„Radujcie się w Panu!”

Wstęp do bloku tematycznego na stronie startowej

Słynny wiślański cmentarz „Na Gróniczku”, gdzie spoczywa wielu zasłużonych dla polskiej kultury luteran, a ich kamienne nagrobki przemawiają mądrością zaczerpniętą z Pisma Świętego. Na jednym z nich przeczytałam kiedyś przed wieloma laty napis: „Radujcie się w Panu”! (Flp 3, 1)”. W pierwszym odruchu przyszło mi do głowy, że jeśli rzeczywiście takie było przedśmiertne życzenie leżącego w grobie zmarłego, o czym wiedziałam, to chyba pozwolił sobie na dość koszmarny pożegnalny dowcip. Potem poczułam na twarzy nieśmiałe ciepło listopadowego słońca, spojrzałam na roztaczający się wokół przepiękny krajobraz Beskidu Śląskiego i pomyślałam: coś w tym jednak jest!

Radość może wynikać z czegoś, co stało się już naszym udziałem, co dokonało się i dostarczyło pewnej satysfakcji. Mówimy wtedy „cieszę się z…”: z wczorajszego spotkania, z otrzymanego podarunku, z dostrzeżonego uśmiechu. Gromadzimy sobie te małe przeżyte radości i budujemy nasze kruche poczucie szczęścia. Możemy również powiedzieć: „cieszę się na…”: na jutrzejszy odpoczynek, na obiecany telefon od przyjaciela, na książkę, którą ktoś dopiero zaczął pisać. Ta forma wypowiedzi łączy się z nadzieją i nieprzypadkowo chyba jest rzadziej używana. Właśnie ona jednak powinna stać się przedmiotem naszego szczególnego namysłu nie tylko w Wielkim Poście, lecz w całym chrześcijańskim życiu.

Wzywająca zewsząd do hedonizmu współczesna kultura przyzwyczaiła nas do radości z… Chętnie zgodzimy się jeszcze na radość mimo… lub radość wbrew…, na zaciskane do bólu zęby i uśmiech, który lepiej pasuje do image’u niż łzy. Bardzo trudno jednak o radość skierowaną ku przyszłości, wyrastającą z nadziei. Trudno o nią tak jak trudno o samą nadzieję, gdy wokół króluje przystrajany w rozmaite maski lęk. Tymczasem św. Paweł powiada w Liście do Filipian: „Radujcie się zawsze w Panu… Pan jest blisko!” (Flp 4, 4 – 5). Pan nadejdzie, gdy zawołasz Go w swojej modlitwie i przyniesie ci pokój, choćbyś miał najwięcej trosk. Pan jest blisko, jeżeli nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić, jeżeli nawet nie ogarniasz tego swoim rozumem, który tak bardzo sobie cenisz, jeżeli nawet wydaje ci się, że jest zupełnie inaczej…

Czy można zostawić piękniejszy testament niż zachęta, aby radować się z bliskości Boga, w Nim znajdować ukojenie i cieszyć się nadzieją na Jego przyjście?

 

Komentarze

  1. ahasver

    Pytanie do Magorzaty.

    Beskid Śląski nadal jest piękny, choć antropopresja komercyjnej turystyki i katastrofa lasów w niektórych rejonach oraz bandy buraków rozjeżdżające szlaki pierdzacymi quadami, przyprawiają mnie o wściekłość – hedonizm zwyciężył nad pięknem i zasłonił Ogrom przyrody. Teraz trza w Beskid Niski jeździć,aby zaznać odludności. A na Gróniczku śpi mój przyjaciel – ma drewniane skrzydła nad swym samobójczym grobem.

    Możesz, Małgorzato droga, przybliżyć mi odczucie radości, które rwie się w Twoim sercu? Czy to jest afirmacja Boga wraz z nieznanymi jego, wydawałoby się czasem – okrutnymi – wyrokami? Czy jest to radość sytości – no wiesz: Gróniczek, piękne słowa, słońce, leśna szata pachnących Beskidów – czy radość jedności? Czy pasuje do łączności z tym, co mistyczne – pojęcie radości? Należałoby odróżnić chyba radość od uciechy; hedonizm nie daje żadnej radości, tylko łaskotki – uciechy. Z drugiej strony – czy radość też nie jest nadto ludzka? Radość… Nie zasłania Boskości? 

    Nie wiem, czy powinno się "radować w Panu"…

    Pozdrawiam!

     
    Odpowiedz
  2. Malgorzata

    Odpowiedź Bartoszowi

    „Zaśpiewały gawrony, zaśpiewały gile, że nasze żywobycie pisane na chwile…” Znasz to? Uważam tę piosenkę za najlepsze znane mi streszczenie filozofii Heideggera, a jeden z moich przyjaciół, które zna dobrze moje upodobania, śpiewa mi ją zawsze, zanim poprosi: „Tylko dopilnuj, żeby mnie pochowali na na Gróniczku”. Różnych miewamy przyjaciół, Bartoszu, także samobójców. No i co z tego?

    Czy w moim sercu rwie się radość? Raczej staram się ją tam budować, dosyć mozolnie czasami. Tak, na pewno chodzi o radość wyrastającą z bezwarunkowej i bezkrytycznej afirmacji Boga. Radość z Jego dzieł: słońca, gór, kwiatów… Radość zgody na to, że dziełem Boga są także cmentarze z grobami samobójców. Radość, że mimo niedoskonałości jestem tak samo Bożym stworzeniem jak inne znacznie piękniejsze i lepsze rzeczy na tym świecie.

    Radość jest ludzka, owszem, ale jesteśmy ludźmi i tylko po ludzku możemy kontaktować się z boskością. Przez radość i przez ból. Przez słowa, które nie oddają istoty rzeczy, a nawet ją przysłaniają niekiedy. Przez ulotne chwile naszego życia, mające się nijak do wieczności.

     
    Odpowiedz
  3. ahasver

    Wieczność jest tylko gałązką ulotności…

         To raczej wieczność ma się nijak do ulotności, która wydaje się być tylko pozorem, podczas gdy – w pozorze swego przemijania – jest fundamentem silniejszym, niż myślimy; jest fundamentem jedynym. Życie jest wszystkim. Na podstawie zrozumienia wszechobejmowalności życia tu i teraz (bardzo trudna sztuka) uchwytujemy jego czasowość – i dopiero wówczas orientujemy się, że wieczność jest ukonstytuowana jako czasowa ekstrapolacja niezgłębionej tęsknoty za doznaniem życia jako całości… Natomiast to, co ludzkie – cała afektywność, łącznie ze smutkiem i radością – stanowi przesłonę, której obnażenie ukazuje przerażającą pustkę Ogromu. Dopiero odrzucenie przesłony, którą jest również wszelka ucieczka od konieczności chłodnego spojrzenia, obejmującego martwą i nic nie znaczącą materię – wszak istnieją tylko atomy i nic więcej (reszta jest atomowymi funkcjami) – stawia nas przed obliczem ostateczności. 

         Wolę Prawdę od przesłon radości lub smutku. Człowiek nie ma kontaktu z tym, co nazywasz, Małgorzato, Boskim. Należy wyjść poza swoje człowieczeństwo, aby doznać mistycznej ekstazy – ponad bycie człowiekiem z jego przykładalnymi do innych zjawisk kategoriami. W innym przypadku, analogicznie do obserwacji przyrody, tworzy człowiek bogów na jej – na swoje – podobieństwo… Królestwo Niebieskie "jest" nie z tego świata…

         Wiesz, Małgorzato, czasem jednak dochodzę do takich samych stanów jak i Ty; wydaje mi się – mam nadzieję, że nie tylko wydaje! – że dochodzi do paradoksalnego odwrócenia, swoistego przewrotu w momencie, w którym człowiek – z całym jego fenomenologicznym zapleczem – uchwytuje w końcu teraźniejszość, skierowuje wiązkę swojego strumienia świadomości na każdy możliwy jej aspekt i w swoistej ekstazie dopatruje się w teraźniejszości tego, co w kategoriach czasowych nazywamy wiecznością, a naprawdę jest dotknięciem braku różnicy pomiędzy mną i Kosmosem. Pomiędzy chwilą, od której wychodzimy, a wiecznością, której pragniemy. Dochodzi do tego wówczas, gdy strumień obejmuje również samo pragnienie; zanika wówczas jego realność, zanika realność radości i smutku. Pozostaje realność czysta, sama realność. Nietzsche nazwał to Ogromem, Husserl – własnie realnością (nie tą, którą należy zredukować, oczywiście), a Heidegger – Byciem. Nie owym że bytu, tylko jego jak – w byciu. Jeśli moje stanięcie w obliczu takiej ostateczności, ciągnącej się gdzieś w infinitum, nazwiesz, Małgorzato, Bogiem, to przyjmij, że to nie "jest" Bóg, w którego się wierzy; wiara, którą rozumiem jako chcenie, kończące się myśleniem życzeniowym (magicznym) nie mają tutaj nic do rzeczy.

         Czym jest to, wobec czego staję? Transcendencję odrzucam – to konstrukt Platona, który prawdopodobnie spalił wszystkie dzieła Demokryta. To Coś jest tutaj, jest teraz, spogląda na mnie, a ja na nie.

    ——————————————————————————————————————–

         Kocham ten świat, w całym bólu jego martwoty i bezsensu. Dlaczego kocham? Czy miłość pochodzi z "Tamtąd"? Czy to miłość roztacza życie pośród martwoty, obdarzając każdy atom tchnieniem, każdy bezsens – sensem?   

     

     
    Odpowiedz
  4. ahasver

    Miłość pochodzi ode mnie.

    Odpowiedziałem więc sobie sam: To Akt poprzedza Twórcę; miłość do świata pochodzi z samego miłowania. Nie ma żadnego Tam… Nie ma żadnej przyczyny… Miłość to forma przepływu życia, którą kształtują "ja" – niczym pryzmat, przez który przepływa nic nie znaczące światło, które miłością obdarzam – nie ze względu na nie samo, nie ze względu na uwielbienie świata – jakiegoś głupiego przedmiotu, którym mógłbym cieszyć się jak dziecko – ale dla samego uwielbienia. Miłość sama w sobie: jeśli miłujemy, ona wzrasta – i niczego więcej nie potrzeba. Tak… Czysta miłość…

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code