Od Chocimia po Targowicę – rozważanie w kontekście powstania styczniowego

 

Tak uroczyście świętujemy dziś okrągłą rocznicę wybuchu powstania styczniowego. A może powinniśmy się raczej skupić wokół jego upadku? Czy to nie on w tak bolesny sposób daje do myślenia nad przyczyną naszych wszystkich narodowych klęsk?… Dlaczego w tak krótkim czasie po wielkiej wiktorii wiedeńskiej w 1683 roku (w dziesięć lat po równie spektakularnej wygranej pod Chocimiem) doszło do rozkładu Rzeczypospolitej? Wszak już w trzy lata później zawarty został bardzo niekorzystny pokój z Rosją, na mocy którego Polska zrzekła się Kijowa i Smoleńska. Rosja prowadziła wojnę ze Szwecją, umiejętnie wikłając w to Polskę – poprzez obietnice złożone Augustowi II Mocnemu (Sasowi wybranemu na króla w 1697 roku). Pomimo, że w siedem lat później prawomocnie wybrany został na tron, popierany przez Szwedów, Stanisław Leszczyński, szlachta bardzo łatwo dała się podzielić na dwa wrogie obozy, wchodzące ze sobą w ostry konflikt – nie tylko polityczny, ale i zbrojny.
 
Pierwszy traktat trzech „czarnych orłów” wymierzony przeciwko Polsce miał miejsce już w 1733 roku, kiedy to Rosja, Prusy i Austria jednoznacznie wykluczyły możliwość dalszego panowania elekcyjnie wybranego króla, Stanisława Leszczyńskiego. I choć ten został wybrany zdecydowaną większością głosów, obce mocarstwa jednocześnie wypromowały Augusta III. Po interwencji wojsk rosyjskich król Leszczyński został zmuszony do ucieczki i abdykacji. Czartoryscy próbowali jeszcze w 1763 roku (znamienna data – na sto lat przed kolejnym rozpaczliwym zrywem) ostatniej deski ratunku – dokonania zamachu stanu, a w rok później wprowadzenia radykalnych reform na sejmie konwokacyjnym. Spotkali się jednak z ostrym sprzeciwem konfederacji radomskiej, zwołanym w 1767 roku z inicjatywy Rosji. Oczywiście oficjalnym pretekstem buntu była obrona swobód szlacheckich – tych samych, które – w umiejętny sposób z zewnątrz podsycane – w kilka lat później stały się oficjalnym pretekstem pierwszego rozbioru, mającego gwarantować porządek wobec szalejącej anarchii.
 
Panowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego (od 1764 roku) było już tylko równią pochyłą. Co prawda myśl oświeceniowa mogła wówczas w Polsce mocno rozbłysnąć, a sztuka i architektura rozwijały się jak nigdy dotąd, może to właśnie ów artystyczno-intelektualny zwrot okazał się gwoździem do trumny, bo przyspieszył tylko ostateczny rozkład nastrojów patriotycznych. Nie pomógł już nawet ostatni zryw wolności w postaci konfederacji barskiej. Targowica definitywnie zdusiła nadzieje na zachowanie niepodległości – a wszystko w imię szlacheckiej „złotej wolności” – struny, na której tak umiejętnie grała Rosja, doprowadzając wkrótce do I rozbioru (1772), zatwierdzonego przez sejm w 1773 roku (ironia dat „trójkowych?” – od zwycięstwa pod Chocimiem aż po styczniowe powstanie: 1673-1683-1733-1763-1773-1863). Wiemy jak przebiegało ostatnie z wielkich powstań w dobie zaborów – ile w nim było wzajemnych waśni, pomówień i uprzedzeń… Czy jako naród miłujący wolność, a jednocześnie – jak żaden inny – skłonny do zaślepionej autoagresji, nie dajemy się nadal w podobny sposób rozgrywać?…
 
***

PS. Intencją tego tekstu nie jest podważanie wartości powstania styczniowego – nie jestem historykiem, więc nie mogę uczynić tu fachowej analizy zdarzeń. Ponadto jestem świadom, że wartości heroizmu nie da się mierzyć przez stosowanie pragmatycznego kryterium skuteczności. Zamiarem moim nie była również ocena jakichkolwiek historycznych postaci, które działały przecież w tak skomplikowanym układzie uwarunkowań, że nie sposób jednoznacznie interpretować ich postaw. Jedynym przyczynkiem do napisania tej refleksji jest zwykła próba pochylenia się nad źródłem i naturą naszych narodowych problemów.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code