Przypatrzcie się powołaniu waszemu

Minął już prawie miesiąc 2017 roku. Noworoczne postanowienia odeszły w zapomnienie, okazały się zbyt trudne albo w najlepszym razie straciliśmy do nich entuzjazm. A co przed nami? Niewiadoma – na szczęście, bo lepiej nie zdawać sobie sprawy z przyszłych trudności, by móc wciąż z nową nadzieją zanurzać się w wielką przygodę życia. Zanurzmy się więc i płyńmy! Obyśmy tylko nie mieli poczucia, że nie wiadomo dokąd unoszą nas fale bezsensownych zdarzeń, że dryfujemy od kaprysu do kaprysu…

Pismo św. zachęca nas dzisiaj słowami św. Pawła do poszukiwania sensu naszej drogi: „Przyjrzyjcie się, bracia, powołaniu waszemu” (1 Kor 1, 26). Powołanie… Tak, ktoś woła ciebie i mnie. Idziemy swoimi niekiedy bardzo poplątanymi drogami, ale gdzieś z daleka albo z całkiem bliska dobiega głos. Może to zmarznięty bezdomny, może inny zagubiony i niepewny wędrowiec, może chcący porozmawiać domownik, może domagające się uwagi dziecko, a może sam Bóg ukazujący się nam w każdej z tych osób…

Powołanie – to nie jest abstrakcyjna konstrukcja. To głos konkretnych osób albo jednej najważniejszej Osoby – Boga. Jeżeli zechcemy usłyszeć ten głos, zyskamy pewność, że nie błąkamy się samotnie w bezmiarze wszechświata, że żyjemy dla Kogoś i Ktoś nas potrzebuje. Jeżeli pójdziemy za Nim, nie będziemy już dłużej dryfować, nie będziemy jak liście miotane na wietrze albo jak pędzące po niebie obłoki. Życie zyska cel i sens.

Oczywiście, bywają różne głosy i różne powołania. I niekiedy spośród ich wielości bardzo trudno wybrać to, co tu i teraz najważniejsze, najwartościowsze. Ale także w tym wypadku otrzymujemy mocne wsparcie i drogowskaz w postaci ośmiu błogosławieństw.

Św. Augustyn pisał: „Nie znajdzie się nikt, kto by nie chciał być błogosławionym”. Błogosławieni, makariori, wiecznie szczęśliwi… Czy naprawdę chcielibyśmy być błogosławieni w sensie chrześcijańskim, szczęśliwi wraz z Bogiem, dzięki Niemu, czerpiący radość z Jego bliskości? A może chodzi nam w gruncie rzeczy o takie pogańskie rozumienie szczęścia, jakie starożytni Grecy przypisywali swoim bogom: nieśmiertelnym, wiecznie młodym, mogącym bez ograniczeń korzystać ze wszelkich uciech?

Czy chcemy być ubodzy duchem? Oj, nie brzmi to najlepiej… Nie po to zdobywamy wykształcenie, zabiegamy o dobrą pracę, staramy się, gromadzimy, usiłujemy okazać się sprytniejsi od innych, a nawet zmanipulować samego Boga, który koniecznie powinien stanąć po naszej stronie. Czy łatwo nam godzić się z porażkami i uznać, że nie wszystko od nas zależy?

Czy jesteśmy gotowi przeżyć choćby chwilę smutku, dopuścić go do siebie, poddać refleksji? Wolimy raczej zagadać problem, uciec w rozrywkę, szukać rozmaitych środków łagodzących. Czy chcemy dorastać do głębszej radości poprzez ból trudnych doświadczeń? Czy nie tli się w nas ciągle bunt z powodu naszych cierpień i zranień?

Czy w czasach, gdy wszyscy przekrzykują się, warto być cichym? Obietnica, że cisi posiądą ziemię na własność, jest wprawdzie zachęcająca, ale wydaje się jakaś taka mało realistyczna… Czy potrafimy jeszcze żyć bez zgiełku telewizyjnych dzienników albo bez oceniania ludzi i zdarzeń poprzez wpisy na Facebooku?

Czy pragniemy sprawiedliwości? Oczywiście. Problem polega tylko na tym, o jaką nam sprawiedliwość chodzi. Czy o tę naszą, zawsze nienasyconą, która ma nam dać władzę nad innymi, czy może o taką, która będzie szukała zgody i postara się wyważyć dobro każdej ze stron?

A co z miłosierdziem? Na pewno chcemy go dla samych siebie. Czy zauważamy jednak podany przez Jezusa warunek, że aby miłosierdzia dostąpić, trzeba najpierw samemu być miłosiernym? Czy nie mamy w zanadrzu tysiąca wyjaśnień, dlaczego miłosierni możemy być dopiero jutro albo za rok i w całkiem innej życiowej sytuacji?

Czy dbamy o czystość naszych serc, naszych myśli i uczuć? Czy dobieramy sobie odpowiednie lektury, filmy, tematy rozmów? Czy staramy się być szczerzy wobec samych siebie? Czy nie cieszymy się bezkrytycznie pochwałami albo nie popadamy łatwo w rozpacz pod wpływem krytyki?

Czy jesteśmy gotowi cierpieć prześladowania dla sprawiedliwości? To zresztą wcale nie muszą być wielkie prześladowania. Nie musimy od razu występować na pierwszych stronach gazet czy w telewizji. Na początek wystarczyłoby zwrócić uwagę młodemu człowiekowi, który wyśmiewa się z niepełnosprawnego albo powiedzieć szefowi, że nie ma racji, wytykając wciąż błędy jednemu z kolegów…

Czy jesteśmy gotowi na cierpienia i prześladowania z powodu naszej wiary? Na prawdziwe cierpienia i prześladowania, a nie na złośliwości, które prowokujemy swoim fanatyzmem? Czy sami potrafimy poddać się cierpieniom, jakich wymaga walka z własnymi egoizmem, aby dawać swoim życiem jak najlepsze chrześcijańskie świadectwo?

Czy chcemy usłyszeć głos ośmiu błogosławieństw – nasze chrześcijańskie powołanie?

 

Komentarze

  1. Zbigniew

    Pani Małgosiu ponieważ bywają różne głosy i różne powołania. Dlatego chyba dobrze jest nie tylko w tym portalu afirmować wiarygodne świadectwa i powołanie chrześcijańskie tj. to, które najlepiej urzeczywistnia się w naśladowaniu Chrystusa i dotyczy każdego z nas, bo jest sposobem życia wszystkich chrześcijan i zadaniem wspólnym.
    Cóż znaczą inne głosy, które usiłują kwestionować, a nawet ignorować wsłuchiwanie się w głos Chrystusa i Jego Kościoła, oraz trwanie w nim, a tym bardziej podważać sens przeżywania życia w przyjaźni z Chrystusem?
    Zbigniew

     
    Odpowiedz
  2. Anzyk

    Czy będziemy tak patrzeć, gdy ktoś oczekuje od nas tego miłosierdzia? Tego jednego drobnego uczynku? Uśmiechu? Zrozumienia czyjejś sytuacji życiowej? Wsparcia? Może godziwej, terminowej płacy? Uczciwości? Jest wiele takich drobnych spraw, nad którymi możemy się pochylić….

     
    Odpowiedz
    1. Zbigniew

      @Anzyk – to chyba oczywiste, że człowieka „patrzenie”, także rozumienie, wierzenie i działanie, a więc codzienne życie – doczesne bytowanie, w tym współistnienie z Panem Bogiem i innymi osobami jest uwarunkowane, wręcz zdeterminowane.
      Jednak przede wszystkim nie sytuacyjnie, lecz Boga łaską, oraz wiarą i wolą, aby świadomie i dobrowolnie naśladować Jezusa Chrystusa i Jego Matkę, także w Jego Kościele osoby święte i błogosławione tj. najbardziej wiernych i najgorliwszych wyznawców.
      Szczęść Boże!

       
      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code