Mistyczność

 

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:0cm;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0cm;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;
mso-bidi-font-family:”Times New Roman”;
mso-bidi-theme-font:minor-bidi;
mso-fareast-language:EN-US;}

Mistyczność

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:0cm;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0cm;
line-height:115%;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;
mso-bidi-font-family:”Times New Roman”;
mso-bidi-theme-font:minor-bidi;
mso-fareast-language:EN-US;}

To, co Mistyczne: To, co niemożliwe do pojęcia, czyli np. Całość wszechświata, a także to, co domniemane i odczuwane jako to, co ponad nim.

 

Podjąłem się próby poznania i pozbawionej wszelkich religijnych i światopoglądowych założeń interpretacji alegorii zawartych w Piśmie Świętym, a przede wszystkim sensowności religii chrześcijańskiej. Podstawowymi wymogami, które sobie narzuciłem były prostota wyciąganych wniosków, minimalizm językowy i merytoryczny, a także czystość myśli, czyli brak jakichkolwiek założeń ideologicznych. Ten ostatni wymóg związany jest z oczywistą zależnością pomiędzy intuicją i dogmatyczno-instytucjonalnymi interpretacjami chrześcijańskich alegorii w ujęciu kilku odłamów chrześcijaństwa, dlatego uwzględniając historyczne przekształcenia treści chrześcijaństwa musiałem zdystansować się do często pozamerytorycznych zarzutów przeciwko tymże instytucjom. Innymi słowy starałem się uniknąć herezji. W rezultacie pojawiła się indywidualna interpretacja chrześcijańskiego przekazu z licznymi odstępstwami od oficjalnie przyjętych doktryn, niemniej z pokorą uznająca dorobek intelektualny teologów i filozofów Kościoła jako swoistego partnera do dialogu. Jedynym założeniem poniższego wywodu jest jego przejrzystość, a także brak cytowanej w przypisach bibliografii – to dla przejrzystości – ponieważ będzie tutaj mowa o refleksji snutej z obserwacji świata, a także z ogółu przeczytanej treści. Rzetelność intelektualna mojego wywodu opiera się wyłącznie na byciu w zgodzie z własnym rozumem.

W celach poznawczych użyłem do tego dwóch dość intuicyjnych metod: fenomenologicznej i hermeneutycznej. Obie są bardzo ludzkie i łatwe do zrozumienia, choć wymagają uprzedniego rozjaśnienia. Metodą fenomenologiczną nazywają filozofowie taką, wedle której człowiek staje na wprost jawiącego się fenomenu i próbuje go poznać w sposób czysty, tzn. w miarę możliwości pozbawiony jakichkolwiek założeń, uprzedzeń itp. W świetle badań psychologicznych ostatnich lat, a także filozofii postmodernistycznej, dla której pojęcie niezależnej od wpływów świadomości transcendentalnej może ulec najwyżej dekonstrukcji, jest to utopia. Liczą się jednak intencje, dlatego jeśli bezzałożeniowość nie zostanie tutaj osiągnięta, liczy się jako metoda nacechowana pozytywnymi intencjami. Fenomenem może być wszelkie zjawisko, w tym zjawisko kulturowe, pojęcie, zbiór słów określających jakiś stan materii, ducha etc. Metoda hermeneutyczna polega na czymś troszkę innym, a mianowicie na odkrywaniu tego, co zakryte, czyli na rozjaśnianiu symbolicznych znaczeń zawartych np. w Biblii. Z jednej strony filozofowie uważają, że jest to radykalizacja metody fenomenologicznej, ponieważ aby uchwycić treść jakiegoś ponadhistorycznego przekazu, należy ją oczyścić z historycznych naleciałości i interpretacji, co zauważył już prekursor hermeneutyki biblijnej, Friedrich Schleiermacher. Aby jednak rozjaśnić pewne kluczowe alegorie, należy uwzględnić kontekst, w którym owe alegorie zostały spisane, przekazywane dalej, kształtowane wraz z biegiem historii w zależności od sytuacji, zmieniane, a także rozumiane we współczesności. Należy uwzględnić właśnie uprzedzenia, mentalność, światopoglądy dominujące w danych czasach. Byłoby to jednak zadanie przerastające sens pracy polegającej na dojściu do podstawowych wniosków w danym zakresie, dlatego skoncentrowałem się na tych aspektach Pisma Świętego, które uznałem za kluczowe. Słusznie zauważył John Henry Newman, że obiektywna treść może zostać zrozumiana w pełni dopiero wówczas, kiedy podmiot poznający udzieli jej przyzwolenia. To ostatnie wynikać może wyłącznie z doświadczenia egzystencjalnego, ma wymiar empiryczny i polega na takim przekształceniu danej treści, w którym staje się strukturą osobistej narracji. Dlatego też, uznając nauki Newmana za w pełni uzasadnione, uważam, że subiektywny wybór istotnych aspektów Chrześcijaństwa nie stoi w opozycji do jej uniwersalnego obiektywizmu.     

Rozpocząłem od refleksji nad pojęciem mistyczności i o niej będzie traktował pierwszy tekst spośród wielu jeszcze nie napisanych agregatów wyciągniętych w podpunktach wniosków. Mam ogromny szacunek do historii filozofii, niemniej jako minimalista wybierający do analizy treści powstałe w kontekście możliwie bliskich mi czasów i jako umysł nie uposażony w większą wiedzę historyczną, pozwalam sobie na bardziej współczesne inspiracje, powiedzmy od XIXw. po współczesność. Zainteresowała mnie pod kątem pojęcia mistyczności filozofia Ludwiga Wittgensteina, łącząca w sobie logiczną precyzję i naukowość z uznaniem intuicji jako swoistego przewodnika rozumu, wskazującego obszary dotąd nie zracjonalizowane. Wcześniej Schleiermacher wzdrygał się przed filozofią wyłącznie analityczną, w swoim burżuazyjnym kunktatorstwie pozbawioną jakichkolwiek zdolności do wielkich syntez. Wittgenstein twierdzący, że filozofia jest li tylko ubocznym produktem niezrozumienia języka jakby tą tezę potwierdził. Z jednej strony logiczna precyzja Traktatu logiczno-filozoficznego nie pozwala wątpić w hegemoniczną wręcz precyzję analitycznego umysłu filozofa, z drugiej strony religijna intuicja mistrza pozwala mniemać, iż był umysłem wielkim, nie ograniczonym do pryncypiów uniwersyteckiej racjonalności. Według Wittgensteina wiara człowieka i to wszystko, co w kategoriach rozumu uchodziłoby za irracjonalne, wcale nie jest irracjonalne: Irracjonalnym zdaniem Wittgensteina jest rozum polegający na samym sobie. Intuicja Schleiermachera porównująca rozum sam w sobie do błędnego koła nie wychodzącego poza własne założenia, a w końcu zapadającego się w sobie znalazła i Wittgensteina pełne logiczne wyjaśnienie. Jest bowiem czymś zgodnym z logiką zbiorów twierdzenie, że aby zbadać zakres jakiegoś zbioru, należy wyjść poza ten zbiór. Aby wyjść np. poza zbiór pojęć, struktur, nauk określonych za pomocą kategorii rozumowych, należy uwzględnić możliwość powstania nowych pojęć, nowych interpretacji, które w obrębie dotychczas znanego zbioru uchodziłyby za nie-racjonalne.

W filozofii Ludwiga Wittgensteina piękne jest połączenie racjonalności z uznaniem jej ograniczoności, a także metody naukowego, logicznego wynikania z szacunkiem do intuicji nienaukowych, bez których ukazanie kierunku kolejnych badań naukowych byłoby kompletnie niemożliwe. Nauka nie jest algorytmem matematycznym. Gdyby tak było, nie byłoby tzw. „brakujących ogniw”, zmuszających nieraz do zmiany paradygmatów, a bywa, że i aksjomatów danej dziedziny. Racjonalność jest tylko narzędziem do jak najjaśniejszego opisu zastanego fenomenu – niezależnie od tego, co tym fenomenem będzie. Wittgenstein postuluje opis zamiast wyjaśniania. Wyjaśniać może rozum zamknięty sam w sobie, dla którego istnieją tylko przedmioty jego analizy, możliwe do ostatecznego zdefiniowania, co jednak kłóci się z empirycznym doświadczeniem. Tak pojęty racjonalizm jest zdaniem filozofa wytworem filozofów, który z prawdziwymi problemami nauki nie ma niczego wspólnego; metody nauki są racjonalne w sposób narzędziowy: Chodzi o jasność i logiczność naukowych tez, a także przystępność i jak największa prostota wyciąganych wniosków. Racjonalność nie jest ani celem nauki ani jej założeniem, jest tylko metodą, dzięki której naukowiec może wyjaśnić zjawiska nieraz obalające przyjęte za racjonalne założenia co do natury rzeczy. Sprowadzanie całościowej wiedzy wyłącznie do kategorii rozumu jest irracjonalne. Pojęcie mistyczności w ujęciu Wittgensteina oznacza w wielkim skrócie właśnie to, co „wymyka się” rozumowi. Owszem, człowiek to istota rozumna, ponadto jednak intuicyjna. Problemy wynikające z samego rozumu to aporie lub błędy logiczne, natomiast prawdziwe problemy nauki pojawiają się na styku rozumu i intuicji. Celem rozumu jest wówczas zdemaskowanie przyczyny powstania problemu. Jego rozwiązanie jest jednak pozarozumowe, choć i tutaj rozum może służyć jako narzędzie. Nie oznacza to w żadnym stopniu nieracjonalności powstających problemów, tylko właśnie to, za czym rozum nadąża, odkrywając poszczególne aspekty tego czegoś i uświadamiając sobie zarazem, że z logicznego punktu widzenia ujęcie tego czegoś w całość jest niemożliwe. Dlatego należy o tym czymś jako całości zamilknąć, ponieważ słowa tylko zubażają doznanie tego czegoś, redukując je do poszczególnych, już odkrytych przez rozum atrybutów.

Według Wittgensteina mistycznym jest cały świat. Aby bowiem poznać świat w całości jako pewien zbiór, należałoby znaleźć się poza jego obrębem, co jednak jest chyba logicznie niemożliwe; element należący do zbioru, który determinuje jego istnienie, poza zbiorem przestaje istnieć. Idąc tropem Wittgensteina musimy uwzględnić różne zakresy pojęciowe terminu „świat”. Nie oznacza on wyłącznie kosmicznej otchłani, w której ulokowane są poszczególne byty takie jak Mars i Ziemia, ale Wszystko; nie tylko Całość, ale również każdy byt z osobna, od elementów składowych molekuł, poprzez tkanki ludzkiego ciała, aż po największe obiekty niebieskie. Każdy z elementów zbiorów wszechświata jest czymś racjonalnym, ponieważ możliwym do ustawicznego poznawania, schematyzacji, racjonalizacji pojęciowej, a także czymś mistycznym, ponieważ w ostateczności żaden z badanych obiektów nie może być poznany do końca. Racjonalność jest tutaj rozumiana jako pewna możliwość poznawcza, a nie atrybut poznawanego obiektu; przedmiot ulega racjonalizacji, zarazem wymykając się ostatecznej kategoryzacji rozumowej. Wszelki realny przedmiot poznania pozostanie niedookreślony.

Dla przykładu wyjaśniającego niemożliwość ostatecznej redukcji przedmiotu naukowej refleksji do kategorii pojęciowych uwzględnijmy – już poza filozofią Wittgensteina – zależności zachodzące w świecie przyrody. Aby określić i ująć w pojęcia np. ekotyp motyla modraszka anion w sposób całkowity, należałoby zbadać zależności zachodzące w obrębie niszy ekologicznej, która go ukształtowała, a następnie czynników wpływających na niszę ekologiczną, w rezultacie odsyłających do środowiska Planety Ziemi, a w końcu do całego Kosmosu. Lepidopterologia zainteresowana jest badaniem motyli w obrębie ich środowiska, a jej heureza możliwa jest tylko przy ustaleniu granic poszczególnych badań i w miarę możliwości całkowitej racjonalizacji przedmiotu analizy naukowej, niemniej żaden ze znawców motyli nie stwierdzi, że o motylach wiemy już wszystko. Przedmiot analizy naukowej stanowi zawsze wybrany aspekt badanego obiektu i redukcja jego istnienia do przypadłości sklasyfikowanych w oparciu o aksjomaty danej dziedziny nauki jest logicznym błędem redukcji. Jest tak z każdym poszczególnym bytem jako fenomenem, który jawi się człowiekowi. Dodatkowym aspektem indywidualizującym każdy z bytów na płaszczyznie ogólnoegzystencjalnej, a nie w zakresie wybranego stanowiska naukowego, jest jego odmienność. Nie musi ona oznaczać w tym wypadku wpierw inności, tylko przekształcenie jakiegoś ogółu materii albo odstępstwo od stereotypowego bądź naukowego wzorca. W tym sensie każdy z bytów jest odmienny i na fundamencie tej odmienności, wynikającej z koincydencji rozwoju genetycznego danej materii i determinant zewnętrznych (czynników środowiskowych) pojawia się tutaj jakość wykraczająca poza możliwą werbalizację, a mianowicie inność – jako wtórny rezultat rozwoju w obrębie odmienności. Odmienność można zwerbalizować jako przekształcenie parametryczne w obrębie przyjętej na podstawie aksjomatów skali porównawczej, inność natomiast pozostaje jakością wykraczającą poza kompetencje nauki. Mimo to żaden z naukowców świadomych granic własnej dziedziny tejże inności nie będzie negował. Inność nie jest irracjonalna.

Aby udowodnić racjonalność w obrębie zjawisk religijnych dotyczących relacji między pewną obiektywną treścią religijną i subiektywną jakością powstającą jako osobista narracja człowieka, narracja relacji do Tego, Co Mistyczne, Newman posłużył się często już dziś zapominanym pojęciem phronesis. Jest to jedna z arystotelesowskich cnót dianoetycznych, czyli w skrócie władz rozumu, której dziedziną jest to, co przypadkowe i konkretne. Specyfiką phronesis jest jej mądrościowa, a nie stricte intelektualna specyfika. O ile bowiem młody człowiek może doświadczonego mędrca wielokrotnie przewyższyć np. ze znajomości zasad matematyki, o tyle przez wzgląd na brak doświadczenia nie przewyższy mędrca pod względem cnoty phronesis, kształtującej się na podstawie doświadczenia pojedyńczych, konkretnych przypadków cechujących się innością. Tym, co ulega zmianie w przypadku prawd religijnych nie są same prawdy, lecz drogi i wnioski do nich prowadzące. Ustalone zasady rozumowe dotyczą ogólnego zarysu pojęcia prawdy, natomiast bez phronesis jako pewnej kontrolującej zasady wnioskowania odmiennej od pozostałych zasad rozumowych niemożliwe byłoby sprawiedliwe sądownictwo, kontekstualizacja (relatywizacja) aktów moralnych zgodnie z zaistniałymi warunkami, podmiotowe traktowanie dziecka w procesie edukacyjnym, indywidualne podejście terapeutyczne do pacjenta, a także uwzględnienie wielości przejawów mistycznego objawienia, niemożliwa byłaby jakakolwiek teoria czy krytyka sztuki. Phronesis łączy więc z sobą obiektywną, racjonalną wiedzę z konkretnym, indywidualnym jej stosowaniem, którego biegłość wynika z osobistego, empirycznego doświadczenia, a nie ze stosowania schematycznych reguł. Phronesis jest tą mądrościową cnotą, która pozwala uniknąć odrzucenia indywidualnych odstępstw od zasady jako nieracjonalnych, a przede wszystkim stanowi dowód na to jak irracjonalna, żeby nie powiedzieć, że wręcz głupia jest redukcja świata i któregokolwiek z bytów do kategorii rozumu. Phronesis rozwija się poprzez styczność z indywidualnymi przypadkami: Im jest ich więcej, tym większą mądrość zdobywa człowiek kształtujący tę cnotę.          

Mistyczność każdego bytu polega więc – między innymi – na niemożliwości wyczerpania zasobu terminologicznego do jego opisu. Każdy byt jest bowiem 1) indywidualny, 2) w relacji do Całości, której nie można opisać. Cnota phronesis zdaniem Newmana pomaga w instrumentalnym potraktowaniu rozumu i racjonalistycznych koncepcji bytu jako narzędziowych, doraźnych bądź rozwijających wiedzę w określonym zakresie przejawu danego fenomenu. Są one niezbędne, ponieważ kształtują bazę wyjściową dla zdobywania doświadczenia, natomiast kształtująca się z wiekiem mądrość człowieka uznaje jako jedyną realność empiryczną, na podstawie której dopiero obiektywna wiedza staje się użyteczna, relację indywiduum do Całości, relację egzystencjalną, której nie sposób określić; można tylko na nią przyzwolić. W swoich rozmyślaniach na temat relacji jednostki zbioru z jego całością przeszedłem następnie do bardziej egzystencjalnych analiz. Pomogła mi tutaj rozjaśnić wiele spraw filozofia Martina Heideggera, według którego każdy z bytów rzucony jest niejako w horyzont zdarzeń. Nie spotkałem się jeszcze z tak bezpośrednim mówieniem przez Heideggera o mistyczności jak u Wittgensteina, ale mówił on np. o świętości; uznałem to za synonimy. Świętość według Heideggera to Całość, ale święte jest również przebywanie jestestwa w prześwicie Bycia jako pewnej Całości. Nieistotne teraz, czy jest to Całość znana nam czy wykraczająca poza to, co znane: Całość to zbiór tych wszystkich czynników, które umożliwiają bycie-w-świecie każdemu bytowi. Każdy byt w swojej indywidualności może określać siebie za pomocą języka powszechnego, obiektywnego (intersubiektywnego). Zarazem każdy byt jako swoista całość w Całości świata określony jest przez swój cały czas i szereg czynników, które go kształtują. Całość czasu bytu zamyka śmierć – coś całkowicie już niepojęciowego. W tym momencie indywidualny byt wymyka się jakimkolwiek możliwościom określenia, ponieważ tym, co określa byt najbardziej, jest właśnie jego koniec (i początek – kwestia „heideggerowskiej estetyki”). Wpływa na tą niemożliwość również coś, na co wskazałem na przykładzie motyla modraszka anion, a co Heidegger nazywał anonsowaniem. Na czym ono polega? Otóż każdy byt jest rzucony w horyzont zdarzeń, czyli inaczej (przyznam, że tutaj bardzo redukuję): W świat. Nie jest to pojęcie ogólne w tym przypadku. Uniwersum to pewna Całość, którą świat dopiero anonsuje. Nie dość, że Całość jest niedefiniowalna, to niedefiniowalny jest świat, ponieważ każdy ma swój-świat. Mowa – w tym mowa nauki – jest zaledwie przybliżeniem, intersubiektywnie komunikowalnym rdzeniem przekazywanym z pokolenie na pokolenie, a także przekształcanym i rozwijanym, jest ogólnością ledwo dotykającą rzeczy, którą to ogólność każdy z bytów przekształca jako swój świat w doświadczeniu swojego istnienia. Świat anonsuje świętość, czyli Całość. Anonsowanie jest więc wskazywaniem osobistego, empirycznego i nieredukowalnego do racjonalnego światopoglądu doświadczenia jestestwa na Całość.  

Przejdę teraz z myślenia o świętości jako Całości do pomyślenia jako świętości każdego indywidualnego przypadku. Sprzyja temu „fronetyczne” ujęcie jednostki w aspekcie jej relacji z ogólnością. Wymyka się to rozumowi, niemniej podkreślę jeszcze raz: Byłoby czymś irracjonalnym i głupim ignorowanie pewnego zjawiska przez wzgląd na niemożliwość jego redukcji zgodnie z paradygmatami racjonalości. Świętością, tym, co mistyczne jest każdy byt, a nie tylko Całość. Ów wniosek wyciągnięty m.in. z lektury Heideggera przekłada się na inne ciekawe ujęcia relacji indywiduum do całości bytu, wcześniej przez Nietzschego, później przez Heideggera ujęte w metaforze bramy. Brama oznacza okamgnienie (augenblick). Jak to rozumieć? Dla wyjaśnienia może nie będę cytował, za to przedstawię intuicyjny ogląd wcześniejszej lektury. Otóż pod bramą przechodzi jakaś droga, ścieżka, cokolwiek. Droga nie jest nigdy zamknięta sama-w-sobie. Droga odwołuje do przestrzeni, a przestrzeń w dodatniej skali planimetrycznej anonsuje makrokosmiczną Całość, w ujemnej – cały mikrokosmos cząstek elementarnych. Brama stanowi zwieńczenie drogi. Całość poprzez drogę niejako „odsyła się” do tej bramy, a brama odsyła wędrującego do tej Całości. Przechodzimy przez tą bramę szybko – w okamgnieniu. Nie chodzi jednak tylko o to, że my przechodzimy w okamgnieniu przez tą bramę. Sama brama jest w sobie okamgnieniem całej drogi, którą przeszliśmy i która przechodzi jako całość przez tą bramę, przez co jest ona okamgnieniem Całości. Przestrzeń wszechświata, po którym wędrujemy, cała przechodzi przez bramę jako jej własne okamgnienie. Makrokosmos i mikrokosmos znajdują swoje meritum w bramie, tak jak wieczność – w okamgnieniu momentu.

Alegoria bramy odnosi się do każdego z bytów. Za przykład użyjmy własne ciało, do którego alegoria bramy pasuje jak ulał. Ciało w ujęciu Maurice’a Mearleau Ponty’ego jest pierwszym fenomenem doświadczalnym. Stanowi ono tajemniczy i niepoznawalny (ponieważ ciało i samopoznanie wzajemnie się konstytuują) aspekt egzystencji, dzięki któremu człowiek zaczyna dziwić się, że w ogóle istnieje. Dochodzi wpierw do powolnego utożsamienia siebie z własnym ciałem. Poczucie dualność ducha i ciała zaczyna się kształtować w momencie, kiedy człowiek oddziela wpierw to, co na zewnątrz ciała od tego, co wewnątrz ciała. Siebie i swoją tożsamość lokuje niejako „wewnątrz” ciała. Dopiero później, po takim „uwewnętrznieniu” dochodzi do kolejnego rozdzielenia: rozdzielenia ciała i duszy. Wówczas ciało zostaje utożsamione z elementem środowiska zewnętrznego, ze zbiorem, do którego zamieszkująca go dusza, będąca jego funkcją świadomość – zwał jak zwał – nie przynależy. Na wskutek takiego poszukiwania tożsamości poza obrębem materialnych redukcji, człowiek zaczyna poszukiwać transcendencji, której elementem jest również to, co immanentnie zawarte jest w obrębie ciała. Poprawność logiczna nakazuje bardziej wnikliwym umysłom nazwać taki proces błędem ekstrapolacji, który w dużym skrócie i akurat w tymże kontekście polegałby na ulokowaniu tożsamościowych dążeń poza obrębem świata doświadczanego przez ciało; to, co najbardziej wewnętrzne i wciąż wymykające się naukom biologicznym, medycynie czy neurologii, jako istota jestestwa, a także istota świata, zostaje umiejscowione poza jego obrębem. W sensie przestrzennych wyobrażeń takiej istoty można ów proces nazwać projekcją. Logicznie jest to nie do przyjęcia, pod względem teologicznym również; wówczas mielibyśmy do czynienia z metafizycznym zobrazowaniem bytowości, którą wszelkie religie uznają za mistyczną i nieredukowalną do rozumowych kategorii. Ciało nie może zatem stanowić medium, przez które przepływa transcendentna energia pomimo, że ciało jest czymś otwartym-na-zewnątrz, a także skierowanym-do-wewnątrz. Owa transparentność, a zarazem konkretność i indywidualność każdego ciała nie może zostać sprowadzona do roli medium, ale też nie o to chodzi w metaforze augenblick. Według ogólnej psychologii w mniemaniach ludzkich wciąż pokutuje niewłaściwe przekonanie o naturze człowieka zamkniętego przed światem niczym przysłowiowy mózg w słoiczku, podczas gdy w istocie po pierwsze myśli nie tylko mózg, lecz całe ciało, po drugie oddzielenie cielesności od środowiska zewnętrznego, a mentalności od ciała i od wpływu czynników zewnętrznych jest tzw. „podstawowym błędem atrybucji”. We współczesnej biologii i ekologii separowanie bytów jest błędem niezodnym z jej założeniami, a filozofia mniej więcej na przełomie XIX i XX wieku zaczęła odcinać się od błędu idealizmu niemieckiego, który w skrajnych postaciach doprowadził do swoiście Leibnizowskiej monadologii pod postacią heglowskiego subiektywizmu. Byt zamknięty w sobie i ewentualnie „otwierający się” na zewnątrz, zatem immanentny, lecz transcendujący jest zniewolony przez własną nicość i zapada się w sobie, ponieważ w swej transcendencji dąży do iluzorycznej wizji zewnętrzności jako konsekwencji podstawowego błędu atrybucji. W istocie zewnętrzność i wewnętrzność mogą pozostać kategoriami biologicznymi i jest to pomocne np. w badaniu mikroflory bakteryjnej środowiska zewnętrznego organizmu (np. układu pokarmowego), niemniej w doświadczeniu mądrościowym częstokroć granica cielesności i światowości ulega zatarciu, na którego przykład Emmanuel Levinas wskazał w przypadku relacji erotycznej dwojga partnerów. Jest tylko pewna Całość, której ciało stanowi odmienność, a doświadczenie własnego ciała-siebie – indywidualność. Ciało to każdorazowe okamgnienie dla doświadczenia fronetycznego, w którym to, co zakładane jako obiektywne objawia się pod postacią własnych odmienności. Doświadczenie fronetyczne nie neguje jednak racjonalnej obiektywności; jest wręcz tak, że indywidualność i pewna uniwersalność wzajemnie siebie potwierdzają. I właśnie w sensie fronetycznym można swoje indywidualne ciało potraktować jako okamgnienie wszechświata.  

Każdy byt jest zawsze otwarty na Całość, a mimo to jest indywidualny. Z czym tożsamy jest indywidualny byt? Jaka jest relacja jednostki do Całości, skoro ani jednostka nie jest – jako indywidualne okamgnienie Wszechświata – werbalizowalna w kategoriach rozumu, a Całość ze względów logicznych po prostu nieopisywalna? W zrozumieniu tego zjawiska pomogła mi lektura Paula Ricoeura. Analizował on różnicę pomiędzy tożsamością idem (tożsamością z tym-samym, czyli np. tożsamością społeczną, etniczną, religijną, biologiczną etc.) a tożsamością ipse (tożsamością z sobą-samym i z niczym więcej). Doszedł do ogólnego wniosku, że tożsamość idem i ipse są sprzężone zwrotnie, tzn. że separacja ipse od idem prowadzi do śmierci ipse, a budowanie społecznych ideologii idem bez ipse grozi np. totalitaryzmem nie uwzględniającym potrzeb jednostki. Indywiduum nie jest czymś obcym wobec świata (inność nie oznacza obcości): Jest odstępstwem, przekształceniem, jest odmienne. Obcości doświadcza się wówczas, kiedy próbujemy ująć siebie rozumowo. Spodziewając się, że już oto uchwyciliśmy własną tożsamość za pomocą rozumu, nagle zaczynamy odczuwać obcość – obcość siebie dla rozumu albo obcość świata dla nas samych. Doświadczenie obcości może wynikać z błędu redukcji bądź oddzielenia. Mądrość unika skrajnych rozwiązań i miast redukcji bądź separacji tożsamości wybiera odmienność. I ta właśnie odmienność stanowi kluczowe pojęcie. Odmienność zawiera w sobie dwa warunki: Po pierwsze tożsamość, czyli bycie-tym-samym ze światem, bycie jego przejawem, w materii nie różniącym się aż tak bardzo od innego bytu, a po drugie inność, czyli nowa jakość powstająca wskutek bycia odmiennością tego-samego. Inność nie jest już redukowalna do tożsamości idem. Tę ostatnią można zwerbalizować według poszczególnych aspektów bytowości badanych przez nauki, zebranych w systematyczną jedność. W tym też znaczeniu każdy poszczególny byt stanowi punkt oddziaływania wszelkich możliwych sił przyrody rozłożonych w czasoprzestrzeni. Jeśli wektory tych sił porównamy z drogą, a byt z bramą, wówczas z łatwością dostrzeżemy analogię. Nawet jeśli nie jest ona logicznie uprawomocniona, pamiętajmy, że mamy tutaj do czynienia z metaforą przybliżającą nam kolejną właściwość indywiduum jako okamgnienia Całości, a nie z aksjomatem nauki. W każdym razie nauka podąża niejako za tym tropem, czego dowodem jest ekologia (mam na myśli dział biologii, a nie ideologię społeczną) czy fizyka kwantowa. Indywidalny byt jest więc okamgnieniem wszechświata w sensie tożsamości idem. Augenblick w sensie nietzscheańskim ukrywa jednak aspekt mistyczny, czyli niemożliwą do zwerbalizowania płaszczyznę tożsamości ipse, po prostu inność.

Wędrowiec Nietzsche miał kiedyś pod skałą w Sils-Maria olśnienie, jedno z tego rodzaju olśnień, które w życiu przeżywa każdy człowiek, a które zaważają na jego reszcie. Pod wpływem doznania życia jako Ogromu czy też pewnej całości opracował Nietzsche dwie alegorie, przez krytyków uważane jako dwa aspekty teorii Ogromu, a mianowicie alegorię Wiecznego Powrotu Tego Samego oraz Woli Mocy. Obie odnoszą się do augenblick. Wieczny Powrót Tego Samego jest wyobrażeniem, że życie powróci i powtórzy się dokładnie tak samo wraz ze wszystkim, co się do tej pory wydarzyło. Nie jest to żadne założenie ontologiczne i naprawdę nieistotne jest teraz wykazywanie niemożliwości takiego obrotu spraw. Chodzi o to, że gdyby życie miało się powtórzyć dokładnie tak samo, musiałby powtórzyć się dosłownie ruch każdego atomu podczas Wielkiego Wybuchu. Wszystkie siły w przyrodzie musiałyby powtórzyć nieobliczalną ilość reakcji, ziemska przyroda w każdym aspekcie musiałaby powtórzyć się identycznie łacznie z huraganami, erupcjami wulkanów, ruchem płyt tektonicznych, migracją zwierząt, musiałyby identycznie powtórzyć się historyczne koincydencje, wpływ czynników zewnętrznych na powstanie takiego samego indywiduum musiałby być idealnie identyczny. Identyczna musiałaby być również przyszłość indywiduum, jakkolwiek ją rozumieć – czy jako intuicyjne wyprzedzenie, pewien determinizm finalny zapisany w kodzie DNA czy fenomenologiczna protencja, skierowanie na przyszłość, bez którego pomyślenie teraźniejszości nie byłoby możliwe. Nawet jeśli jest to niemożliwe, metafora owa uświadamia nam jedno: Że każdy byt jest tylko i wyłącznie dlatego, że jest Całość Wszechświata. Człowiek i Wszechświat stanowią tożsamość. Dalej już nie da się tego opisać, można tylko doświadczyć tego w mistycznej unifikacji. Są różne prowadzące ku temu ścieżki, które ludzkość zunifikowała pod postacią religijnej, filozoficznej symboliki bądź artystycznej ekspresji. Tutaj słowa się kończą, a powyższy tekst można potraktować tylko jako anons Tego, co Mistyczne.          

 
Ronaldo Companoca, El viaje de la Luna, 200x150cm.   

 

 

12 Comments

  1. tomasz.zmuda

    Trochę rozczarowujące. Na

    Trochę rozczarowujące. Na początku tekstu piszesz, że zajmiesz się próbą interpretacji alegorii zawartych w Piśmie Świętym, tymczasem reszta tekstu jest analizą dorobku filozofów z poprzednich dwóch wieków przy zerowym udziale Pisma.

    Jeszcze jedna uwaga – do mistyczności podchodzisz z pozycji filozoficznych bliższych buddyzmowi czy hinduizmowi, które to co pozazmysłowe rozumieją panteistycznie, szukają tego w świecie. Tymczasem chrześcijanie mistykę uważają za drogę poznania Tego, który jest transedentny i jest poza światem (z Niego świat bierze swój początek) i jednocześnie w świecie się objawia.

     
    Odpowiedz
  2. ahasver

    Chrześcijaństwo, filozofia, buddyzm.

    Filozofowie, których tezy poruszyłem bazowali na dorobku myśli chrześcijańskiej; nie trzeba bez przerwy cytować Pisma Świętego, aby znaleźć symboliczne analogie do mistyki Pisma. Próbuję dokonać interpretacji Chrześcijaństwa bez bezpośredniego odniesienia do Pisma Świętego. Uważam, że tego rodzaju "dywersja" ma swoje uzasadnienie, ponieważ coraz częsciej mamy do czynienia ze zniechęceniem do treści Chrześcijaństwa nie dlatego, że jest niesłuszna, lecz dlatego, że ludzie mają już serdecznie dosyć kaznodziejów klepiących Pismo bez zrozumienia.

    Wstęp informujący czytelnika o podjęciu przeze mnie analizy myśli chrześcijańskiej dotyczy również późniejszych tekstów, które – mam nadzieję – powstaną. Inną sprawą jest, że nie dopatruję się różnic pomiędzy mistyką buddyjską i mistyką chrześcijańską, ponieważ takowe nie istnieją; jest albo jedna mistyka albo mistyki nie ma wcale. Chrześcijaństwo i buddyzm nie są potrzebne, aby kontynuować swoje mistyczne intuicje. Każda religia jest drabiną, którą możemy odstawić po osiągnięciu pewnego pułapu mistycznego oświecenia. Jeśłi tego nie czynimy, pozostajemy niewolnikami ideologii, a nie prawdziwie religijnymi ludźmi; religia w swoim najwyższym stadium, w mietycznej unifikacji znosi samą siebie. Buddyjską Pustkę i Osobowego Boga Chrześcijan można porównać. Warunkiem byłoby odrzucenie wizerunku Boga-Osoba jako dziadka z brodą chadzającego po chmurach, a także pozbycie się uprzedzeń do buddyjskiej pustki, która pustką w znaczeniu europejskiej filozofii nie jest. Mam nadzieję kiedyś bardziej rozjaśnić tą intuicję.Buddyzm i Hinduizm nie mają niczego wspólnego z panteizmem, ponieważ podstawową intuicją buddyzmu jest oczyszczenie duszy z cyklu karmicznego, będącego rezultatem zanurzenia w świecie. Nibbana (nirvana) jest stanem absolutnej transcendencji. Chrześcijaństwo jest wśród tych religii najbardziej panteistyczne; Chrystus jest przecież wcieleniem Boga, Bogiem, a zarazem materialnym, cielesnym człowiekiem. Jedno z jego imion to Pantokrator, władca świata, a akt zbawienia ma wymiar kosmiczny, czyli zbawia i podosi materię do rangi boskiego stworzenia. Walka z panteizmem to brzemię inkwizycyjnej ascezy. Prawosławni filozofowie tacy jak m.in. Paul Evdokimov proponują termin "panteizm" zastąpić terminem panenteizm, oznaczający obecnośc Boga w przyrodzie, ale zarazem przekraczanie przez niego przyrody. Przyroda to przedsionek nieskończoności, a wszelkie pogańskie religie naturalne to intuicyjny wstęp do pełni, która rozkwitła w Chrześcijaństwie.

    Chrystus uważa siebie za zbawcze medium. Nie wskazuje jednak na siebie jako na jedyność, ponieważ istotą religii chrześcijańskiej jest jej pluralność. Chrystus w ogóle nie narzuca swojej postaci jako konieczności, ponieważ powróci i powraca w wielu postaciach; "Jam jest, który jest", mówi, co może oznaczać: "Nieważne jak mnie nazwiesz, mam wiele imion". Nakazuje tylko szanować Ducha Świętego. Myślę, że Duch Święty w mniej lub bardziej chrześcijańskiej postaci obecny jest w każdej religii świata. I właśnie o taki filozoficzny, ponadreligijny uniwersalizm mi chodziło; bazuje on na religii chrześcijańskiej, niemniej równie dobrze mógłby sugerować Islam, Buddyzm czy inne religie równie doskonałe i oświecone jak Chrześcijaństwo.

    Pozdrawiam 🙂

    – Bartosz.

     
    Odpowiedz
  3. tomasz.zmuda

    Imię Boga

    Chrześcijanie imię Boga "Jam jest, który jest" tłumaczą w duchu św. Tomasza. Rozumiemy to w ten sposób, że Bóg jest czystym istnieniem, czyli jego istotą jest istnienie. Tym samym jest on przyczyną wszelkiego istnienia, przenika wszelkie istniejące byty, ale się nimi nie staje. Dlatego chrześcijańscy mistycy kontemplują ślady Boga w bytach tego świata lecz nie kontemplują samych bytów. W Piśmie jest zapisane, że Chrystus jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem. W innym miejscu, że jest Słowem, które wyszło od Boga, dlatego właściwą drogą interpretacji Pisma (Słowa) jest w swych rozważaniach od Pisma wychodzić i do Pisma wracać. Spróbuj w ten sposób, mam nadzieję, że ułatwi ci to sprawę.

    Piszesz, że uzasadnione jest interpretowanie pisma na podstawie przemyśleń filozofów chrześcijańskich, którzy opierali się na Piśmie, jednocześnie sam bezpośrednio do Pisma się nie odwołujesz.. To tak jakby krytyk filmowy pisał recenzję filmu na podstawie przeczytanych recenzji swoich kolegów, sam filmu nie oglądając.

    Nie zgodzę sie, że zniechęcenie do chrześcijaństwa jest wynikiem klepania formułek z Pisma bez zrozumienia. Kaznodzieje klepią formułki katechizmowe bez zrozumienia. NIestety jest bardzo mało kapłanów opierających swe nauczanie na Piśmie. Moim zdaniem lekarstwem na tę chorobę jest powrót do źródła czyli właśnie Pisma.

     
    Odpowiedz
  4. modem1990

    @Bartosz

    Też myślę, że kaznodzieje za mało opierają się właśnie na Piśmie, a zbyt dużą wagę przywiązują do katechizmu, nauczania itd… 🙂

    Tekst trudny ale nawet taki filozoficzny matoł jak ja może też coś tam znaleźć… Choć jestem bardziej skłonny powiedzieć, że Bóg jest obecny we wszystkim w naturze, stworzeniach, ludziach itd ale należy pilnować tego by nie skupiać sie na samym pięknie np stworzenia i nie kontemplować go jako Bóstwa tylko to Bóstwo jakby wyciągać i dostrzegać w tych istotach.

    Takie moje małe wtrącenie 🙂
    Pozdrawiam

    Wojtek

     
    Odpowiedz
  5. ahasver

    @Wojtek @Tomasz

    @ Wojtek: kontemplacja Natury rzadko prowadzi do zatrzymania się na Niej takiej, jaką ją widzimy. Przyroda zaczyna objawiać się w jaśniejszym świetle jako To, co Mistyczne. Wszystko, co widzimy wokół jest przedsionkiem tego, czym to coś w istocie jest: Jest tym, co jest mistyczne. Co bardziej wnikliwi zaczynają dostrzegać mistykę w samym widzeniu. Każdy fenomen zgłębiany z afirmacją czy jakąś empatią prowadzi do Transcendencji. Oczywiście masz rację, że obserwacja świata nie może zatrzymać się na jej estetycznej "powłoce" – wówczas właściwie nie zasługuje na miano obserwacji. Nie obawiam się jednak o to, ponieważ dzieła przyrody są na tyle piękne, że tylko człowiek mało wrażliwy nie ulegnie ostatecznemu zachwytowi, prowadzącemu ku Transcendencji. Właśnie o to chodzi, aby ulec zachwytowi. Nie ma w tym żadnej "filozoficznej głębi", to tylko ludzie komplikują sobie prosty zachwyt nad Przyrodą – taki jak u małego dziecka. Celem filozofii jest tylko w bardzo skomplikowanym przez intelekt świecie ów intelekt za pomocą jego własnych środków oswoić i ukazać, że więcej głębi i mądrości tkwi w prostocie niż w skomplikowanym abstahowaniu od świata.

    Moim zdaniem jednak nie należy zastanawiać się, czy Transcendencja jest w przyrodzie, czy jej nie ma, ponieważ zazwyczaj wtedy właśnie ta transcendencja nam ucieka. Ona jest. Stoisz przed dajmy na to Babią Górą i myślisz: Ale wspaniała góra! To własnie jest mistyka: Pozwolić górze zadziałać na siebie, poczuć jej majestat, piękno, grozę, cokolwiek, po prostu poczuć, a nie "próbować dopatrzeć się czegoś więcej": To "coś" tam jest! Powinniśmy tylko uczyć się z pokorą obserwować Naturę, wobec której człowiek jest maluczki i bezmocny. Zgodzę się z Tobą, że Ten, którego nazywasz Bogiem, jest obecny w każdym stworzeniu, w każdym Ciele Niebieskim i w każdym kwarku. Jest to zgodne z nauczaniem o Wcieleniu. Ta obecność jednak narzuca się sama, nie musimy o nią dbać. Dbajmy raczej o umiejętność czystego i pozbawionego własnego interesu patrzenia na Przyrodę, dbajmy mniej o myślenie pośród przyrody, a bardziej o czysty, "naiwny" (a tak naprawdę bardzo mądry) zachwyt nad Nią. Wówczas Ona sama zacznie emanować na na czymś mistycznym. Pokora wobec Przyrody jest bardzo ważna.

    @ Tomasz: Czytam Pismo Święte i na nim opierałem w tekście swoje przemyślenia. Przede wszystkim to włąśnie zgodność nauczania przywoływanych przeze mnie filozofów z Pismem Świętym uwględniałem, zatem zarzut przywoływania filmu bez jego obejrzenia nie jest słuszny. Nie muszę jednak cytować Pisma Świętego, aby się do Niego odwoływać. Założyłem, że umieszczę tekst w portalu dla ludzi mniej lub więcej, ale jakoś tam znających Pismo Święte. Gdybym pisał ów tekst do portalu dla Indian Hopi, wówczas pewnie bym cytował. Czynię tutaj podobnie jak czyni chrześcijanin spełniający swoją duchową powinność np. w pracy – dajmy na to mechanika samochodowego: Mechanik nie musi przy każdym obrocie klucza powtarzać koronki do Pani Jasnogórskiej czy klepać różańca przed zalaniem skrzyni olejem i po. Wystarczy, że w każdym swoim najdrobniejszym czynie widzi on odniesienie do Transcendencji lub po prostu traktuje swoją pracę jako coś, co dał mu Bóg i czuje się odpowiedzialny za to, żeby ktoś przez niego nie rozwalił się na drzewie. Bardziej to święte niż namaszczanie wszystkiego świętymi olejkami. Każdy zawsze jest pobożny na swój sposób, nawet Ateista. Pismo Święte ma wiele imion, podobnie jak Jezus. I każde z tych imion oznacza Alfę i Omegę.

    Filozofia Tomasza z Akwinu wywarła spory wpływ na dzieje recepcji arystoteleizmu. Na wielu kierunkach filozoficznych wspomina się o nim jednak co najwyżej na jednym, dwóch, trzech wykładach. W Polsce Tomasz pozostaje domeną KUL’u, którego absolwentem nie jestem. Tak więc na Tomaszu z Akwinu nie znam się za bardzo, choć pamiętam, że oprócz tego, że zmarł z obżarstwa, płeć piękną nazwał workiem gnoju i został świętym, tak jak z resztą wielu bogatych i wpływowych łotrów pewnej instytucji, rzeczywiście odróżnił istotę i istnienie, tożsame tylko w Bycie Najdoskonalszym. Dla mnie jednak ów Pierwszy Poruszyciel, którego arystotelesowską koncepcje Akwinanta rozwija w opozycji do dominującego przed Nim chrześcijańskiego neoplatonizmu jest tylko pewną zasadą metafizyczną i metaforą na oznaczenie naturalnej sprawczości, a nie bytem transcendentnym. Summa Theologica Tomasza zawiera wiele wspaniałych interpretacji np. idei wcielenia. Wyprzedzają one swój czas, nie przystają za bardzo do średniowiecznej mentaności i są nacechowane intuicyjna jasnością. Jeśli jednak istnienia Boga się dowodzi, jest to bóg filozofów albo złoty cielec, w każdy bądź razie konstrukt człowieka, a nie Ten, o Którym możemy tylko zamilknąć, wskazując Nań albo czytając Pismo Święte czy inne Upaniszady. Możemy wskazywać na obecność Boga, poszukiwać Jego śladów w przyrodzie, ale nie dowodzić. 

    Spinoza, Pascal, których czytam z rozkoszą za styl, podobnie mistyczny Augustyn, którego uwielbiam za to, że nie patyczkował się z sobą i sam nazwał siebie nikczemnym grzesznikiem to filozofowie mniej scholastyczni, a mimo to w ich swoistej gnozie więcej jest mistyki, tego Boga, którego odczuwam jako prawdziwego, a mianowicie umykającego przed poznaniem, choć przejawiającego całe spektrum swoich epifanii w świecie. Zwłaszcza Augustyn: Coś pięknego. Filozofia jednak nie jest tylko teorią. Jest również życiem. Nawet najbardziej intelektualna filozofia analityczna, nawet współczesna filozofia-kognitywistyka nie jest filozofią, jeśli nie pozostaje przy tym na swój sposób egzystencjalną, czyli odniesioną do konkretnych przypadków w realnym życiu człowieka. Mówi się, że filozofem jest każdy i że w gruncie rzeczy nie trzeba się za bardzo filozofią przejmować, że każdy z filozofów mówił coś "mniej-więcej", że dopatrywanie się w niej absolutnej ścisłości pojęciowej i matamatycznej precyzji jest nieracjonalne, że właściwie to filozofii nie trzeba studiować na uniwersytecie, żeby być filozofem. I pomimo, że ukończyłem kierunek filozoficzny, zupełnie się z tym zgodzę. Najważniejszym czynnikiem w filozofii każdego żyjącego człowieka jest zgodność tego, co mówi, z jego własnym doświadczeniem, z jego życiem i z postępowaniem. Właśnie dlatego filozofia jest trudna, a nie dlatego, że w dzisiejszych zwłąszcza czasach za bardzo się przeintelektualizowała. Dlatego jeśli filozof naucza czegoś innego niż na to wskazuje jego żywot, wówczas nawet jako doktor anielski może być nauczycielem doktryny, ale niekoniecznie filozofem. Być może to tylko uprzedzenie, którego nauczyła mnie większość moich wykładowców, ale przyznam szczerze, że nie pałam sympatią do Akwinanty i wolę przemilczeć jego nauczanie, choć absolutnie przyznaję, że był wielkim myślicielem. Być może kiedyś zmienię zdanie, może dojrzeję do anielskiego doktora, póki co jednak czuję lekki niesmak i przyznaję szczerze: NIE ZNAM SIĘ.

    Odnośnie powrotu do źródła, czyli Pisma: Nie wiem, czy możliwe byłoby jego zrozumienie bez żadnych interpretacji, bez kontekstualizacji we współczesności, bez odniesienia do jego interpretatorów, ewentualnie bez przykładów jego słuszności we własnym życiu. Przyczyniłoby się to chyba do zbrodni na Piśmie Świętym, do jego wypaczenia przez bezpośrednie rozumienie zawartych w Piśmie alegorii. Z resztą niealegoryczny odczyt Pisma Świętego prowadzi do samych sprzeczności i więcej z niego mentliku niż docierającego do "maluczkich" oświecenia. Chociażby różnica w koncepcji Boga pomiędzy Starym Testamentem i Nowym Testamentem wskazuje na konieczność interpretacji. Jeśli różnicy takowej nie odczytamy jako metafory ewolucji ludzkiej religijności, jesteśmy skazani na kompletną zmianę dotychczasowego pojmowania Boga jako doskonałego, a więc niezmiennego, na koncepcję Boga ewoluującego, zatem zmiennego. Z resztą obie koncepcje są tylko ludzkimi wyobrażeniami. Całkiem z resztą możliwe, że są to słuszne intuicje. Nie wiem, być może dowiem się poza śmiercią, a może już poza śmiercią to wiem, tylko jeszcze nie rozjaśniłem…Nie wiem… Kto wie?

    Poza tym są jeszcze inne Święte Księgi i "powracając do źródeł" na tej samej zasadzie, na jakiej pseudoekolodzy postulują powrót człowieka do jaskini, pozbawilibyśmy siebie możliwości uczestnictwa w wielości Boskich epifanii w różnych religiach świata i możliwości porównania Pisma do pozostałych Ksiąg. Pismo to przecież nie Meinkampf, a postulowanie jego "jedynej jedyności" przypomina co najwyżej "oczywistą oczywistość" człowieka, dla którego ważniejsza od Polski jest katastrofa smoleńska i jedyna słuszna racja przeciwko samym wrogom wokół, którzy osaczają tzw. "prawdziwych polaków" – przepraszam za porównanie, nikogo nie chciałem urazić.

    Religia nie jest ideologią. Cechą ideologii jest jej samopostulowanie siebie jako jedynej prawdy, a cechą religii – nieskończona otwartość na bogactwo przejawów Transcendencji nawet wtedy, kiedy wydawałoby się nam, że są niezgodne z naszym Jej pojmowaniem.

    Pozdrawiam Was 🙂

     
    Odpowiedz
  6. tomasz.zmuda

    fair enough

    Moja prośba o cytowanie Pisma wynika z prozaicznego powodu, że nie jestem tak biegłym filozofem jak ty, mogę nawet zaryzykować, że wcale nie jestem biegły w tej materii. Nie jest dla mnie oczywistością jak dla ciebie, że niektóre stwierdzenia filozofów, na których się opierałeś mają swoje oparcie w Piśmie, dlatego prośba abyś jednak robił odnośniki do Pisma. Dla czytelników Tezeusza będzie to po prostu dużym ułatwieniem.

    Co do Tomasz z Akwinu, to niestety jest bardzo mocno niedoceniany tak w środowisku świeckim jak i kościelnym (sic!). Niestety przez wieki jego myśl została mocno wykrzywiona, aby można było ją skroić do katolickiej doktryny, zwłaszcza doktryny kontrreformacyjnej. Na nowo Akwinatę dla chrześcijaństwa przywróciły szkoły neotomistyczne, a zwłaszcza Jacques Maritain. Ja jestem nim osobiście zafascynowany. Powstało wiele nieporozumien, pomówień i przekręceń jego myśli. Przykład: Tomasz nie ułożył "dowodów" (ratio) na istnienie Boga, jak zwykło się przyjmować, lecz swoje przemyślenia nazwał "drogami" (via) do poznania Boga. Podobnie pochopnie wyciąga się wnioski z jego pracy dla Świętego Oficjum, które za jego życia było niewinną instytucją zajmującą się doktryną katolicką, nie mającą wiele wspólnego z późniejszą krwiożerczą Inkwizycją z choćby XIV wieku. Zresztą po jego śmierci jego własne pisma zostały uznane za heretyckie i oficjalnie potępione. Musiało minąć kilka dekad zanim jego myśl filozoficzna i teologiczna została przywrócona do łask. A następnie niestety wykoślawiona przez późną stetryczała scholastykę.

    Neoplatonizm augustynśki dla mnie osobiście jest połową drogi w myśli chrześcijańskiej, podobnie jak platonizm wobec arystotelizmu w myśli klasycznej. Nie odnajduję się w augustyńskiej iluminacjach i uzależnianiu naszego poznania od łaski. Mam swoją prywatną koncepcję łaski, która mówi, że łaska jest wspólne działanie Boga i człowieka, prowadzące ku zacieśnieniu wspólnej relacji ich obojga. W związku z tym strasznie mnie irytuje powiedzenie, że ktoś nie otrzymał łaski wiary. Tak jak pisałeś, Bóg objawia się wokół nas, w przyrodzie, drugim człowieku, więc odblaski łaski wiary są obecne także wszędzie wokół nas, trzeba chcieć tylko je zobaczyć, chcieć szukać. Wielką radością jest dla mnie spotkanie człowieka, który szuka, bardzo wiele się od niego wtedy uczę.

    Tak, masz rację pisząc, że Pismo trzeba interpretować, nie można go czytać/przyjmować na sucho. Dlatego studia nad Pismem są bardzo żmudne i trudne, ale jednocześnie przynoszące wielką radość. Książką, którą teraz czytam jest studium nad teologią Nowego Testamentu. jestem zaskoczony jak w Nowym Testamencie jest wiele niuansów i odnośników do pism Starego Testamentu. Tam (w NT) prawie każde wydarzenie ma swoje zakotwiczenie w pismach Starego Zakonu. Musimy pamiętać, że ewangelie spisywali Żydzi i pisali je albo do Żydów (judeochrześcijan), albo w opozycji do Żydów (pozostających przy wierze przodków). Teologię Starego Testamentu można zrozumieć  tylko poprzez pryzmat Noego Testamentu. Dlatego jeśli chce się poznać myśl chrześcijańską błędem jest zaczynać studia nad Pismem od Starego Testamentu. Jeśli zaczniem od ST to poznamy myśl judaistyczną.

    Pod ostatniem akapitem w twoim poprzednim komentarzu (Religia nie jest ideologią… etc.) podpisuję się wszystkimi kończynami.

     
    Odpowiedz
  7. elik

    Przestroga!

    "Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie" [Kol 2,8].

     
    Odpowiedz
  8. tomasz.zmuda

    Re: Przestroga

    biada w takim bądź razie wszystkim filozofom – nie wyłączająć błogosławionego Jana Pawła II – uznanego przedstawiciela filozofii dialogu.

     
    Odpowiedz
  9. ahasver

    @ Tomasz

    Przemyślę sugestię cytowania Pisma Świętego. Jest w tym sporo racji. Co prawda brak cytatów był tutaj zabiegiem, ale kto wie, czy może następnym razem uda mi się połączyć pewne interpretacje z bezpośrednim odniesieniem do tekstów źródłowych. W przypadku tego tekstu pomyślałem sobie, że podobne intuicje przedstawię w nieco innym języku. Taka "droga pośrednia". W przyszłości chciałbym inspirować ludzi, którzy zwątpli, a którzy czują awersję do prawd zawartych w przekazie Pisma. Uważam, że stopień uprzedzenia może być tak wielki – co znam z resztą z autopsji – że nawet najgłębsze i najbardziej prawdziwe treści mogą zostać odrzucone tylko dlatego, że pochodzą z "jakiejś tam religijnej książki". Uważam, że taka jest misja filozofów – przekaz uniwersalnych prawd i przekonanie do nich ludzi. I dopiero na końcu ujawnienie inspiracji… Albo doprowadzenie do tego, że ludzie sami je odkryją…

    Mnie do Pisma Świętego doprowadziła filozofia, przyroda i muzyka oraz … upadek. W pewnym momencie, jako zniszczony rock’n’rollowiec spojrzałem w lustro i stwierdziłem, że zmarnowałem swoje życie. Przypomniałem sobie siebie jako małego chłopca. Zrobiło mi się go szkoda. Odczułem tak głęboki żal, że zmieniło to diametralnie moje spojrzenie na świat. Postanowiłem dać temu chłopcu następną szansę, ponieważ stwierdziłem, że on ciągle żyje, tylko gdzieś go zgubiłem… Odstawiłem wówczas używki. Nie było to łatwe, wiele razy przegrywałem i do teraz nie jestem święty, ale nie ma już takiego forsowania się jak kiedyś. W filozofii zacząłem poszukiwać głębszych treści, a nie tylko umiejętności retorycznych służących wybrnięciu ze swojego każdorazowego relatywizmu. Już jako mały chłopiec pokochałem przyrodę. Wyjechałem więc znów w góry do chaty, aby spotkać w lesie nie tylko wilki, ale i małego chłopca, którego gdzieś zgubiłem… Całą zimę w środku górskiego lasu przeżywałem jakieś mistyczne katharsis, może pokutę. Miałem jakieś oszczędności na jedzenie – zakupy raz na miesiąc. Drewno z lasu, woda ze studni, wychodek, codzienne odśnieżanie i rąbanie drewna. Skowyt wilków w oddali. W końcu eksplozja wiosny. Chłopiec chyba się odnalazł…

    Nie jestem bardziej biegły w filozofii – na to człowiek może pracować przez całe życie. W ostateczności filozof stwierdzi, że jedyne, co wie, to to, że tak naprawdę niczego nie wie – co znamy od Sokratesa 🙂 Biegłość w filozofii uzyskuje się niekoniecznie studiując filozofię. Błędem z reszta jest zapisywanie w poczet profesji albo dziedzin nauki umiłowania mądrości. Biegłość uzyskuje się wraz z doświadczeniem, wraz ze stosowaniem swojej własnej filozofii w życiu. Nie ma się więc czym "przejmować". Z resztą filozofia zaczyna się wówczas, kiedy człowiek zaczyna wybierać z niej naprawdę istotne dla egzystencji wątki, a resztę traktuje z dystansem, żeby nie powiedzieć – z przymrużeniem oka.

    Mniej jest powagi i patosu w filozofii niż to wydaje się ludziom, którzy jej nie studiowali. Sam kończę pisać rozprawę dr, niemniej w ramach hobby, pasji – zwał jak zwał. Nie wiążę swojej przyszłości z filozofią w sensie akademickim. Myślę najwyżej o założeniu koła filozoficznego w kilku szkołach, takiego za darmo, dla idei, a może na złośc ludziom, którzy chcą na tym zarobić kasę 😉 Muszę tylko wygospodarować w ciągu dnia czas – póki co mam dużo pracy… Gdybym miał uczyć na uniwersytecie, niestety miałbym obawy co do czystości etycznej takiej sytuacji – tysiące ludzi bez perspektyw, którzy po ukończeniu studiów myślą, że Pana Boga za nogi złapali, a potem nagle rzeczywistość odcina im skrzydła… Nie mają czasu na myślenie, cała ich dotychczasowa filozofia upada w momencie, kiedy jako wrażliwe, inteligentne jednostki muszą kopać rowy, zamiatać ulice, pracować przy wycince drzew w lesie… Żadna praca nie hańbi, ale zderzenie oczekiwań z rzeczywistością często bardzo upokarza. Szczerze mówiąc to tak, jakby tych studiów w ogóle nie było… Dopiero wówczas zaczyna się rodzić – naprawdę w ogromnych egzystencjalnych, mentalnych, finansowych i ambicjonalnych męczarniach! – prawdziwa filozofia… Nie na uniwersytecie… Zacząłem inne studia, mam nadzieję, że uda mi się zostać inżynierem 😀 Przede mną jeszcze długa droga. Mam taką nadzieję…

    Karol Wojtyła był nie tylko zdolnym przedstawicielem filozofii personalistycznej i filozofii dialogu. Jego analizy bazowały w dużej mierze na fenomenologii, co wpływa na psyche; o ile są bardziej precyzyjne, analityczne i logiczne metody filozofowania – czasem podciągnięte do granic absurdu – to fenomenologia wymaga szczytowej formy intelektu, maksymalnej finezji, której nie można porównać wyłącznie z intelektualną wprawą: Jest to bardziej postawa duchowa. Zanim Karola Wojtyłę pochłonęły obowiązki wynikające z piastowania ważnej funkcji Papieża, współpracował m.in. z wybitnym polskim filozofem, co prawda dla niektórych kontrowersyjnym, ale jednak – z J. Tischnerem. Wydaje mi się, że postawa otwartości na świat i znaczne zmiany w kościelnej mentalności, do jakich doszło za czasów JP II wynikają m.in. z tego, że filozofia pozwalała mu rozbić skostniałe reguły dogmatu i wcale nie przeciwstawiając się jego treści, odnaleźć inny, bardziej ludzki wymiar. Zdecydowanie wolałem JP II od B16 😉

    Lekturę J. Maritaina jak najbardziej popieram. Dla mnie również jest on jednym z najwybitniejszych przedstawicieli tego nurtu i lubię jego pisma. Świetną, alegoryczną filozofię, za którą dostawała cięgi od swojego mistrza Edmunda Husserla, tworzyła Edyta Stein. Polecam wszystkie Jej dojrzałe pisma, w których łączy fenomenologiczne wczucie z dość nietypowymi interpretacjami prawd wiary. Robiła to w oryginalny, indywidualny sposób, o dziwo nie kłócący się z oficjalnie przyjętymi doktrynami. Można wymieniać, ale nie o bibliografie tutaj chodzi. Edyta Stein była mistyczką. Niektórzy spośród filozofów przez to właśnie biorą Jej pisma w nawias. A ja zawsze będę każdemu polecał.

    Z tą łaską muszę sobie kwestię dokładniej przemyśleć. Kiedys myślałem, że nie otrzymałem łaski wiary i tyle… Być może masz Tomaszu rację w tym, że jest to relacja dialogiczna, Twoja intuicja da mi dziś dużo do myślenia.

    Daleka jeszcze droga, bardzo daleka… Ciężka, żmudna, często wycieńczająca… Dużo jeszcze zwątpień. Ileż już duchowych przepraw miałem… Nie zliczę… Kiedy porównuję sobie To, co Mistyczne z bluesem, lubię słuchać Nalepy. Życie jest jak blues. O tak.

    http://www.youtube.com/watch?v=MpUopPfXdYA

    Pozdrawiam.

    🙂

     
    Odpowiedz
  10. elik

    Dla kogo przestroga, a komu biada?…..

    Czy bł. Jan Paweł II i inni wielcy, prawi i sprawiedliwi ludzie zawsze pełni pokory i wdzięczności (względem Boga), oraz nie pozbawieni wolności (ducha), także dostatecznie świadomi istniejących zgrożeń – niebezpieczeństw błędów i dzielnie trwający w zjednoczeniu z Nim –  wg. Ciebie zasługują na taką konkluzję?……….

    Przestroga, dla tych co nie są w pełni świadomi istniejących zgrożeń, oraz zbyt skłonni nie tylko poznawać i tolerować, lecz również uznawać i akceptować błędne nauczanie, bądź nadinterpretacje Słowa Bożego, w tym oszukańcze mędrkowanie (filozofowanie), a biada tym, co są pozbawieni wolności (ducha), przez owo oszukańcze mędrkowanie, oparte nie na Chrystusie, ale jedynie na wymysłach ludzkich…..

    Szczęść Boże!

     

     
    Odpowiedz
  11. tomasz.zmuda

    pytaj siebie

    Jan Paweł II był filozofem, filozofię wykładał na KULu, skoro uważasz cytując wyrwany z kontekstu cytat z listu Pawłowego, że wszelkie filozofowanie jest zgubne, to zgubne było także dla papieża Polaka. Skoro tak było to czemu Kościół wyniósł go na ołtarze? Podobnie jak św. Edytę Stein, św. Tomasza z Akwinu, św. Augustyna i wielu innych filozofów.  Ostatni komentarz powinieneś zadać sobie w formie pytanie i dobrze się nad nim zastanowić zamiast wtrynżalać się bez potrzeby i bez związku z głównym wątkiem w czyjeś dyskusję. Proszę o odrobinę szacunku i pomyślunku.

     
    Odpowiedz
  12. ahasver

    Filozofia i „Coś Więcej”.

    Panie Zbigniewie, moim skromnym zdaniem ów cytat z Pisma  nie dotyczy filozofii jako narzędzia, dzięki któremu człowiek może krytycznie odróżnić autentyczną wiarę w Boga od ideologii, czyli takich systemów myślowych, w których najwyższe wartości są podporządkowane czyjemuś partykularnemu celowi, tylko zamknięcia się w filozofii dla samej filozofii albo potraktowania filozofii jako czegoś, co zastępuje człowiekowi mistykę (transcendencję czy religię).

    Cytat ów miał dowieść, że jest Coś Więcej niż rozwiązania, na które wskazuje filozofia. Nie jest to negacja filozofii i filozofowania, tylko negacja zastąpienia filozofią wiary albo zamknięcia się w samej filozofii. Trzeba uwzględnić czasy, w których słowa te zostały wypowiedziane i spisane. Rzeczywiście były to czasy, w których filozofowie poszukiwali wyjaśnienia wszystkiego w swoich systemach, niejednoktrotnie popełniali błąd pychy rozumu i tak naprawdę nie znali jeszcze światła wiary.

    Tak samo jak w filozofii, tak nie można zamknąć się np. w sztuce dla sztuki: Celem sztuki jest ukazywanie piękna, brzydoty, ekspresja uczuć, przedstawienie pewnych myśli za pomocą symboli sztuki. Sztuka dla sztuki jest pusta i godna potępienia. Podobnie jest z filozofią dla filozofii. Niech mi Pan uwierzy, że dla mnie filozofia stała się tylko drabiną, dzięki której powolutku zaczynam dojrzewać do Pisma Świętego. Filozofia jest dla mnie tylko narzędziem, tak jak była dla Św. Augustyna, Św. Tomasza, Edyty Stein, Jana Pawła II czy Benedykta XVI, który przecież też jest filozofem.

    Cytat, którego Pan użył jest jak najbardziej słuszny, ale jego znaczeniem jest zniewolenie przez filozofię, czyli zamknięcie się w obrębie niej samej, a nie traktowania filozofii jako narzędzia, np. do rozjaśniania jakże skomplikowanych, ludzkich myśli. Skoro już przez grzech – w tym przez grzeszną filozofię (jest grzeszna filozofia i jest filozofia święta: Przecież Chrystus musiał być wybitnym filozofem, skoro dokonał takich rzeczy) – człowiek zbudował ową sławną "Wieżę Babel", to za pomocą tych samych narzędzi, którymi ją zbudował, powinien ją zburzyć. Wie Pan, współczesna filozofia jest bardzo samokrytyczna, nie rości już sobie pretensji do bycia królową nauk, a jej celem jest nieraz wręcz "zamknięcie" samej siebie. Filozofia jest zestawem narzędzi myślowych, niczym więcej.

    Każdy z nas ma przecież jakąś filozofię, czyli jakąś etykę, światopogląd polityczny, jakiekolwiek przekonania o naturze świata – to już jest filozofia i jest filozofią, a nie ideologią, jeśli jest autentyczna i wypływa prosto z serca. Ważne, żeby się w niej nie zamknąć i traktować jako "lornetkę wypatrującą nieba". Wówczas wszystko jest w porządku. Można filozofii użyć w złym lub w dobrym celu – tak jak słynnego noża w przenośni Platona można użyć do zabicia człowieka, ale na codzień służy dobrze – do krojenia chleba.

    Proszę mi uwierzyć, że skoro ostatnie słowa napisanego przeze mnie tekstu wskazują na "Coś Więcej", na "To, co Mistyczne", ponieważ sam twierdzę, że przed obliczem Światłości filozofia powinna już zamilknąć, to naprawdę traktuję ją jedynie jako pomocne narzędzie w drodze do wiary. Przyznaję szczerze, że miałem – daleko wcześniej niż czas, odkąd zna mnie Pan z Tezeusza – i nadal mam problemy z wiarą, niemniej jestem w drodze. Od tych kilku lat bardzo wiele w moim sposobie myślenia się zmieniło. Stło się to pod wpływem wielu czynników. Nie jestem człowiekiem o tak ugruntowanym światopoglądzie jak Pan, a to choćby z tej przyczyny, że ciągle dojrzewam, a Pan już swoje w życiu przeżył. W moim przypadku nawrócenie to bardzo trudna droga i żmudny proces. A wie Pan jak to jest z ludźmi: Jedni wierzą w Boga od urodzenia, inni doznają nagłego nawrócenia przez momentalne oświecenie, a pozostali nawracają się bardzo powoli.

    Jestem przekonany o słuszności wiary, o głębi, pięknie i prawdziwości Pisma Świętego. Mam tylko problem z wiarą i nie jest to ani moja wina, ani w ogóle nie jest to niczyja wina. Jestem po prostu "w drodze" tak jak w drodze jest każdy człowiek wychodzący z okresu młodzieńczego buntu. Staram się zrozumieć to wszystko, staram się uwierzyć, ponieważ ufam najbardziej wybitnym umysłom świata, takim jak choćby Pascal, Immanuel Kant czy Albert Einstein. Ludzie Ci wierzyli w Boga, są dla mnie wielkimi autorytetami i staram się nadążać za ich myślą, ponieważ w niezwykły sposób interpretują i przybliżają mi znaczenie wielu przypowieści z Pisma.

    Urodziłem się z dużym niezrozumieniem Pisma i należę do tych ludzi, którzy muszą znaleźć jakieś objaśnienie – tak już mam, nawet więc jeśli uzna to Pan za wadę, to zgodzę się z Panem – zdecydowanie wolałbym urodzić się bez żadnych wątpliwości. Jedni jednak rodzą się zdrowi na umyśle, inni trochę mniej – albo po prostu mają bardziej "buńczuczną naturę" tak jak ja – i nikogo nie należy dyskryminować, za to każdemu dać szansę. Filozofia, ale również sztuka, nauka, muzyka i obserwacja przyrody oraz ludzkich zachowań bardzo mi w tym ostatnio pomagają. Taka jest moja droga i nic już na to nie poradzę, ponieważ człowiek nie zawsze ma wpływ na swoją drogą – większy wpływ ma Opatrzność.

    Myślę, że Opatrzność sama chciała, abym przechodził w życiu taką drogę, choćby po to, abym wyciągnął z tej lekcji jakąś nauczkę. Nie trzeba wcale jej negować, ponieważ w sumie lepsza jest taka droga niż jej zaniechanie i całkowite odrzucenie Pisma Świętego tylko dlatego, że jest ono dla mnie bardzo trudne do zrozumienia.  Ale to, że jest trudne do zrozumienia uważam za jego wielką zaletę. Gdyby było łatwe do zrozumienie, odłożyłbym na półkę, stweirdził "no dobra, przeczytałem" i już do niego nie wracał. Przez to, że zawiera niepojęte bogactwo, nie daje mi spokoju, intryguje mnie, wciąga… Jest ponadczasowe i niesamowicie uniwersalne. Jednym z zadań tej mądrej i szlachetnej filozofii jest jego obrona przed filozofią służącą manipulacji człowiekiem. Od jakiegoś czasu, przez który milczałem, znalazłem się po stronie filozofii, której celem jest ochrona ponadczasowych wartości. Myślę, że nie o taką filozofię chodziłoby dziś Św. Pawłowi.

    Zapewniam, że nie zamknąłem się w filozofii. Ciężko teraz pracuję w szczerze mówiąc byle jakiej pracy, ponieważ muszę opłacić rachunki, studia doktoranckie (które też nie są za darmo, bo otwarcie przewodu kosztuje 12 tys. zł), paliwo itd (a mój stary samochód niestety pali jak smok – nieekologicznie, ale niestety nie mam wyjścia, tutaj muszę czuć się trochę jak hipokryta). No i trzeba mi w końcu zdobyć solidną i w miarę dobrze płatną fuchę, bo całkiem możliwe, że kiedyś zdarzy się żona, dzieciaki… Co prawda jestem samotnikiem, ale z doświadczenia wiem, że życie zaskakuje człowieka. Nabrałem pokory, nie zamykam się więc w "mędrkowaniu" i po nauczce od życia wolę się przygotować, póki jeszcze starczy mi sił. Dzisiaj niestety wszystko strasznie dużo kosztuje, a z filozofii człowiek nie wyżyje – nawet wykładowcy cieńko przędą i się frustrują. Nie chcę powtórzyć ich losu, oj nie…

    Byłoby to nieodpowiedzialne z mojej strony, gdybym z wzajemnością się zakochał i nie mógł zapewnić kobiecie oparcia. Całkiem możliwe, że będę sam, no ale znam już życie na tyle dobrze, że wolę się "zabezpieczyć": Dlatego podjąłem się zdobywania jeszcze innych kompetencji, które wymagają kompletnie innego niż filozoficzne sposobu myślenia. Myśli Pan, że nie dostałem po studiach po dupie? Dostałem po dupie tak solidnie, że więcej nauczyłem się po studiach niż na studiach. Dlatego nie mędrkuję – aktualnie jest już tak, że filozofuję tylko wtedy, kiedy ma to odniesienie do skalistej, poszarpanej, niebezpiecznej grani życia.

     

    Pozdrawiam Pana serdecznie.

    Bartosz B.

     
    Odpowiedz

Odpowiedz na „modem1990Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code