Zdrada i zdrajcy…

Rozważanie na Wielki Wtorek, rok A2

Rekol__Wielk__2014.jpg

Chociaż moi nauczyciele teologii starali się wpoić mi, bym nie mieszał ze sobą opowieści różnych ewangelistów, to gdy czytam Janową zapowiedź zdrady Judasza, powracam mimowolnie do ‚Pasji wg Św. Mateusza’ Jana Sebastiana Bacha. Wielki Post kojarzy mi się nierozdzielnie z dwiema rzeczami: kwitnięciem moich ulubionych żonkili i z ‚Mateuszem’ Bacha – ‚piątego ewangelisty’ (tu jedno z moich ulubionych wykonań – pod dyrekcją Stephena Cleobury’ego).

Tak więc i tym razem opowieść Jana czytam mając w uszach dźwięki Bachowskiego arcydzieła, chociaż spod pióra kantora z Lipska wyszła również ‚Pasja wg Św. Jana’, ale ona jakoś mnie nigdy w takim stopniu nie zachwyciła….

Dawniej słuchanie ‚Pasji’ było dla mnie przede wszystkim wydarzeniem rodzinnym – swoistym rytuałem domowym. Mój dziadziuś miał w swojej skromnej płytotece album wytwórni Electrola z nagraniem ‚Pasji’ z 1941 r., dyrygowanej przez Günthera Ramina. Gdy z biegiem lat zorientowałem się w różnych historycznych zaszłościach, wyobrażałem sobie, że śpiewający tam chłopcy ze wspaniałego Chóru Św. Tomasza w Lipsku mieli pewnie na sobie mundury Hitlerjugend i napawało mnie to dodatkową grozą. Dzisiaj wiem, że kierownictwu Choru udało się uzyskać dla śpiewaków zwolnienie z obowiązku członkostwa w tej organizacji, ale przecież na pewno nie było ono w stanie całkowicie odizolować chłopców od wpływu ideologicznej trucizny, która przenikała wszelkie dziedziny życia III Rzeszy. O czym myśleli, gdy śpiewem wyrażali (z tą sama pasją i brawurą, jak ich następcy w latach 90. ubiegłego stulecia na tym nagraniu swoje oburzenie i gniew na zdrajcę?

Czy ‚das mördische Blut’ (‚krew mordercy (Judasza)’) kojarzyła im się z refrenem nazistowskiej piosenki, którą na pewno wielokrotnie słyszeli:

‘Wetzt die langen Messer auf dem Bürgersteig,

laßt die Messer flutschen in den Judenleib.

 

Blut muss fließen knüppelhageldick

und wir scheißen auf die Freiheit dieser Judenrepublik’.

 

(w swobodnym i zupełnie niepoetyckim przekładzie:

‘Ostrzcie długie noże o krawężnik

i wbijcie w ciało Żyda,

 

Krew musi płynąc szerokim strumieniem,

Sramy na wolność tej żydowskiej republiki’)

Nie bez powodu Wielki Piątek był dla rozsianych po Europie wspólnot żydowskich strasznym dniem. ‚Chrześcijańska’ tłuszcza, rozfanatyzowana antyżydowskimi akcentami, których było pełno – i w oficjalnych liturgiach, i w kazaniach, i ludowych ‚przedstawieniach pasyjnych’ – często właśnie w tym dniu urządzała krwawe pogromy. Dlaczego o tym piszę? Bo sadzę, że nigdy nie za dużo przypominania o tym, że religia nie tylko nie zabezpiecza przed popełnianiem straszliwych zbrodni, ale często do nich nakłania. Chociaż pomiędzy antyjudaizmem Marcina Lutra i jego zwolenników a zbrodniczym antysemityzmem nazistów bez wątpienia istnieje zasadnicza różnica jakościowa, nie ulega wątpliwości, że w praktyce ten pierwszy częstokroć bez najmniejszego problemu przechodził w ten drugi. Czy wspaniałe chorały ‚Pasji’, wydobyte z zapomnienia przez niemieckiego kompozytora żydowskiego pochodzenia, Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, przygotowały w istocie grunt dla piosenek o wbijaniu noży ‚in den Judenleib’? Na ten temat można długo dyskutować. Bez względu jednak na wynik takich dyskusji sadzę, że jedno możemy jasno skonstatować. Religijność, bez względu na to jak głęboka i szczera, nie gwarantuje, że jej wyznawcy będą postępować po ludzku. Gdy zostaje pozbawiona elementu humanistycznego, świadomości, że człowiek – i jego dobro – istotnie jest ‚miarą wszechrzeczy’, może stać się sprężyną zbrodni. Religia nie tylko przed niczym nie zabezpiecza. Również sama potrzebuje ‚humanistycznej korekcji’ – ustawicznego przypominania, że jak podkreślał Emmanuel Levinas, to twarz drugiego człowieka, w całej swej otwartości i bezbronności, objawia nam Boga, wciąż na nowo apelując: NIE ZABIJAJ MNIE, NIE RÓB MI KRZYWDY. Swoją drogą sądzę, że jest to dobry temat na wielkopostne rozważania i rachunki sumienia. I wydaje mi się, że może on mieć więcej do czynienia z historią Judasza i jego zdrady, aniżeli byśmy się na pierwszy rzut oka spodziewali…

Pomimo tych wszystkich uwag i refleksji zawsze traktowałem ‚Pasję’ jako coś własnego. Zwłaszcza po śmierci moich dziadków rozbrzmiewała ona ´tylko dla mnie´, podobnie jak ‚tylko dla mnie’ rozkwitały żonkile w dniu moich kwietniowych urodzin. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zorientowałem się po przeprowadzce do Holandii, że tutaj słucha (i często śpiewa) ją… prawie każdy, zupełnie niezależnie od światopoglądu. W kraju, w którym na pytanie o przynależność wyznaniową najczęściej słyszy się odpowiedzi ‚jestem nic’ albo ‚jestem poganinem’, miliony osób wybierają się co roku do sal koncertowych i kościołów, aby przez trzy godziny słuchać ‚Pasji’, a tysiące poddają się dyscyplinie wielomiesięcznych prób, by w okresie pasyjnym wziąć udział w którymś z rozlicznych wykonań amatorskich (nawet jeśli rzecz jasna zazwyczaj nie brzmią one tak nienagannie jak przepiękna wersja pod dyrekcją Tona Koopmana.

W ten sposób za sprawą ‚piątego ewangelisty’ i pasjonatów jego arcydzieła zawarte w nim ewangeliczne przeslanie rzeczywiście staje się ‚światłością dla pogan’ (por. Iz 49,6), ukazując przy okazji, że postać Jezusa Chrystusa i opowieść o Nim nie jest własnością żadnej tradycji religijnej czy kościelnej. Doświadczenie udziału w wykonaniu ‚Pasji’ w towarzystwie ludzi, z których większość nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z instytucjonalnym chrześcijaństwem, a jednak przeżywa ją w niezwykle głęboki sposób, doskonale leczy z tendencji do zamykania Go w jakichkolwiek granicach. On je i tak ZAWSZE rozsadzi od wewnątrz – np. właśnie siłą zawartą w dźwiękach muzyki Bacha. Zmarły przed kilkunastu laty holenderski publicysta, Martin van Amerongen, będący typowym przykładem lewicowo-liberalnego inteligenta (‚na domiar złego’ o żydowskich korzeniach), a więc kimś w rodzaju złego czarownika z bajki dla bardzo niegrzecznych dzieci, opowiadanej przez zwolennika ‚katoprawicy’ (i wszelkich innych religijnych prawic), a zarazem jeden z najwybitniejszych znawców twórczości Bacha, opowiadał w świetnym eseju na temat ‚Pasji’ interesująca historię. Najbardziej znaną holenderską wersją Bachowskiego arcydzieła była przez dziesięciolecia – wykonywana z niesamowitym namaszczeniem i patosem – ‚Pasja’ pod dyrekcja Willema Mengelberga (można jej posłuchać tutaj).

Wykonanie zaczynało się w piątki o 19.30. Amsterdamscy Żydzi świętowali wówczas początek szabatu w pobliskiej synagodze. Natychmiast po nabożeństwie podążali do filharmonii – z rabinem i kantorem na czele – aby posłuchać ‚Mateusza’. Co prawda zawsze spóźniali się przy tym na początkowy chorał, ale zdążali przed pierwszym recytatywem Ewangelisty…

Jeżeli mowa o uniwersalnym charakterze opowieści o Jezusie z Nazaretu, trzeba powiedzieć, że temat zdrady jest jednym z najbardziej uniwersalnych tematów, które w niej występują. Nie wiem, czy jest wśród ludzi ktoś, kto może o sobie powiedzieć, że nigdy nie zdradził: kogoś innego, siebie samego, jakiejś idei, o słuszności której był przekonany. Może moja wizja ludzkiej kondycji jest nazbyt pesymistyczna, ale szczerze wątpię. W każdym razie o sobie samym nie mogę tego powiedzieć. Bach, wraz ze swoim ‚tekściarzem’ (bo na miano poety ów pan Picander, pełniący na co dzień zaszczytną funkcję naczelnika poczty w Lipsku, raczej nie zasługiwał), znaleźli bardzo przemyślny sposób, by podkreślić, że nikt ze słuchaczy nie powinien uważać, iż opowieść go nie dotyczy. Gdy Jezus zapowiada, że jeden z obecnych go zdradzi, jedenastokrotnie pada pytanie ‚Panie, czy to ja?’. Wśród pytających brakuje tylko Judasza. On zapyta dopiero nieco później. Jednak zanim jeszcze zdobędzie się na postawienie tego pytania, chór ma gotową odpowiedź – w chorale ‚Ich bin’s, ich sollte büssen’ (‚To ja, ja powinienem był ponieść karę’, który można znaleźć tutaj).

Podobnie jak w greckich tragediach chór przemawia tutaj w imieniu nas wszystkich i w imieniu nas wszystkich składa wyznanie winy. To wyznanie nadaje szczególny wymiar owemu wybuchowi gniewu na zdrajcę (‚Sind Blitze, sind Donner in Wolken verschwunden?’), o którym wspominałem na początku, który jednak w ‘Pasji’ następuje nieco później – po pojmaniu Jezusa. Gdy chór nawołuje, by piekło otworzyło swe przepastne czeluści i pochłonęło Judasza, w świetle wcześniejszego wyznania winy nawołuje do ukarania… siebie samego (a więc nas wszystkich). Naturalny mechanizm poszukiwania ‚kozła ofiarnego’ często to zaciemnia. Zawsze winni są ‚ci drudzy’: Żydzi, muzułmanie, liberałowie, masoni, ‚lewacy’, ‚prawacy’. Jednak Bach i Picander robią wszystko, by nam to uniemożliwić. To my znajdujemy się w tym momencie na ławie oskarżonych. Co więcej, jesteśmy swoimi własnymi oskarżycielami…

Tym istotniejsze jest postawienie pytania, które drąży mnie już od wielu lat: NA CZYM WLAŚCIWIE POLEGAŁA ZDRADA JUDASZA? Judasz przyprowadził sługi arcykapłana do Ogrodu Oliwnego, w którym modlił się Jezus i wskazał Go pocałunkiem. Scena bez wątpienia dramatyczna, ale czy – z punktu widzenia logiki opowieści – rzeczywiście konieczna? Wszak Jezus nie był osobą nieznaną. Rozpoznać go, nawet w nocy, nie było aż tak trudno. Inne, zgoła ważniejsze, pytanie brzmi: CO KIEROWALO JUDASZEM? W każdym razie nie chęć zysku. Osławione 30 srebrników było sumą tak nieznaczną, że wygląda raczej na wymówkę, aniżeli na rzeczywisty motyw zdrady. O co więc chodziło NAPRAWDĘ?

Osobiście nie przypisuję Judaszowi niskich pobudek (jakie wyraźnie widać choćby u Piotra, gdy ten wyrzeka się Jezusa z najzwyklejszego strachu). Widzę go raczej jako kogoś całkowicie oddanego swemu Mistrzowi i niezachwianie wierzącego w Jego moc. Jego postawa jest postawą, którą zwykliśmy niestety często utożsamiać z postawą autentycznej wiary: polega na przekonaniu, że Bóg jest wszechmocny i jeśli tylko spodoba Mu się ‚wkroczyć do akcji’, wszystko automatycznie obróci się ku dobremu, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I to właśnie stara się uskutecznić Judasz: Jezus, Mesjasz Boży, ma wreszcie zacząć działać. Dlatego stawia Go w ‚sytuacji bez wyjścia’. Przecież stając oko w oko z przemocą sług arcykapłana, będzie wreszcie musiał użyć swojej mocy i zmiażdżyć przeciwników. Czyż nie ma w Biblii wizji Boga-mściciela, który obraca w puch wrogów ludu wybranego? Judasz nie tyle zdradza, co prowokuje – do działania. Jego desperacki czyn jest w gruncie rzeczy okrzykiem: ‚ZRÓB COŚ WRESZCIE, OKAŻ SWĄ MOC!’. Jak głębokie musiało być jego rozczarowanie, gdy zorientował się, że plan spalił na panewce. Jezus dał się pojmać i poprowadzić ‚jak baranek na rzeź’. Kto z nas nie zna tego rozczarowania, gdy okazuje się, że nasza wiara niczego nie rozwiązuje, w niczym nie pomaga, niczemu konkretnemu nie służy? Że fakt, iż ‚stoimy po właściwej stronie’, nie stanowi gwarancji ‚happy endu’. Bowiem Bóg, którego Jezus nazywał swoim Ojcem, nie rozdaje zwycięstw, lecz DAJE ‚TYLKO’ SIEBIE SAMEGO. Staje po stronie ciemiężonych, ale staje jako jeden z nich – chcąc poruszyć sumienia ciemiężycieli swoją bezbronnością. U Bacha i Picandra ta prawda w końcu dociera również do Judasza, przynosząc ze sobą przejmującą arię ‚Gebt mir meinem Jesum wieder’ (‚Oddajcie mi mojego Jezusa’), która brzmi jakby z zaświatów, bowiem Ewangelista zdążył już opowiedzieć nam o jego samobójczej śmierci (tutaj można jej posłuchać w świetnym wykonaniu Waltera Berry’ego z 1971 r.).

 

A jak to jest z nami? Czy traktujemy naszą wiarę jako rodzaj ‚polisy ubezpieczeniowej’ dla nas samych, czy też jesteśmy w stanie zaakceptować, że Jezus nie chce być Mesjaszem walczącym i ‚rozstawiającym po kątach’ swoich (a właściwie naszych) wrogów i zapewniającym zwycięstwo ‚naszej drużynie’? Czy pozwolimy Mu na to, by zaskakiwał, naprawdę był inny – jako Mesjasz dla wszystkich – aby zgodnie z proroctwem Izajasza zbawienie rzeczywiście ‚dotarło do krańców ziemi’ i przekroczyło wszelkie granice, obejmując swym zasięgiem całą rzeczywistość?

15JKUBACKI.jpg

Rozważania Rekolekcyjne

 

9 Comments

  1. zefir

    sprawiedliwa ocena religii

     Piszesz Jarku o pogromach Żydów i roli jaką odgrywała w nich religia. Ja historykiem nie jestem, ale czuje że problem był dużo bardziej złożony i to nieszczeście miało także inne podstawy – niereligijne. Myślę, że religia mogła i pewnie była źródłem także postaw przeciwstawnych, czyli ratujących życie. Moja prababcia np. uratowała życie młodej Żydówce, ukrywając ją w swoim domu, gdy ta była poszukiwana przez hitlerowców. Nie wiem czy prababcia w tamtym momencie narażała swoje życie z motywów religijnych czy hhmanistycznych, ale pamiętam, że na ścianach jej domu wisiały religijne obrazy, wiec pewnie w jakimś stopniu wierząca była. Choć jak wiadomo jestem często krytyczny wobec religii, to nie moge nie zauważać jej pozytywnych aspektów także w sytuacjach dramatycznych jak wojna. 

    Co zaś sie tyczy zdrady Judasza, to pomijając samą zdradę ta historia jest dowodem na determinizm wpisany w plan Boży. 

     
    Odpowiedz
  2. jkubacki

    Determinizm i pogromy

     Jesli pozwolisz, zaczne od konca – czyli od ‚determinizmu’. Otoz osobiscie go tam w ogole nie dostrzegam. Judasz nie byl do niczego zdeterminowany. Moim zdaniem trzeba rozrozniac pomiedzy swiatopogladowo-historyczna kategoria determinizmu a wypowiedzia wynikajaca z wiary, ktora nakazuje przyjac cos jako wyraz Bozej woli czy Bozego ‚planu’. To sa dwie zupelnie rozne rzeczy, ktore niestety czesto ze soba mylimy. Bog w zaden sposob nie ogranicza ludzkiej wolnosci wyboru. Wszelkie determinizmy pochodza raczej od tej ‚ciemnej strony mocy’… 

    Natomiast, ze problem zrodel antysemityzmu byl bardziej zlozony niz tylko religijny, jest oczywiste. Zauwaz, ze rowniez pisze o tym, iz trwa na ten temat dyskusja, ktorej konca sie raczej nie spodziewam, a nastepnie wlasciwie zadaje juz tylko pytania, na ktore kazdy sam sobie powinien odpowiedziec. Osobiscie uwazam,ze religia przygotowala niestety grunt dla postaw antysemickich, ale to nie oznacza utozsamiania chrzescijanstwa z antysemityzmem. Istota tego, co chialem wyrazic, jest, ze religia jest szalenie niebezpieczna rzecza i wymaga tego, co nazwalem ‚humanistyczna korekta’. 

     
    Odpowiedz
  3. jantadeusz

    a jednak, chyba trochę inaczej …

    Religijność, bez względu na to jak głęboka i szczera, nie gwarantuje, że jej wyznawcy będą postępować po ludzku. Gdy zostaje pozbawiona elementu humanistycznego, świadomości, że człowiek – i jego dobro – istotnie jest ‚miarą wszechrzeczy’, może stać się sprężyną zbrodni. Religia nie tylko przed niczym nie zabezpiecza. Również sama potrzebuje ‚humanistycznej korekcji’ – ustawicznego przypominania, że jak podkreślał Emmanuel Levinas, to twarz drugiego człowieka, w całej swej otwartości i bezbronności, objawia nam Boga, wciąż na nowo apelując: NIE ZABIJAJ MNIE, NIE RÓB MI KRZYWDY.

    A jednak, chyba to nie człowiek lecz Bóg jest miarą wszechrzeczy. Bóg w Trójcy Jedyny.

    A czy religia potrzebuje "humanistycznej" korekcji (jak to zostało ujęte).  Przecież owa "korekcja" w takim właśnie rozumieniu, to nic innego jak religijna, chrzescijańska, Jezusowa "korekcja".

     
     
    Odpowiedz
  4. jkubacki

    Mysle, ze to nie wystarczy…

     Sadze, ze historia chrzescijanstwa pokazuje nam, ze to nie wystarczy. Postac Jezusa tez mozna zinterpretowac na wiele roznych sposobow, w tym niestety na bardzo nieludzkie. Religia ma rowniez niestety dluga tradycje ´odczlowieczania´ Jezusa – wygrywania Jego boskosci przeciwko Jego czlowieczenstwu…

     
    Odpowiedz
  5. jantadeusz

    Na szczęście, dla wielu wystarczy.

    Kwestionowanie człowieczeństwa Jezusa, to naprawdę echo odległych epok i na pewno nie jest to dzisiaj problem milionów współczesnych chrześcijan. I ja i Pan i zapewne owe miliony nam podobnych, czcimy i wyznajemy  Jezusa Chrystusa który stał się Człowiekiem. Właśnie dlatego, że stał się człowiekiem. Jak to możliwe, że był jednocześnie i Człowiekiem i Bogiem i co to oznacza dla każdego z nas … Tak, to rzeczywiście jest  jedna z trudniejszych prawd naszej WIARY. Ale my przecież jesteśmy ludźmi WIARY. To przecież coś znaczy, to przecież implikuje jakąś określoną postawę.

    Odkupieńczej męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa, nie daje się pojąć, bez wiary w to, że był On Człowiekiem a także, że był On Bogiem. Zresztą, w każdym przypadku niełatwo jest "pojąć" jeśli miałoby to pojmowanie być rezultatem naukowych, logicznych wnioskowań, a więc zarówno w świetle telogii, filozofii jak również wszelkich innych znanych człowiekowi nauk. Ale przecież, my jesteśmy ludźmi wiary. No, ale wiara i rozum, to dwa skrzydła na których człowiek wznosi się do Boga. Więc korzystajmy również z rozumu, z wiedzy tych, którzy są wielkimi autorytetami. No, na przykład Jacguesa Maritaina. Właśnie on, w sposób niezwykły (dla mnie trochę trudny) pisał o sprawach o których tu mówimy m.in. w swojej książce: " Łaska i człowieczeństwo Jezusa".

     
    Odpowiedz
  6. Malgorzata

    humanistyczna korekta a człowieczeń

    "Humanistyczna korekta" religii może brzmieć dla wyznawców religii trochę groźnie, bo zakłada jakiś pozareligijny, zewnętrzny nadzór, który godzi w jej autonomię. Pomysł oświeceniowy w gruncie rzeczy.

    Warto jednak przypomnieć, że chrześcijaństwo w swojej tradycji ma taki samokontrolny mechanizm, na który zwracali uwagę najwięksi chrześcijańscy duchowi geniusze (np. św. Teresa z Avili). Jest to mianowicie kontemplacja człowieczeństwa Jezusa. W tej kontemplacji akcenty rozkładają się tak, że raczej trudno wygrywać boskość Jezusa przeciwko Jego czlowieczeństwu.

     
    Odpowiedz
  7. jkubacki

    Przyznaje, ze nie podzielam tego optymizmu…

     Chcialbym zareagowac na obydwa powyzsze komentarze, poniewaz w moim odbiorze na jakims poziomie sie ze soba wiaza. Nie zgadzam sie z ocena, ze kwestionowanie czlowieczenstwa Jezusa to ´echo odleglych epok´. Generalnie zgadzam sie z FDA Schleiermarcherem, ktory byl zdania, ze dawne herezje bynajmniej nie znikaja, lecz powracaja ciagle na nowo – jedynie w nieco odmiennych formach. Osobiscie jestem zdania, ze w popularnym dyskursie religijnym – zwlaszcza polskim, ale nie tylko – nie docenia sie wagi Bozego Wcielenia, Bozego czlowieczenstwa, a czesto poddaje je de facto (nawet jesli jedynie implicite) pod watpliwosc. Jest mnostwo leku przed ‚uzwykleniem’ postaci Nazarejczyka, mnostwo potrzeby wynoszenia Go (i tego co mial do powiedzenia) ponad historie, czynienia z tego czegos ponadczasowego i odartego z kontekstu. A czlowieczenstwo nigdy nie jest ponadczasowe i zawsze jest kontekstualne…

    I wlasnie z tej oceny wynika moj brak zaufania w te ‚samooczyszczajaca’ czy ‚samokorygujaca’ sie sile religii chrzescijanskiej. Zgadzam sie z Toba, Malgosiu, ze byloby najlepiej, aby religijnosc dokonala autokorekty i ze akurat chrzescijanstwo, przynajmniej potencjalnie, posiada wystarczajaco duzo materialu, ktory to umozliwia. Niestety ten potencjal lezy w duzym stopniu ‚odlogiem’. Dlatego istotnie jestem zdania, ze potrzeba nam impulsow z zewnatrz. Moze nie nadzoru, ale bez watpienia wlasnie impulsow. 

    Piszac o humanizmie mysle jednak przede wszystkim nie o oswieceniu (do ktorego mam szalenie ambiwalentny stosunek!), ale o – w duzej czesci zapoznanej – tradycji odrodzenia. Mysle, ze jestem bardzo mocno czlowiekiem renesansu: z jego filozoficzno-religijnym eklektyzmem, jego miloscia do ‚pieknej litery’, jego przekonaniem o tym, ze czlowiek jest w stanie sie rozwijac i doskonalic, a skoro jest w stanie, powinien to czynic. Ale rowniez ze wszystkimi renesansowymi ‚dziwnosciami’, na ktore w czasach oswiecenia juz prawie miejsca nie bylo (przynajmniej w glownym nurcie kultury): zainteresowaniem sfera magii, tradycja hermetyczna, kabalistycznymi spekulacjami etc. I to wlasnie z tradycji odrodzenia wywodzi sie przekonanie, ze, aczkolwiek (jak to nazywal wielki Erazm) ‚filozofia Chrystusowa’ (ktora jest przede wszystkim praktyczna sztuka zycia) stanowi podstawowe przeslanie chrzescijanstwa, czesto trzeba jednak bodzca innych tradycji, aby ja odkryc i dostrzec jej znaczenie. 

     

     

     

     

     

     
    Odpowiedz
  8. jantadeusz

    Żaba która nogę podstawia.

    No, cóż, nie chcę tu występować w roli żaby która nogę podstawia, gdy konia kują („ Konia kują, żaba nogę podstawia” – tak to chyba było), gdyż nie jestem teologiem, historykiem, filozofem ani też religioznawcą. Inie jest to żadna sztuczna skromność. Nie mam niestety dostatecznego rozeznania, aby w sposób dający się uzasadnić, odnieść się do polskiego dyskursu religijnego. Wypowiadam się więc z pozycji przeciętnego parafianina małej miejscowości w południowo-zachodniej Wielkopolsce. W tej perspektywie, trafne jest spostrzeżenie, że jest jakiś lęk (albo może jakaś nieumiejętność mówienia o tym) , przed „uzwykleniem” postaci Nazarejczyka”. To dotyczy w ogóle mówienia o tajemnicy Trójcy Świętej i rozważania tej tajemnicy. Zauważam to i odczuwam bardzo wyraźnie. Szkoda, że tak jest. Bardzo szkoda. Nawet w naszych tezeuszowych rekolekcjach, jakoś na ten temat nie za wiele. Też szkoda.

    A co do Renesansu. To wspaniała, piękna i fascynująca droga. Lecz przecież, nawet jeśli taką drogą się idzie, to na jej końcu, tak jak na końcu wszelkich innych i niekiedy bardzo niezwykłych dróg, jeśli prowadzą one do Boga – trzeba przejść przez bramę jaką jest Jezus Chrystus. I wiemy przecież, że innego przejścia nie ma.

     
    Odpowiedz
  9. Halina

    postepowac po ludzku…

    Religijność, bez względu na to jak głęboka i szczera, nie gwarantuje, że jej wyznawcy będą postępować po ludzku. Gdy zostaje pozbawiona elementu humanistycznego, świadomości, że człowiek – i jego dobro – istotnie jest ‚miarą wszechrzeczy’, może stać się sprężyną zbrodni. Religia nie tylko przed niczym nie zabezpiecza. Również sama potrzebuje ‚humanistycznej korekcji’ – ustawicznego przypominania, że jak podkreślał Emmanuel Levinas, to twarz drugiego człowieka, w całej swej otwartości i bezbronności, objawia nam Boga, wciąż na nowo apelując: NIE ZABIJAJ MNIE, NIE RÓB MI KRZYWDY.

    Levinas pisze o zbyt poznym opamietaniu sie wielkiego Claudela. Judasz opamietal sie dosc szybko. A ilu ludzi nie opamietalo sie, i po Oswiecimiu, i po Kielcach, i po marcu 1968, i po odzyskaniu niepodleglosci i wolnosci? Religia potrafi byc niebezpieczna. Niektore teksty wyrwane z calego kontekstu historycznego, teologicznego, kiedy to byla spisywana np. pod koniec wieku pierwszego Ew. Jana i proba przeniesienia ich na nasze czasy- moga prowadzic do grzechu, a nawet zbrodni.

    Trudno dzis osadzic pewne  wypowiedzi ludzi tamtej epoki, wedle naszej wrazliwosci humanistycznej i naszej refleksji teologicznej. Raczej chodzi o to, by ksztaltowac tak kaznodziejstwo czy katecheze, bysmy nie ranili zydowskich siostr i braci naszego Zbawienia. Tzw. teologia po Oswiecimiu, to nie jest skutek owego wstrzasu, jakim byl Shoah, to szukanie najglebszej prawdy Slowa Bozego. Meka narodu  wybranego, jest Meka Jezusa. Antysemityzm jest zdrada wiary chrzescijanskiej, jest uderzeniem w Jezusa-Zyda, Syna Bozego. W ekumenizmie nie chodzi bowiem o jakies racje zewnetrzne, czy kurtuazyjne gesty, ale o wiernosc Ewangelii. Postawa ekumeniczna, to chrzescijanstwo glebsze, ktore z radoscia przyznaje sie do pokrewienstwa ze " starszym bratem", Izraelem Bozym- z ktorym Bog zawarl wieczne Przymierze. Objawienie ST karmi sie korzeniami dobrej oliwki, w ktora wszczepione zostaly dziczki oliwne, narodow poganskich. Obraz drzewa oliwnego obrazuje wieczna wiez chrzescijanstwa z judaizmem. Kto neguje swe zydowskie korzenie-nie rozumie wiary chrzescijanskiej .A jeżeli się wynosisz, (pamiętaj, że) nie ty podrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie" (Rz 11,17-18). To bowiem nie tylko monoteizm, to takze Jezus Chrystus, ktory nie nalezy do dziczki, ale do drzewa oliwnego.." Jakze ciasna i waska jest brama, ktora prowadzi do zycia" Mt.7,13-14. Jest to pewna wizja, ktora pokazal nam Jezus, jak nalezy podrozowac. Jest to droga pielgrzyma, ktory zmierza do swego przeznaczenia. Jest to trudna droga Milosci. Przybyc na czas w ramiona milujacego Ojca. Czyz wszystkie religie nie szukaja  podobnego sensu ? O tym wlasnie traktuje: Nostra aetate-Deklaracja Soboru Watykanskiego II o stosunku Kosciola do religii niechrzescijanskich.

    Ludzie oczekują od różnych religii odpowiedzi na głębokie tajemnice ludzkiej egzystencji, które jak niegdyś, tak i teraz do głębi poruszają ludzkie serca; czym jest człowiek, jaki jest sens i cel naszego życia, co jest dobrem, a co grzechem, jakie jest źródło i jaki cel cierpienia, na jakiej drodze można osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, czym jest śmierć, sąd i wymiar sprawiedliwości po śmierci, czym wreszcie jest owa ostateczna i niewysłowiona tajemnica, ogarniająca nasz byt, z której bierzemy początek i ku której dążymy.

    http://religie.wiara.pl/doc/471908.Nostra-aetate-Deklaracja-Soboru-Watykanskiego-II-o-stosunku

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code