Zamiast życzeń. Niepewna wiara. Co nas czeka po życiu?

Święta Wielkiej Nocy stawiają przed nami pytanie o sens śmierci i życia. Więcej: o możliwość życia po śmierci. „Życia na zawsze”. Każdej i każdego z nas, wszystkich, których kochamy. Nawet dla wierzących w Jezusa Chrystusa Jego śmierć i zmartwychwstanie pozostaje tajemnicą, a własna śmierć wciąż budzi niepokój i otwarte pytanie o to, co dalej.

Przyznam, że od pewnego czasu pytanie o to, jaki sens ma moje życie w obliczu śmierci i możliwej wieczności, niepokoi mnie co dzień. W tzw. drugiej połowie życia pytanie o jego sens staje się bardziej niepokojące i natarczywe, niż pytanie o samo życie, o przetrwanie. Z czym stanę nagi przed Bogiem, gdy przyjdzie mój czas? Co dobrego uczyniłem dla moich bliźnich? Jaki sens miało to całe trudzenie się, radości, cierpienia, zaangażowanie, porażki i ciągle niezaspokojony głód spełnienia? I jeszcze jedno: kiedyś łatwiej wierzyłem w sens śmierci i zmartwychwstanie Jezusa, i nasze. Dziś moja wiara stała się mniej pewna, bardziej agnostyczna, krucha, ciemna.

Jestem katolikiem, biorę udział w Triduum Paschalnym, w wielogodzinnych liturgiach Wielkiego Tygodnia, a jednocześnie nie wiem, czym jest naprawdę śmierć i zmartwychwstanie, czym miałaby być moje i innych wieczność i „życie na zawsze”. Ciekawe. Niepokojące. Odkrycie pod pokładami wiary głębokiego agnostycyzmu. Czym bliżej mi do osobistej realnej śmierci i zmierzenia się z ciemnością wieczności, tym moje wiara staje się bardziej milczeniem, pytaniem, ciemnością. Bez odpowiedzi.

Być może dzieje się tak, ponieważ czuję, że jedyną sensowną odpowiedzią, która daje wiarę w życie wieczne, jest radykalizm życia miłością, która „wszystko czyni nowe”. Miłością, która ocala wszystko dziś i zakorzenia w „wiecznym” jutro. Tylko taka miłość czyniłaby moją chrześcijańską wiarę pewniejszą. Ale nie odnajduję w sobie tego radykalizmu miłości. Być może dlatego nieme doświadczenie realizmu wieczności i pewność życia po śmierci są tak zamglone? A może to dlatego, że w pewnym wieku, w obliczu realności starzenia się i śmierci, nie ma już łatwej wiary, która naiwnie przedłużałaby obrazy z doczesności, której doświadczamy, w wieczność, której nie znamy? Nie wiem, który z tych czynników jest ważniejszy dla mojego katolickiego agnostycyzmu.

Jedno natomiast jest pewne: opowieść o męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa jest największą i najbardziej dramatyczną w ciągu roku inspiracją dla pytań zasadniczych. Pytań, które czynią moje, nasze życie wartym lub niewartym przeżycia. W tym roku najbliżej mi do Jezusa pogrążonego w niepewności swej wiary w Ojca: „Dlaczegoś mnie opuścił”. Człowieczeństwo Syna Bożego niejako uniemożliwiało Mu pewność całkowitą, skazywało Go na agnostycyzm w obliczu własnego cierpienia i śmierci. Absolutna samotność przekraczania progu śmierci. Jezus wierzących agnostykiem? Paradoks? Może.

Moja ulubiona mistyczna i myślicielka, francuska żydówka, szalona w swej miłości Chrystusa Simone Weil, która jednocześnie nie chciała przekroczyć progu Kościoła katolickiego z powodu jego ekskluzywizmu, pisała, że najbezpieczniej jest wierzyć w Boga tak, jakby Go nie było, że ateizm jest konieczny jako oczyszczenie wiary ze zbyt doczesnych naleciałości. Coś w tym jest.

Odkrywam to jako wielki dar tego etapu życia, że co dzień budzę się nie tylko z pytaniem, jak przetrwać kolejny dzień, ale też z niepokojem, czy moje życie w obliczu śmierci i wieczności ma sens. Czy nie zmarnowałem życia? Myślę, że jeśli można zrobić jakiś użytek ze świat wielkanocnych, nie będąc wierzących czy zbyt praktykującym, to właśnie zapytać siebie o sens życia i śmierci. O możliwość i kształt „życia po życiu”. Podczas świąt warto być nie tylko uczestnikami „wspólnoty stołu”, ale też wspólnoty pytań ostatecznych, które dopiero czynią z nas ludzi, czyli istoty metafizyczne, żyjące w świadomości i nadziei Tajemnicy.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code