Młodzież po pięćdziesiątce

 

 

daj mi szczerze prowadzić życie i nie być nigdy aktorem życiowym

bł. Stefan Wincenty Frelichowski

Właściwie do wspólnoty młodzieży pracującej jestem przyszyty przez sakrament małżeństwa. Byłem na pewno na jej jednym spotkaniu i andrzejkach w 1985 roku. Szedłem też z nimi w pielgrzymce pieszej z Torunia do Częstochowy. Co nam zostało z osiemdziesiątych lat? – pomyślałem podczas Eucharystii przed spotkaniem. Zwołał już niemłodą młodzież ks. Józef Nowakowski, proboszcz parafii, z której pochodzi moja żona, bo chciał z nami pobyć z okazji pięćdziesięciolecie swojego kapłaństwa. I pogadać, i podzielić się swoimi myślami, i spytać, co u nas.

Już w kazaniu zawadził o kosmos, a potem przy stole pokazał nam zdjęcie świata, gdy ten był jeszcze młody. Jest ono „wynikiem badania Ultra Głębokiego Pola Hubble’a (HUDF), podczas którego teleskop Hubble’a wymierzony jest przez dłuższy czas w stosunkowo pustą przestrzeń i rejestruje światło z gwiazd i galaktyk, które znajdują się miliardy lat świetlnych od nas”. Pokazuje ono obraz „w kluczowym okresie, podczas którego rodziło się większość gwiazd we Wszechświecie”. Myśmy się postarzeli się od czasów młodości, świat w tym czasie w zasadzie wcale. Lata latom nierówne. I po tym wstępie przepytał nas nie tyle z życia, ile z tego, co z nim robimy. Przyznaję, inni mają więcej wiary niż ja. Z opowiadanych historii wykorzystam dwie. Pierwsza jest świadectwem AA. Pomaga teraz innym. Ale mnie najbardziej poruszyło, gdy mówił o swojej córce, która czteroletnia przy kolejnym zapiciu mówiła do niego, że mamusi jest przykro. I gdy nazywał ją Iskierka nadziei mojej trzeźwości. Bo on zawsze miał nadzieję. Zawsze, tzn. przez siedemnaście lat. Nazywa to cudem. I chyba to jest cud. Każdego dnia cud od dwunastu lat. Wiem, że nigdy bym nie wyszedł z picia, gdybym był uzależniony. Za słaby jestem. Boże, mój Boże, dobrze, że mi tego oszczędziłeś… I druga opowieść siostry franciszkanki od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej (prawda, że piękne wezwanie?), która była prorokinią dla naszego małżeństwa. Rok 1989, wakacje. Idziemy z nią ulicami Torunia. Przed nami biegały po chodniku nasze córeczki. Powiedziała do nas: może byście związali się z kręgami rodzin. Żona odpowiedziała, że w Brodnicy ich nie ma. W październiku uczestniczyliśmy już w pierwszym spotkaniu kościoła domowego. Ale nie o tym chcę napisać. Była przez jakiś czas w Indonezji. Jest lekarzem i tam pracowała. Ktoś z nas poprosił ją, żeby powiedziała coś po indonezyjsku. Żona zaproponowała, by to była modlitwa Ojcze nasz. Trwała dłużej, niż gdyby ją mówić po polsku. Ale najciekawsze jest to, że Indonezyjczycy nie mówią : i daj nam chleba powszedniego, bo oni chleba nie znają, a proszą o to, co im do życia jest konieczne (może to jest trochę inne sformułowanie). Mówiła jeszcze o zagrożeniach dla chrześcijan, o innej mentalności Azjatów. Od dawna uważam, że najlepiej poznaje się świat przez opowieści misjonarzy.

Gospodarz spotkania podzielił się swoimi spostrzeżeniami, w których była troska o Kościół, o Polskę, o społeczeństwo i o nas. Na dalszą drogę każdemu dał małe wydanie Nowego Testamentu i „Pamiętnik” błogosławionego ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Kartkując ten drugi znalazłem zdanie: A najwspanialsze to codzienne łączenie się z Jezusem. Przed laty czytając jego słowa: muszę być kapłanem wedle serca Chrystusa, pomyślałem: muszę być mężem i ojcem według serca Jezusa. Jak to dobrze, że na swoich drogach spotykamy kapłanów dobrych.

 

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code