Motywacja do trzeźwienia

Blisko godzinę temu wróciłem z mitingu Anonimowych Alkoholików. Padło pytanie o motywację do trzeźwienia. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, na poważnie.

Przypominam sobie dwie sytuacje. Pierwszą sprzed niespełna dwoma laty. Było to w mieszkaniu studenckim mojej żony (wówczas jeszcze dziewczyny). Sylwester w kameralnym gronie. Rozlewałem alkohol. W pewnym momencie zauważyłem, że pijemy zbyt często i wódka szybko się kończy. Postanowiłem schować część butelek i oznajmiłem przerwę.

Samemu w kuchni przygotowywałem drinki. Z każdym, kto akurat się przewinął, wychylałem kieliszek. Piłem potrójnie. Później była sprzeczka, a jeszcze później zwisanie nad wanną w pijackich wymiotach.

W tamtym okresie cierpiałem na nienawiść do samego siebie. Czułem się przegrany. Kiedy za moimi plecami stała narzeczona i najlepszy przyjaciel, czułem żal i wstyd. Przeżywałem swoje piekło na ziemi. I nawet wtedy ubierałem maski. Próbowałem się oszukać. To złość na siebie sprawiała, że sięgałem po kieliszek.

Gdyby ktoś wówczas powiedział mi, że będę szczęśliwy, to za ten ponury żart, z wściekłości, naplułbym mu w twarz.

Najtrudniejsze (w całym okresie mojego picia) było życie w dwóch światach. Firma, którą prowadziłem, nie przynosiła żadnych zysków. W praktyce  zawalałem każdy termin i brakiem odpowiedzialności zrażałem do siebie klientów. Studiowanie sprawiało trudności. Ciągnące się miesiącami sesje odbierały komfort życia. Bałem się. I nie potrafiłem mierzyć się z problemami – niezależnie od skali. To pierwszy z moich światów.

Był jeszcze świat iluzji. Przekonywałem wszystkich, że prowadzę świetne interesy i dużo zarabiam. Zawsze miałem gest – później gest miał urząd skarbowy. Na wieczne nieoddanie pożyczałem pieniądze od rodziców i dziewczyny. Każdy egzamin był dla mnie katorgą, a próbowałem udawać coś zupełnie odwrotnego. Zawsze chciałem dobrze, a wychodziło jak zwykle. Dzisiaj wiem, że byłem chory. W błędzie jest ten, kto utożsamia alkoholizm z problemem picia. To również, a może przede wszystkim, choroba postrzegania siebie i świata.

Druga sytuacja to rocznica jednego z Anonimowych Alkoholików. Dwa lata trzeźwości. Ten konkretny człowiek (na potrzeby wpisu nazwijmy go Pawłem) zwrócił moją uwagę swoim spokojem i kulturą osobistą. Kiedy Paweł opowiadał o swoich początkach we wspólnocie był bardzo wzruszony. Dość wyraźnie pamiętam myśl, która wtedy przyszła mi do głowy: za jakiś czas chciałbym podobnie. Dzisiaj to wróciło. Wyobraziłem sobie siebie i przyjaciół (również z poza wspólnoty) na uroczystym, otwartym mitingu. Wiedziałem co powiem. Znów, zamiast skupić się na sprawach bieżących, wybiegłem w daleką przyszłość. Czasem łapie się na tym, że chcę uczynić ze swojej trzeźwości pomnik, który będą czcić wszyscy wokół. Iluzje.

Pijąc cierpiałem. Niemal wszystko mnie przerastało. Utraciłem kontrolę nie tylko nad piciem, coraz bardziej traciłem kontakt z faktami: o sobie, o innych, o świecie. Grałem role chcąc być akceptowany i uznany za wartościowego.

Terapia i obecność we wspólnocie przynosi zmiany. Choć jest we mnie dużo obaw i niepewności, to dzisiaj moje życie ma inną jakość. Stopniowo się odkłamuję. Staram się akceptować fakty: te przykre (o swoich problemach, trudnościach, skłonnościach, których bym nie chciał) i te pozytywne. Od pewnego czasu znów się modlę. Potrafię pozytywnie ocenić te wydarzenia z przeszłości, które jakiś czas temu zupełnie przekreślałem. Im więcej udaje mi się osiągnąć w swojej trzeźwości, tym więcej dostrzegam spustoszenia spowodowanego nadużywaniem alkoholu. A to pozwala nabrać pokory bardzo pomocnej w trzeźwieniu.

Trzeźwieję dla siebie. Ta stopniowo zdobywana, nowa jakość życia, jest moją główną motywacją. Staram się nie wybiegać w przyszłość do szumnych rocznic. Tu i teraz buduję swoje szczęście. Dzisiaj. Stanowczo nie chcę już tak cierpieć jak w czasie, w którym piłem. Nie chcę nigdy więcej zwisać nad wanną i wylewać łez nad okrucieństwami losu. Problemy chcę rozwiązywać konstruktywnie i na tyle, na ile to możliwe. Bez niepotrzebnej frustracji. Chyba dopiero teraz: po ośmiu miesiącach terapii i pięciu abstynencji zaczynam poważnie traktować swoją chorobę i swoją trzeźwość.
 

 

Komentarz

  1. Adam

    Podoba mi się to, że mówisz o tym otwarcie. Osobiście uważam, że chęć wytrzeźwienia dla samego siebie jest najsilniejszą motywacją. To tak samo jak z nauką. Dopóki uczysz się dla rodziców, olewasz temat. Zakuwasz, zaliczasz, zapominasz. I dopiero, gdy zaczynasz to robić dla siebie, gdy chcesz coś z tego wynieść, przynosi to jakieś efekty. Byłem kiedyś w ośrodku pod Warszawą, bo zmusiła mnie do tego dziewczyna. Dziewczyny po paru miesiącach nie było, a nałóg pozostał. Ale któregoś dnia postanowiłem sobie, że nie chce dłużej tak żyć. Sam zapisałem się do ośrodka Wsparcie w Koszalinie. I tam pomogli mi wygrać z chorobą. Udało mi się to, bo chciałem wyzdrowieć. A terapeuci pomogli mi wytrwać i wzmocnili moje postanowienie.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code