Z głębi ciemności

55. Wieczór Biblijny

Tym razem zastanawialiśmy się nad następującym fragmentem Ewangelii:

Gdy Jezus przechodził, szli za Nim dwaj niewidomi, którzy głośno wołali: „Ulituj się nad nami, Synu Dawida”. Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: „Wierzycie, że mogę to uczynić?”. Oni odpowiedzieli Mu: „Tak, Panie”. Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: „Według wiary waszej niech się wam stanie”. I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: „Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie”. Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy. (Mt 9, 27 – 31)

Małgorzata: Opowieść dotyczy niezwykłego wydarzenia, jakim zawsze jest uzdrowienie, które zresztą musiało być o wiele bardziej spektakularne i poruszające w czasach Jezusa, gdy medycyna miała znacznie mniejsze możliwości. Dziś nie odczytujemy tego tylko w sensie dosłownym. Myślimy raczej, jak Jezus leczy nas z ograniczeń widzenia tego świata, które dotykają każdego niezależnie od stanu fizycznego zdrowia. Dlatego jest to opowieść bardzo uniwersalna. Czytamy ją w Adwencie, gdy przynajmniej w naszej strefie klimatycznej odczuwamy brak fizycznego światła, ale przez to możemy również wyraźniej zdać sobie sprawę, jak bardzo brakuje nam światła duchowego.

Chciałabym zwrócić uwagę na dwie wypowiedzi Jezusa, które w tym fragmencie szczególnie mnie uderzyły i skłoniły do refleksji. Jezus mówi, uzdrawiając niewidomych: „Według wiary waszej niech wam się stanie”. Jak ja rozumiem słowa: „według wiary waszej”? Rozumiem to tak: „na tyle, na ile wierzycie”. Ci niewidomi uwierzyli. Czy my jesteśmy w stanie uwierzyć? I w co jesteśmy w stanie uwierzyć? Czego od Boga oczekujemy? Jaka naprawdę jest nasza wiara?

Im nasza wiara jest pełniejsza, im bardziej ufamy Bogu, tym bardziej nasz świat jest uporządkowany, sensowny, kolorowy, piękny. Gdy człowiek traci wzrok, wszystko wokół zaczyna budzić większy lęk, staje się zagrożeniem, więcej wysiłku trzeba wkładać w zrozumienie najprostszych elementów otoczenia. Tak samo sygnałem utraty lub osłabienia wiary jest to, że zaczynamy się bardziej bać i traktować świat jako coś nieprzyjaznego, wrogiego. Te niedobre objawy mogą nam powiedzieć, że nasza relacja z Bogiem jest zakłócona i choć wydaje nam się, choć deklarujemy, że wierzymy, to nasza wiara staje się coraz słabsza. I odwrotnie: im bardziej wierzymy, tym bardziej wszystko nabiera sensu, tym więcej mamy odwagi, tym bardziej pożytecznie możemy działać dla siebie, dla innych, dla doskonalenia świata, który Bóg nam powierzył.

Drugą ciekawą sprawą jest polecenie Jezusa: „Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie”. We fragmencie Ewangelii św. Jana, który stał się tekstem przewodnim naszych tegorocznych rekolekcji adwentowych, jest coś zupełnie innego. Tam niewidomy zostaje uzdrowiony, ale on właśnie musi świadczyć wobec swoich sąsiadów, krewnych, znajomych, wreszcie wobec faryzeuszy. Tu Jezus mówi niewidomym, aby zachowali to dla siebie. Myślę, że Jezus przekazuje w tym momencie ważną PR-owska prawdę. Jak wiadomo to, że ci niewidomi albo inni uzdrowieni przez Jezusa zaczęli opowiadać swoje historie czy z wdzięczności, czy aby stać się obiektem zainteresowania, ostatecznie przyniosło Jezusowi zawiść, wrogość, prześladowania i przyczyniło się niewątpliwie do Jego śmierci.

Dlaczego Jezus tak mówi? Moim zdaniem zwraca On uwagę, że nie zawsze i nie w każdych okolicznościach powinniśmy mówić o łaskach, które otrzymujemy od Boga. Może czasem lepiej to zachować dla siebie. Może powinniśmy znaleźć odpowiednią formę. Bardzo lubię powoływać się na doświadczenia z własnego podwórka, więc i tym razem przypomnę, że mieliśmy w „Tezeuszu” kilka takich sytuacji, gdy ktoś z nas dzielił się w blogu swoimi osiągnięciami czy rozmaitymi sukcesami. Ja na przykład cieszyłam się, gdy kupiliśmy opał na pierwszą zimę w Domu Tezeusza, a później pisałam o różnych udoskonaleniach, zakupach, pracach remontowych itp. Może popełniałam błąd, kładąc zbytni nacisk na materialny aspekt, a nie każdy potrafił dostrzec, że za tym kryła się moja osobista nie tylko materialna radość… Spotkanie z nieprzyjaznymi reakcjami czy po prostu z zawiścią trochę mnie nauczyło. Dla mnie ten mijający rok mimo różnego rodzaju trudów był też rokiem ogromnych łask ze strony Pana Boga, ale myślę, że nie wszystkimi chciałabym się dzielić, nie o wszystkich chciałabym jeszcze głośno mówić. Może kiedyś nadejdzie odpowiedni czas… Myślę, że prawdę, którą Jezus w swoim poleceniu przekazuje niewidomym, można by streścić następująco: „Daję wam światło. Owszem, światła nie należy ukrywać pod korcem, ale też trzeba wiedzieć, jak to światło eksponować, żeby oświecało, a nie budziło sprzeciwu czy złych emocji”.

Chciałabym modlić się, abyśmy otrzymywali łaskę pozostawania z Bogiem w relacji pełnej światła, które będzie oświecało i nadawało sens naszemu życiu, dodawało nam odwagi, siły, cierpliwości, wytrwałości w naszych różnych zadaniach; abyśmy otrzymując te łaski, potrafili o nich mówić pięknie, mądrze, dobrze, ale też z odpowiednią powściągliwością, nie budząc zawiści, nie narażając siebie i Pana Boga na śmieszność, nie wywołując zgorszenia.

Andrzej: Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami kilka tematów, które spróbuję nazwać rzeczownikowo: ciemność, ślepota, prośba, miłosierdzie, wiara, cud, światło, widzenie, światło-widzenie.

Wpierw spróbuję uchwycić dosłowny sens tego fragmentu Ewangelii. Wyobrażam sobie tych niewidomych ludzi. Nie wiem, czy są niewidomi od urodzenia, czy dopiero w pewnym wieku stali się niewidomi. Żyją w ciemności, nie znają widzialnego świata w całym bogactwie kolorów, kształtów, perspektyw. Podobno w 80% postrzegamy świat wzrokiem, a oni są pozbawieni tego wglądu w rzeczywistość. Na pewno też cierpią ogromnie, bo zostali zmarginalizowani, nie ma dla nich pracy, być może są też bezdomni. Ci dwaj niewidomi szukają wspólnoty ze sobą. Wiadomo, że ludzie chorzy, kalecy, nie znajdując zrozumienia wśród zdrowych, szukają wspólnoty z podobnymi do siebie. Skądś dowiadują się o Jezusie, którego nazywają Synem Dawida, czyli widzą w Nim czy to Mesjasza, czy wielkiego proroka. I nawet w tej ciemności znajdują drogę do Boga albo może, jak to postrzegają w swojej świadomości, do wielkiego proroka lub cudotwórcy. Stąd widać, że życie w ślepocie nie oznacza całkowitej ciemności, że mamy jeszcze inne zmysły. Nawet w największych ciemnościach możemy dowiedzieć się o Bogu, bo mówi nam o Nim coś z zewnątrz i coś wewnątrz.  

Ciekawe, ci niewidomi tak bardzo chcą wydobyć się z ciemności, że aż krzyczą. Tu jest napisane: „głośno wołali”. Osoby niewidome, które nie wiedzą, co się szczegółowo dzieje, muszą wspierać się innymi zmysłami. Krzyczą, żeby zostali usłyszani. Z tej ciemności wydobywa się ogromny krzyk: prośba o miłosierdzie. „Ulituj się nad nami, Synu Dawida”.

Wiara czy cud nie zaczyna się od tego, że niewidomi mówią: „Ulecz nas, daj nam wzrok”. Oni proszą o litość, o miłosierdzie. Próba wyjścia z ciemności zawsze – w najgłębszym sensie musi się odbyć przez prośbę o miłość, o miłosierdzie. prośbę skierowaną do kogoś, kto może pomóc w wyjściu z ciemności. Jezus poproszony o litość pyta: „Czy wierzycie, że mogę to uczynić? Czy wierzycie, że siła mojej miłości, mojej litości dla was jest tak wielka, abyście mogli uzyskać wzrok?”Jezus wie, czego dotyczy ta prośba o litość. Oni nie chcą być nakarmieni, nie chcą ubrania, nie chcą zostać Jego uczniami. Bycie niewidomymi określa ich tak bardzo, że gdy proszą o litość, Jezus nie zadaje głupich pytań: „Czego wam potrzeba?”Wiadomo od razu, czego niewidomym potrzeba: widzenia, odzyskania wzroku.

Jezus pyta o wiarę. Nie uzdrawia od razu, lecz chce pogłębienia tej prośby. Nie jest ważna tylko ich potrzeba odzyskania wzroku, ale wiara, że właśnie On, Jezus może to uczynić. Gdy stwierdzają, że mają wiarę, Jezus dotyka ich oczu i mówi: „Według wiary waszej niech się wam stanie”. Po pytaniu tutaj pojawia się jakby drugi test. Tak naprawdę jakby oni sami się uleczali. Zostaje im przywrócony wzrok, światło widzenia. Można powiedzieć, że przywrócenie wzroku to cud światło-widzenia.

Widać tu związek między prośbą o miłosierdzie i zawartą w niej wiarą, że ktoś może nas uzdrowić. Wiemy, że Bóg czyni cuda mocą swojej łaski, ale bez wiary, jak wiemy skądinąd,  cuda są niemożliwe. Na przykład w Nazarecie, gdzie ludzie nie wierzyli w Jezusa, nie mógł On czynić cudów. W tym wypadku niewidomi wierzą, więc odzyskują wzrok, następuje cud wydobycia się z radykalnych ciemności.

Niewielu z nas jest niewidomymi, niewielu dotyka choroba, która bardzo ogranicza, ale wszyscy w jakimś sensie jesteśmy ślepi, niedowidzący, pogrążeni w ciemnościach albo w smutku, niemożności, beznadziei, nierozumieniu. cierpieniu, które nas okalecza i paraliżuje, w niemożności wydobycia się z grzechu… Różne są te nasze niemożności. Są one tak głębokie, że własnymi siłami nie potrafimy zmienić swojego życia. W każdej i każdym z nas odzywają się słowa tych dwóch niewidomych. W takiej czy innej formie zwracamy się do Boga, do Tajemnicy, do jakiejś Wyższej Istoty, do nie wiadomo czego – w każdym razie do kogoś, kto by nas poratował, kto by nas ocalił. W każdej i każdym z nas z głębi naszych ciemności, grzechu, bezradności wydobywa się prośba o miłosierdzie. Czy przybierze ona formę: „Ulituj się, Synu Dawida”, „Boże zmiłuj się nade mną”, „Dlaczego mnie opuściłeś?” czy jakakolwiek inną formę, z głębi ciemności zawsze wydobywa się wołanie o miłość miłosierną, miłość zbawiającą.

Warto w Adwencie dostrzec siebie jako osobę bezradną, osobę niewidomą czy sparaliżowaną swoją niemożnością, cierpieniem, grzechem. Jesteśmy ślepi. Nie widzimy siebie do głębi, nie widzimy innych ludzi, którzy potrzebują naszej pomocy, nie widzimy własnego fałszu, nie widzimy własnej hipokryzji, nie widzimy wyzwań, jakie przed nami stoją. Można powiedzieć, że przez większość naszego życia jesteśmy ślepi i na większość spraw jesteśmy ślepi. Tak naprawdę niewiele widzimy. Dzisiejsza Ewangelia może nam pomóc odnaleźć w sobie własną ślepotę, własną bezradność, własną ciemność i w głębi tej ciemności – wołanie o litość.

I gdy wołamy o litość, wołamy o miłosierdzie, to zaczynamy wierzyć, że Bóg ocala, że uzdrawia, że  może nas wyzwolić z grzechu, z którym sobie nie radzimy, że może nas uleczyć z rozpaczy, która odbiera sens naszemu życiu. Możemy dostrzec, że bliźni wokół nas cierpią z naszego powodu, możemy dostrzec własne nałogi, w których wielu z nas jest pogrążonych. Wówczas Jezus wspiera nas łaską wiary w Niego i odzyskujemy wzrok. Wychodzimy z grzechu do prawego życia. Wychodzimy ze ślepoty do światło-widzenia. Nie jest to może tak radykalne i pełne odzyskanie wzroku, ale nieraz przesunięcie naszego pola widzenia, nieraz zauważenie jednego człowieka wokół nas, nieraz zauważenie jednej sprawy, z którą musimy się zmagać, jednego smutku, który nas paraliżuje czy upokarza, jest wystarczająca, aby uznać to za cud na miarę odzyskania wzroku.

W zasadzie jest jedna płynąca z tej Ewangelii modlitwa, do której siebie i was mogę zaprosić. To modlitwa ślepych, którymi w głębi, na co dzień i na całe życie jesteśmy – powtarzana z głębi serca modlitwa: „Ulituj się nade mną, ulituj się nad nami, Synu Dawida, Jezusie”.

Wieczory biblijne

 

Komentarze

  1. Jadzia

    do odpowiedzi Małgorzaty

    Spotkanie z nieprzyjaznymi reakcjami czy po prostu z zawiścią trochę mnie nauczyło. Dla mnie ten mijający rok mimo różnego rodzaju trudów był też rokiem ogromnych łask ze strony Pana Boga, ale myślę, że nie wszystkimi chciałabym się dzielić, nie o wszystkich chciałabym jeszcze głośno mówić. Może kiedyś nadejdzie odpowiedni czas… Myślę, że prawdę, którą Jezus w swoim poleceniu przekazuje niewidomym, można by streścić następująco: „Daję wam światło. Owszem, światła nie należy ukrywać pod korcem, ale też trzeba wiedzieć, jak to światło eksponować, żeby oświecało, a nie budziło sprzeciwu czy złych emocji”.

     

    Nie wiem jaka jest tego przyczyna ale nieprzyjazne reakcje i zawiśc jest w zasadzie zawsze reakcją na informacje dotycząca jakiejkolwiek sfery zycia ( materialnej, duchowej, intelektualnej), w której danemu człowiekowi się powiodło. To tak jakby ludzie całkowicie nie tolerowali tego, że ktos moze byc lepszy – a jezeli jest – to ludzi cieszy kiedy akurat przytrafi się upadek. Ludzie nie lubią innych, którzy choc troszke sa "ponad" tłumem.

    Kiedyś w jakiejś książce przeczytałam, że tolerancja ma zły wydźwięk. Dlaczego?  – pomyślałam. Ano dlatego, że tolerujacy patrzy z wyzszej pozycji – to on toleruje, przyzwala na inność. Na inność gorszego.Jakie ma do tego prawo? Kto mu je dał?

    Ale wracajac do słów Jezusa. „Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie” – maja uwazac.Sadzę, ze Jezus –  znajac róznorodnosć interpretacji "łask" i "światła" przez róznych ludzi, nie chciał doprowadzic nawet nie do zawisci, że ten otrzymał a ten nie, – ale do takiej interpretacji "łask", ze jedna łaska jest lepsza a druga nie. Nawiązuje do tego, że za czasów Jezisa i przed było bardzo dużo "pseudoproroków". Każdy "pseudoprorok" zawsze jakies "pseudoświatło" daje. Kłotnie, awantury, które "światło" jest własciwsze – doprowadziłoby jedynie do bałaganu.Dlatego lepiej ze swoim światłem sie nie afiszowac. Na to przyjdzie czas.

     
    Odpowiedz
  2. Malgorzata

    Rywalizacja łask?

     Jadwigo!

    Zgadzam się z poglądem, że ludzie w swojej masie zmierzają do przeciętności i chcieli by niejako wessać wszystko, co poza nią wykracza.

    Nie wydaje mi się jednak, że Jezus obawiał się "rywalizacji łask", żeby to tak roboczo określić: moja łaska lepsza od twojej. To nie jest myślenie wielkich mistrzów duchowości, a Jezus jest przecież takim Mistrzem nawet dla tych, którzy nie uznają się za chrześcijan. Myślę raczej, że Jezus chciał przestrzec przed reakcjami ludzi, którzy w ogóle nie traktują ludzkich dokonań w perspektywie łaski i daru. Tacy ludzie przypisują własne zasługi wyłącznie sobie i tak samo czynią wobec zasług, dokonań czy sukcesów innych. 

    Jeżeli przyjmiemy, że wszystko zależy wyłącznie od nas, że każdy jest sam kowalem swojego losu, że żadna potężniejsza siła (Bóg, Opatrzność, Logos, tak czy inaczej rozumiana Najwyższa Istota) nie wspomaga nas, to łatwo uwikłamy się w takie rywalizacyjne myślenie. Bo dlaczego niby on ma to, czego ja mieć nie mogę, skoro wszyscy startujemy z równymi szansami?

    Jezus na pewno nie myślał w kategoriach rywalizacji, ale zdawał sobie sprawę, że wielu ludzi tak myśli…

     
    Odpowiedz
  3. beszad

     Bardzo zaciekawił mnie

     Bardzo zaciekawił mnie temat tego rozważania nad istotą uzdrowienia ślepców w kontekście przykazania, aby tego nie rozgłaszali. Zawsze to było dla mnie zagadką, więc z wielkim zainteresowaniem wczytałem się w Wasze wypowiedzi. Małgorzata i Jadzia wskazuje na element zazdrości, jaka mimowolnie pojawia się w naszych relacjach, gdy jakaś łaska zostaje za bardzo wyeksponowana. I to jest prawda – jesteśmy wszyscy słabi i ulegamy różnym emocjom…

    Pamiętam kolegę ze studiów, który tak szczerze i żarliwie zazdrościł mi wiary (która przeciez także jest łaską), że w pewnym momencie zastanowiłem się, na ile powinienem ją we wzajemnych relacjach eksponować. Nie mówić o niej – to chować światło pod korcem, ale za bardzo się na niej ogniskować, to z kolei być może przejawem egocentryzmu – jakiegoś duchowego narcyzmu, zasłaniającego nam drugiego człowieka. Myślę, że mówienie o swojej wierze wymaga szczególnego rodzaju wrażliwości. Głoszenie wiary nie ma nic wspólnego z krzewieniem ideologii.

    Niedawno wsłuchiwałem się w dyskusję polityków zaproszonych do studia. Zadziwiające, z jaką gorliwością każdy z nich próbował przemycić swój komunikat – skierowany jednak nie do siedzących obok adwersarzy, lecz do opinii publicznej (stąd takie "dyskusje" nie mają nic wspólnego z dialogiem, a nawet zwykłym dyskursem). Głoszenie ideologii, forsowanie tez, wskazywanie na siebie czy swoją partię w ten sposób, aby głos mojego rozmówcy był jak najmniej słyszalny… Myślę, że zupełnie inaczej powinno być z głoszeniem wiary. Tutaj zasłuchanie powinno poprzedzać słowo…

    Andrzeju, wśród konkluzji swej ciekawej wypowiedzi zamieściłeś bardzo istotny postulat, który oczywiście zawsze kierowany być powinien do samego siebie: Warto w Adwencie dostrzec siebie jako osobę bezradną, osobę niewidomą czy sparaliżowaną swoją niemożnością, cierpieniem, grzechem.  Właśnie! To wołanie z naszej strony powinno wychodzić nie tyle od prośby "uzdrów nas", czy "obdarz nas mądrością", ale: "ulituj się nade mną". W tym błaganiu zawarta jest cała świadomość własnej nędzy. Jeśli w następstwie tych słów zostanę uzdrowiony czy obdarzony mądrością, to zawsze w uszach pozostanie echo słów "ulituj się" – czyli coś, co wskazuje na niezasłużoną postać wszystkich łask, jakimi dysponuję…

    I o tym własnie wspomina Małgorzata, wskazując na bardzo ważną rolę świadomości, że łaska z samej swej natury zawsze jest NIEZASŁUŻONA, a wszelkie dobro, jakim dysponuję, jest właśnie ŁASKĄ. To ma podwójny wymiar: po pierwsze uwalnia mnie od mojej pychy (któa zawsze gdzieś tam podświadomie się kluje), po drugie – nakłada na mnie poczucie odpowiedzialności – bo skoro zostałem bardziej od kogoś obdarowany, to powinienem czynić z tego użytek na rzecz tych, którzy otrzymali mniej. Bo przeciez moja ŁASKA to nasze WSPÓLNE DOBRO… Skąd więc wezwanie, aby nie rozgłaszać światu otrzymanej łaski? Może stąd, aby nie koncentrować się na niej, lecz czynić z niej dobry użytek na rzecz innych?…

    Pozdrawiam wszystkich uczestników tej ciekawej (i jakże budującej!) rozmowy

    Adam.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code