W prześwicie milczenia

Parę dni temu skończyłem ciężką sesję w Milltown. Jej ciężar polegał głównie na krótkim czasie – 3 tygodnie – podczas którego miałem przypomnieć sobie treść – przynajmniej częściową – 20 wykładów z całego roku, tak by móc napisać 16 eseji egzaminacyjnych – 45 minut każdy. W trakcie jeszcze trochę nocami pilotowałem Tezeusza kończąc jednocześnie wersję anglojęzyczną – pierwszy jej etap. Najbardziej zadziwiał mnie prawie zupełny brak emocji: żadnych przedegzaminacyjnych stresów. Może nie mam już sił na taki rodzaj "luskusu"? Może do głębi wiem, że trzeba robić swoje jak najlepiej potrafię, a resztę zostawić Bogu?

Głęboki pokój, który towarzyszy mi od jakiegoś czasu jest czymś nowym dla mnie. Jest we mnie też radość, ale raczej cicha, prawie zupełny brak egzaltacji. Rano wstaję, modlę się, mój dzień jest wypełniony pracą, której próbuję podołać, wieczorem trochę odpoczywam, spotykam się z przyjaciółmi, chodzę na spacer, do kina, czytam. To wszystko dzieje się w jakimś przejmującym milczeniu, gdzieś na dnie. Teraz mam czas, gdy Bóg jest w oddali, i wciąż. Prawie nie myślę o Nim. Nasłuchuję tylko, co mam w danym momencie zrobić i jak, i wciąż widzę jak się mylę, jak mało spraw udaje mi się tak jakbym chciał. To, co się zmieniło to fakt, że dużo mniej przejmuje się tym. Tą przepaścią między ideałem błyszczącym gdzieś w półmroku, a moim urzeczywistnieniem.

Ludzie. Co rusz mam przejmujące spotkania, coraz więcej osób spotykam gdzieś na głębi. Co widzę? Kruche piękno ludzkiej biedy i wielkości. Tak nieraz ludzie wydają mi się utrudzeni życiem, jakby zaraz mieli umrzeć. I ja też. A jednocześnie to przemożne pragnienie życia, spotkania, więzi, przytulenia, zakochania, oddania. Współczuję, bo coraz lepiej wiem, że nie ma pocieszenia, które przetrwa najbliższy poranek. I znowu trzeba będzie od nowa zacząć grę o życie. Między śmiercią a życiem tętni nadzieja miłości. To wieczność przeszywa życie szpilą śmierci. Dlatego nie warto się rozpraszać, czyli udawać, że nas nie ma. Jedyne cierpienie to miłość, która krzyczy w nas, bo nie może oddać się tej lub temu, kogo kochamy bardziej niż siebie. I cierpimy, bo nie wiemy, co z tym nadmiarem zrobić. Bóg czeka na ten nadmiar, ale my wolimy w Nim widzieć bardziej natręta niż kochanka.

Coraz mniej interesuje mnie detaliczna rzeczywistość, ten cały zbiór tzw. faktów. To paradoks, bo jestem coraz bieglejszy w subtelnym precyzowaniu, czyli detalizowaniu wszystkiego, co napotykam. A jednocześnie w ogóle mnie to nie zatrzymuje. Wszystko staje się jednością odmienianą w nieskończonych wariacjach dzieł ludzkiej wolności. Coraz bardziej jestem zdumiony, że nie widzimy tego, co jest widoczne całkowicie. Walczymy wciąz z rycerzami iluzji.

Tak, chciałem napisać, że zbliża się lato, że od paru dni mam wakacje, że mógłbym robić, co zechcę, że wkrótce będę w kraju, że Dublin jest przepiękny. Właśnie, mółgbym. Ale gdy zatrzymuję się na chwilę na głębi, inny nurt dopomina się słowa. Niewyrażalne chce oznajmić swą obecność. Dlaczego? By w prześwicie milczenia usłyszeć Wszystko.

 

Komentarze

  1. Anonim

    nie przeczytalam tego o

    nie przeczytalam tego o tobie bo mi sie nie chce jest zbyt dlugie ale chcem sie zapytac czy masz jeszcze jakis innych osob blogi bo ja mam bardzo malo to ja koncze swoje zapytanko do wiedzenia

     
    Odpowiedz
  2. Anonim

    to znowu ja chcialam

    to znowu ja chcialam powiedziec ze bo wtamtym komentarzu ci nie zdozylam powiedziec ze :twoj blog jest dziwby bardzo ale to bardzo dziwny serio nie klamne bo nie masz wogle ilustracji no masz ale malo ja tez mam bloga ale kolorowego bym ne chcila miec takiego bloga jak ty to tylko tyle koncze do wiedzenia

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code