Osobiste spotkanie

 
Rozważanie na Sobotę V tygodnia Wielkiego Postu, rok A2

Rekol__Wielk__2014.jpg

Człowiek wierzący Bogu chodzi w rzeczywistości cielesnej i duchowej. Jest to pewnego rodzaju dualizm, którego świat poznać nie może i nie rozumie tego. Mówiąc o rzeczywistości duchowej, możemy narazić się na podejrzenie o chorobę psychiczną. A mówiąc o Bogu jak o przyjacielu – o dewiację religijną. Dlatego też między innymi potrzebujemy głębokich relacji z ludźmi odrodzonymi, aby doświadczać życia, gdyż oni żyją, mając Chrystusa w sercu (1 J. 5,12).

Życie w świecie i światem dla osoby odrodzonej duchowo jest życiem śmiercią i z ludźmi umarłymi. Masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły (Ap 3.1.c). Świat jest polem ewangelizacyjnym, nie naszym miejscem do życia. Osoba odrodzona powinna być jak ryba, zachowując swoją słodkość w słonym oceanie. Gdy jednak żyjemy na modłę świata, umieramy dla Boga, a żyjąc dla Boga, musimy umierać dla świata. Tak też Pan powiedział nadchodzącemu złu i śmierci, „nie ma on nic we Mnie (do Mnie)” (J 14.30). Jezus nie należał do tego świata, ale przyszedł do tego świata, aby tych, którzy są więźniami tego świata i władcy tego świata wyswobodzić, a wyswabadzając przenieść do Królestwa Bożego, w którym mamy odkupienie i odpuszczenie. Stając się zatem dziećmi światłości, poprzez nowonarodzenie do Królestwa, nie należymy do tego świata, ale do Boga. Ciągotki jednak nasze nęcą nas, aby do tego świata wrócić, do atrakcji, jakie się wydają w nim istnieć.

Tematem tegorocznych rekolekcji jest wypowiedź Pawła, pełna lęku i zgrozy, ale też po trosze nadziei – „Kim jesteś, Panie”. Paweł otrzymuje odpowiedź: „Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz”. Zagadkowe? Pan tak bardzo utożsamiał się z tymi, którzy zrodzili się z Jego Ducha, że mówi: „Mnie prześladujesz”, gdy Paweł prześladował ówczesnych chrześcijan. To spotkanie odmieniło Szawła na Pawła i tenże stał się jednym z największych apostołów wszechczasów.

Spotkanie z Jezusem jest konieczne w życiu każdego z nas, a jeśli tego spotkania nie było, to i wiary naszej nie ma. Ostatnio podobało mi się, co powiedział papież katolicki: „Wiara dla mnie narodziła się ze spotkania z Jezusem; spotkania osobistego, które dotknęło mego serca i nadało nowy kierunek i sens mojemu życiu". Cyt. http://www.rp.pl/artykul/1046877.html?print=tak&p=0

Takie spotkanie i mnie się przydarzyło, i wierzę, że wielu moim rodakom, a jeśli nie, to Chrystus czeka i woła (Ap 3,20). Opiszę moment, gdy pukał do mnie Jezus, a ja nie potrafiłem jeszcze Go rozpoznać i zadawałem pytanie podobnie jak Szaweł: „Kim jesteś?

Był rok 1992 – jesień.

Mieszkałem w Rybniku w hotelu robotniczym, a zostałem sam jak palec. Co prawda miałem rodzeństwo, ale daleko i w sensie drogi, i w sensie miłości, która z mojej winy została zerwana. 31-letni rozwodnik, ojciec wówczas 6-letniego chłopca, do którego miałem również daleko. Stałem nad przepaścią, samotny, nieszczęśliwy, związany różnymi nałogami, w tym alkoholizmem. Byłem jak ten syn marnotrawny, który jadał ze świniami zbrukany światem i grzechem, pozbawiony wszelkich złudzeń i nadziei. Gdzieś tam tliła się jakaś nadzieja, że ja tu nie pasuję, to nie jest moje miejsce, tęsknię za pięknem, dobrem, miłością, ale jej nie ma.

Doświadczyłem pewnego przesilenia umysłowego i nagle świat duchowy nałożył się na cielesny. Wierzę, że to Duch Święty przyszedł i zaczął pracować nade mną. Narastało we mnie poczucie bezradności, poczucie strachu przed piekłem, jakkolwiek bym tego nie rozumiał, przed śmiercią, która może przyjść w każdej chwili oraz przed sądem, który jest nieuchronny. Zacząłem bezwiednie analizować swoje życie i nie widziałem powodu, dla którego miałbym iść po śmierci do jakieś lepszej rzeczywistości. Pojawiały się myśli samobójcze, ale lęk przed piekłem był jeszcze większy.

Gdy tak zanurzyłem się w smutek i totalną rozpacz, gdy zacząłem wręcz słyszeć głos oskarżycieli o wszystko, o moje życie, o czyny, których dokonałem i nie dokonałem, stawałem się bezradny, ale też miałem świadomość, że oskarżenia w mojej głowie dotyczą spraw, których nie dokonałem. Zadawałem więc pytanie, skąd pochodzą te oskarżenia, bo przecież nie mogą ze mnie. Toczyła się pewna bitwa, ja walczyłem albo też moja dusza (Rz 2.14-15).

Gdy czułem się już zrezygnowany i poddałem się w mojej głowie, nastąpiła refleksja: kto za to wszystko zło, które wyrządziłem w moim życiu, zapłaci? Kto to wszystko naprawi? To pytanie było jak młot w moją głowę. Po krótkiej analizie mojej sytuacji odpowiedź była oczywista: ja nie jestem w stanie, mogę jedynie oddać to, co mi pozostało – życie. A tu nagle z mojego wnętrza , gdzieś tam głęboko, zaczął wyłaniać się głos, który był inny od tych oskarżycielskich – On wołał jakby z daleka, jakby pośpiesznie, aby zatrzymać wyrok: ja za to wszystko zapłacę. Ten swoisty teatr dziejący się we mnie przerażał mnie i dopiero ten głos uspokoił mnie. Nie wiedziałem, kto to był. Myślałem, że to może jakiś samoobronny mechanizm, a może pragnienie, marzenie, może prawda, która ma się wydarzyć.

Przypomniało mi się również, że kiedyś tam mama mówiła mi o krewnym z Kanady. Może to on mnie uratuje? Może będę czekał i wierzył, może on mnie w jakiś sposób kupi, zrekompensuje pokrzywdzonym straty. Ale pomyślałem, że niektórych strat nie da się zrekompensować, zwłaszcza wobec tych, którzy już nie żyją. Przykrość sprawiałem przecież rodzicom, którzy już odeszli i pewnie jeszcze wielu innym, których już nie ma. Jednak to przekonanie spowodowało, że uspokoiłem się, myśli natrętne o sądzie i piekle odeszły, a ja czekałem, co się stanie.

W oczekiwaniu na spełnienie obietnicy przypomniałem sobie, jak stało się coś szczególnego nie tak dawno temu. Otóż będąc jeszcze na Pomorzu, oparzyłem się wodą z gotujących się ziemniaków. Nie wiedziałem, że to takie szkodliwe. Woda poparzyła mnie w zgięciu na ręce. Pół roku trwało, zanim wyzdrowiałem. Nie chciało się w ogóle goić, chodziłem do lekarzy, oni mi robili okłady ze srebra (takiego roztworu), a tu nic, ropiało i ślimaczyło się wszystko. Wówczas postanowiłem zwrócić się do Boga. Kiedyś wierzyłem w Niego, gdy miałem kilka lat. Piąta, szósta klasa szkoły podstawowej to był cudowny czas przeżywania Boga, a potem świat mnie pochłonął. No ale spróbowałem, modliłem się i wołałem: „Boże, uzdrów mnie, a będę ci służył”. Po tygodniu modlitw ręka się wygoiła. Cud? A więc ta historia motywowała mnie, aby oczekiwać.

Maj 1993 – Zielone Święta. Ewangelista woła do mojego serca, a ja wiem, że to Ten, który powiedział do mnie: „Ja za to wszystko zapłacę”. Przyszedł moment, gdy zapłata została dokonana. Krzyż Golgoty – oto cena za mnie. To Jezus Chrystus, Pan i Król, On sam już wówczas do mnie przemawiał i dał obietnicę, która się doskonale wypełniła. Wykupił mnie z rąk diabła, z tego świata i usynowił. Poczułem w czasie modlitwy pokutnej, jak cały wór tych grzechów, których nie potrafiłem się pozbyć ani przez dobre uczynki, ani przez spowiedzi, został ze mnie w jednej chwili zdjęty i odrzucony precz na dno morza najgłębszego, i został wstawiony znak: „Nie wolno łowić”. Istoty, które mnie oskarżały, odeszły wymiecione miłością, która zagościła w moim sercu. Już nie było „jesteś winny”, ale „jesteś moją własnością, jesteś mój, synu”.

Myślę, że Paweł przeżywał podobne rzeczy, że gdy wreszcie dojechał czy doszedł do Damaszku, bardzo chciał wiedzieć, kogo prześladował, bardzo chciał wiedzieć, kto zamknął mu oczy. Na ulicy Prostej Ananiasz, sługa Boży położył na niego ręce w imię Pana i stało się, że ten Chrystus, który wisiał na Golgocie, przyszedł do jego serca, ten Duch, który zamknął mu oczy, teraz otworzył, aby widział w Boży sposób. Paweł przyjął chrzest i zaczęło się życie, i służba tego apostoła, jak żadna inna.

Tak, potrzebujemy spotkania z Jezusem, potrzebujemy Go słyszeć, może nawet widzieć. Potrzebujemy Jego miłości, która najmocniej objawiła się na krzyżu Golgoty, tam, gdzie za ciebie i za mnie wisiał i umierał.

KJUSZCZAK-blog.jpg

Rozważania Rekolekcyjne

 

Komentarze

  1. doris

     czytałam to świadectwo i

     czytałam to świadectwo i przebiegały mi w głowie różne wydarzenia z mojego zycia, w których doświadczyłam swojej słabości, grzeszności, zła…

    Tylko Jego krzyż daje nadzieję, że jesteśmy coś warci. Okazuje się, że cena za nas była wielka…

     

     
    Odpowiedz
  2. wyznawca

    wybaczenie sobie

    No cóż ?, sprawa jest dziwna, ponieważ istnieje również wybaczenie sobie. W ogóle wybaczenie polega również na zapomnieniu, ale to prawdziwe wybaczenie. Jeżeli prawdziwie wybaczyłem sobie i bliźniemu, to nie pamiętam zła (chociaż w świadomości mogą pojawiać się jego przebłyski, czyli krótkie migawki). Tak też rozumiała przebaczenie bł. m. T. z Kalkuty, która mówiła:
    ” Kochający Ojciec jest kochającym Ojcem dla nas wszystkich: i zawsze gotowym przebaczyć, zapomnieć… Jest zawsze blisko. Nie musimy iść daleko, by go szukać – jest tuż, w naszym sercu: kochający nas, wzywający nas, chroniący nas w łagodności i miłości. Potrzebujemy dużo miłości, by wybaczyć i potrzebujemy dużo pokory, by zapomnieć, bo nie jest to pełne przebaczenie jeżeli też nie zapomnimy. Tak długo, jak nie potrafimy zapomnieć, tak naprawdę nie przebaczyliśmy w pełni i w ten sposób ranimy siebie nawzajem.
    Wracamy do przeszłości, powtarzamy te same błędy… To znaczy, że nigdy nie zapomnieliśmy. Potrzebujemy pokory, by zapomnieć i właśnie dlatego jest tak ważne uczenie się pokory, i to jest jedna z tych pięknych rzeczy, o które prosił nas Jezus: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem”. Zaczął od łagodności; łagodność względem bliźnich, łagodność wobec braci i sióstr, a następnie pokora przed Bogiem. Weźcie więc tę łagodność i pokorę, łagodność czy miłość, czy współczucie, czy jak inaczej to nazwiecie one dopełniają to przebaczenie, ponieważ zanim komuś wybaczymy musimy sobie uświadomić
    że MY też potrzebujemy przebaczenia i to tu wchodzi w grę pokora serca. Wówczas przebaczenie jest największym uosobieniem pokoju.”

    Uważam, że jest to prawda, bo sam tego doświadczam – nie pamiętam zła, które doświadczyłem i zła które sam sobie wyrządziłem a które zostało mi odpuszczone (wybaczone), dlatego też nigdy nie mówię o złu z przeszłości. Po co mam sobie zawracać głowę tym ?
    Zupełnie inaczej ma np. moja mama, u której w głowie siedzą szczegóły ran, które otrzymała od innych osób. Te rany od czasu do czasu się jej przypominają i to w szczegółach. No pewnie, że pewne są uzasadnione, ale większość z nich nie i dlatego moja mama cierpi. No cóż ?, myślę, że Bóg ją uzdrowi z tego a kiedy to się stanie ?, to Jego wola.
    Także zupełną prawdę miała bł. Teresa, mówiąc, że „jeżeli nie zapomniałeś to nie przebaczyłeś”. Zachodzi, tylko pytanie – „jak zapomnieć” ? Przebaczyć i zapomnieć można jedynie w Bogu i z Bogiem a przede wszystkim doświadczając „Bożego Miłosierdzia”.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code