Radujcie się w Panu!

 Rozważanie na IV Niedzielę Adwentu, rok B1

Rekol__Adwent_2014.jpg

                      „Radujcie się w Panu zawsze; powtarzam, radujcie się! Pan jest blisko”

                       (Flp 4,4-5)

Okres Adwentu dobiega końca. Ostatnia niedziela czasu oczekiwania na przyjście na świat Zbawiciela winna służyć jako czas podsumowania, refleksji nad tym, jak przeżyliśmy ten czas, czy nie zmarnowaliśmy go, czy nie popadliśmy w przedświąteczny szał zakupów i czy wreszcie nie zapomnieliśmy, o co właściwie w tych Świętach chodzi. Z rozpoczęciem roku kościelnego wspominamy początek dzieła zbawienia, które swój punkt kulminacyjny miało w Wielki Piątek, na krzyżu. Tak też Święta Bożego Narodzenia łączą się z wydarzeniami tego czasu. W Adwencie warto zadać sobie pytanie o grzeszną naturę człowieka, skąd się ona bierze i dlaczego człowiek sam nijak nie jest w stanie jej zwalczyć. Ważne, by zadać i wciąż zadawać pytanie, po co mi zbawienie.

Zło, którego źródłem jest oczywiście człowiek wraz ze swą złą naturą, jest przeszkodą w relacji między stworzeniem a Stwórcą. Nie jest to przeszkoda nie do przejścia, ale konieczne jest uznanie siebie za istotę niedoskonałą, przyznanie się do grzechu, co często nie jest takie proste. Nie wystarczy „odklepać” formułki spowiednie na każdym nabożeństwie i odejść z czystym sumieniem. Należy kształcić się w pokorze przed Bogiem, który jest sędzią.

Skoro nic dobrego nie pochodzi od nas, należy szukać źródła, z którego możemy czerpać, umacniając się do dobrego. Niewątpliwie tym źródłem jest Chrystus, a człowiek, stając się Jego uczniem, pozwala Mu wypełnić się dobrocią. Jednak, jak się okazuje, pójść za Jezusem nie jest tak łatwo. Droga Jego krokami to wyrzeczenia, trudności, które spotykamy codziennie. Co oznacza być uczniem Jezusa? Nic innego jak kochać, bo miłość nie rodzi złych owoców, choć złe autorytety tak próbują nam wmówić.

Moim zdaniem prawdziwymi problemami współczesnego świata nie są sfałszowane wybory, In vitro, „gender” czy – o, zgrozo! – związki partnerskie. Dzisiaj najgorsza jest wszechobecna nienawiść jednych do drugich, brak zrozumienia, brak dialogu czy nawet rozmowy. Czy będąc tak nastawieni do świata, naprawdę uważamy, że jesteśmy gotowi na wspominanie przyjścia na świat Zbawiciela? Obawiam się, że z takim nastawieniem puste miejsce przy stole to tylko niezrozumiała tradycja, bo „trza być w butach na weselu”.

Bycie chrześcijaninem to coś więcej niż biały opłatek na wigilijnym stole, to coś więcej niż karp w galarecie i „Kevin sam w domu”, obejrzany po raz n-ty. Wiara to indywidualne przeżycie, to nasza relacja z Bogiem, którą my sami winniśmy kształtować nie przez wzgląd na innych, ale przez wzgląd na Ewangelię. Dlatego należy wystrzegać się ludzi i instytucji, które kreują nasz światopogląd i nasze sumienie, wtłaczając raz po raz w naszą głowę ideologie, które nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Na święta życzyłbym sobie przede wszystkim czasu na to, aby usiąść, zatrzymać się i przeżyć Boże Narodzenie tak, jak należy, nie myśląc o tym, że za te dwa dni trzeba wrócić do pracy/szkoły. Chciałbym i tego życzę też z serca wszystkim czytelnikom, abyśmy znaleźli Prawdę (tę kreśloną wielką literą), która napełni nas miłością i zrozumieniem, abyśmy częściej stawiali się po stronie naszego współziomka, którego Bóg postawił na naszej drodze. Nie chciałbym, żeby mój tekst został odebrany jako pesymistyczny, ale trudno nie pochylić się nad świętami, którymi zamiast duchowości rządzi konsumpcjonizm.

Dla tych wszystkich jednak, dla których Boże Narodzenie jest wielkim wydarzeniem, na które czekali z niecierpliwością, zapalając kolejne świeczki wieńca adwentowego, będą to święta radosne, bo nie jesteśmy sami, bo mamy kogoś, kto się wstawia za nami. To Nowonarodzony. Ci, którzy nie zdążyli zatrzymać się i pomyśleć – mają jeszcze kilka dni. Warto, moi drodzy, zobaczyć w tych świętach inny wymiar i skorzystać z wiatru odnowy, który przychodzi wraz z Dzieciątkiem.

Jeszcze raz chciałbym złożyć wszystkim najlepsze życzenia, aby Chrystus Pan odnowił nasze życie, wlał w nie szczęście, uśmiech, miłość, a na zawsze przepędził wszelką nienawiść.

Christos raždajet’ sja! Slavite jeho!

Wojciech Czyszczoń

Parafia Ewangelicko – Augsburska w Krakowie

W__Czyszczon.jpg

Rozważania Rekolekcyjne 

Rozważania Niedzielne

 

5 Comments

  1. januszek73

    co znaczy ta więź ?

    Najpierw uśmiech , ale wzięło mnie na pewne refleksje. Czytając Twój "post" na blogu nasuwały mi się pewne wątpliwości, jednak też rozumiem Twoje. Rozumiem, gdyż zauważam w swoim kościele wiele nadużyć odnośnie świąt Bożego narodzenia, ale nie mi oceniać skalę owego, z resztą jak ocenić ilościowo, że ktoś traktuje to tylko jako piękna tradycję a jak gdy ktoś podchodzi poważnie ? To nie jest takie proste i nie jest proste określenie pewnych (powiem trochę dziwnie), ale "zjawisk". Już wyjaśniam :-), ale są to pewne czynności liturgiczne i pozaliturgiczne, które gdy się odpowiednio przeżywa mają nieocenioną wartość – np. adoracja Najświętszego Sakramentu. Specjalnie to podkreśliłem bo tę wartość w swoim życiu zauważam, czyli zauważam wpływ tego nabożeństwa pozaliturgicznie na swoją duszę a czasem nawet ciało :-). No i o ciele będzie :-). Tak więc byłem dzisiaj poćwiczyć na siłowni i powiem szczerze "dałem czadu" :-). Wystarczy wspomnieć, że koszulka była tak mokra z tyłu, że prawie dało się wyciskać pot . No ale nie o tym, lecz o wolności – już wyjaśniam. W mojej miejscowości niektóre parafie są otwarte non – stop a w dwóch jest tzw. "wieczysta adoracja Najświętszego sakramentu" i dzisiaj chciałem po tej siłowni udać się na nią, ale postanowiłem wrócić z przyjacielem do domu samochodem. Nie zawsze tak było, pewnego razu poszedłem na to nabożeństwo bezpośrednio po siłowni i proszę mi uwierzyć odpocząłem u Jezusa i proszę sobie wyobrazić, że nikt nie patrzył na mnie "krzywo" gdy taki "styrany" modliłem się i odpoczywałem :-). Oczywiście ktoś mógł być "zgorszony" ale nikt mnie nie wyrzucił i pewnie nie wyrzuci z tej świątyni, nawet gdy wyglądam "jak wyciągnięty z wyżymaczki" :-). Dla mnie to jest wolność !!!, dla mnie to jest swoboda, nie wspomnę o swobodzie którą daje mi modlitwa przed wystawionym Najświętszym Sakramencie :-). Oczywiście takie coś nie musi dotyczyć większości parafii w Polsce, bo są różni "skrupulantcy księżą", którzy by się zgorszyli, ale uważam, że to zdecydowana mniejszość. Co chcę pokazać ? – no to, że kościół w Polsce – ten katolicki :-), naprawdę jest powszechny czyli dla wszystkich i nikt nie będzie przebierał w ich członkach.

      Teraz krytycznie – mam wrażenie, że nasi "bracia odłączeni" idą w przeciwnym kierunku, czyli tworzą kościół kościoły – "dla elit", "dla wybranych" tworzą tzw. denominacje w których robi się "fan – cluby", czyli "co mi się podoba lub nie to sobie wybiorę" i dotyczy to doktryny a nie tylko "tradycji". Ja w tym widzę poważny problem i nie wiem jak to się będzie toczyć ale widzę, że "fan – cluby" Jezusa będą coraz powszechniejsze.

      Tyle mojego komentarza, ale na koniec "pytanie – klin", jak tak bym kiedyś chciał wstąpić do świątyni Luterańskiej, taki: scharowany, styrany, spocony, wręcz wyrzęty jak z wyżymarki, to mnie z niej nie wyrzucą ,albo nie będą się pytali o moje zdrowie ? :-). Dlaczego pytam ?, ach, bo wydaje mi się, że pewne kościoły nastawiają się na "sterylność" i to nie tylko bakteriologiczną 🙂 (a propo-s – chorobliwe widzenie wszędzie bakterii ,to poważne zaburzenie psychologiczne – mianowicie "hipochondria". Wiem o czym mówię, bo spotykam się z hipochondrykami, są nie do zniesienia, chociaż pogadać z nimi idzie :-). 

    No i to było – by na tyle – pozdrawiam i życzę również przeżycia głęboko wewnętrznie narodzenia Pana Jezusa – który a – propos przyszedł na świat w dosyć niesterylnych warunkach.

     
    Odpowiedz
  2. wczyszczon

    Odpowiedź

     Witam, dziękuję za komentarz. 🙂
    Nie, Kościół luterański na pewno by Pana nie wyrzucił, i jak najbardziej kościoły ewangelickie są inkluzywne i bardzo otwarte na ludzi, na pewno nie są fun-clubami Jezusa 🙂
    Skąd tyle Kościołów? Ano stąd, że dla protestantów ważniejsze niż jedność administracyjna, jest jedność Ołtarza i Ambony – a taka jest jak najbardziej 🙂

    Odnośnie "wybierania sobie tego co mi się podoba" słów parę.
    Może ma Pan takie wrażenie z tego powodu, że Kościoł Ewangelicki nie narzuca bezpośrednio nakazów i zakazów, ale kształci sumienia swoich wiernych i dalsze rozwiązywanie pewnych naturalnie pojawiających się problemów natury moralnej zostawia właśnie sumieniom wiernych. Jeśli idzie o ogólne prawdy wiary kościołów szczególnie ewangelickich (bo ich przedstwicielem jestem) a i ogólnie prostestanckich to są one wszędzie takie same. Różni nas sposób wyznawania naszej wiary. Jedni będą chrzcić dzieci, drudzy będą chrzcić dorosłych. Dla nas luteran Komunia to PRAWDZIWE I RZECZYWISTE ciało i krew Chrystusa, a już dla ewangelików reformowanych będzie to symbol ciała i krwi. 
    Tak czy inaczej uwspólnić możemy Credo i wyznanie nicejsko-konstantynopolitańskie, więc sprawa jedności doktrynalnej zdawa się być jasna 🙂

    Tak czy inaczej, Kościół luterański jest otwaty na wszystkich, a i o innych Kościołach ewangelickich mogę zapewnić, że też czekają na pana po siłowni 😉
    Jeszcze raz wszystkiego dobrego na świeta

     

    Wojciech Czyszczoń
    Parafia Ewangelicko-Augsburska w Krakowie.

     
    Odpowiedz
  3. januszek73

    Zgadzam się.

      Zgadzam się – trzeba pomyśleć o tej "jedności w ciele i krwi", czyli o połączeniu wyznania wiary w rzeczywistą i substancjalną (nie chemiczną 🙂 ) obecność Jezusa pod postaciami chleba i wina. Jednak, nie takie tęgie głowy o tym myślą a nie mogą dojść do porozumienia. No cóż ?, to grubsza sprawa, różnych teologów. Jednak tu nie chodzi tylko o to, bo wiadomo skąd inąd, że mnóswo katolików zżyma się w pewnym momencie na hierarchię kościoła z powodu wysokich wymagań moralnych (wiadomo – antykoncepcja, powtórne związki, czy tzw. "związki partnerskie", itd). No i teraz załóżmy, że dochodzimy do "jedności komunijnej", to co wtedy ? No nie wierzę, że całe gro katolików nie przybiegnie (strzelam, ale powiedzmy , że jest takich 10 %, czyli ok 2 do 4 mln. w Polsce) bardzo szybko do kościoła, kościołów, które są "liberalne". No i co ? – to ich naprawi moralnie ? Nie będą mieli wtedy przciwności w swoim sumieniu ? (chodzi mi o stan grzeszności i co z tym robić ? ). Piszę to, po to, że jest pewna kwestia, ale u nas do pięknego przyjmowania Chrystusa jest potrzebne "piękne serce" a właściwie brak przywiazania do stanu grzeszności. Uważam, iż nie wystarczy zrobić "nagrody z Chrystusa eucharystycznego" a problem, problemy rozwiażą się same.

      Oczywiście inne kwestie są do pogodzenia, np. "wstawiennictwo świętych", to nie jest dogmat wiary, chociaż nawet w credo to wyznajemy. Wiadomo, że są różni natchnieni, którzy tworzą swoiste "łańcuszki za wstawiennictwem świętych", chcą tylko fajerwerków zamiast naśladować ich cnoty. Cnoty w sensie – "miał wielkie nabożeństwo do serca Jezusowego (serce jako centrum a nie tylko mięsień – pompa), do Najświętszeg sakramentu lub "był niewolnikiem konfesjonału. No ale to jest kwestia nauczania religii (teologii) a z tym bywa różnie.

      Jeszcze o jednym, ale już wiele razy słyszałem, że tzw. "otwieranie się" lub inaczej "publiczne spowiedzi" są bardzo niebezpieczne dla ludzkiej psychiki. Wiadomo przecież, że człowiek ma bardzo subtelne wnętrzne i to co w nim siedzi powinno być uzewnętrzniane, ale nikt nie musi o tym wiedzieć (bo to kwestia intymności). Jeżeli takiej intymności brakuje w czasie spowiedzi to jest to "wchodzenie z butami w to wnętrze". Z resztą problem jest naprawdę poważny i zauważony – np. u różnych wspólnot charyzmatycznych. Jak mężczyzna ma "wciąż się otwierać" przed innymi ludźmi (najczęściej grupą), to dostaje swoistego szału  a właściwie tego nie wytrzymuje i odchodzi. Dlatego też mamy "intymność konfesjonału", inna sprawa do podejście wiernych do tej "intymności". Z resztą, (to mnie akurat interesuje), ale jak pogodzić intymność z otwartością ? Hmm. właśnie mi się przypomniało, ale można ,tylko trzeba bardzo "dyskretnie mieć wież z Chrystusem". Zauważam czasem tzw. "religijność na pokaz", co też jest problemem o którym z resztą wspominał Jezus w ewangelii.

    Pozdrawiam serdecznie.

     
    Odpowiedz
  4. wczyszczon

     Po pierwsze, Credo należy

     Po pierwsze, Credo należy rozumieć w kontekscie biblijnym (bo jakim innym) i to świętech obcowanie, czy precyzyjniej "społeczność świętych" odnosi się do świętych – ludzi wierzących w Chrystusa. 

    Wracając do jedności, nie mówimy to o tym, że nagle bum i KRK połączy się w jedno z KEA, ale o tym, że będziemy dalej odrębnymi wspólnotami, ale uznającymi swoje sakramenty wzajemnie i swoich duchownych. Na razie w relacji KRK – KEA tak jest ze strony luterańskiej. W obrębie naszego Kościoła także są dwie frakcje, konserwatywna i liberalna, ale obie współistnieją i jednoczą się na każdym nabożeństwie. Więc tu chodzi nie o jednolitość poglądów, ale na jedność w wierze. Tak się nie stani jak jedni będą równi, ale inni równiejsi, tak?

    Napisał Pan:
    Piszę to, po to, że jest pewna kwestia, ale u nas do pięknego przyjmowania Chrystusa jest potrzebne "piękne serce" a właściwie brak przywiazania do stanu grzeszności."

    Oczywiście z perspektywy luterańskiej człowiek ma grzeszna naturę, nierozerwalną z jego człowieczeństwem, więc nie da się mieć, jak był Pan uprzejmy to nazwać, "pięknego serca", bo serce człowieka skalane jest grzechem. (Ps 51,7)

    Na koniec należy pamiętać, że Kościół Ewangelicki zna spowiedź uszną, jest ona dostępna dla każdego wiernego w każdym momencie. Jednak drugą rzeczą wartą wspomnienia w tym momencie jest to, że luteranie trochę inaczej pojmują spowiedź, bo dla nas jest ona szczerą modlitwą, w której uznajemy się przed Bogiem nędzni i grzeszni i szukamy (i znajdujemy) jego miłosierdzia, aby przez wzglad na naszą wiarę usprawiedliwił nas jak pisze św. Paweł wielokrotnie.
     

    Takie grupy charyzmatyczne, jakie Pan raczył opisać, są obce luteranizmowi, bo dla nas najważniejsza jest relacja z Bogiem, która jest jeszcze bardziej intymna i odosobniona niż spowiedź katolicka (konfesjonał), bo odbywa się w cichej modlitwie serca, w której stoję ja i Bóg, bez żadnych pośredników, proszę wyobrazić sobie o ile bardziej jest to odpowiedzialne i klarowne – My ludzie słabi, stworzenia naszego Stwórcy zwracamy się do Niego z modlitwą o przydanie nam wiary w to, że on ze swej wielkiej miłości usprawiedliwia nas z naszej grzesznej natury. 

    Ewangelicyzm jest o wiele bardziej skomplikowany niż się to mogłby wydawać. Budowanie własnej relacji z Bogiem oraz, co więcej, właściwe kształtowanie naszego sumienia, spoczywa tylko na nas. To wymaga większego zaangażowania i większej odpowiedzialności.

     

    Pozdrawiam,
    Wojciech Czyszczoń
    Parafia Ewangelicko – Augsburska w Krakowie.
     

     
    Odpowiedz
  5. januszek73

    :-).

      We wstępie uśmieszek, z powodu prozaicznego, ale dziwnym trafem rozumiem brata Luteranina i jakoś mi się z nim dobrze dyskutuje :-), w przeciwieństwie do różnych charyzmatyków i "zielonych". Ja to jestem trochę jak nasz papież Franciszek 🙂 – kocha kościól ale jak widzi nieprawidłowości, to "z grubej rury" :-). Naprawdę widze ich sporo, i non stop stawiam znaki zapytania ? ? ?, bo naprawdę nie widzę rozwiązania pewnych problemów, np. tzw. dewocji, która często się wiąże z dużym utrapieniem a mianowicie skrupulantyzmem. To są powszechne problemy kościoła, iż niektórzy "połykają wielbłąda a przecedzają komara". Może nie powinienem ale coś opiszę z wczorajszej mszy św.

     No pewnie, że duża częśc wiernych, zamiast się modlić, tylko "mruczy coś pod nosem", ale ogólnie ludzie się modlą, czyli wypowiadają głośne modlitwy i co ciekawe, jest w tym pewna harmonia (chodzi mi o ton głosu, szybkość mówienia, czy głośność). Taka harmonia służy po prostu porządkowi w czasie nabożeństw. Niestety zdarzają się nadgorliwi, czyli mówią głośniej od innych, zaczynają lub kończą szybciej, ogólnie jak gdyby chcą "mocniej i lepiej". Wczoraj tak było, pewna pani za mną mówiła i śpiewała głośniej, właściwie było ją słychać nad innych, co mogło być irytujące. Być może za bardzo na to zwracałem uwagę, ale chyba z czegoś to wynikało (to jej głośniejsze mówienie) ? No ale o ile mówienie jakoś można było przeżyć, to już zupełnie nie rozumiałem, iż ta pani co chwila popełniała błędy językowe w treściach modlitw lub pieśni. Rozumiem, że można się jakoś pomylić ale co chwila coś przekręcać ? Wniosek jest prosty – pani chciała piekniej a wychodziło o wiele gorzej, chcieć to jeszcze nie wszystko.    Ja jak coś wypowiadam to przynajmniej jakoś staram się to rozumieć, co też wynika przecież z poprawności, bo naprawdę, parę głosek lub sylab i wychodzi – "kaszka". Dawniej też to robiłem, dopiero z czasem, refleksyjnie zacząłem się poprawiać. Ktoś może zarzucić, iż jest to wynik "psychologii tłumu". Pewnie też ?, ale uważam, iż jest to skutek zamknięcia rozumu na wiarę. Kiedyś św. R. Kalinowski tak się wyraził – "duchość emocjonalna nie jest prawidłową duchowością". Oczywiście i tutaj można rozmyślać, co znaczy owe "emocjonalna" ?, ale ogólnie emocje to "automat". Zauważam takie automaty lub automatyzmy u różnych grup i wspólnot a co z tym robić, to naprawdę nie wiem ? Wiem jedno, że ta duchowość emocjonalna bardzo szybko się wypala i po przeżyciach lub nawet doznaniach mistycznych – ale naturalnych, bardzo szybko przychodzi: pustka, wypalenie i byle jakość. Nakręcanie emocji w wierze jest drogą na skróty i drogą często prowadzącą na manowce. Były, nawet w KRK takie grupy, gdzie wędrowali sobie od parafii do parafii a w końcu skończyli na tzw. "wolnym kościele", lub nawet innych destrukcyjnych grupach. Dlatego też, uważam, że bardzo ważne jest poznawać swoją wiarę, również poprzez czytanie pewnych treści (Biblii i wartościowych książek), ale tutaj też pojawiają się problemy. Wystarczy, iż ktoś zacznie na swoją rękę interpretować i powstaje duży problem – słynne "jeżeli jest ci powodem do grzechu to ją odetnij" i wiele innych – np. w grupach charyzmatycznych "większe ode mnie rzeczy i cuda zaczną czynić……………." (z pamięci fragment o uzdrawianiu, wskrzeszaniu i uwalnianiu). Wiem co mówię, bo sam wpadałem w takie pewne "pułapki" a więc wydawało mi się, że mogę czynić pewne znaki (chociaż powiem szczerze, że robiłem tzw. "walki wewnętrzne z charyzmatykami"). Spróbuję wyjaśnić, no jak przeginali z czymś to ja wyłącznie wewnętrznie (myślą), "idź precz szatanie", lub "święty Michale archaniele……….". Uważam, że czasem tak można :-), ale inna sprawa to skutek owego, bo nie zawsze można to ocenić obiektywnie. Wiem jedno, takie wewnętrzne modlitwy wyrządzą mniej szkody niż (powiem mocno), ale znęcanie się nad kimś, nad kim nie mamy pewności o jego zagubieniu (dręczenie, opętanie lub inne ingerencje złego ducha), a niestety takie coś się zdarza. Nie wspomnę już o tych tzw. "uzdrowieniach", bo tutaj skutki mogą być o wiele bardziej opłakane. Jak można komuś mówić – "Pan cię dotyka, uzdrawia", jeżel nie mam pewności co Bóg chce z tą osobą uczynić ? To niebezpieczna praktyka, bo ktoś może sobie to wmówić i np. zaprzestać leczenia konwencjonalnego a w konsekwencji mogą z tego wyniknąć różne powikłania. Jak ktoś nie zna się na prawidłowej duchowości, to niech od tego z daleka, bo wyrządzi więcej szkód niż pożytku. Niestety, proceder ów, jest dosyć rozpowszechniony i na razie nie widać osłabienia owego a ks. Bashobora, co chwila jest w Polsce i szuka kogoś kogo mógłby "dotknąć". No pewnie, że zdarzały się i wciąż zdarzają cudowne uzdrowienia ale naprawdę są one rzadkie i subtelne, natomiast nie rozumiem jak można naśladować w tym Chrystusa, który miał potężną władzę nad ludzką naturą ? On tak miał, ale my tak nie mamy i tylko bardzo mocne przylgnięcie do Niego może czasem uruchomić jakąś "moc". Tyle o tych charyzmatykach, ale czasem zauważam u nich pewne poprawne postawy, mianowicie miłość do Chrystusa, tylko, że od tej miłości strasznie szybko uciekają do swojego "ego", czyli gadaniny zewnętrznej i wewnętrznej, co bardzo przeszkadza w całkowitym oddaniu się Jemu.

      Jeszcze na koniec, ale bardzo polubiłem pewną sentencję św. Ignacego – "nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne smakowanie nasyca duszę", a więc, jak zasmakuję w pewnych wyrażeniach lub zwrotach (np. biblijnych i będę w tym trwał), to nie ma siły – Jezus przyjdzie :-). Przykład "czy mnie miłujesz Piotrze" ? "Panie ty wszystko wiesz, ty wiesz, że cię kocham". Wystarczy zasmakować w czymś takim a nie ma siły, Jezus przyjdzie :-), oczywiście nie musi przyjść już "na amen", ale na pewno poruszy wewnętrznie człowieka.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code