ZYGMUNT KĘPSKI


ZYGMUNT KĘPSKI


1. Gdańsk; 11.IX.1955; ul. Mariacka; Mistrz przed pracownią


2. Gdańsk; 11.IX.1955; Mistrz przy pracy;

fot. 1-2: Zbigniew Kosycarz


‚Macierzyństwo" Zygmunt Kępski.
Fot. copyright by Adam Kromer

WALKA Z CIENIAMI

Mistrzowi
Zygmuntowi Kępskiemu

Wczoraj, dzisiaj, obok…

wtedy
w Jego pracowni przy Mariackiej ćwiartka wódki obok
talerzyka z wyschniętą kromką chleba naszego obok
kiełbasy zwyczajnej pęta gdyby artysta zapragnął obok
aktu tworzenia zagryźć codziennością pośród rozlicznych
embrionów niedokończonych aniołów
z poszumem chciały przysiąść nad epitafiami potwierdzając,
że oto o, najmilejsi spoczął w Panu, zostawiając
pogrążoną w rozpaczy, nieutulonych w żalu obok
codziennego życia z ćwiartką, kromką, kiełbasą

wysypywał z siwizny ziarna piołunu słów
– Tak to już jest. Kiedyś zrozumiesz, Mały. Polej!

Dzisiaj jest kiedyś, Mistrzu

 

 

Zawsze, kiedy tam zachodził, pracownię Zygmunta Kępskiego na Mariackiej wypełniało chiaroscuro. I zawsze kiedy tam zaszedł, stała ćwiartka z wódką; obok talerzyka z podeschłym chlebem. I kawalątkiem kiełbasy, gdyby Artysta chciał zakąsić.

Michaił Afanasjewicz Bułhakow napisał w „Mistrzu i Małgorzacie” „[Korowiow] w ramionach wąski był i chudy niepomiernie, a fizys, proszę zauważyć, miał szyderczą.” Artysta-rzeźbiarz Zygmunt Kępski podobnie wyglądał. Do opisu koniecznie dodaj proste, długie, siwo-popielate włosy, opadające kaskadą na wąską twarz z krzaczastymi brwiami i wypisz-wymaluj – On. Teraz ubiór codzienny: koszula? Flanelowa w kratkę. Spodnie? Koloru nie zgadniesz; wypłowiał. Obuwie? Sandały. I granatowe skarpetki. Albo sandały i bose stopy.

– Patrz, Mały. Tak boksowałem z Chychłą!*
Kilka lewych prostych, kilka haków, podbródkowe; walka z cieniem. Zadyszka. Mistrz łonie ma jak karateka – pokaleczone, spuchnięte, obite. Bezpieczniej być poetą. O, zdecydowanie bezpieczniej!
– Polej, Mały. Tak… Tak walczyłem z Zygą.

Zmęczony walką z cieniem, oddycha głęboko; wspiera dłonie na biodrach i nieruchomy jak rzeźba patrzy w smugę cienia. „Mały” polewa; piją. Ile „Mały” ma lat? A ma ich niedużo, prawie siedemnaście. Pomyśleć tylko: siedemnaście lat! I łeb pełen marzeń uosabianych w gównianych wierszach, nabazgranych w pomiętym zeszycie „w kratkę”. Kilka z nich właśnie przeczytał Mistrzowi zaraz po przyjściu i teraz czeka na Słowo. Ale Mistrz walczy z cieniami przeszłości. Albo myśli o rozwodzie, który go ogołocił z doczesnych dóbr prawie do zera. Albo o niecierpliwej klienteli, chcącej ozdobić grób kogoś bliskiego Aniołem Błogosławionej Śmierci. O tak, to bardzo możliwe; kilka zamówionych aniołów w fazie pół-embrionalnej błaga o dokończenia kreacji. Atak by chciały przysiąść z szumem skrzydeł nad epitafiami, że „pogrążona w bólu” albo „nieutuleni w żalu” a tu – ramiona w kamieniu. Podobno Michał Anioł powiadał, że w każdej bryle marmuru ukryta jest rzeźba. No, a skoro tak, to aniołowie Kępskiego mogą trochę poczekać. Dojrzeć. Dorosnąć do porodu.
– Tak to już jest. Kiedyś zrozumiesz, Mały. Polej!

Chiaroscuro wypełnia pracownię. Po Mariackiej sunie leniwa, głośna kawalkada turystów, patrzących to w prawo, to w lewo a najczęściej do góry, na mury Bazyliki, gdzie czeka na nich tryptyk, „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga i słynny krucyfiks, którego tajemnicę wyjawił Oskar Jan Tauschinski w powieści "Świętokradztwo”. Słychać carillon z wieży Ratusza Głównomiejskiego na Długiej. Gołębie zamilkły i – rozpadało się; rzygacze z przedproża wytryskują spienioną deszczówkę na śliski, lśniący bruk. Dwie dziewczyny w mini, zmoczone jak kury pytają, czy mogą.
– Możecie, mówi Mistrz, wejdźcie, napijcie się wódki, Sikorki.
Resztka ćwiartki do szklanek po musztardzie; Sikorki wypiły z apetytem; zwą się Kasia i Danusia; przyjechały z Torunia.
– Leć, Mały, duchem na Ducha; po ducha.

Mistrz daje trzy dychy, Mały dorzuca trzy dychy, sikorki pięć dych; starczy na literek „Czystej” z „czerwoną kartką”. W bryzgach, przez spienione kałuże, do sklepiku na winklu Świętego Ducha i nomen omen – Mokrej. Z powodu deszczu Mały jest jedynym klientem; szybko kupuje wódkę, dokłada na „Sporty”. I na parę deko kiełbasy „Zwyczajnej”. Przecież, ile razy zaszedł, obok ćwiartki widział talerzyk z podeschłym chlebem a obok niego – kawalątko kiełbasy. Gdyby Mistrz chciał zakąsić.

Deszcz ustał. Zapachniało ciepłym, mokrym kurzem. Piją wódkę, zagryzając dymem.

(…)
____________________________________________________________
* Zygmunt Chychła, bokser; zdobywca pierwszego po wojnie złotego medalu olimpijskiego dla Polski (Helsinki 1952). Ur. 5 listopada 1926 w Gdańsku w polskiej rodzinie. Pierwsze treningi rozpoczął w Gedanii, najstarszym polskim klubie w Wolnym Mieście Gdańsku; zm. 26 września 2009 w Hamburgu.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code