Kochać błądzących

[play=debata_4_Dragula.mp3]

Tolerancja wobec ateistów jest zgodą nie tylko na to, by ateista miał prawo do wyrażania swojej niewiary, ale także na to, by mógł tę swoją niewiarę głosić. Jeśli ateista będzie wychodził z założenia, że wiara w Boga jest błędem, to należy zrozumieć, iż jego pragnieniem będzie, by także inni tego błędu uniknęli. Stąd biorą się właśnie reklamowe hasła ateistów: „Nie martw się, Boga nie ma”.

 

Tolerancja zakłada istnienie dwóch podmiotów: tolerującego i tolerowanego. Aby mogła zaistnieć między nimi relacja tolerancji, obaj: tolerujący i tolerowany muszą się od siebie znacząco różnić, muszą się różnić tak bardzo, by tolerowany mógł być postrzegany jako „inny”. Tolerancja religijna zakłada istnienie między tymi podmiotami różnicy, inności w perspektywie wiary (religii). Ta inność sięgnąć może nawet relacji opozycyjnej: wierzący – niewierzący.

 

Tolerancja – ewangelizacja – dialog

To, jak się będzie układała relacja między tymi podmiotami, zależeć będzie od wielu czynników. Jednym z nich jest zapewne religijna odległość między podmiotami – to, do jakich wyznań czy tradycji religijnych przynależą i jak bardzo się od siebie różnią. Inaczej będą rozkładały się wzajemne relacje w sytuacji wierzący – niewierzący, inaczej w sytuacji wierzący – wierzący, gdy obaj reprezentują odmienne tradycje religijne (chrześcijanin – muzułmanin) czy też odłamy konfesyjne w ramach jednej religii (katolik – protestant). Nie ma tutaj prostych zależności. Niekoniecznie musi być tak, że bardziej tolerowany jest ten, który jest mi bliższy. W kształtowaniu się relacji międzyreligijnych czy wewnątrzreligijnych (nazwijmy je tolerancją ekumeniczną) istotne są bowiem nie tylko czynniki doktrynalne i wynikające z nich kultyczne czy etyczne konsekwencje, ale także czynniki natury historycznej. I tak wierny Kościoła polskokatolickiego może być przez (rzymskiego) katolika mniej tolerowany niż protestant. Im wcześniej nastąpił rozłam od Kościoła katolickiego, tym tolerancja zdaje się większa, gdyż wzajemne animozje ulegają zatarciu i zapomnieniu. Etykietka „zdrajcy” przylgnie raczej do „narodowca”, choć bliżej mu doktrynalnie do katolicyzmu niż luteraninowi.

   Ankieta_ID=201776#

Na relacje tolerancji między wyznawcami poszczególnych religii nałożą się także czynniki pozareligijne czy pozakościelne. Myślę tutaj przede wszystkim o czynnikach natury społecznej i politycznej. Chodzi tutaj o stereotypy we wzajemnym postrzeganiu, gdzie niebagatelną rolę odgrywa istniejące dziedzictwo historyczne i powiązania ze strukturą narodową. Przykłady to klisze typu: Polak – katolik, Niemiec – luteranin, Ukrainiec – prawosławny itd. Przezwyciężenie zadawnionego poczucia krzywdy jest absolutnym warunkiem zaistnienia pozytywnie rozumianej tolerancji. O istniejących obiegowych stereotypach w myśleniu o Żydach nie trzeba tutaj chyba wspominać, bo ich szkodliwość dla procesu tolerancji jest oczywista.

Kolejnym czynnikiem będzie – nazwijmy to – współczynnik tolerancyjności właściwy religii reprezentowanej przez tolerującego. I znów relacja ta inaczej będzie się kształtowała w przypadku przedstawiciela religii, która pretenduje do bycia jedyną właściwą i prawdziwą, inaczej w przypadku osoby wyznającej religię, która zakłada istnienie innych religii, równoległych dróg zbawienia, wielości i równorzędności bóstw. Chrześcijaństwo i islam należą do religii, które pretendują do całkowitego wyjaśnienia świata i posiadania prawdy objawionej w stopniu wystarczającym, by zaproponować zbawienie wszystkim innym. W znaczeniu teologicznym inne religie – w tej perspektywie – stają się niepotrzebne. Od czasu Deklaracji o wolności religijnej Dignitatis humanae Soboru Watykańskiego II obowiązek ewangelizacyjny został niejako zrównoważony przez uznanie prawa niechrześcijan do wyznawania własnej religii bądź też do niewyznawania żadnej. Dzisiaj też teologia (bardziej) i Urząd Nauczycielski Kościoła (mniej) otwierają się na ideę zbawczej (choć bardzo ograniczonej) wartości religii niechrześcijańskich. W ten sposób misje zostały uzupełnione – ale nie zastąpione – dialogiem. Przypomnijmy: sobór stwierdził, że „owa jedyna prawdziwa religia przechowuje się w Kościele katolickim i apostolskim, któremu Pan Jezus powierzył zadanie rozszerzania jej na wszystkich ludzi” (pkt. 1). Nie ulega wątpliwości, że często trudno jest tutaj znaleźć złoty środek między dialogiem a ewangelizacją. „(…) czy katolicy nie przystępują do tego dialogu z ukrytymi zamiarami ewangelizacyjnymi? Jeśli zaś takich zamiarów nie mają, to czy nie sprzeniewierzają się w ten sposób Ewangelii, która przecież wyraźnie wzywa do tego, żeby Chrystusa głosić wszystkim ludziom? Otóż którykolwiek człon alternatywy by realizować, popada się w jakąś nielojalność: albo nielojalność wobec partnerów dialogu, albo w nielojalność wobec Ewangelii” – pisał Jacek Salij[1].

 

Tolerancja i obojętność

Samego słowa „tolerancja” próżno szukać w nauczaniu soborowym. Nie ma też stwierdzenia sformułowanego expressis verbis, że Kościół katolicki uznaje prawo każdego człowieka do wyznawania własnej wiary. O takim jednak stanowisku Kościoła można zasadnie wnioskować pośrednio, choćby z wypowiedzi: „wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu według swego sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie” (pkt. 2).

Od wspomnianego przymusu ze strony Kościoła wolni powinni być także ci, którzy przynależą do innych religii bądź też religię zupełnie odrzucają, w końcu „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy” (pkt. 1). Co więcej, Kościół uznaje prawo do – w jego ocenie oczywiście – błądzenia: „prawo do owej wolności przysługuje trwale również tym, którzy nie wypełniają obowiązku szukania prawdy i trwania przy niej; korzystanie zaś z tego prawa nie może napotykać przeszkód, jeśli tylko zachowywany jest sprawiedliwy ład publiczny” (pkt. 2). A jaki stosunek mają przyjąć ludzie wierzący wobec tych, którzy błądzą co do prawdy i nie wierzą czy też wierzą w sposób ułomny (jeśli można tak powiedzieć)? Sobór odpowiada: „miłość Chrystusa przynagla go [ucznia Chrystusa], aby wobec ludzi, którzy trwają w błędzie albo w niewiedzy co do spraw wiary, postępował z miłością, roztropnością i cierpliwością” (pkt. 14). Przyjmijmy więc, że chrześcijaństwo (przynajmniej w założeniu modelowym) jest religią tolerancyjną względem innych religii i osób niereligijnych. Ale co to znaczy w praktyce tolerować wyznawców innych religii? Jaki jest zakres tolerancji religijnej? Czy da się wyznaczyć jakieś jej granice?

W każdej religii można wyróżnić trzy jej płaszczyzny: doktrynę, praktyki religijne i normy etyczne. W konsekwencji także tolerancja będzie relacją wielopłaszczyznową. Tolerancją dogmatyczną[2] można nazwać tolerancję twierdzeń wchodzących w zakres doktryny danej religii. W przypadku religii „prawdziwych” (jak chrześcijaństwo) wzajemna dogmatyczna tolerancja religijna nie oznacza wyrzeczenia się prawa do oceny tego, w jaki sposób wierzą inni. Synonimem tolerancji stałby się wówczas indyferentyzm religijny, na który religie „prawdziwe” nigdy nie mogą sobie pozwolić, gdyż po prostu utraciłyby własną tożsamość i rację istnienia. Tak rozumiane nastawienie tolerancyjne byłoby tożsame z „postawą takiego samego traktowania wszystkich poglądów, a więc nierozstrzygania o ich prawdziwości”[3]. Tolerancja to nie dowolność. To respektowanie cudzych poglądów bez utraty przywiązania do własnej tożsamości. Kościół nie wykreślił ze swojego słownika pojęć: herezja, apostazja, schizma. W nich wszystkich zawarty jest komponent oceniający, którego nie da się zignorować. Przecież – popatrzmy przez analogię – członka, który odbiega od przyjętych zasad, partia „nie toleruje”, ale zawiesza bądź usuwa ze swoich szeregów.

W tym znaczeniu deklarację Dominus Iesus z roku 2000 można oczywiście określić jako akt nietolerancyjny, jak zresztą uznało wielu przedstawicieli Kościołów protestanckich. Istotą tolerancji dogmatycznej – jak mówi sama etymologia tego słowa – jest więc znoszenie doktrynalnej odmienności, a nie obojętność na nią.

Problem tolerancji dogmatycznej jest dzisiaj przede wszystkim kwestią zajmującą teologów czy też urzędowych przedstawicieli poszczególnych religii i – jak się wydaje – nie rozpala już samych społeczności tak jak niegdyś. Jak pisze L. Kołakowski, „chrześcijańscy orędownicy tolerancji w szesnastym i siedemnastym wieku tłumaczyli, że nie powinniśmy się wyrzynać wzajemnie z powodu różnic w naszych opiniach na temat Trójcy Świętej, sakramentu Eucharystii lub predestynacji”[4]. Dzisiaj – przyznajmy – nikt nie ma już takich nieewangelicznych i nietoleranycjnych pomysłów.

Nie mieszkam w środowisku zbyt zróżnicowanym religijnie, ale pamiętam z dzieciństwa, że religię świadków Jehowy nazywano popularnie „kocią wiarą”, co było wyrażeniem pełnym pogardy. Nie wydaje mi się, by dzisiaj ktoś rzucał kamieniami w okna tylko dlatego, że mieszkają tam innowiercy, co wcale nie było czymś bardzo rzadkim, zwłaszcza wobec przedstawicieli nowych, nieco egzotycznych wyznań. Wydaje się, że dla współczesnego, polskiego katolika fakt, że ktoś jest człowiekiem wierzącym jest ważniejszy niż ewentualne różnice w wyznawanej wierze. Być może jest to owoc ekumenicznego i dialogowego nastawienia samego Kościoła.

 

Grzech i (nie)tolerancja

Druga płaszczyzna to praktyki religijne. Ich odmienność w poszczególnych tradycjach i wyznaniach może rzeczywiście czasami prowadzić do prostych wniosków, że niektórzy „czczą bałwany”. Zgodnie z zasadą lex orandi – lex credendi przywiązanie do określonych form kultu jest istotnym elementem danej religii. Liturgia czy kult to rytualny wyraz wiary. Czy są kulty, które mogą zostać uznane za nietolerancyjne? Tak, o ile w swym wyrazie godzą w inne tradycje religijne. Jako liturgiczną formę nietolerancji można było uznać formułę modlitwy wielkopiątkowej za Żydów. Być może za takie mogą zostać uznane także niektóre formy pobożności ludowej, jak choćby tzw. bicie Judasza. Otwarte pozostaje pytanie, czy jako nietolerancyjne należy uznać wszelkie formy modlitwy o nawrócenie, w tym o nawrócenie pogan czy niewierzących? Zaniechanie tej modlitwy byłoby także aktem wyrzeczenia się prawdziwości i uniwersalizmu danej religii. Niejeden niewierzący nie życzy sobie przecież, by modlono się o jego nawrócenie. Czy jest to akt ograniczenia cudzej wolności religijnej, w tym wolności do niewiary? Moim zdaniem nie. Modlitwa jest aktem pragnienia modlącego się, a nie przymusu wobec kogokolwiek. A poza tym dla człowieka niewierzącego – logicznie rzecz ujmując – modlitwa nie powinna mieć żadnego racjonalnego sensu.

Trzeba sobie jednak uświadomić, że nie tylko religia może mieć charakter misyjny. Misyjny może być także ateizm. Ateistów (niewierzących) można podzielić na tych, którzy chcą, by także inni nie wierzyli, oraz na tych, którym jest to obojętne. Tolerancja wobec ateistów jest zgodą nie tylko na to, by ateista miał prawo do wyrażania swojej niewiary, ale także na to, by mógł tę swoją niewiarę głosić. Jeśli ateista będzie wychodził z założenia, że wiara w Boga jest błędem, to należy zrozumieć, iż jego pragnieniem będzie, by także inni tego błędu uniknęli. Stąd biorą się właśnie reklamowe hasła ateistów: „Nie martw się, Boga nie ma”.

Pozostaje jeszcze trzecia płaszczyzna relacji, jaką są normy etyczne wynikające z wyznawanej religii. To właśnie ta sfera jest największym źródłem kontrowersji. O ile bowiem prawda dogmatyczna nie prowokuje określonych zachowań, o tyle prawda o charakterze etycznym ma daleko idące konsekwencje dla postępowania wyznawcy danej religii. Jak ma wyglądać tolerancja dla odmiennych sposobów życia, w sytuacji gdy ktoś motywuje swoje postępowanie moralne religijnie? Przywołam jeszcze raz słowa L. Kołakowskiego. „(…) w cywilizowanych krajach uprawianie homoseksualizmu nie jest karalne (jeśli, oczywiście, chodzi o ludzi dorosłych i jeśli nie ma gwałtu). Kościół uważa praktyki homoseksualne za moralnie niedozwolone, odwołując się do Starego i Nowego Testamentu, własnej tradycji i własnej teologicznej interpretacji seksualności. Otóż gdyby Kościół chciał powrócić do prawnego zakazu homoseksualizmu, mógłby być oskarżany o karygodną nietolerancję. Ale organizacje homoseksualistów żądają, żeby Kościół swoje nauczanie odwołał, a to jest przejaw karygodnej nietolerancji w drugą stronę. (…) Jeśli niektórzy homoseksualiści twierdzą, że Kościół błądzi, mogą z niego wystąpić, nic im nie grozi; ale gdy chcą własne opinie hałaśliwie i agresywnie Kościołowi narzucać, nie bronią tolerancji, lecz nietolerancję propagują. Tolerancja jest skuteczna, gdy jest obustronna”[5].

Czy żądanie zmiany poglądów jest aktem (nie)tolerancji? Zupełnie absurdalne byłoby zarówno wzajemne żądanie zmiany poglądów, jak też wyrzeczenie się prawa do oceny poglądów innych. Czy do przyjęcia byłaby opcja radykalna, która w gruncie rzeczy uniemożliwiłaby wszelką krytyczną opinię? Wówczas ani Kościół nie mógłby oceniać w kategorii grzechu poczynań tych, którzy do niego nie przynależą, ani ci, którzy nie zgadzają się z jego normami, nie mogliby wyrażać swojej niezgody. Tolerancja nie ogranicza więc możliwości oceny postępowania drugiego człowieka według własnych kryteriów. Tolerancja cudzych poglądów nie jest bowiem równoznaczna z ich akceptacją.

 

Od tolerancji do politycznej poprawności

Pozostaje pytanie, w jaki sposób wyrażać swoje „nietolerancyjne” poglądy? Przypominam sobie telewizyjną wypowiedź prof. Hartmana, który protestował przeciwko używaniu pojęcia „cywilizacja śmierci”. On po prostu nie czuł się przedstawicielem „cywilizacji śmierci”. Co zrobić, gdy ci, o których wyrażamy swoje „nietolerancyjne” opinie? W ten sposób zmierzamy do politycznej poprawności, która ostatecznie – poprzez eufemizację – nie pozwala na wyrażenie tego, co się naprawdę myśli. Nie znaczy to jednak, że nie należy poszukiwać takich form wyrażenia swoich (nie)religijnych przekonań i opinii, które nie będą prowadziły do naruszenia godności tych, którzy myślą i postępują inaczej niż my.

Problemem staje się chęć narzucenia innym, tzn. wyznającym odmienny system etyczny – własnych norm. W odczuciu wielu czyni tak Kościół katolicki czy szerzej – chrześcijanie. Tutaj rodzi się kolejny konflikt. Kościół bowiem utrzymuje, że proponowany system wartości nie ma charakteru konfesyjnego, ale wynika z prawa naturalnego. Tak było w przypadku dyskusji na temat prawnych warunków dopuszczalności aborcji. Podobnie będzie w przypadku ewentualnej dyskusji o eutanazji czy zapłodnieniach pozaustrojowych. Kościół nie odwołuje się tutaj do przykazań, które – z natury rzeczy – obowiązują jedynie jego członków, ale do norm wynikających z natury ludzkiej. Rzecz w tym, że kategoria prawa naturalnego bywa coraz bardziej kwestionowana. Zatem to, co mówi i proponuje Kościół, postrzegane jest jako konfesjonalizacja norm etycznych. Co więcej, często etyka katolicka i katolickie postępowanie bywają epitetowane – moim zdaniem – nietolerancyjnie jako ciemnota czy zaścianek. Tego typu oceny są jednak głęboko raniące dla tych, którzy są przywiązani do wartości chrześcijańskich. Dlaczego – dla przykładu – popieranie aborcji miałoby być bardziej oświecone niż niezgoda na nią? Obie postawy pochodzą z zupełnie odmiennych systemów wartości. Czy mogą jednak one funkcjonować równolegle, wyrzekając się wzajemnej krytyki? Czy nie byłoby to formą hipokryzji?

 

Tolerancja dla wierzących

Tolerancja religijna dotyczy nie tylko wzajemnej relacji osób religijnych. O tolerancji religijnej należy mówić także wtedy, gdy mamy do czynienia z relacją wierzących do niewierzących i odwrotnie. Istotą relacji tolerancji nie jest bynajmniej bycie mniejszością w społeczeństwie, ale odróżnianie się, a więc charakteryzowanie się kategorią „inności”. W sposób naturalny inny to przede wszystkim ten, który różni się od większości. Ale przecież także ten, kto przynależy do większości (religijnej) będzie postrzegany jako inny przez członka mniejszości (religijnej, ateistycznej). Tolerancja staje się więc relacją zwrotną. Tolerujący musi być jednocześnie tolerowanym i odwrotnie. Teoretycznie wydaje się to oczywiste. W praktyce jednak mniejszość często nie poczuwa się do obowiązku tolerowania większości, wychodząc z założenia, że większość z natury rzeczy ma wiele instrumentów do zabezpieczenia swoich interesów.

Jak ten problem rozwiązywany jest w polskiej praktyce? Sobór w deklaracji Dignitatis humanae przypomina: „Jeśli zważywszy na szczególne sytuacje narodów, zostaje przyznana jednej wspólnocie religijnej wyjątkowa pozycja cywilna w prawnym ustroju społeczeństwa, konieczne jest, aby jednocześnie było uznawane i respektowane prawo wszystkich obywateli i wspólnot religijnych do wolności w dziedzinie religijnej” (pkt. 6). Czy Polska jest krajem, w którym ludzie wierzący (Kościół) korzystają z wyjątkowej pozycji cywilnej? Zapewne niektórzy tak stwierdzą, mając na względzie istnienie i zapisy konkordatu. Wydaje mi się jednak, że faktycznie uprzywilejowana sytuacja ludzi wierzących wynika o wiele bardziej z utrzymania pewnego historyczno-społecznego status quo niż z regulacji cywilno-prawnych.

Trudno mi powiedzieć, czy ludzie niewierzący w Polsce mają powody, by odczuwać, że są nietolerowani czy też źle tolerowani. Być może są w Polsce takie środowiska, gdzie ludzie niewierzący są rzeczywiście traktowani jako gorsi. Być może są dyskryminowani przez wierzących z powodu ich niewiary, choć sam nie spotkałem się z takimi faktami. Zdaję sobie jednak sprawę, że niewierzący mogą wyczuwać w relacji osób wierzących do siebie jakąś niechęć czy politowanie wynikające z utożsamiania niewiary z niemoralnością. Stan niewiary bywa identyfikowany jako stan w pewnym sensie „nieszczęśliwy”. Świadomość przynależenia do większości może – jak pisał Ryszard Kapuściński o wielkich cywilizacjach – prowadzić do arogancji, chęci dominacji, a nawet pogardy. Jest w tym jakaś forma politowania wobec tych, którzy nie są tacy jak my (w domyśle: my wierzący).

Jednocześnie jednak trzeba powiedzieć, że tolerowanie religijnej większości przez niewierzącą mniejszość wcale nie jest czymś zupełnie oczywistym. Istnieje wciąż realne niebezpieczeństwo pomylenia areligijności z antyreligijnością. Pojęcie świeckości domaga się gruntownych redefinicji. Świeckość rozumiana jako dążenie do wyparcia pierwiastka religijnego ze sfery publicznej jest z gruntu nietolerancyjna. Zarówno państwo, jak i Kościół będą musiały odbyć fundamentalną dyskusję na temat współistnienia tego, co religijne i świeckie w przestrzeni publicznej. Państwo nie może promować ani tego, co religijne, ani tego, co świeckie, zachowując neutralność. Taki model można by nazwać laickością otwartą na fenomen religii. Tej neutralności brakowałoby, gdyby zgadzało się jedynie na naukę religii, zabraniając nauki etyki. Jednocześnie jednak musi zapewnić jednej i drugiej opcji prawne warunki do realizacji swoich celów[6].

Przykładem tego, jak trudne jest współistnienie obu pierwiastków w państwie, jest tocząca się dyskusja o obecności symboli religijnych (zwłaszcza krzyża) w przestrzeni publicznej. Czy domaganie się usunięcia tychże symboli jest działaniem areligijnym (neutralnym), czy może antyreligijnym? Owszem, można przyjąć, że przestrzeń pozbawiona tych symboli staje się przestrzenią areligijną, a nie antyreligijną (taką by się stała, gdyby pojawiły się w niej symbole wrogie religii). Trzeba jednak zauważyć, że przestrzeń taka staje się w sposób naturalny przyjazna stronie niereligijnej, strona religijna poczuje się w niej obco, a jej prawa do publicznego sygnalizowania wiary zostaną uszczuplone albo nawet zanegowane. W ten sposób żądanie usunięcia wspomnianych symboli stanie się aktem rażącej nietolerancji. Jakie z tego wyjście? Czy należy pozwolić, by w tej samej przestrzeni funkcjonowały obok siebie symbole religijne i antyreligijne? Wydaje się, że tak sugerowałaby zasada wolności religijnej, która pozwala także na manifestowanie swojej niewiary. Trzeba by to jednak robić bez agresji, która jest zaprzeczeniem tolerancji, a więc tak, by nie urażać wzajemnie uczuć religijnych, nie gardząc zarówno wierzącymi, jak i niewierzącymi. Prawna ochrona uczuć ludzi wierzących domaga się także prawnej ochrony uczuć ludzi niewierzących.

Jedno jest pewne, człowiek niewierzący w morzu ludzi wierzących (choć niektórych tylko nominalnie) ma prawo czuć się obco i nie da się zapewne tego zupełnie uniknąć. Podobnie jest przecież z wierzącym w morzu niewierzących. Dla wielu bowiem normalne jest to, co cechuje większość, co bardziej powszechne. Dlatego inność, charakteryzująca mniejszość, pozostanie zawsze podejrzana.

Czy pełna tolerancja ludzi wierzących wobec niewierzących – i odwrotnie – jest możliwa? Wydaje mi się, że nie. W jakimś sensie ludzie wierzący czują się „ponad” niewierzącymi, gdyby bowiem stanu wiary nie uznawali za bardziej pożądany od stanu niewiary, byłoby im obojętne, czy wierzą, czy też nie. A przecież nie jest. Zresztą to samo zdanie byłoby tak samo prawdziwe, gdyby wierzący i niewierzący zamienili się miejscami. Niejeden niewierzący czuje się lepszy, wychodząc z założenia, że niewiara jest bardziej nowoczesna niż religijny, „średniowieczny” zabobon.


[1] J. Salij, Tożsamość uczestników dialogu, „Znak” 12/2001, s. 63.

[2] Zob. M. Mróz, Tolerancja, w: M. Libiszowska- Zółtkowska, J. Mariański (red.), Leksykon socjologii religii, Warszawa 2004, s. 426.

[3] Zob. tamże.

[4] Tamże.

[5] Tamże, s. 37-38.

[6] Zob. A. Draguła, Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji, Warszawa 2010, s. 134-143.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów:

Kinga Dunin, Katolicka mniejszość walczy o przywileje

Mariusz Agnosiewicz , Herezja tolerancji

Paweł Milcarek , Los tolerancji w rękach chrześcijaństwa

 

Donald Dorr, Dialog chrześcijaństwa z zachodnim światem

 

Zobacz też teksty czytelników:

Wojciech Sopel, Tolerancja to błąd

Kazimierz Juszczak , Czy Pan Jezus był tolerancyjny?

 

 

6 Comments

  1. tadeknorek

    Trochę mnie zdziwiło

    Trochę mnie zdziwiło zdanie, że państwo "nie powinno afirmować ani tego, co religijne, ani tego, co świeckie". Trochę to trudne, zważywszy na fakt, że oprócz godła (póki co pozbawionego religijnych akcydensów) nie ma właściwie żadnych symboli, które SYMBOLIZOWAŁYBY świeckość. Świeckość państwa to właściwie synonim neutralności światopoglądowej. Jeśli państwo ma charakter świecki, to oznacza to, że przynajmniej w teorii, nie jest nieodłącznie sprzężone z jakąś religią, bądź równie roszczeniową ideologią. Co może "symbolizować" tę świeckość (czy neutralność) w przestrzeni publicznej? Zapewne BRAK jakichkolwiek w niej symboli. Również religijnych, choć nie tylko. Oczywiście można by mieć pretensje do państwa, że dążąc do wyeliminowania krzyży z polskich szkół i nie proponując nic "w zamian" supremuje w ten sposób "ideologię świeckości". Ale ona nieodłącznie wiąże się przecież z tolerancją i neutralnością światopoglądową. I tutaj dziwi mnie trochę opinia P. Kingi Dunin, iż tolerancja nie jest tożsama z liberalizmem. Przecież hasło liberalizmu to właśnie "moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego". Jest to w sumie definicja tolerancji, choć wymagająca doprecyzowania. Dokładnie z tego samego powodu dziwna jest tolerancja wobec ideologii nietolerancyjnych takich jak Islam.

     
    Odpowiedz
  2. neosceptycyzm

    Neutralność, brak eutralności, orzeł

    Cieszę się Norbet, że wróciłeś do komentowania. 🙂 Nie było się z kim sie mocno spierać. 🙂

    Zgadzam się z Tobą, żezacytowane przez Ciebie zdanie, jest "dziwne", zwyczajnie nie ma żadnego sensownego środka między neutralnością światopoglądową a jej "naruszeniem" przez jedną religię, czy też ich spektrum. Dlatego też z "arytmetyki" wynika, że zwolennicy świeckości państwa są dość radykalną stroną w sporze i bynajmniej nie proponują żadnego kompromisu. Nie mają też żadnej czysto ateistycznej symboliki, którą moliby przebić postulat neutralności światopoglądowej i raczej jej być nie może, bo bez negatywnego odniesienia do religii, nie ma ateizmu.

    Czy polski biały orzeł na czerwonym polu jest całkiem świecki? Pozornie tak, ale jeśli odpowiednio zinteroretujemy fakt, że ma koronę – to niekoniecznie. Korona przynależy do imaginarium symbolicznego uzasadnienia władzy królewskiej, ono zaś odwołuje się do Boga. Korona mówi pośrednio o tym, od kogo władza pochodzi. Dlatego komuniści pozbawili orła korony. To, ze w Polsce nie ma króla, nie jest rozstrzygającym kontrargumentem, ponieważ pod "króla" można podstawić podmiot abstrakcyjny. Tak, robiono w angielskim parlamencie. Parlamentarzyści uznawali, że chociaż pozbawili konkretnego człowieka władzy, dalej pełnią jego wolę. Rozdzielali króla jako biologiczną, śmiertelną jednostkę i osobę publiczną, ciało zbiorowe etc.   

     
    Odpowiedz
  3. tadeknorek

    Już myślałem, że nikt

    Już myślałem, że nikt dzisiaj nie weźmie się za dyskusję, toteż cieszę się również i witam ponownie jednocześnie gratulując wyróżnienia 🙂

    Jeśli już wspominasz o "środku" pomiędzy neutralnością, a jej naruszeniem przez daną religię- nie rozumiem niestety, po co w ogóle taki środek próbować wynajdować, mało tego, jest on niemożliwy. Dlaczego- ponieważ, przynajmniej w moim odczuciu, konsekwentna neutralność światopoglądowa to kompromis sam w sobie. Rzecz jasna, ma ona zabarwienie "negatywne", gdyż dekonstruuje dotychczasowy "ład", w którym np. katolicyzm ma przewagę uwidaczniającą się też w symbolice. W tym sensie zdjęcie krzyża ze ściany szkoły jest traktowane jako posunięcie ateistyczne, antyteistyczne, agresywnie laickie itd. Tyle, że spoglądanie na tą sytuację przez pryzmat zastanej sytuacji nie jest płodnym podejściem. Choć realistą być należy, nie zaszkodzi też trochę idealizmu. 😉 Otóż bez względu na to, która grupa religijna, czy światopoglądowa była jak dotąd nadmiernie uprzywilejowana, czymś dobrym jest zrównanie jej do szeregu innych.

    Nie ma ateistycznej symboliki? Nie powiedziałbym, takowa istnieje- są loga ateistyczne. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia. Brak jakiegokolwiek symbolu religijnego w klasie czy w WORD-zie (albo ateistycznego) pozwala na to, by żaden potencjalny gość w tym miejscu nie czuł się nieswojo. To proste równanie- pusta ściana z pewnością nie jest symbolem ateizmu. Choć ateiście będzie odpowiadała- ale w tym samym stopniu, co np. Świadkowi Jehowy. Byłoby inaczej, gdyby zawieszono symbol ateistyczny. Albo też judaistyczny. Albo muzułmański. Albo… po prostu którykolwiek! To jak myślę, dobry kompromis dla wszystkicb potencjalnych stron. Najbardziej pokrzywdzeni mogą czuć się tylko Ci, którzy jak do tej pory odczucia wszystkich mniejszości mieli w głębokim poważaniu i przyzwyczaili się do nadmiernego rozpuszczenia.

    W kwestii korony w godle, nie rozczulałbym się zanadto nad nią. Nie posiada ona jednak tak wyraźnych konotacji religijnych. Podobnie, jak z pojęciem "ojczyzna". Mimo, że często wkłada się ją w trio z "bogiem" i "honorem", jest ona od tych rzeczy rozdzielna.

     
    Odpowiedz
  4. neosceptycyzm

    Odpowiedź

    Dziękuję za gratulację, mam nadzieję, że obaj dobrze pamiętamy poprzednią (dootyczyła podobnego tematu) i pociągniemy ją dłużej. 🙂

    Zgadzam się z Tobą, że kompromis między neutralnością i jej brakiem, jest niemożliwy. Ale nie zgadzam się… . A właściwie mocniej, nie rozumiem słów o "konsekwentnej neutralności jako kompromisie samym w sobie". Nie wiem, co oznacza w tym zdaniu "konsekwentna neutralność" – użyłeś pleonazmu, skoro nie ma żadnego wypośrodkowania między nią a jej brakiem.  Jeszcze bardziej nie rozumiem pojęcia "kompromis sam w sobie" – ponieważ kompromisy zawiera się zawsze między jakimiś stronami. Pojęcie to z definicji mówi o relacji polegającej na wzajemnych ustępstwach. Obrazując, jeśli kupujący i kupiec spiera się o cenę towaru, kompromisem będzie każda cena, która znajdzie się w przedziale cenowym między tym, czego chcą obie strony. Kompromisem nie będzie przystanie na cenę proponowaną przez kupującego lub kupca.

    Zwolennicy świeckiego państwa są stroną (nie wszyscy ateiści się z nią utożsamiają). Mówisz o równości wszystkich religii i idealizmie, ale dla mnie to nie jest żaden idealizm. Dla mnie jest swoiste, odgórne (należy go odróżnić od oddolnego) narzucenie twierdzenia o równości wszystkich religii. Jest to mocna teza światopoglądowa, mocno związana z pewnymi typami ateizmu. I nie dokońca prawdziwa nawet w jego własnym świetle, ponieważ bardziej "dostosowane" religie zapewnią sobie w praktyce większą równość od innych. Idzie tu właściwie o to, żeby one się dostosowywały a nie na odwrót. W pewnych kontekstach można uzasadnić słuszność takie wymogu, ale w innych niekoniecznie. Tutaj pozwolę sobie na dygresję historyczno – filozoficzną. D. Hume uważał religie za niebezpieczne siły wywrotowe, zaś współczesny filozof A. MacIntyre uważał w wczesnym, markistowskim okresie swej twórczości, że jest ona siłą zbyt mało emancypacyjną, wywrotową etc.

    Nie mówię, że nie ma ateistycznej symboliki, mówię, że nie ma "czysto ateistycznej" symboliki, ponieważ sam ateizm nie istnieje bez negatywnego odniesienia do religii. Symbolika, loga ateizmu mówia o tym, że ateizm jest negatywnym odniesieniem do… . Inaczej nie byłoby w nich nic ateistycznego. Podobnie nie ma czysto ateistycznych zwyczajów. Gdybyśmy nie wiedzieli o pewnym intencjonalnym, negatywnym odniesieniu, moglibyśmy je wziąć za inne, może równie religijne zwyczaje. Świetnie wyraził to Wittgenstein w "Uwagach o złotej gałęzi Frazera". 

    "Należy rozpocząć od błędu i przekształcić go w prawdę.1

    Znaczy to, że należy odkryć źródło błędu, bowiem w przeciwnym razie usłyszenie prawdy nie przyda się nam do niczego. Nie może ona przeniknąć, jeśli coś innego zajmuje jej miejsce.

    Nie wystarczy stwierdzenie prawdy, żeby kogoś do niej przekonać, należy znaleźć drogę od błędu do prawdy. (…)

    Sposób, w jaki Frazer przedstawia magiczne i religijne poglądy ludzi, jest niezadawalający: sprawia, że wydają się one błędami.

    Czy więc Augustyn był w błędzie, kiedy na każdej stronnicy swych „Wyznań” przywoływał Boga? Powiedzieć jednak można, że jeśli nie był w błędzie, to wówczas buddyjski święty – lub ktoś inny – ktoś, czyja religia wyraża zupełnie inne poglądy, był w nim z całą pewnością. A jednak żaden z nich nie popełnił błędu – za wyjątkiem miejsc, gdzie wysunął jakąś teorię.

    Już sama myśl, by wyjaśnić zwyczaj – dajmy na to, zwyczaj zabijania króla kapłana – wydaje mi się chybiona Wszystko, co robi Frazer, to czynienie go zrozumiałym dla ludzi myślących tak samo, jak on. Jest szczególnie godne uwagi, że wszystkie te zwyczaje są ostatecznie przedstawiane, by tak rzec, jako głupie czynności.

    Nigdy jednak, nie będzie czymś zrozumiałym, że wszystko to ludzie czynią ze zwykłej głupoty.

    Gdy Frazer na przykład wyjaśnia nam, że król musi zostać zabity w rozkwicie swych sił, ponieważ w przeciwnym razie, zgodnie z poglądami dzikich, jego dusza nie zachowałaby świeżości,2 można jedynie powiedzieć, gdzie takie poglądy i zwyczaj występują razem, tam zwyczaj nie wynika z poglądu, lecz oba są obok siebie. (…)

    Frazer mówi, że odkrycie błedu w magi jest nadzwyczaj trudne i dlatego utrzymuje się ona tak długo – bowien np. zaklęcie, które ma sprowadzić deszcz, z pewnością wcześniej lub później okaże się skuteczne. Szczególnie osobliwe jest wówczas to, że ludzie sami nie spostrzegają, że deszcz i tak spadnie wcześniej lub później.

    Myślę, że próba wyjasnienia jest chybiona juz choćby dlatego, że wystarczy zestawić we własciwy sposób to, co wiemy, nie dodając niczego, a zadowolenie, do jakiego dążymy poprzez wyjaśnienie, pojawi się samo.

    Wyjaśnienie u Frazera nue jest wcale tym, co przynosi zadowolenie. Gdy rozpoczyna i opowiada historię Króla Lasu w Nemi, czyni to tonem, który wskazuje, iż odczuwa on i pragnie, abyśmy i my to odczuli, że dzieje się tu coś niezwykłego i strasznego. Na pytanie jednak: „dlaczego się to dzieje?”, odpowiedzią będzie właściwie: Ponieważ jest to straszne. Znaczy to, że to samo, co w wydarzeniu tym wydaje się nam straszliwe, przerażajace, wspaniałe, tragiczne, etc., czy jakiekolwiek, tylko nie pospolite i pozbawione znaczenia, jest właśnie tym, co spowodowało owo zdarzenie.

    Można tu jedynie opisywać i powiedzieć: takie oto jest ludzkie życie.

    W porównaniu z wrażeniem, jakie wywiera na nas to, co zostało opisane, wyjasnienie jest zbyt niepewne.

    Każde wyjaśnienie jest hipotezą.

    Kogoś, kogo miłość pozbawiła spokoju, wyjaśnienie oparte na hipotezie będzie w nikłym stopniu pomocne, – Nie da mu uspokojenia.

    (…)

    U podstaw religijnego symbolu nie ma żadnego przekonania, błąd jest właściwy tylko przekonaniu.

    (..) Zadawanie śmierci przez spalenie wizerunku. Całowanie portretu ukochanej osoby. Oczywiście nie opiera się to na wierze w określony wpływ na przedmiot, który wizerunek przedstawia. Ma na celu zaspokojenie i osiąga je. Lub też raczej, nie ma na celu niczego; postępujemy w ten sposób i czujemy się wtedy zaspokojeni

    (..) Przedstawienie pragnienia jest, eo ipso, przedstawieniem jego spełnienia. A magia właśnie przedstawia pragnienie, ujawnia pragnienie. (..) Jakże ograniczone jest życie duchowe według Frazera! A w następstwie: jakaż nieumiejętność rozumienia życia innego niż życie we współczesnej mu Anglii!

    Frazer nie potrafii wyobrazić sobie żadnego kapłana, który nie byłby w istocie współczesnym anglikańskim pastorem, wraz z całą jego tępotą i ograniczeniem. (..) Jak bardzo wyjaśnienia Frazera wprowadzają w błąd, wynika z faktu, że można by – jak sądzę – z powodzeniem samemu wymyślać prymitywne zwyczaje i jedynie przypadek sprawiłby, że nie znajdowalibyśmy ich gdzieś rzeczywiście. Znaczy to, że zasada, zgodnie z którą zwyczaje te są uporzadkowane, jest znacznie bardziej uniwersalnej natury niż przyjmuje to Frazer. Jest ona zawarta w naszej psychice i dlatego moglibyśmy wszystkie możliwości wymyślić sami. Równie łatwo możemy wyobrazić sobie, że na przykład król pewnego plemienia nie ukazuje się nikomu, jak i to, że każdy członek plemienia musi go widzieć. Wówczas z pewnością nie będzie to pozostawione przypadkowi, lecz król bedzie pokazywany ludziom. Być może nilkomu nie będzie wolno go dotknąć, być może będzie tak, że każdy będzie musiał go dotknąć. Pomyślmy o tym, jak po smierci Schuberta brat pociął jego partytury na niewielkie kawałki i rozdał ulubionym uczniom fragmenty zawierające pojedyncze takty. Działanie to jest dla nas tak samo zrozumiałe, jako znak czci jak postępowanie odmienne – pozostawienie partytur nietkniętych, niedostępnych nikomu. A jeśliby brat Schuberta spalił partytury, byłoby to również zrozumiałe jako wyraz czci.

    Przypis 1. (od tłum) Rękopis „Uwag..” zaczynał się kilkoma zdaniami, których Wittgenstein nie przepiał w maszynnopisie i oznaczył jako nieudane. „Myślę teraz, że rzeczą właściwą byłoby rozpoczęcie mej książki od uwag o metafizyce jako rodzaju magi. W których jednak nie pozwoliłbym sobie ani wypowiadać się na rzecz magi, ani z niej wyśmiewać. Należy zachować całą głębię magi. – Owszem, odrzucenie magii samo ma charakter magiczny. Gdy bowiem zaczynałem mówić o świecie (a nie o tym drzewie lub stole), czegoż innego chciałem, jak zakląć w swych słowach coś należącego do wyższego porządku?

    Przypis 2. (Od tłum) (…) Szylluk uważając swych królów za wcielone bóstwa, od których bezpośrednio zależy los ludzi, trzody i zboża, obdarza ich najgłębszą czcią i otacza troskliwą opieką. I chociaż może się to nam wydawać dziwne, zwyczaj uśmiercanuia królów przy pojawieniu się pierwszych oznak choroby, czy zawodzących sił wypływa z tej właśnie głębokiej czci i pragnienia zachowania go, czy raczej ducha, który go ożywia, w niemal doskonałym stanie. .. ."

    Radykalniejszy ateizm nie polegałby na wprowadzaniu odmiennej symbolili, lecz przełożeniu sensu symboli na rzeczywistość, czyli na niszczeniu zwyczajów religijnych.

    Moim zdaniem przysłowiowa pusta ściana najbardziej będzie odpowadała niektórynm ateistom, nie będzie zaś odpowiadała wszystkim tym, którzy chętniej zaakceptują jakikolwiek symbol religijny niż jego brak. Albo konsekwentnie trzymamy się twierdzenia, że istnieje zasadnicza różnica między ateizmem a dowolną wiarą religijną, albo próbujemy je zrelatywizować względem siebie. Ty zaś chciałbyś jedno i drugie. Ty możesz uważać przy dysputowaniu o Bogu, że taka różnica istnieje. Ale niech sobie Świadek Jechowy uważa inaczej (swoją drogą wedle M.A bardzo nietolerancyjna grupa religijna), uważa inaczej i niech obecność krzyża odczuwa tak, jakby był ateistą i wierzącym jednocześnie. Co zatem jest tu prawdą?

    Analogia z ojczyzną i potocznymi powiedzonkami, wygląda słabo, korona jest materialnym przedmiotem, specyficznym nakryciem głowy symbolizującym boskie błogosławieństwo dla władzy. To, że go mocno nie odczuwasz, wynika zapewne z tego, że nikt nie wyśpiewuje: "tylko pod tą koroną Polska jest Polską a Polak Polakiem".  🙂 Dalej uważam, że jest to swoiste naruszenie neutralności światopoglądowej a mówieniem o "rozcieńczaniu" próbą racjonalizacji i usprawiedliwienia kompromisów, które zdąrzyłeś zawrzeć. Gdybyś istotnie coś takiego akceptował, zamiast pomysłu zdjęcia ze ściany, postulowałbyś zastąpienie go rozmaitymi dziełami sztuki o prowienencji religijnej i duchowej, i tym sposobem "rozcieńczał" a może paradoksalnie umacniał. W jednej klasie wisiałaby reprodukcja Michałą Anioła a w drugiej Leonarda. Obrazy zwracałyby większą uwagę niż jakiś półksiężyc, czy krzyż.  Gdyby zwolennicy świeckości państwa  proponowali coś takiego, poparłbym ich.   

    "Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego"

    Lepiej niż poprzednim razem ją ująłeś, ale dalej nie jest dobrze, ponieważ nasze wolności na siebie wpływają i się wzajemnie stymulują. Można się zapytać a co jest złego w tym, że ktoś poczuje się stymulowany, poczuje się nieswojo po zobaczeniu jakiegoś renesansowego obrazu religijnego? Ponadt dakej jest to mówienie o tym, czym ona nie jest. Pozwolę sobie na zobrazowanie tego dialogiem między Sokratesem i ogrodnikiem.

    Sokrates: co to jest łopata?

    Ogrodnik: Łopata to takie coś, co nie służy okładaniu się po plecach.

    Sokrates: Jaśniej proszę, dalej nie wiem, co to jest łopata…

    Ogrodnik: łopata nie służy wkładaniu ludziom pojęć do głowy.

    Sokrates: to czemu ona służy?

    Ogrodnik: Ona mi służy wszędzie tam, gdzie płot oddziela mój ogród od ogrodów mych sąsiadów, którzy mają własne łopaty.

    Sokrates: Kurczę blade, ale co to jest łopata!?

    Ogrodnik: Wie Pan to bardzo trudno wytłumaczyć, można ją zrobić z żelaza, albo drewna…

    Skrates (zrezygnowany): nie dam rady, idę wypić nasenną, nieusmiercającą cykutę. :)))))))))))))))))   

     

    Pozdrawiam przedmówcę.

     

     

     

     
    Odpowiedz
  5. Kazimierz

    Tolerancja religijna

    Z ciekawością posłuchałem i poczytałem tekst autora.

    Autor zaproponował trzy płaszczyzny religii: doktrynę, praktykę religijną i normy etyczne. Podział ten miał być zapewne środkiem do poszukiwania możliwości tolerancji w tych trzech podziałach , szczególnie pomiędzy chrześcijanami (ekumenizmem) i do tego też chciałbym się odnieść.

    Doktryna: zapewne jak autor zauważa, pomiędzy chrześcijanami jest ona zbieżna, oparta o wyznanie wiary powiedzmy – Nicejskie i tu raczej nikt nie protestuje, że Ojcowie wiary naszej odebrali na ten czas Objawienie, które uformowało większość kościołów. I gdyby tego trzymać się, nie byłoby potrzeby tolerancji wobec prawosławia czy protestantów czy katolików. No ale rzecz ma się inaczej. W naszym kraju (o grozo) większość z obywateli to nominalni katolicy, którzy swojej wiary nie rozumieją, nie znają, ba dogmaty te właśnie określone na wspomnianym Soborze są nieczytelne i zaciemniane przez późniejsze oświadczenia, bulle itp.

    W związku z powyższym, np. protestanci, którym jestem nie są rozumiani, ba nawet osoba – krytykant nie ma władzy sprawczej do tego aby podjąć rzeczową dyskusję w temacie wiary, często spowodowaną właśnie własną niewiedzą opartą często na "baśniach" i tym co usłyszeli od nierzetelnego księdza (nie wiedzieć czemu).

    Mowa o tolerancji, kiedy panuje niewiedza, jest nieporozumieniem, gdyż spłyca się ona do tolerowania istnienia samego w sobie odmienności (i to z wielkim bólem) a nie rozumnego tolerowania. Przykład sprzed kilku dni, dzwoni do mnie osoba duchowna (katolicki ksiądz) przedstawiając się, pyta mnie dlaczego nie przyjmuje kolędy, bo sąsiedzi mówią mu, że tak robimy i dlaczego. Trochę to nie pora mówić o kolędzie, a poza tym mówię kim jestem i że niby dlaczego miałbym przyjmować katolicką kolędę w domu, na to ów człowiek, dalej swoje i rzuca słuchawką. Czy tak ma wyglądać tolerancja w Polsce, takich przykładów i bardziej drastycznych mógłby w odniesieniu do mojej osoby wskazac wiele w wykonaniu właśnie księży i podległej im służalczo władzy.

    Czy więc "wyższość" doktryny katolickiej nad protestancką ma prowadzić do pogardy wobec "innych"? Nadmienię, że jest to zjawisko nagminne na prowincjach.

    Praktyka religijna: chrzty osób świadomych, brak spowiedzi, wiary w transubstancjację – a więc roli nabożeństwa, jako ofiary, powoduje, że masy również internautów chcą przekonywać bardziej lub mniej dosadnie do swoich wątpliwych wierzeń.

    Czy może być tu mowa o tolerancji, raczej nie, w takim środowisku i kraju nie istnieje takie pojęcie. Być może dlatego też grupy osób inaczej wierzące są często stygmatyzowane z ambon, nazywane sektami oficjalnie i bez ryzyka, wierni przestrzegani, a wierzący niejednokrotnie nękani przez lepszych innych.

    Pielgrzymki, cudowne studzienki, odpusty, procesje itp są na porządku dziennym, ale kiedy mniejszość chce zorganizowac ewangelizację, to trzeba pisac pisma, opisując dokładnie co będziemy robic, myślę, że nawet komendant musi się skonsultować z lokalnym proboszczem, czy aby nie zabronić.

    Pamiętam jedną akcję, kiedy rozdawaliśmy paczki ubogim dzieciom, chciałem je rozdać na świetlicy środowiskowej ok. 100 szt wartości ok. 5 tyś. ale chciałem do paczek dodawać traktaty mówiące o Narodzinach Pańskich, urzędnik państwowy (o zgrozo) powiedział mi, że musi on przynieść proboszczowi taką ulotkę, i dopiero wówczas gdy on zgodzi na te ulotki, to akcja może się odbyć, ale nie należy nic mówić o naszym kościele.

    W innej miejscowości, urzędnik zrezygnował z Gwiazdkowej Niespodzianki, bo nie zgodziłem się aby na tej akcji, w której najważnijsze były biedne dzieci był obecny proboszcz, burmistrz i inni, bo nie widziałem potrzeby aby ktokolwiek opócz dzieci wystawiał swoją twarz do lokalnej prasy. Jeszcze mało tego w końcowej fazie pani urzędnik zaproponowała, że mamy przekazać paczki, a oni je rozdadzą , i tak bywa nadal nader często.

    Normy etyczne: co do tego punktu właściwie nie mam uwag, bo sam mam jeszcze większe, no może poza stosowaniem środków antykoncepcyjnych, bo nie widze uzasadnienia do tego aby nie regulowac poczęcia stosując np. prezerwatywy. Jestem przeciw środkom wczesnoporonnym czy aborcji (chyba, że zagraża życiu kobiety).

    Reasumując, wziąłem głos w dyskusji, obserwując ją od początku i nigdzie nie zauważyłem aby ktoś, chociaż głębiej chciał przedstawić praktykę tolerancyjną w Polsce, czyli jej brak szcególnie na prowincji. Gdzie niepodzielnie układ wójt, pleban i bankier lub lokalny przedsiębiorca (pan)są władzą. trochę śmieszne jest mówienie o tolerancji religijnej w kraju, w którym na każdym kroku widac jej brak. Jawny antysemityzm, wrogość wobec każdego innego, statystyki sa okrutne w Polsce mieszka najmniej obcokrajowców w całej UE, tak ostatnio czytałem, co to znaczy, czy nie jesteśmy przyjaznym krajem?

    Ja osoboście jako protestant, pastor podsumowując uważam, że nie ma tolerancji religijnej  w Polsce, jak coś można nazwać tolerancją, to jest to tylko zewnętrzne dla celów "innych", a w głębi jest Polak – katolik – wszystkowiedzący – najlepszy – zbawiciel świata – utopia – a jakże.

    Dziękuję zatem Tezeuszowi, że podjął się takiego wyzwania – może nawet niewdzięcznego.

    KJ

     
    Odpowiedz
  6. Lubelak

    Co do tego: „Nie wydaje mi się, by dzisiaj ktoś rzucał kamieniami w okna tylko dlatego, że mieszkają tam innowiercy”, to nie jest to opinia zgodna z rzeczywistością. Jeszcze kilka lat temu moja matka, będąca Świadkiem Jehowy była w posiadaniu domu na wsi po rodzicach, wyremontowanego i ogrodzonego ogromnym nakładem środków finansowych i pracy własnej. W latach ok. 2000-2011 wielokrotnie padła ofiarą wandalizmów i przestępstw przeciwko mieniu tylko z powodu odmiennego wyznania. Wielokrotnie były wyłamywane żelbetonowe słupki ogrodzeniowe, zwłaszcza będące zawieszeniem bramy i furtki, co wymagało kosztownych i pracochłonnych napraw; dopiero wmurowanie razem dodatkowych słupków stalowych uniemożliwiło kolejne ich wyłamywanie. Dom był obrzucany: na białej elewacji jajkami z rozwijającymi się zarodkami piskląt, by zostały krwawe ślady, dużymi kamieniami od strony drogi gminnej, dziurawiącymi tynk z kleju i uszkadzającymi ocieplenie ze styropianu pod spodem, bryłami ziemi, ponownie bryłami ziemi wyrwanymi razem z kępami traw. Okna i drzwi były pomalowane wapnem. Gdy matki nie było dłuższy czas, wykręcono zewnętrzny zawór wody, przez co na podwórko wyciekło ponad 1700 metrów sześciennych wody (tak, nie litrów!), za co trzeba było zapłacić około 1400 zł (na szczęście było jeszcze przed podwyżką ceny z 0,80 na 1,40 za m3, poza tym posiadając szambo matka nie musiała zapłacić za ścieki, bo woda po prostu nawodniła okoliczny teren). Niszczono drzewa owocowe, wrzucano jajka do wnętrza domu, gdy się wietrzyło w lecie otwartymi drzwiami. Ostrzelano dom z wiatrówki, by uszkodzić elewację i urządzenia obioru sygnału TV na domu, rzucano na blaszany dach kamieniami w nocy, by nie dać jej spokojnie spać. Mógłbym wymieniać dużo dłużej; do tej pory mam zdjęcia niektórych zrobionych szkód. Matka posesję sprzedała, dosyć mając takiej „tolerancji” sąsiadów. Tolerancja w katolickim wydaniu niczym nie odbiegła od średniowiecza.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code