Nie samą polityką…

To tekst o sensie życia i wierności swojemu losowi lub powołaniu. I trudnych życiowych wyborach. O tym, że nie samą polityką żyje człowiek. Dedykuję go każdemu, kto tajemnie tęskni, by wreszcie zaryzykować bycie w pełni sobą. I pójść za tą tęsknotą do końca.

Od zawsze kwestia sensu życia w ogóle, a mojego w szczególności była dla mnie paląca. Wiedzieć, po co się żyje, dla kogo, dla czego. Jakie znaczenie mają moje czyny, myśli, porażki, cierpienie, praca, miłość, zranienia, zaangażowanie. Co czyni mnie człowiekiem? Kim jestem jako ja, Andrzej Miszk? Czy moje życie ma sens i jaki? Trudziłem się nad tym, od kiedy zacząłem uświadamiać sobie, że jestem nie-rośliną, nie-zwierzęciem, nie-dzieckiem, nie-czymś, ale czującą, myślącą, cielesną osobą z krwi, kości i ciała, może duszy. Gdy byłem ateuszem i agnostykiem, dostrzegałem swój sens życia na sposób Camusowski i egzystencjalistyczny: życie jest absurdem, życie jest "niemożliwe", a ja tworzę sens swego życia w niezgodzie na ten absurd i w sprzeciwie wobec samobójstwa jako fatalistycznej rezygnacji i uznaniu absurdu.

Tak myślałem o ówczesnym sensie życia, nieco literacko, filozoficznie, wydumanie, ale żywioł młodości, przygody, miłości, relacji z kobietami, "braterstwa broni" w walce z komuną, przygodnych radości pracy, zabawy, pijanych szaleństw wnosił w ten suchy koncept wiele życia. Pięknie było godzić się na zasadniczy absurd życia i sprzeciwiać mu, gdy tak bujnie się żyło, tak kwieciście. Całym sobą. W śmiechu, płaczu, powadze, buncie i troskach codzienności.

Nawrócenie i doświadczenie wiary religijnej zmieniło moje postrzeganie sensu życia. A mój przypadkowy los zbuntowanego absurdysty zamienił się w gorączkowe poszukiwanie powołania, czyli odpowiedzi na pytanie, jaki los przeznaczył mi Stwórca. Do czego mnie osobiście powołał. I na co w swej wolności mam odpowiedzieć. Życie przestało być absurdem. Miłość zaczęła stanowić zasadniczą miarę i utopijny horyzont sensu życia. O tyle jestem, o ile kocham. Było to strasznie trudne, ale porywające. Dreszcz świętości. Przerażenie grzechem, nicością. Sensem mojego życia stało się życie w łączności z Bogiem, którego pokochałem całą mocą zgłodniałego przez lata serca ateusza. Ponieważ zmierzam do ostatniego etapu, pominę etap mojego największego zaangażowania religijnego i przejdę do ostatnich lat mojego życia.

Konieczność zarabiania na życie – w moim przypadku poprzez stworzenie i rozwijanie biznesu – była i wyzwaniem, i udręką. Zająłem się biznesem, ponieważ  dawał nadzieję, że szybciej uwolnię się z udręki i mozołu zarabiania na życie. I rzeczywiście tak się stało. Biznes jest ok, pozwala rozwinąć skrzydła, pójść na skróty, zarabiać na dobrych pomysłach, a nie na godzinę czy od zlecenia. Ale płaci się swoją cenę, każdy inną. W moim przypadku ceną zaangażowania biznesowego była jakaś utrata łączności z sobą na głębi, życie w zapomnieniu o innych swoich wymiarach i powołaniach. Następuje coś w rodzaju metafizycznego zamulenia. Dla mnie jako filozofa, myśliciela amatora, trochę mistyka, trochę społecznika brutalność i przyziemność walki o przetrwanie, nawet jeśli odnoszę w niej sukcesy, doprowadza mnie do utraty sensu życia.

Od roku coś się zmienia. Przedwczesna śmierć mojego Przyjaciela uruchomiała we mnie proces bolesnego wyzwolenia, tęsknoty za niewinnością, bezinteresownością, twórczością i metafizyką. W ciągu roku znowu zacząłem żyć w zgodzie ze sobą na głębi, gotowy do ryzykownych przygód w świecie twórczości, duchowości, życia publicznego, relacji międzyludzkich pozabiznesowych itp. Jednocześnie biznes po 5 latach na tyle się udał, że nie wymaga już ode mnie codziennej i całodziennej troski. Mogę się nieco oderwać.

W ostatnim miesiącu zrobiłem swoistą inwentaryzację swoich talentów, pragnień, ograniczeń i tęsknot. Moim przekleństwem i darem jednocześnie jest to, że mam zbyt wiele zainteresowań oraz kilka dziedzin, w których mogę osiągnąć jakiś sukces i spełnienie. A muszę wybierać, bo czasu i życia coraz mniej. Nie będę Was zanudzał procesem tej żmudnej selekcji. Jej finałem było uświadomienie sobie, że tak najbardziej lubię robić w życiu trzy rzeczy: myśleć, pisać i działać społecznie. (Kwestia relacji międzyludzkich, w tym relacji męsko-damskich, choć ważna dla mnie, zostanie tu pominięta milczeniem. Nie dlatego, iż byłaby nieważna; przeciwnie, jest chyba co najmniej równie ważna, jeśli nie ważniejsza niż trzy wymienione, ale niech pozostanie osłonięta skrzydłem aniołów i cieniem pokus). I najlepiej jest, jeśli ta unikalna i uszczęśliwiająca mnie triada przeniknięta jest jakimś mistycznym czy metafizycznym wszechobejmującym płomieniem. Dla mnie jako ateusza ten delikatny płomień to Piękno i Prawda, a dla mnie jako wierzącego to Bóg miłości. Jestem jednym i drugim jednocześnie.

Pomyślałem, że został mi jeszcze przedostatni i ostatni etap życia, i nie chcę tego zmarnować na byle co, choćby wydawało się pozornie wartościowe i moje. Pomyślałem, że warto zaryzykować robienie tylko tego albo głównie tego, co jest moim najgłębszym spełnieniem, powołaniem właśnie. Zdecydowałem się na kilka ruchów praktycznych: ograniczam zaangażowanie biznesowe do minimum, przeprowadzam się w ustronne, ciche miejsce i skupiam się na tej swojej triadzie: myśleniu (studium, lektura), pisaniu i sprawach społecznych – w różnych proporcjach, zależnie od potrzeb własnych i dziejowych wyzwań. Chcę się dać prowadzić temu, co rodzi się w Ciszy nocy i poranka, w kontemplacji piękna i bólu publicznego.

Dawno nie czułem się tak lekki i szczęśliwy. Wróciła młodość, teraz jako roztropne szaleństwo, radość, determinacja, wielka osobista wolność, zupełna odwaga bycia sobą bez względu na cenę materialną i społeczną. Od roku jestem coraz bardziej sobą, a czym bardziej zostawiam swój egoizm, interesy, lęki o przyszłość, angażuję się bezinteresownie i ryzykownie w inne sprawy, tym bardziej czuję się szczęśliwszy, spełniony. Wszystkie dotychczasowe sensy i bezsensy życia zaczynają układać się w jakąś dziwną, ale uszczęśliwiającą i pogodną harmonię. Wszystko staje się znowu możliwe.

Niech to wyznanie pomoże i Tobie zastanowić się, kim jesteś i czego najbardziej w życiu pragniesz. Byś i Ty zdobył(a) się na odwagę bycia sobą i robienia tego, za czym tęsknisz całe życie. Przyznam też, że jednym ze źródeł mojej największej radości jest pomaganie innym lub bycie świadkiem, jak ktoś odnajduje swój los czy powołanie i ryzykuje całym sobą, by pójść za tym. Czego i Wam, i sobie z całego serca życzę. Każdy moment życia jest dobry i nigdy nie jest za późno, by powrócić do siebie i swoich najgłębszych pragnień.

 

Komentarze

  1. jorlanda

    Dziękuję…

     … bardzo Ci dziękuję za to wyznanie. Zadziwiające jak umiesz wyrażać to, co na pewno przeżywają też inni.

    Warto się dzielić. Dobrze, że to nadal robisz.

    J.

     

     

     
    Odpowiedz
  2. aharon-art

    ATMAN

    Po przeczytaniu tego bloga, pierwsze co mi się pomyślało było słowo ATMAN.

    Nie znałem dokładnej definicji tego słowa więc sobie poczytałem i znalazłem to :

    Poznanie atmanabrahmana jest możliwe przez wgląd w siebie, przy czym należy posłużyć się intuicją , by obejść przesłaniającego atmana osobowe, związane z bieżącą inkarnacją ego , które omamione mają  ulega iluzji oddzielenia od Absolutu oraz od reszty istot.

    hm…

     
    Odpowiedz
  3. zk-atolik

    Uzdrowienie wewnętrzne i…..

     Panie Andrzeju – sądzę, źe w odczuciu nie tylko moim juź to tytułowe zreflektowanie się jest bardzo uzasadnione i wymowne. Wobec nadmiaru wcześniejszych politycznych, a nawet propagandowych wątków i akcentów, oraz ewidentnej prowokacji i braku Pana uczestnictwa w dyskusji.
    Ponadto w tekście – wyznaniu dostrzegam nie tylko potrzebę Boźej łaski kuracji i Pana dobrą wolę, lecz i zwiastun Boźej interwencji.
    Chrześcijanie zwykle dostatecznie orientują się, źe: Bóg – szalom pragnie abyśmy otrzymywali uzdrowienie wewnętrzne tj. całkowite ducha, umysłu i ciała. A więc nie powierzchowne, lecz dogłębne i trwałe, czyli cudowne, nadzywczajne i takie, które umoźliwia Jego "pacjentom" stawać się doskonałymi – bez wad, a co najmniej coraz lepszymi.
    Ps. 147 mówi, źe: Bóg leczy złamanych na duchu i przywiązuje ich rany. Natomiast 1 tes. 5.13 św. Paweł pisze: "Sam Bóg pokoju niech uświęca was całych."
     
    Wobec powyźszego:
    • Czym jest jeden rok w perspektywie źycia wiecznego lub choćby przeciętnego okresu źycia doczesnego współczesnego człowieka?
    W źyciu doczesnym człowieka podobnie wychowanego, edukowanego i doświadczonego, oraz spełnionego zawodowo, czy usatysfakcjonowanego biznesowo i zdrowego – jak Pan – jeden rok moźe wydawać się chwilą, czy niewiele znaczącym epizodem. 
     
    A napewno jest okresem zbyt krótkim, do pogłębionej refleksji, czy kompleksowej i rzetelnej oceny biografii, takźe występujących w nim przemian.  A tym bardziej zmian poźądanych tj. dobrych i koniecznych w państwie. 
     
    Dlatego, źe fundamentalne i istotne zmiany, a szczególnie taki proces – jak uzdrowianie wewnętrzne człowieka, wymaga w przypadku jego zatwardziałości serca i uporczywego trwania w błędzie – miłosierdzia Boźego i zdecydowanie więcej czasu.
    Szczęść Boźe!
     
    Ps. Pozdrawiam Pana serdecznie i cieszę się, źe będzie Pan miał więcej wolnego czasu i być moźe równieź  wolę uczestnictwa w dialogu lub dyskusjach z czytelnikami, tak jak dawniej.
     
     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code