnienia kobiet. Mimo iż, zdawałoby się, winny one w sposób naturalny wspierać dążenia emancypacyjne różnych środowisk. Ogarnęły one stosunkowo wąskie grupy społeczne, w których można mówić o pojawieniu się bardziej „demokratycznej” kultury współbycia kobiet i mężczyzn czy o nowym podziale ról domowych. Podobnie też państwo, kolejne rządy i parlamenty, niewiele – jak do tej pory – zrobiły jeśli chodzi o nowe regulacje prawne, wyrównywanie szans zawodowych, dopuszczenie kobiet do szerszego udziału w sferze publicznej czy odpowiednie zmiany w strukturze zarobków kobiet i mężczyzn.

Lepsze zrozumienie tego, dlaczego tak się obecnie dzieje daje z pewnością uwzględnienie rozleglejszej perspektywy historycznej, a więc spojrzenie w przeszłość. I to nie tylko tę stosunkowo niedawną, peerelowską, kiedy wbrew ideowym deklaracjom komunistyczny reżim w praktyce jedynie utrwalał w społeczeństwie patriarchalne wzorce myślenia dotyczące społecznych ról kobiet i mężczyzn. Jeszcze bardziej istotne znaczenie ma w tej perspektywie odleglejsza czasowo rodzima tradycja społeczno-kulturowa i ekonomiczna, której początki datują się od czasów I Rzeczypospolitej, kiedy Polska była zasadniczo krajem rolniczym o bardzo słabo – w porównaniu z krajami Europy Zachodniej – rozwijającej się cywilizacji miejskiej i kupiecko-rzemieślniczej, a później przemysłowej.

     2.

W ramach tej historycznej perspektywy na uwagę zasługują przede wszystkim dwa czynniki. Pierwszym z nich jest stosunkowo słabo zaznaczona w naszej kulturze oświeceniowa tradycja europejskiego racjonalizmu w szerokim rozumieniu tego słowa. To wszakże na podłożu tej tradycji, kluczowych dla niej haseł ludzkiej wolności i równości oraz idei krytycznego rozumu, wyrosły wszelkie ruchy emancypacyjne, zmierzające do radykalnego przeobrażenia zastanych przednowoczesnych stosunków społecznych i politycznych. Z jednej strony były to doktryny liberalne i socjalistyczne/komunistyczne, których twórcy, jakkolwiek z oświeceniowych haseł wolności i równości wyciągali skrajnie przeciwne wnioski dotyczące reguł, jakimi winny rządzić się gospodarka i organizacja życia społeczno-politycznego, byli w równej mierze spadkobiercami tej tradycji. Z drugiej strony były to koncepcje feministyczne, ześrodkowane wokół kwestii społecznego położenia kobiet, wskazujące na mające tutaj miejsce różne formy dyskryminacji i zniewolenia kobiet.

Jest przy tym rzeczą znamienną, że jeśli polityczno-społeczne doktryny liberalne i socjalistyczne/komunistyczne od samego początku zyskiwały silne wsparcie w różnych klasach i środowiskach społecznych, to ruchy feministyczne miały przez długi czas znaczenie niepomiernie mniejsze, pozostając w wyraźnej izolacji gdzieś do lat sześćdziesiątych minionego stulecia. Było to skądinąd zrozumiałe. Postulaty liberalne wychodziły naprzeciw dążeniom i interesom bogacących się szybko szerokich warstw kupiecko-mieszczańskich, natomiast postulaty walki klasowej wyrastały na podłożu odczuwanych przez szerokie masy społeczne jako ewidentnie niesprawiedliwe kapitalistycznych stosunków produkcji. Obie te skrajnie odmienne orientacje myślenia politycznego miały przy tym jedną cechę wspólną: odniosły się do ukształtowanych stosunkowo niedawno kapitalistycznych stosunków ekonomicznych.

Postulaty feministek miały nieco inny charakter. Odnosiły się bowiem krytycznie nie tylko do zastanych stosunków społecznych i ekonomicznych, ale zarazem do dziedziny zakorzenionych w kulturowej tradycji przesądów, a więc do utrwalonej od stuleci patriarchalnej wykładni podziału na płcie. Tym samym uderzały w traktowane przez ogół jako coś oczywistego wyobrażenia dotyczące rozumienia społecznych ról kobiecych i męskich, co nie mogło nie rodzić ogromnych oporów świadomościowych. I to zarówno w środowiskach mieszczańskich, jak w robotniczych i chłopskich. Zarazem jednak nie jest przypadkiem, że ruch feministyczny narodził się w krajach, w których istotną rolę zaczęły odgrywać te dwie wspomniane skrajnie przeciwstawne orientacje polityczne związane z dokonującą się w tych krajach ewolucją przemysłową.

Natomiast na będących wówczas pod zaborami ziemiach polskich, gdzie zarówno polityczna myśl liberalna jak i radykalnie lewicowa zaznaczały się bardzo słabo, ograniczając się do wąskich środowisk inteligenckich, również i feministki były zjawiskiem społecznie odosobnionym. Traktowano je wręcz jako swoiste dziwadła, których poglądów nie można brać poważnie, czemu zresztą wymowny wyraz dał Prus w Emancypantkach. I wydaje się, że jeszcze po dzień dzisiejszy znacząca część naszego społeczeństwa do postulatów organizacji feministycznych podchodzi w podobny sposób. Dominują wyraźna niechęć i postawa lekceważąca wobec równościowych postulatów tego ruchu. Jest to, jak sądzę, w dużej mierze wynikiem ciążenia naszej kulturowej tradycji, w której utrwaliły się pochodzące z okresu przednowoczesnego patriarchalne wzorce myślenia o rolach kobiecych i męskich. To ona jest nadal jedną z głównych przyczyn utrzymujących się w świadomości społecznej przesądów na temat roli kobiet w życiu domowym, zawodowym i publicznym oraz słabości samego ruchu feministycznego. Chociaż ostatnio, m.in. dzięki rosnącej aktywności tego ruchu i nowemu podejściu niektórych mass mediów do jego postulatów, zaczynają zarysowywać się pierwsze wyraźne zmiany w postawie części społeczeństwa.

Drugą przyczyną, ściśle powiązaną z pierwszą, jest, datujący się od wieku XIX, peryferyjny charakter polskiego kapitalizmu. Dziewiętnastowieczne ruchy feministyczne rodziły się w krajach najbardziej uprzemysłowionych, na podłożu kultury miejskiej, na którym wyrastały wszelkie ruchy emancypacyjne. Natomiast Polska aż po lata pięćdziesiąte była krajem o wyraźnej dominacji kultury wiejskiej, z natury bardzo tradycjonalistycznej, związanej silnie z Kościołem. Rzecz jasna w okresie PRL-u nastąpiły pod tym względem znaczące zmiany związane z dążeniem reżimu komunistycznego do szybkiego uprzemysłowienia kraju i zarazem stworzenia wielomilionowej klasy robotniczej, która miałaby być jego polityczną ostoją. Ale znacząca większość mieszkańców miast, którzy opuścili w tym czasie wieś – jak też następne pokolenia – w sferze życia rodzinnego, etosu pracy, stosunku do kościoła i religii po dziś dzień ma bardzo tradycjonalistyczne poglądy na temat społecznych ról kobiecych i męskich.

Jedyne istotne pozytywne zmiany, jakie dokonały się w tym okresie, to dopuszczenie kobiet do wielu zawodów tradycyjnie uznawanych za „męskie”: nauczyciel, lekarz, naukowiec, sędzia itd. Ale było to w dużej mierze spowodowane też tym, że po drugiej wojnie światowej występował chroniczny brak osób wykształconych w tym kierunku. Sam pamiętam, że swoistym szokiem było dla mnie, kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych będąc na krótkim stypendium w RFN, dowiedziałem się, że w całym kraju jest tam tylko jedna profesorka w dziedzinie filozofii, podobnie jest też w takich dziedzinach, jak nauki humanistyczne, prawo, niektóre specjalności lekarskie itd.

     3.

Te dwa wspomniane powyżej czynniki oddziałują również i dzisiaj, w okresie głębokich przeobrażeń kulturowych i społecznych spowodowanych przestawieniem niemal całej naszej gospodarki na system wolnorynkowy oraz różnorakimi możliwościami, jakie otworzyło przystąpienie do Unii Europejskiej. Nie znaczy to, że przeobrażenia te nie mają żadnego znaczenia jeśli chodzi o podejście różnych grup społecznych i tzw. „elity politycznej” do kwestii równouprawnienia kobiet. Jakkolwiek w przeciągu ostatnich dwudziestu lat władze polityczne – i to zarówno te o rodowodzie prawicowym, jak i postkomunistycznym – zrobiły w kwestii równouprawnienia kobiet bardzo niewiele, to jawnie nieprawdziwym byłoby twierdzenie, że w świadomości społecznej nie następują żadne zmiany w tej materii ani też, że nie mają one politycznie żadnego znaczenia.

Przeciwnie, wydaje się, że w ostatnich latach mamy do czynienia z coraz poważniejszym nastawieniem poszczególnych grup społecznych do kwestii równouprawnienia kobiet. Powoli staje się ona znaczącą „kartą przetargową” w sporach między różnymi ugrupowaniami politycznymi. Świadczą o tym choćby zażarte dyskusje w sprawie tzw. parytetu, mającego prawnie zagwarantować kobietom szeroki udział w działalności politycznej poszczególnych partii i w pracach parlamentu. Kwestia równouprawnienia kobiet coraz częściej pojawia się też w mass mediach w postaci różnych dyskusji, polemik, artykułów prasowych itd.

Na te powolne wprawdzie, ale już wyraźnie zauważalne zmiany złożyło się kilka czynników. Po pierwsze, ruch feministyczny w Polsce wydaje się, mimo jego nadal dość ograniczonego społecznie charakteru, coraz lepiej zorganizowany i wpływowy. Mimo iż, jak do tej pory, nie wypaliły próby stworzenia znaczącej reprezentacji parlamentarnej (czego wymownym świadectwem jest choćby nikłe poparcie dla Partii Kobiet w ostatnich wyborach), to postulaty ruchu zyskują coraz większe społeczne zrozumienie i akceptację. A tym samym powoli rośnie z jego strony presja na środowiska polityczne, które chyba zdają sobie coraz bardziej sprawę z tego, że na dłuższą metę opór przed tymi postulatami będzie coraz trudniejszy i ryzykowny politycznie. Świadczy o tym chociażby „poważna” reakcja poszczególnych partii na postulat wprowadzenia parytetów, a nie wyśmianie go z góry – co miałoby z pewnością miejsce jeszcze kilka lat temu. Pomijając naturalnie fakt, że zarazem większość przedstawicieli tych partii robi wszystko, aby za pomocą wykrętnej argumentacji i odpowiednich kruczków regulaminowych tę inicjatywę storpedować.

Po drugie, w ciągu ostatnich dwudziestu lat zaszły u nas głębokie przeobrażenia społeczne, a jednym z ich efektów jest pojawienie się coraz liczniejszych grup kobiet o wysokich kwalifikacjach zawodowych, energicznie dopominających się o zagwarantowanie polskim kobietom tych samych praw, którymi cieszą się kobiety w krajach zachodnich. To właśnie takie kobiety, same często nie utożsamiając się z feminizmem, zaczynają tworzyć środowiska w sposób naturalny i żywiołowy wspierające różne postulaty nurtu. Odrębnym interesującym zjawiskiem jest w tym kontekście powstanie różnych katolickich ruchów feministycznych, które nie zawsze są „pokorne” wobec władz kościelnych. Wręcz przeciwnie. Często wyrażają bardzo krytyczne opinie pod adresem stosunków panujących w Kościele. Niekiedy zaś zgłaszają radykalne – przynajmniej jak na nasze warunki – postulaty, jak np. domaganie się wyświęcania kobiet na kapłanki.

   Ankieta_ID=201827#

Wspólną cechą wszystkich tych środowisk – tworzących coraz bardziej znaczące społeczne zaplecze dla rodzimych ruchów feministycznych – jest, że dominują w nich kobiety wykształcone, świadome siebie i gotowe energicznie dochodzić swoich praw. Wydaje się, że z czasem polityczne znaczenie tych środowisk będzie rosło i z jego równościowymi postulatami będą się musiały poważnie liczyć poszczególne partie i rząd.

Po trzecie wreszcie, szereg regulacji prawnych idących w tym kierunku wymusiła na rządzących Unia Europejska. Stworzyło to siłą rzeczy w pewnych dziedzinach całkiem nową sytuację, w której kobiety mogą dochodzić przed sądem swoich praw, jeśli zostały one naruszone. Stąd głośne, coraz częściej relacjonowane przez mass media sprawy dotyczące stosowania przez mężczyzn wobec kobiet różnych form przemocy w rodzinie, molestowania czy szantażu seksualnego w pracy – stały się przedmiotem rozpraw sądowych. I jakkolwiek kobiety decydujące się na taki krok czynią to często wbrew silnej presji bardzo tradycyjnie podchodzącego do tych kwestii najbliższego środowiska, w którym łamanie praw kobiet jest tematem tabu, to systematyczne nagłaśnianie przez mass media tych skandalicznych spraw wpływa bez wątpienia w sposób istotny na zmianę podejścia do nich w szerokich warstwach społecznych.

Naturalnie pozostaje pytanie, jaki procent kobiet zdobywa się u nas na odwagę skierowania do sądu tego typu spraw i tym samym ich upublicznienia? W ilu zaś przypadkach kobiety podlegają różnego rodzaju naciskom ze strony rodziny, otoczenia w pracy, Kościoła czy samych sprawców i wolą milczeć?

Innego typu skandalem, niezwykle znamiennym, jeśli chodzi o panujące u nas podejście do kwestii równouprawnienia kobiet, jest głośna sprawa Alicji Tysiąc. Po pierwsze, mimo orzeczenia okulisty, że poród trzeciego dziecka może się wiązać dla niej z utratą wzroku, żaden z lekarzy nie zgodził się na przeprowadzenie przysługującego jej prawnie zabiegu aborcji. Po drugie, jej pozew sądowy w tej sprawie, mimo iż ewidentnie zignorowano przysługujące jej prawo, sąd krajowy umorzył. Po trzecie wreszcie, po wniesieniu przez Tysiąc pozwu do Trybunału w Brukseli, który orzekł, że naruszono jej prawo do prywatności i przyznał jej odszkodowanie, niektóre środowiska kościelne rozpoczęły przeciwko niej prawdziwą nagonkę, ukazując ją jako kobietę-potwora. Zaś prawdziwą podłością było porównanie jej zamiaru dokonania aborcji do zbrodni niemieckich w obozach zagłady.

Skandal ten ma kilka wymiarów. Po pierwsze, pokazuje on, jak dalece „kompromis” osiągnięty w kwestii aborcji – przyznający kobietom prawo do zabiegu w sytuacjach, gdy zostały zgwałcone i gdy poród może wiązać się z poważnym zagrożeniem ich zdrowia – również w tak restrykcyjnej postaci jest iluzoryczny. Nie ma bowiem jednoznacznie sformułowanych procedur postępowania w podobnych przypadkach – co kompromituje tych, co uchwalali tego typu prawo. Po drugie, pokazuje on, jak dalece krajowe sądy, mimo ewidentnego naruszenia prawa w tym wypadku, gotowe są wydawać wyroki z tym prawem sprzeczne – co jest kompromitujące dla wymiaru sprawiedliwości. Po trzecie wreszcie, późniejsza nagonka środowisk kościelnych na Alicję Tysiąc, w której posunięto się do porównań uwłaczających jej ludzkiej godności, kompromituje same te środowiska, pokazując, że w podobnych wypadkach za nic mają one przykazanie „miłości bliźniego” i są zdolne do szczególnie agresywnych, obraźliwych zachowań. Przede wszystkim jednak skandaliczne jest, że podobne, wyrażane publicznie podejście znacznej części księży i hierarchii kościelnej, podważające moc obowiązującego w Polsce prawa, jest praktycznie równoznaczne z brutalną ingerencją w sferę kompetencji państwa – wbrew istniejącemu u nas (podobno) wyraźnemu rozdziałowi Kościoła od państwa w tym zakresie.

Pisząc te słowa, nie mam zamiaru wdawać się w kolejny spór dotyczący oceny samego zabiegu aborcji. Chcę tylko wskazać na czysto prawny aspekt sprawy Alicji Tysiąc. Ukazuje ona wymownie, że nawet ograniczone prawo dane kobietom przez państwo polskie zostało w tak mętny i nieprecyzyjny sposób sformułowane, że jego stosowanie jest praktycznie niemożliwe. A jeśli do tego państwo, które winno stać na straży tego prawa, nie tylko nie podejmuje żadnych kroków dla uprecyzyjnienia tego prawa, ale samo wydaje wyroki jawnie z nim sprzeczne – dowodzi tym swojej fundamentalnej słabości i niekonsekwencji w działaniu. Równocześnie nie reaguje ono w najmniejszym stopniu na publiczne występowanie przeciwko prawu, lżenie go i praktyczne paraliżowanie jego wykonania przez najbardziej wpływową instytucję kościelną tylko dlatego, że jej przedstawiciele i grono jej fundamentalistycznie nastawionych wiernych nie akceptują tego prawa ze względów czysto ideologicznych.

Nie ulega więc wątpliwości, że niezależnie od wspomnianego ciążenia wieloletniej tradycji cywilizacyjno-kulturowej, jednym z głównych instytucjonalnych filarów utrzymujących w naszym społeczeństwie niechętne i lekceważące (względnie obojętne) postawy wobec postulatów równouprawnienia kobiet jest Kościół, a w każdym razie przeważająca część jego hierarchii.

     4.

Byłoby jednak zbytnim uproszczeniem rozpatrywanie postawy Kościoła wobec tych postulatów jedynie pod kątem jego stosunku do aborcji. Kwestia równouprawnienia kobiet i ich praw zaczyna bowiem ostatnio dotykać Kościół również „od wewnątrz” w związku z narastającą w nim dyskusją wokół nowych form uczestnictwa kobiet w liturgii, aż po wyświęcanie ich na kapłanki. Ta dyskusja, która na szerszą skalę zaczęła się wśród wiernych Kościoła katolickiego w krajach Europy zachodniej i w Ameryce zatacza coraz szersze kręgi również i u nas.

Śmiem twierdzić, że powoli staje się ona jednym z najbardziej podstawowych problemów samego Kościoła. I od tego, jak Kościół ten problem rozwiąże zależy w dużym stopniu, czy będzie on w stanie nawiązać rzeczywisty dialog z coraz liczniejszymi grupami swoich wiernych domagających się głębokich zmian instytucjonalnych w tej kwestii, czy też obierze strategię uporczywego trwania na pozycjach jawnie konserwatywnych, izolujących go coraz bardziej od wspomnianych grup. W sytuacji bowiem, gdy w różnych dziedzinach i aspektach życia danej społeczności kobiety stopniowo zyskują prawa na równi z mężczyznami, utrzymywanie w ramach Kościoła tradycyjnych podziałów, mających swoje źródło w średniowiecznym podejściu do ról kobiecych i męskich sprawia, że zaczyna być on postrzegany przez coraz większą część wiernych jako anachroniczne i skostniałe „dziwadło”. Tym bardziej, że w wielu innych kościołach chrześcijańskich przeprowadzane są w tej dziedzinie daleko idące reformy.

W dodatku sytuacja hierarchów Kościoła katolickiego w przytłaczającej większości negatywnie nastawionych do kwestii wyświęcania kobiet na kapłanki jest – paradoksalnie – znacznie trudniejsza, niż ma to miejsce w kwestii aborcji. Jeśli bowiem w tym ostatnim wypadku mogą oni jeszcze próbować formułować argumenty natury etycznej, to kwestia wyświęcania kobiet na kapłanki dotyczy nie tyle etyki czy stosunku do religijnych dogmatów, ile utrwalonej przez tradycję określonej postaci samego obrządku, zgodnie z którym święcenia kapłańskie mogą otrzymywać jedynie mężczyźni. Znacznie trudniej jest więc w tym wypadku formułować jakieś etyczne czy teologiczne argumenty przekonujące rzesze wiernych.

Pytaniem jest wówczas, czy temu pozostającemu w zgodzie z patriarchalnym modelem społeczeństwa i Kościoła określeniu pozycji mężczyzn i kobiet należy przyznać status niepodważalności, próbując je wspierać różnymi teologicznymi argumentami, względnie tylko argumentami natury historycznej i czysto praktycznej? Powołując się np. na fakt, że nie jest bez znaczenia, iż apostołami Chrystusa byli jedynie mężczyźni, podczas gdy kobiety pełniły zupełnie inną rolę. Czy też może wszystkie te argumenty są w istocie mało wiarygodne i tak naprawdę mają swe jedyne uzasadnienie w instytucjonalnej tradycji Kościoła katolickiego? Są więc jako takie podważalne, co implikuje, że odejście od patriarchalnego modelu organizacji Kościoła nie naruszy w niczym jego ideowych fundamentów.

Zwolennicy przeprowadzenia tego typu reform argumentują – i chyba słusznie – że korzyści, jakie odniesie stąd Kościół będą niepomiernie większe. Wskazują więc np. na to, że kobiety-kapłanki wniosą do Kościoła nowego, żarliwego ducha wiary, jak też na to, że posunięcie to złagodzi kryzys instytucjonalny Kościoła związany ze systematycznym zmniejszaniem się ilości święceń kapłańskich (co też zresztą coraz boleśniej zaczyna odczuwać polski Kościół). W dodatku dopuszczenie kobiet do stanu kapłańskiego winno przyczynić się do przeprowadzenia dalszych reform, które Kościół winien był przeprowadzić już dawno. Na czoło wysuwa się tu postulat zniesienia celibatu księży, który z oczywistych względów będzie wówczas znacznie trudniejszy do utrzymania.

     5.

Te dwa postulaty: wyświęcanie kobiet na kapłanki oraz zniesienie celibatu księży są ze sobą – wbrew pozorom – ściśle powiązane. Obydwa bowiem niosą ze sobą konieczność przeformułowania dotychczasowych ról kobiecych i męskich w Kościele, gdzie nie istnieje symetryczny kobiecy odpowiednik kapłana (wyjątkiem są tu zakony kobiece, które w pewnym sensie stanowią symetryczny odpowiednik męskiej zakonnej służby Bogu). Byłaby to innymi słowy prawdziwa rewolucja, zgodnie z którą dotychczasowy sposób myślenia o kobiecości i męskości w służbie Bogu, oparty na instytucjonalnym (i sakralnym) wyniesieniu księży i mnichów/mniszek ponad płeć i seksualność zastąpiłby model inny, całkowicie z nim niewspółmierny. W modelu tym definicja kobiety i mężczyzny w służbie Bogu nie zasadzałaby się już na wymogu seksualnej ascezy ze strony obojga (a tym samym również ich seksualnej izolacji wobec siebie). Równocześnie zniesiona zostałaby zasadnicza nierówność między statusem mężczyzny-kapłana i kobiety, która jedynie za jego pośrednictwem może otrzymywać sakramenty.

Gdyby te dwie reformy zostały w Kościele przeprowadzone, oznaczałoby to prawdziwą rewolucję. Byłoby to wręcz trzęsienie ziemi. I to nie tylko jeśli chodzi o sposób funkcjonowania Kościoła jako instytucji, ale również gdy myślimy o usytuowaniu Kościoła wobec społeczeństwa, w którym postulaty równościowe zgłaszane przez środowiska kobiece i feministyczne są w coraz większym stopniu realizowane. Zaryzykuję tezę, że postulaty te – pośrednio – stają się dla Kościoła kwestią egzystencjalną, dotyczącą nie tylko samych podstaw jego instytucjonalnej organizacji, ale również społecznej roli, jaką będzie on odgrywać w najbliższej przyszłości. I to nie tylko w krajach Europy Zachodniej czy w obu Amerykach, gdzie jest to już bardzo widoczne, ale również i w Polsce.

Liczne wypowiedzi papieża i innych znaczących hierarchów kościelnych w tych dwóch kwestiach wskazują jednak jednoznacznie, że trudno liczyć na to, aby którykolwiek ze wspomnianych postulatów został urzeczywistniony w najbliższej przyszłości. Odnieść wręcz można wrażenie, że – paradoksalnie – opór hierarchii potęguje się tym bardziej, im bardziej te postulaty stają się głośne. Na co też nie bez wpływu pozostają ostatnie skandale seksualne związane z przestępczymi zachowaniami księży wobec wiernych, głęboko poruszające opinię publiczną. Można naturalnie żywić nadzieję, że nowe, bardziej restrykcyjne przepisy wewnątrzkościelne dotyczące tych wykroczeń ograniczą skalę tego zjawiska, ale czy rzeczywiście doprowadzą one do rozwiązania problemu? Czy zamiast odnosić się tylko do skutków, nie należałoby raczej podjąć próbę usunięcia przyczyn tego masowego zjawiska? Jak widać, również i ta bulwersująca szeroką opinię kwestia wiąże się pośrednio z postulatami radykalnej redefinicji ról kobiecych i męskich w Kościele, idącej w kierunku ich instytucjonalnego i religijnego równouprawnienia.

Powyższe pytania posiadają szczególne znaczenie w kontekście polskim, w którym społeczna pozycja Kościoła katolickiego jest nadal szczególnie silna. Równocześnie zaś przytłaczająca większość jego hierarchii jest wręcz ultrakonserwatywna i propaguje bezrefleksyjny, ludowy model wiary oparty na różnych narcystycznych – przesiąkniętych podskórnie endeckim nacjonalizmem – projekcjach. Dlatego też, jak sądzę, konflikt między wspierającą w coraz większym stopniu feministyczne postulaty równouprawnienia kobiet laicką częścią społeczeństwa oraz ruchami feministycznymi w samym Kościele z jednej strony a coraz bardziej twardym stanowiskiem hierarchii z drugiej, będzie się nasilał. Znajdzie on też zapewne swoje wyraźne przełożenie w przyszłych sporach politycznych między poszczególnymi partiami, gdzie postulaty te z czasem zyskają na znaczeniu.

Tak czy inaczej, kwestia równouprawnienia kobiet przestaje być dzisiaj jedynie próbą urzeczywistnienia dziwacznych postulatów zgłaszanych przez ruchy feministyczne, ale zaczyna rzutować na całość naszego życia społecznego i politycznego. Pośrednio też dotyka samego Kościoła „od wewnątrz”, który – jak na razie – reaguje na nią alergicznie, uciekając się do sprawdzonej strategii „oblężonej twierdzy”.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów:

Sebastian Duda , Feminizujące katoliczki

Anna Karoń-Ostrowska , Kobieta i mężczyzna – w zaklętym kręgu inności

Elżbieta Radziszewska , Jaśniejsza strona Polski

 

Katarzyna Pająk, Kobieta i mężczyzna jako temat mitologiczny

Zalecenie Komitetu Ministrów Rady Europy

 

POL_TOLERANCJA_debata06_2.jpg

 

6 Comments

  1. Malgorzata

    Czarownice i inkwizytorzy?

    Nie wiem, czy z gruntu patriarchalny Kościół w Polsce dostrzeże potrzeby współczesnych wykształconych kobiet i zechce podjąć z nimi dialog. Zgadzam się z Autorem, że można tu raczej liczyć na reakcje alergiczne albo na co "grzeczniejsze" propozycje tzw. chrześcijańskiego feminizmu, które w gruncie rzeczy odwołują się do tradycyjnego wzorca macierzyńsko-służebnych cnót.

    Nie zamierzam tu zresztą walczyć z tym skądinąd pięknym i pożytecznym wzorcem, zakorzenionym w naturze, wspieranym maryjną teologią itp.

    Chciałabym jednak zwrócić uwagę na to, że dla wieku współczesnych polskich kobiet właśnie problem płci może stanąć między nimi a Kościołem, a dalej – między nimi a Bogiem. Najpierw jest zawsze bunt przeciwko patriarchalnemu społeczeństwu, są zarzuty i pytania o model życia, z którymi można jeszcze podejmować dyskusję na gruncie wiary. Tylko że potrzebna jest otwartość na nowe wzorce kulturowe, które wcale nie są jednoznaczne z permisywizmem i grzechem. 

    Później bunt kobiety zostaje zgeneralizowany, a w dodatku lewicowa czy antychrześcijańska ideologia dostarcza intelektualnej podbudowy – i nie ma już o czym rozmawiać. Z jednej strony jest czarownica feministka, a z drugiej strony – bardziej lub mniej uzasadniony lęk przed inkwizytorem.

    Obraz na pierwszy rzut oka wydaje się fałszywy, a jednak taki właśnie jest moim zdaniem. Ale taki przecież być nie musi. Tylko jak przekonać każdą ze stron, że może być inny? 

     

     
    Odpowiedz
  2. Redakcja

    Trzy nieprawdy w jednej sprawie

    Redakcja Tezeusza otrzymała pocztą elektroniczną następujący tekst, mający stanowić sprostowanie do artykułu pana Pawła Dybla:

     

    Trzy nieprawdy w jednej sprawie

     
    Prof. Paweł Dybel w jednym zaledwie akapicie artykułu "Kościół zamknięty dla kobiet" (Rzeczpospolita, 12 X 2010) trzykrotnie zawarł nieprawdę.
    1. Nie jest prawdą to, co napisał o "głośnej sprawie Alicji Tysiąc. Po pierwsze, mimo orzeczenia okulisty, że poród trzeciego dziecka może się wiązać dla niej z utratą wzroku, żaden z lekarzy nie zgodził się na przeprowadzenie przysługującego jej prawnie zabiegu aborcji". Alicja Tysiąc nie otrzymała orzeczenia okulisty, lecz lekarza rodzinnego, niezgodną z aktualnym stanem wiedzy medycznej. "W tym przypadku, w świetle prawa polskiego, nie było żadnych przesłanek uzasadniających usunięcie ciąży. Potwierdziła to także opinia krajowego konsultanta do spraw okulistyki prof. Jerzego Szaflika. Argumentował on, że krótkowzroczność nie jest powodem nawet do wykonania cesarskiego cięcia. Powołując się na fachową literaturę, ciąża ani poród nie mają żadnego wpływu na choroby oczu, a zatem nie mogą stanowić zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentki" – napisał w Rzeczpospolitej (21 III 2007) prof. dr hab. B. Chazan, były konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii i położnictwa.
    2. Prof. Dybel napisał dalej: "niektóre środowiska kościelne rozpoczęły przeciwko niej prawdziwą nagonkę, ukazując ją jako kobietę-potwora. Zaś prawdziwą podłością było porównanie jej zamiaru dokonania aborcji do zbrodni niemieckich w obozach zagłady". Prof. Dybel znów minął się z prawdą. Porównanie do  esesmanów z Auschwitz dotyczyło sędziów z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu, nie Alicji Tysiąc (w internecie można łatwo znaleźć odpowiedni artykuł ks. red. M. Garncarczyka, "Siła przyzwyczajenia", Gość Niedzielny, 3 X 2007, http://goscniedzielny.wiara.pl/?grupa=6&art=1191412106&dzi=1104714267).
    3. Pisząc o sprawie Alicji Tysiąc prof. Dybel myli Trybunał w Strasburgu z inną instytucją (Trybunał w Brukseli?). Pozostaje mieć nadzieję, że inne argumenty prof. Dybla, których nie jestem w stanie ocenić, są lepszej jakości i zostały poprzedzone sprawdzeniem podstawowych faktów w sprawach, o których pisze.
    dr inż. Antoni Zięba, wiceprezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia

     

     
    Odpowiedz
  3. jadwiga

    no nie…

    dr Antoni Zięba

    Powołując się na fachową literaturę, ciąża ani poród nie mają żadnego wpływu na choroby oczu, a zatem nie mogą stanowić zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentki" –

    A to ciekawostka! Bo moja córka miała własnie cesarkę tylko i wyłacznie dlatego poniewaz ma chore oczy. I to pomimo tego ze cesarki ja dla niej wcale nie chciałam, uwazałam, ze lepiej będzie jak urodzi siłami natury. Jednak specjalista orzekł, ze powinna byc cesarka. Bo potem może byc duzy problem.

     
    Odpowiedz
  4. smok.eustachy

    Moje najczarniejsze

    Moje najczarniejsze przewidywania się spałniają. Ankieta do tej debaty jest wg wzorów leninowskich. Dlaczego nie ma przynajmniej jednej normalnej odpowiedzi?

    NP: jest to zgodne z naturalnym porządkiem rzeczy.

     
    Odpowiedz
  5. smok.eustachy

    Oświecenie

    Słusznie narzeka autorka: słabo zaznaczona w naszej kulturze oświeceniowa tradycja europejskiego racjonalizmu
    Nieuchronnym zwieńczeniem oświecenia były rzezie i mordy a najdonioślejszym wynalazkiem – gilotyna.
    Pora krótko zasygnalizować rzeczywisty stan rzeczy. Aspiracje kobiet mogą być realizowane bo wzrasta produktywność i dlatego można sobie pozwolić na większe marnotrawstwo, poświęcając efektywność na rzecz realizacji aspiracji. Ale społeczeństwo nie jest w stanie żyć w fundamentalnym zakłamaniu, nowomowie i dwójmyśleniu. Przykładem tegoż jest ankieta obecna nieszczęsna. Stąd ludzie chcący normalnie żyć nieoczekiwanie będą wybierać islam, ku zdziwieniu i przerażeniu felietonistów obecnych.
    Szariat – to przedmiot, kŧóry powinien być nauczany obecnie bo będzie za parę lat obowiązywał. Kościół, przesiąknięty chorymi ideami nie będzie w stanie tej normalności być wierny. Kobiety mają za dużo do stracenia na tych experymentach.
    II
    Ludzie głupieją z nadmiaru szczęścia – to element naturalnego regulatora – czyli wraz z rozwojem cywilizacji nasilają się tendencje autodestrukcyjne. Przykłady przewijają się przez te debaty co i rusz. A tu to już w ogóle. Natura ludzka jest jaka jest i równie dobrze by można kazać ludziom jeść azbest.

    III
     Ciekawe czemu nie ma mowy o "prawie mężczyzny do wyboru"

     
    Odpowiedz
  6. dorothea

    „Kobiety mają za dużo do

    "Kobiety mają za dużo do stracenia na tych eksperymantach"- zawsze mnie zadziwiała ta niesamowita troska mężczyzn o los i styl życia kobiet.

    Wypunktuję po kolei, delikatnie mówiąc, sporne kwestie:

    1. Świat nie jest taki prsoty do opisu jakby się zdawało. Każde interakcja,  zmiana ma zarazem pozytywne jak i negatywne strony. Tak też jest z oświeceniem. Więc może aż tak bardzo się na nie nie obrażajamy.

    2.Drugi akapit pana wypowiedzi jest dyskryminacją kobiey w czystej postaci i dziwie się, że nikt wcześniej nie skomentował tej wypowiedzi, bo aż się włos na głowie jeży. Podskórny przekaz tego akapitu jest taki, że nie może być równouprawnienia kobiet i mężczyzn na rynku pracy, bo kobiety są mniej efektywnymi, jak Pan to okreslił, prawcownikami. Pozwoli Pan, że przez szacunek dla kobiet, nawet nie skomentuję tej wypowiedzi.

    3. II podpunkt jest bardzo ciekawą kmonstrukcją, ale pozwoli Pan, że odniosę się jedynie do jednego zdania- "Natura jest jaka jest"- proszę mi powiedzieć jaka jest natura. Rozumiem,że jest to "oczywista oczywistość", której nie ma potrzeby wyjasniać, ale ja może jestem trochę niedouczona, więc proszę mi powiedzieć. Jest to jeden z argumentów, które kocham. Odwołują się do męskiego, patrchialnego schamatu kobiety, którego celem jest świaoma bądź nieuświadomiona chęć sprawowania władzy nad kobietami. Wynika to oczywiście z lęku. Zastanawiam dlaczego od tysiącleci mężczyźni bali się kobiet. Izolowali, tabuizowali różne przejawy kobiecości.

    Odwołanie się do esencji kobiecości- tak, z naturą nie można już dyskutować, dlatego tym niebezpieczniejszy i bardziej perfidny jest ten argument. Konstrukcje metafizyczne (odsyłam do Derridy) dawno już zostały zdekonstruowane- ukazane zostało przede wszytskim , że światopogląd na nich wyrosły może mieć moc wysoce represyjną i tak rzeczywisćie było przez wieki.

    Z uwagi na powyższe, dostrzegam przewagę konstruktywistycznego postrzeganiem osoby ludzkiej nad esencjalnym- nie wchodze w dyskusję nad tym, czy jest coś takiego jak natura ludzka, czy nie. Chcę jedynie powiedzieć, że w sferze politycznej trzeba każdej jednostce zapewnioć wolność (która kończy się rzecz jasna tam, gdzie zaczyna się wolnośc innego człowieka), do życia w taki sposób, jaki uzna za stosowny.

    Tak więc, kończąc swój wywód, chciałabym powiedzieć rzecz oczywistą. Trzeba zagwarantować politycznie kobietom takie same prawa jak mężczyznom. One są dorosłymi ludźmi, takimi jak Pan, Panie Eustachy, i potrafią zdecydować samodzielnie, co jest dla nich najlepsze. Każda kobieta zdecyduje indywidualnie, co zrobi ze swym życiem, jak się to Panu podoba?

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code