Może uważasz, że twoje życie się nie liczy…

Od czasu do czasu kolega – ksiądz starokatolicki pełniący posługę kapelana w zakładzie karnym w pobliskim Alphen aan den Rijn – zaprasza mnie ‚do siebie’ na niedziele. Wspólnie prowadzimy następujące po sobie kolejno dwie Eucharystie, a moim zadaniem jest wygłoszenie na nich rozważań w kilku językach. Zazwyczaj wygłaszam je po niderlandzku i po polsku, a gdy trzeba, dodaję jeszcze krótkie streszczenie w po angielsku i rosyjsku. Chodzi oczywiście o to, aby więźniowie od czasu do czasu usłyszeli parę slow w języku ojczystym albo przynajmniej takim, który dobrze rozumieją. Pomiędzy nabożeństwami pijemy wspólnie kawę, rozmawiamy, modlimy się.

Dzięki Ewangelii na dzień dzisiejszy odżyło wspomnienie mojej pierwszej wizyty w Alphen – dwa lata temu. Wtedy także miałem ‚kazac’ na temat Zwiastowania Najświętszej Marii Pannie – tego elektryzującego momentu, w którym wszystko zależało od jednego słowa nastolatki z Nazaretu. To właśnie fascynuje mnie najbardziej – w gruncie rzeczy nie tylko zresztą w tej opowieści, ale w całej biblijnej historii Boga i ludzi. Z jakim zaufaniem składa On losy świata w nasze ręce? Co widzi w nas Bóg, jak nas musi postrzegać, skoro podejmuje tak ogromne ryzyko postawienia na człowieka i jego suwerenną decyzję?

Dwa lata temu borykałem się jednak z jeszcze innym pytaniem. Miałem przecież przed sobą więźniów – ludzi na co dzień podlegających tylu ograniczeniom, z których my – po tej stronie krat – najczęściej nie zdajemy sobie nawet sprawy. Jak rozmawiać z nimi o tym, jak wiele może zależeć od nas, gdy na co dzień wszystkie istotne decyzje podejmowane są za nich, gdy doświadczenie bezsilności wobec całego szeregu – pisanych i niepisanych – ograniczeń jest ich chlebem powszednim? A może jednak sytuacja, w której znajdowała się przyszła Matka Boża, była bardziej podobna do ich sytuacji, aniżeli bylibyśmy skłonni sądzić? Oto co powiedziałem wtedy:

Nic ode mnie nie zależy. Niemal wszystkie decyzje podejmowane są za mnie, nie mam prawie nic do powiedzenia ani do dodania.

Znacie to poczucie? Też tak czasami myślicie? Ja owszem. I jeśli ja miewam takie poczucie, to jak to musi być z wami: tutaj, w więzieniu? Tutaj w formie rozkazu podejmuje się ciągle decyzje, na które nie macie żadnego wpływu, a którym jednak musicie się podporządkować. Tak przecież jest?

Co prawda słyszycie, jak sądzę, że powinniście wziąć sprawy w swoje własne ręce, uporządkować swoje życie, że już teraz powinniście pomyśleć o tym, jak to będzie, gdy będziecie znowu na wolności. Oczywiście, że musicie! Ale jak to zrobić, kiedy nie jest się na wolności!

W opowieści, którą właśnie usłyszeliśmy, anioł od Boga przychodzi do dziewczyny. Anioł – to już jest wystarczająco dziwne. Widzieliście kiedyś anioła? Właściwie jednak jeszcze dziwniejsze jest to, że przychodzi do niej, a nie np. do jej ojca czy przyszłego męża. W tym czasie bowiem dziewczyny się w ogóle nie liczyły. Właściwie były trochę takimi “więźniami” swoich ojców. Musiały zrobić wszystko, co powiedział ojciec albo brat… Czego chce w takim razie ten anioł? Mówi coś takiego: “Mario! Bóg cię potrzebuje, aby zrealizować swój plan dla świata. Nie twojego ojca, nie twojego brata. Nie wszystkich tych potężnych, mądrych, bogatych i wpływowych ludzi, tylko ciebie… Czy chcesz wziąć w tym udział?”

W ubiegłym tygodniu wygłaszałem już kazanie na temat tej opowieści: w kościele. Po nabożeństwie podszedł do mnie jakiś chłopiec z pytaniem: “Jak pan sądzi, czy Maria mogła też powiedzieć temu aniołowi ‘Nie’?”. Tak, odpowiedziałem, sądzę, że mogła mu odpowiedzieć ‘Nie’. I wówczas to wszystko by się nie wydarzyło. Nie byłoby Bożego Narodzenia! Jezus by się nie narodził! Wszystko zależało więc od tego jednego słowa. Od odpowiedzi młodej dziewczyny.

Myślę, że to właśnie chce powiedzieć nam Bóg dzisiaj rano: “Może uważasz, że twoje zdanie się nie liczy, ale ja sądzę inaczej. Wysyłam do ciebie anioła”. Ten anioł nie musi mieć skrzydeł. To może być również zwykły człowiek: ktoś, kto cię weźmie poważnie, kto chce z tobą porozmawiać, chce cię wysłuchać. Ktoś, kto chce ci pomóc. Znasz kogoś takiego? Spotkałeś kiedyś kogoś takiego? Wtedy wszystko zależy od twojej reakcji. Możesz powiedzieć ‘Tak’, jak Maria, ale też ‘Nie’. Bo w końcu chodzi tutaj o twoje życie i o życie ludzi, których kochasz: na przykład o twoją rodzinę, może o matkę i ojca, którzy czekają na twój powrót, o twoją dziewczynę, o twoje dziecko. O waszą wspólną przyszłość. A jeśli nawet nie masz nikogo, kto na ciebie czeka, chodzi tutaj w każdym razie o ciebie samego, twoje życie, które jest drogie i ważne w oczach Boga…

Może te ostatnie dni przed Świętami i samo Boże Narodzenie to dobry czas, żeby się nad tym zastanowić…

W tym roku powracam do tego tematu – nie tylko dzięki ‚Tezeuszowi’, ale również dlatego, że będę rozważał opowieść o Zwiastowaniu w wieczór wigilijny we wspólnocie ekumenicznej, której jestem duszpasterzem. Moja wspólnota przechodzi niełatwy okres. Powstała ponad 40 lat temu z inicjatywy kilkuset młodych ludzi, którzy nie potrafili się odnaleźć w rzeczywistości tradycyjnych Kościołów: zarówno rzymskokatolickiego jak i ewangelickich. Pragnęli czegoś więcej, chcieli żyć Ewangelią nie tylko w niedzielę, ale przez cały tydzień, chcieli aktywnie konfrontować jej poselstwo z tym, co się dzieje w świecie, działać w jej duchu. Przez ten czas stworzyli wspaniałe rzeczy. Jednak wspólnota nie wzrastala. Może właśnie dlatego, że przynależność do niej od początku wiązała się z działaniem – nierzadko wzbudzającym kontrowersje udziałem w życiu społecznym, kulturalnym, a niekiedy również zaangażowaniem politycznym (traktowanym nie jako pole, na którym walczą ze sobą partie, ale jako sfera aktywnej troski o dobro wspólne, a zwłaszcza o interes tych, za którymi nikt się nie ujmuje). W zmieniającym się klimacie religijno-kulturowym było coraz mniej ludzi gotowych pójść tą drogą. Dzisiaj Kritische Gemeente IJmond – bo tak nazywa się nasza społeczność – liczy sobie niespełna stu członków, a średnia wieku dawno przekroczyła próg emerytalny. Niestety, stopniały również fundusze, przez co za pół roku nie będzie już możliwości zatrudnienia duszpasterza – nawet na pół etatu. Z końcem lipca będę więc musiał stamtąd odejść – po prawie dziewięciu latach spędzonych z tymi wspaniałymi ludźmi. Pomimo tego, że wciąż starają się aktywnie współtworzyć oblicze ‚tej ziemi’ – w naszym wypadku konkretnie regionu IJmond, położonego w okolicach Amsterdamu – i oni często borykają się zatem z myślą, że właściwie coraz mniej od nich zależy. Kiedyś czuli się silniejsi: gdy byli młodsi, gdy było ich kilkakrotnie więcej. Będą więc słuchać słów o tym, że Bóg powierza losy świata w nasze ręce, nie bez sporej podejrzliwości. Myślę jednak, że podobnie słuchamy ich i my – niezależnie od sytuacji, w której się znajdujemy. Gdyby chociaż jakiś anioł pofatygował się do nas, by nam powiedzieć, że Bóg na nas liczy. A może fatyguje się częściej, niż sądzimy, tylko trzeba go nareszcie dostrzec i rozpoznać? A potem już ‚tylko’ wypowiedzieć nasze TAK….

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code