Medykalizacja grzechu

 Żyjemy w czasach medykalizacji grzechu. To rezultat odejścia od Boga. Wyznanie grzechów zastąpiono… terapią. Spowiedź Bogu zastąpiono spowiedzią u psychoterapeuty. Grzesznik stał się pacjentem, ofiarą, nie zaś przestępcą Bożego Prawa. Jego rodzina nie jest ofiarą jego grzechu, ale pełnym zrozumienia gabinetem psychologicznym, wobec którego pacjent ma oczekiwania: "Wspieraj mnie!", "Chorych się tak nie traktuje!". Tożsamość nawróconego człowieka, którą ma w Chrystusie zastąpiono tożsamością opisującą jego grzeszną przeszłość lub powracające pokusy (np. "niepijący alkoholik", "nieoglądający pornografii seksoholik", "niezażywający narkotyków narkoman").


Homoseksualne współżycie, nadużywanie alkoholu, nałogowe oglądanie pornografii i masturbacja to w najgorszym wypadku zaburzenia i choroby, za które człowiek nie odpowiada, zaś w najlepszym – style życia, które nie powinny być poddawane wartościowaniu w pluralistycznym, nowoczesnym społeczeństwie. Co najwyżej wymagają odpowiedniej terapii, nie zaś wyznania grzechu i podjęcia walki o czystość w zgodzie z Bożym upodobaniem.

Skutkiem tego podejścia w wymiarze politycznym i prawnym jest przekonanie, że zadaniem państwa nie jest karanie m.in. seksualnych przestępców (pedofilia, gwałt), lecz leczenie i resocjalizowanie ich. Wszak ktoś, kto dopuszcza się takich czynów z pewnością jest człowiekiem o zaburzeniach psychicznych, nie zaś kimś niegodziwym i moralnie odpowiedzialnym za swoje etyczne wybory.

Ucieczka w medycynę to najpopularniejszy znieczulacz sumienia. Zwykle działa to w następujący sposób: "coś dzieje się z moim ciałem, więc nie jestem za to odpowiedzialny". Biblia naucza, że nawet medyczne lub genetyczne źródło problemu nie usprawiedliwia grzechu i nie czyni z człowieka bezwolnego, zaprogramowanego, bezwolnego zwierzęcia, które kieruje się w życiu instynktami.

ADHD, depresja i inne „cywilizacyjne choroby” współczesnego pokolenia – choć mogą mieć podłoże medyczne (choć radziłbym zachować dużą ostrożność ze zbyt łatwymi diagnozami), to w żadnym stopniu nie mogą być wymówką dla grzechu. I wsparcie dla takich osób nie polega na zwolnieniu ich z odpowiedzialności za moralne wybory lub medykalizacji ich grzechu, lecz na prowadzeniu we właściwą stronę jako tych, którzy są nosicielami Bożego obrazu, nie zaś ogniwami pośrednimi między formą człekokształtną, a zdrowym człowiekiem. Są koroną Bożego stworzenia obdarzonymi wolą i podlegają (jak każdy człowiek) Bożemu osądowi.

Wracając do silnych grzesznych skłonności sprzed nawrócenia: czy zerwanie z nimi jest trudne? Owszem. I każdy z nas ma inne wyzwania w tej kwestii. Dla jednego wyzwaniem będzie zerwanie z narkotykami, dla innego z alkoholem, z pornografią, z homoseksualnym współżyciem, z pozamałżeńskim współżyciem, z przeklinaniem, z nieopanowanym gniewem, z rozsiewaniem uprzedzeń wobec innych chrześcijan, z plotkarstwem… Niech pociechą dla nas będzie fakt, że Chrystus uczynił nas – którzy Jemu ufamy – wolnymi, zdolnymi do przezwyciężania pokus. Jednak musimy przestać uważać się za ofiary. To my złamaliśmy Boże Prawo. To my jesteśmy jego przestępcami. To za nasz grzech Święty cierpiał na krzyżu. To my powinniśmy prosić o łaskę przebaczenia i siłę do przezwyciężenia grzechu. Naszym szpitalem jest kościół, a lekarstwem na powyższe duchowe choroby – ewangelia.
 

13 Comments

  1. januszek73

    Miłosierdzie Boże.

    Mam, prawie zupełnie inne zdanie na podany temat, co jest poparte osobistym doświadczeniem.
    Sam zmagam się ze swoją grzesznością i niedoskonałością, ale moje doświadczenie w tym względzie przechodzi bardzo duży postęp. Przechodzę więc przez proces oczyszczania, który jest wspomagany przez Boże Miłosierdzie a to jest ZAWSZE, podkreślam zawsze dawane mi przez kapłana, który mnie rozgrzesza. No tak, ale jak to udowodnić ? No nie udowodnię, ale mogę jedynie podzielić się tym co przeżywam w czasie spowiedzi świętej. W czasie jej trwania i po niej przeżywam mocne tzw. „poruszenia duszy” i chociaż nie wszystkie są jeszcze uporządkowane, to w tych poruszeniach przemawia do mnie Bóg. Tak więc pomimo tego, że wypowiadam swoje grzechy spowiednikowi, to Bóg wysłuchuje moich grzechów i niedoskonałości i potem mi je odpuszcza, co przejawia się wewnętrznie i zewnętrznie. Spróbuję wyjaśnić, ale objawia się to: uspokojeniem wnętrza a więc: myśli, uczuć, pragnień. Po prostu po odbytej spowiedzi mam bardzo spokojne wnętrze. To wnętrze objawia się również na zewnątrz i dlatego również moje ciało jest: „lekkie”, „ekspresyjne” i oczywiście zdrowe. Tak więc wpływ spowiedzi jest niepodważalny i nikt mi tego nie podważy, chociaż już niejedni próbowali. Tak więc słyszałem np. takie wypowiedzi – „po co Ci to”, „co Ci to daje”, „co to zmienia”, „nie chodź do niego”, „zmień swojego spowiednika”. Wniosek nasuwa się jeden, a więc oprócz pozytywów spowiedzi pojawiają się w moim życiu wyraźne pokusy, które pochodzą od złego ducha, aby: przestać się spowiadać, zmienić spowiednika, przestać to robić regularnie, etc. etc.

    Mógłbym jeszcze wiele pisać o pozytywach spowiedzi świętej (tak świętej, bo spowiedź przywraca mi pierwotną czystość a więc świętość), mógłbym pisać o pozytywach, które również wpływają na moje zdrowie fizyczne i psychiczne, które są podobne do psychoterapii, chociaż to nie jest psychoterapia. Jednak pomimo wszystko widzę, że pisanie o tym pastorowi mija się z celem (chociaż to próbuję robić), ale jak przedstawić to co się dzieje – z duszą, psychiką i ciałem ? Odpowie mi na to pastor ? No, nie odpowie, bo to co w duszy, jest głęboko ukryte, ale ja to czuję i chociaż spowiedź św. jest dla mnie trudna to jest: uzdrawiająca i oczyszczająca. No i co, zaprzeczy temu pastor ? Nie zaprzeczy, bo pastor nie ma dostępu do mojej duszy :-). Moją duszę widzą 3 osoby – ja, mój spowiednik i oczywiście Jezus. No właśnie 3 najważniejsze osoby w moim życiu – Chrystus, mój spowiednik i oczywiście „ja” :-). O tak, bo „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. No więc pokochałem siebie, odkąd poznałem O. Stanisława, bo jego dał mi Chrystus. Zaprzeczy pastor ? To się uśmiechnę – nie zaprzeczy 🙂 !!!
    Bóg jest Miłością i Miłosierdziem samym a tę miłość objawia przez konfesjonał – amen.

     
    Odpowiedz
  2. eskulap

    Panie Pawle,w pierwszym

    Panie Pawle,

    w pierwszym akapicie przeciwstawia Pan zdecydowanie psychologię wierze, terapię sakramentom, spotkanie z psychologiem spowiedzi.
    Potem cały tekst opiera Pan na tak wykreowanej alternatywie.

    Rzecz w tym, że suponowana przez Pana alternatywa jest fałszywa oraz nie funkcjonuje ani w psychologii ani w duszpasterstwie i teologii.

    Dla przykładu kilka nazwisk: piszący tutaj Pastor Juszczak nie neguje wartości terapii psychologicznych i włącza ich elementy w swą pracę duszpasterską.
    Ksiądz Jacek Prusak jest świetnym psychoterapeutą a jednocześnie pasterzem,
    Proszę poczytać o działalności ks Krzysztofa Wędrychowicza, ks. Józefa Augustyna i wielu innych.

    Podobnie w psychologii – słynny Scott Peck czy John Bradshaw, nawet sam C.G.Jung (często uważany za „ancychrysta”) który publicznie powiedział „Bóg? ja nie muszę wierzyć w Boga, ja wiem że On istnieje”.

    Oczywiscie i po stronie duszpasterskiej i psychologicznej pojawiają się silne tendencje antagonizowania i poscycania wzajemnej wrogości. Tylko po co?
    Po co to czynić?

    pozdrawiam,
    E.

     
    Odpowiedz
  3. januszek73

    Jeszcze raz.

    Coś mnie nosi, żeby w tym temacie :-), no przecież jestem w-fista czyli człowiek dbający o rozwój fizyczny :-).

    Trochę żartuję, bo tak naprawdę nie przywiązuję do tego tak wielkiej wagi, jednak jeste wciaż zdrowy, chociaż od czasu do czasu łapią mnie różne kontuzje . Jednak kontuzja to nie choroba, to tylko jakaś nagła, krótka dolegliwość, która z czasem sam się "zagaja" (oczywiście, jeżeli nie jest zbyt rozbudowana).

      Pastor wciaż wychodzi z założenia, że "człowiek grzeszny jest chory". Zgadzam się z tym połowicznie, gdyż grzech nie musi niszczyć, z resztą istnieją jego różne natężenia – np. grzech ciężki niszczy a lekki tylko osłabia.

    Jednak o czymś innym, bo czasem to co widać na zewnątrz jest wynikiem wnętrza, czyli "nieciekawy wygląd jest oznaką choroby". Jak się patrzę na pastora twarz, a tylko to widzę, no to wydaje mi się pastor bardzo zaniedbaną osobą. Jeżeli komuś "coś nie coś" odkłada się na twarzy (proszę wybaczyć ale naprawdę tylko to widzę 🙂 ), no to widać wyraźnie, że istnieje wyraźne zaniedbanie  w fizyczności i nie chodzi tylko o wygląd. No, jeżeli ktoś ma na górze tyle "co nieco" (czytaj tłuszczu), to można sobie wyobrazić, ile tego jest niżej a naprawdę takie ilości niekontrolowanego tłuszczu to oznaka choroby. Ok. dość, bo mnie jeszcze pastor posądzi o wchodzenie w sprawy intymne :-), ale czyż pastor nie robi podobnie ?

      Ok. to teraz o mnie, no cóż, wkleję zdjęcie i proszę powiedzieć, czy tak wygląda "człowiek medykalizujący grzech " ? Hmm, naprawdę tak wygląda człowiek, który kiedyś miał pewne problemy osobowościowe ? (DDD). Tak wygląda zaniedbanie ? i "kara za grzech" ? Uważam, iż nie 🙂 i dlatego pastor dosyć mocno się myli – np. w stosunku do mnie i ludzi podobnych :-), bo naprawdę jestem grzesznikiem ale wiem co z tym robić 🙂 – np. w piątek jadę aby skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania. Ten sakrament od pewnego czasu jest dla mnie niezwykle ubogocający i uzdrawiający. Żeby nie być gołosłownym to wkleję zdjęcia i proszę wybaczyć, że takie troszkę "roznegliżowane" :-), ale naprawdę nie da się tego inaczej pokazać . Pytanie – tak wygląda człowiek chory, sparaliżowany grzechem ? Ooo, nie, człowiek sparaliżowany grzechem, często wygląda na zdrowego – "bo jego ciało jest tłuste i zdrowe (cyt. ze star. test.)," ale tak naprawdę jest chore i zaniedbane. Ok. – "zdjątka i uciekam".

     

    p.s mam już 41 lat a zdjęcia były parę lat temu i nie zmieniłem się na gorsze.

     

    p.s. po 10 km. z czasem ok. 57 minut :-), przy mojej posturze to niezły wyczyn :-).

     
    Odpowiedz
  4. januszek73

    :-).

    Jeszcze jedno p.s, bo przecież są tutaj osoby o "odmniennych skłonnościach" – dla nich tutaj "wstęp wzbroniony" . Trochę żartuję, ale wyobrażam sobie co mogą przeżywać :-), no cóż ?, kiedyś przeżyłem to na własnej skórze – "podrywał mnie chłopak", ach :-), ale mu się "oberwało" . Żartuję ale byłem strasznie zły, jak robił różne "umizgi"

     
    Odpowiedz
  5. lukas

    Medykalizacja grzechu

     

    Szanowny Panie,

    przy mojej ogromnej niechęci do psychologii pozwolę się nie do końca zgodzić. I to nie z osobistych doświadczeń – jak mój przedmówca – ale z ujęcia hmm powiedzmy akademickiego. Otóż w tych kręgach od wielu lat toczy się debata – sam miałem okazję brać udział w kilku seminariach dotyczących tego tematu – na temat "Psychoterapia a religia". Głównym pytaniem było czy dobry psychoterapeuta musi mieć coś z osoby duchownej i czy osoba duchowna (np spowiednik) musi mieć coś z psychoterapeuty. Przy czym "dobry" oznacza tu skuteczny, mogący pomóc człowiekowi proszącemu o pomoc. 

    Pańskie stanowisko jest dosyć stronnicze z – powiedzmy – duchownego punktu widzenia. Znam stanowiska równie stronnicze z psychoterapeutycznego punktu widzenia, gdzie głównym zarzutem dotyczącym religii jest to że wykrzywia ona sumienie i wpędza w poczucie – nie raz – sztucznie rozumianej winy a w konsekwencji w nerwice. 

    Otóż oba stanowiska nie są odpowiednie dla takiej debaty. Co więcej – szkodzą obu zagadnieniom zarówno psychoterapii jak i religii. Szkodzą tym samym ludziom, którzy szukają u takich osób pomocy. Nie rozwijając zagadnienia bardziej – jest ono dosyc szerokie – odsyłam do niżej wymienionych pozycji książkowych:

    J Szymd „Osobowość a religia”

    Kozielecki „Z Bogiem albo bez Boga”

    Erwin Ringel "Nerwica a samozniszczenie"

    Tillich "Męstwo bycia"

    Kłoczowski OP „Psychoterapia a religia” materiały seminaryjno-dydaktyczne „W Drodze” Kraków (to szczególna pozycja choć chyba jeszcze nie wydana drukiem)

    Z poważaniem

    lukas

     

     

     

     

     
    Odpowiedz
  6. januszek73

    lukas

    Do "lukasa", to prawda :-), z osobistych doświadczeń (nie tylko sakramentalnych – spowiedź św.), jestem uzdrawiany przy pomocy "łaski Jezusa". Nie wiem, jak to ująć, bo to troszkę skomplikowane, ale ogólnie doznawałem wewnętrznych poruszeń, które św. Ignacy nazywa "rozpaleniem miłości do swego stwórcy i Pana". Jednak takie "rozpalanie" :-), nie odybwało się też bez jak – gdyby negatywnych poruszeń a więc moje "rozpalanie – było wylewaniem" . Srpóbuję wytłumaczyć, ale muszę wkleić św. Ignacego:

    "Reguła 3. O pocieszeniu duchownym. Pocieszeniem nazywam [przeżycie], gdy w duszy powstaje pewne poruszenie wewnętrzne, dzięki któremu dusza rozpala się w miłości ku swemu Stwórcy i Panu, a wskutek tego nie może już kochać żadnej rzeczy stworzonej na obliczu ziemi dla niej samej, lecz tylko w Stwórcy wszystkich rzeczy; podobnie i wtedy [jest pocieszenie], gdy wylewa łzy, które ją skłaniają do miłości swego Pana, czy to na skutek żalu za swe grzechy, czy to współczując Męce Chrystusa, Pana naszego, czy to dla innych jakich racji, które są skierowane wprost do służby i chwały jego. Wreszcie nazywam pocieszeniem wszelkie pomnożenie nadziei, wiary i miłości i wszelkiej radości wewnętrznej, która wzywa i pociąga do rzeczy niebieskich i do właściwego dobra [i zbawienia] własnej duszy, dając jej odpocznienie i uspokojenie w Stwórcy i Panu swoim."

      Skomentuję tylko jedno – "łzy miłości" (bo to najwięcej widać zewnętrznie i czasem wewnętrznie), ale takich "łez miłości" wylewałem "litrami" 🙂 (żartuję, ale naprawdę dużo :-). Hmm te łzy to było tzw. "oczyszczenie", ale zacząłem w tym przesadzać – np. płacząc w czasie spowiedzi świętej, no i dlatego dostałem parę razy "po uszach" 🙂 od spowiednika, który kazał mi panować nad tymi emocjami. Miał rację :-), płacz w czasie spowiedzi nie musi być zdrowy, bo po prostu "odbiera głos" a wtedy trudno wyznawać grzechy. No i od pewnego momentu nie płaczę na spowiedzi. Jednak tak ogólnie to czasem zapłaczę 🙂 a na dowód tego wkleję zdjęcie (och przepraszam za te zdjęcia, ale to najlepsze "świadectwo").

    Ten "człek w kapturze" :-), to ja, ponieważ nagle "dotknął mnie Jezus" to zacząłęm wylewać łzy miłości a tak bardzo wstydziłem się tego doświadczenia, że nagle postanowiłem uciec z kościoła :-). Oj, po co miałem się tłumaczyć tym ? To "dotknięcie" i tak nie było takie intensywne, jak inne dotknięcia :-). Piszę to po to, żeby jakoś pokazać różnicę między emocjonalnością a duchowością. Ja tę różnicę zauważam i staram się iść w stronę odpowiedniej duchowości ale wcale nie zaniedbuję psychiki i fizyczności o czym zresztą często wspominam :-).

    pozdrawiam.

     
    Odpowiedz
  7. lukas

    @ januszek73

    Szanowny Panie,

    pisze Pan ze nie wie jak to ujac bo to skomplikowane. Ale to nie jest skomplikowane – to element doświadczenia religijnego, religijnego prze-życia, co jest znane filozofom religii (to bliżej mnie) jak i psychologom religii (to dalej ode mnie). Niemniej mój  poprzedni wpis dotyczył głównego tekstu Pana Pawła o relacjach między psychologiąa religią.

    W Pana wpisie nie ma nic "nadzwyczjanego" w znaczeniu "mnie nie znanego" – choć nikoeniecznie przeżytego czy doświadczonego. Bliższa jednak pozostaje mi duchowość benedyktyńska lub Ojców Pustyni niż ignacjańska w znaczeniu religioznawczym czy filozoficznym. Niemniej jesli ktos sie w niej odnajduje, jesli wie -w znaczeniu religijnym – ze to jest droga którą obrał, to nie pozostaje nic innego, jak trzymać za niego kciuki ! 🙂

    Z uszanowaniem,

    lukas

     
    Odpowiedz
  8. januszek73

    dlaczego skomplikowane

    Znów do "lukasa" :-). Też wiem o co "w tym biega", chociaż przecież Bóg i tak i tak jest "nieogarnięty, niepoznany, wielki i nieskończony" 🙂 (ach, ale Bóg nie jest na "nie" :-), on jest "na tak" :-). No ale nie o przymiotach Boga, tylko dalej o "pocieszeniu duchowym". Św. Ignacy stwierdził, że istnieją poruszenia (pocieszenie duchowe), które pochodzą od Boga, ale daje wskazówki – cyt.

     

    Reguła 1. Właściwością Boga i aniołów jego jest to, że w poruszeniach swoich [w duszy] dają prawdziwą radość i wesele duchowe, usuwają zaś wszelki smutek i zakłócenie, które wprowadza [do duszy] nieprzyjaciel. Jego bowiem właściwością jest zwalczać tę radość i to pocieszenie duchowe, a to przez podsuwanie pozornych racji, fałszywych subtelności i ciągłych podstępów.

     

    Reguła 2. Sam tylko Bóg, Pan nasz, daje duszy pocieszenie bez [jakiejkolwiek] poprzedzającej przyczyny; bo tylko Bogu właściwą jest rzeczą wchodzić do duszy, wychodzić z niej, sprawiać w niej poruszenia, pociągając ją całą do miłości swego Boskiego Majestatu.

    Mówię "bez przyczyny" – bez żadnego odczuwania czy poznania uprzedniego jakiegoś przedmiotu, dzięki któremu przyszłoby takie pocieszenie za pośrednictwem aktów własnych rozumu i woli.

    Reguła 3. Za pośrednictwem jakiejś [uprzedniej] przyczyny pocieszenie dać może równie dobrze anioł dobry jak i zły, ale dla celów całkiem różnych: anioł dobry dla postępu duszy, żeby rosła i wznosiła się od dobrego do lepszego; anioł zaś zły dla celu wręcz przeciwnego i żeby duszę nakłonić do swego przewrotnego zamiaru i do swej złości.

     

    Reguła 4. Anioł zły ma tę właściwość, że się przemienia w anioła światłości [por. 2Kor 11,14] i że idzie najpierw zgodnie z duszą wierną, a potem stawia na swoim; a mianowicie podsuwa jej myśli pobożne i święte, dostrojone do takiej duszy sprawiedliwej, a potem powoli stara się ją doprowadzić do swoich celów, wciągając duszę w ukryte swe podstępy i przewrotne zamiary.

    Reguła 5. Powinniśmy bardzo zwracać uwagę na przebieg myśli. Jeżeli ich początek, środek i koniec jest całkowicie dobry, zmierzający do tego, co jest w pełni dobre, jest to znak dobrego anioła. Ale jeśli przebieg myśli, które nam poddaje, prowadzi ostatecznie do jakiejś rzeczy złej, lub rozpraszającej nas, albo mniej dobrej niż ta, którą przedtem dusza zamierzała, albo jeśli osłabia, niepokoi i zakłóca duszę, odbierając jej pokój, ciszę i odpocznienie, które przedtem miała, to jest wyraźny znak, że [myśl taka] pochodzi od złego ducha, nieprzyjaciela naszego postępu i zbawienia wiecznego.

     

    Reguła 6. Gdy nieprzyjaciel natury ludzkiej da się odczuć i rozpoznać po swoim ogonie wężowym, i po złym celu, który podsuwa, wtedy ten, co był kuszony, odniesie duży pożytek, jeśli zaraz potem rozważy przebieg dobrych myśli, które on mu poddawał, i początek ich, i jak powoli starał się odciągnąć go od owej słodyczy i radości duchownej, w, której się znajdował, aby go doprowadzić do swego przewrotnego zamiaru; i tak dzięki temu doświadczeniu, przeżytemu i zachowanemu w pamięci, niech się w przyszłości strzeże przed jego podstępami, które zwykł podsuwać.

     

    Reguła 7. U tych, co postępują od dobrego do lepszego, anioł dobry dotyka takiej duszy słodko, lekko i łagodnie, jakby kropla wody wnikała w gąbkę; duch zaś zły dotyka takiej duszy ostro, z odgłosem i niepokojem, jak kiedy kropla wody spada na kamień. U tych zaś, co postępują od złego do gorszego, te same duchy dotykają duszy w sposób odwrotny. Powodem tego jest usposobienie duszy aniołom tym przeciwne lub podobne. Kiedy jest im przeciwne, wchodzą do duszy z hałasem, dając się odczuć wyraźnie; kiedy znów jest im podobne, wchodzą w milczeniu, jak do własnego domu przez drzwi otwarte.

     

    Reguła 8. Kiedy pocieszenie jest bez przyczyny uprzedniej, to choć nie ma w nim podstępu, bo jak się rzekło, pochodzi od samego Boga [330], niemniej człowiek duchowny, któremu Bóg daje takie pocieszenie, powinien z wielką czujnością i uwagą rozważyć i rozróżnić właściwy czas takiego, aktualnie trwającego, pocieszenia od czasu, który po nim następuje, gdy dusza jest jeszcze rozpalona i odczuwa dobroć [Boga] i jakby resztki minionego pocieszenia. Często bowiem w tym drugim czasie przez swoje własne rozważania płynące ze związków i wniosków między pojęciami i sądami, albo pod wpływem dobrego lub złego ducha, czyni dusza postanowienia i urabia sobie różne opinie, które nie są bezpośrednio dane od Boga, Pana naszego. I dlatego trzeba je bardzo starannie badać, zanim się im da pełną wiarę i zanim się je wprowadzi w czyn.

      Tak naprawdę, to przestałem się zbytnio przejmować tymi "regułami", chociaż niejednokrotnie dawały mi do myślenia a zwłaszcza reguła 8  " Kiedy pocieszenie jest bez przyczyny uprzedniej, to choć nie ma w nim podstępu, bo jak się rzekło, pochodzi od samego Boga [330], niemniej człowiek duchowny, któremu Bóg daje takie pocieszenie, powinien z wielką czujnością i uwagą rozważyć i rozróżnić właściwy czas takiego, aktualnie trwającego, pocieszenia od czasu, który po nim następuje, gdy dusza jest jeszcze rozpalona i odczuwa dobroć [Boga] i jakby resztki minionego pocieszenia.".

     

    Pocieszenie, to jest łaska dana od Boga, ale żeby "nie panoszyć się w nie swoim gnieździe" św. Ignacy zaleca rozwagę, by "w czasie pocieszenia dziękować za nie, ale też aby – zacząć myśleć, jak zachowam się w strapieniu, które w krótce nadejdzie". Tak więc do pocieszenia również może nagle dołączyć się zły duch, który zaczyna "kombinować, jak wejść przez otwarte drzwi".

    Jak to wyglądało u mnie praktycznie :-), spróbuję sobie przypomnieć. Jak mi nie ustępwały łzy i stawałem się coraz bardziej emocjonalny, to zaczałem (no czasem 🙂 ) myśleć – co to się ze mną dzieje ? Jednak czasem musiałem niejako "na siłę powstrzymywać emocjonalność", co z resztą – zalecał mi mój spowiednik, chociaż nie zawsze :-). O. Stanisław – powiedział tak – cyt. dosłownie "jak Cię nie widzą to płacz". Wynika z tego, że "dar łez" może być przez nas źle wykorzystywany o czym wspomina św. Ignacy, mówiąc, że "nieprzyjaciel wydelikatnia do przesady", albo wprowadza "w próżną chwałę", czyli może spowodować takie postawy w człowieku – "patrzcie, jak ja płaczę, jak dotknął mnie Pan……………".

      To dlatego napisałem "skomplikowane" :-), bo pewnego razu po spowiedzi św. gdy oświadczyłem o.S  – owi – "pójdę pooadorować Pana Jezusa", tenże wysłał mnie do lasu ( a właściwie do parku na spacer 🙂 🙂 ). Piszę to po to, iż człowiek ma tendencję do przesady i może wykorzystywać dary, które mu zesłał Bóg źle. Dlatego też Ignacy zaleca aby "upokarzać ile się da………….". Znowu próbuję wytłumaczyć :-), jak miałem czasem natchnienia od Boga – z reguły po komunii świętej, to mówiłem Jezusowi  – "idź już sobie bo nie wytrzymam". Proszę sobie wyobrazić, że taka prośba (kilkukrotna), ale zawsze była wysłuchiwana . Śmieję się bo to też było doświadczenie Boże, gdyż "Bóg sobie odchodził" a ja uspokajałem się. Z pewnością nie było to natchnienie do złego ducha, bo zły duch nie zna naszych myśli, a on takich poleceń nie słucha, no zły duch nie odchodzi na zawołanie – on "dręczy do upadłego".

    Oj, to wszystko takie "skomplikowane" :-), ale Bóg tak naprawdę nie jest taki skomplikowany, on w prostocie obdarza i ubogaca. Echh, to by było na tyle 🙂 – pozdrawiam.

     
    Odpowiedz
  9. lukas

    @ januszek73

    Szanowny Panie,

    nawiązując do przewodniego tematu wpisu glównego, opiszę pewną sytucję która miała miejsce na jednym z sympozjów poświęconych relacji psychoterapii i religii. Jeden z obecnych tam psychiatrów przedstawił – zresztą niezwykle ciekawy i inspirujący – referat nt. św. Ignacego. Otórz po przeanalizowaniu jego pism postawił tezę – naukowo popartą – iż święty ów cierpiał na zaburzenia dwubiegunowe (pełna nazwa to choroba afektywna dwubiegunowa). Charakteryzuje się ona niezyklymi skokami nastrojów od eforii po nastrój przygnębienia. W swej szczytowej fazie występują napremian raz depresja raz mania.

    Referat ów był tak sugestywny że nawet zagorzali zwolennicy religii przyznali rację niektórym jego fragmentom. Jak się Pan domysla powstala wśród uczestnikow pewna konsternacja. Wowczas z  odległego końca sali wstał pewien bardzo wiekowy zakonnik (sądząc po stroju-trapista, lub jakiś inny klauzulowy) i z niezwykłą zadumą na twarzy i śmiertelna powagą w głosie spytał, czy nawet jesli przyjąć te postawioną przez psychiatrę tezę za prawdziwą dowodzi to braku duchowości sw. Ignacego, bądź w jakikolwiek sposób podwarza jego religijność?

    Odpowiedź tego psychiatry była jeszcze bardziej zdumiewająca (cyt z pamięci): "oczywiście że nie. Ja nigdzie nie powiedzialem iż wynika z tego że religia jest przeżytkiem bądź też wymysłem chorej wyobraźni. Ja chciałem jedynie rozszerzyć jej spektrum, ukazać w jak różnorodnych kontekstach można dziś o niej mówić"

    Na co ów zakonnik odpowiedział z nieskrywanym usmiechem: "Od początku wiedziałem ze jest Pan rozsądnym człowiekiem"

    Z uszanowaniem

    lukas

     
    Odpowiedz
  10. januszek73

    choroba, czy mistyka ?

    Jeszcze raz do "lukasa", ale proszę się nie sugerować takim wypowiedziami. To samiotko zarzucali św. S. Faustynie "depresja dwubiegunowa". No ciekawe, stawiają diagnozę, tylko na podstawie "pism". Mam taką książkę "doświadczenie mistyczne a norma psychiczna" i jest tam dokładnie udowodnione, że mija się takie myślenie z celem. Człowiek z depresją dwubiegunową jest jak gdyby "odcięty od świata" a św. Faustyna po prostu żyła na świecie i dokładnie wiedziała co się dzieje wokół niej, np. podając dokładnie: daty i miejsce swojego pobytu. To podstawowe kryterium rozpoznania, bo chory psychicznie nie będzie tak tego przedstawiał (urojeń). Tak samo św. Ignacy a proszę poszukać jego "biografię" dokładnie określone: miejsce, czas i wydarzenia a więc całkowite zdrowie psychiczne. Wniosek jest prosty – psychiatrzy często bardzo się mylą w stosunku do mistyków i ich doświadczeń. Dlatego też uważałbym na ich wypowiedzi, co nie znaczy, iż nie należy czasem ich wysłuchać.

     
    Odpowiedz
  11. lukas

    januszek73

    Szanowny Panie,

    myślę ze tym razem albo Pan nie zrozumial mojego wpisu albo przeczytał go dosyć pobieżnie 🙂 Najoględniej mowic moje wpisy pokazują własnie niejdnoznaczność takich stanowisk. co do szczegółów:

    1. definicja choroby psychicznej – tak jak sie ja obecnie rozumie – NIE jest definiowana jako odciecie od świata. A szczególnie właśnie dotyczy to chorób afektywnych

    2. stawianie diagnoz na podstawie pism jest czymś w badanich naukowych zupełnie oczywistym i normalnym – stad bardzo czesto prosi sie pacjetow o rysunki czy pamietniki

    3. Choroba afektywna nie wyróżnia sie urojeniami. Taki zjawisko tu nie występuje

    4. uwazam ze nalezy wlasnie sluchac kazdej ze stron i to bardzo uwaznie – dowodem na to jest sytuacja ktora opisalem w poprzednim komentarzu. Nie nalezy natomiast sugerowac sie takimi wypowiedziami ktore ferują jednoznaczne wyroki – kiedy psychiatra stawiajac diagnoze wchodzi np w oceny religijne lub kiedy kaplan stawia diagnozy psychiczne. W opisanej przeze mnie sytuacji cos takiego wlasnie NIE mialo miejsca. 

    5. i na koniec jeszcze ciekawsotka: dawniej kiedy nie istniała psychiatria czy psychologia ludzi chorych psychicznie uwazano za naznaczonych przez boga-sadzono ze skoro czlowiek tak cierpi (a jest moralnie nienaganny) to znaczy ze bog chce cos nam zdrowym cos powiedziec. Dzis sadzi sie ze ludzie zwiazani z bogiem nie moga byc chorzy. slyszy sie to ze strony skrajnych psychiatrow jak i duchownych ktorzy boja sie nauki jak diabel wody swieconej.  Czy to nie pewien paradoks? Czy dawniej (powiedzmy do czasow oswiecenia) nie przejawiano wiekszego humanizmu niz dzis?

    Z uszanowaniem

    lukas

     
    Odpowiedz
  12. januszek73

    A jednak mam pewne wątpliwości.

    Załóżmy, że św. Ignacy miał pewne zaburzenia – czy człowiek z takimi zaburzeniami może niemalże "z buta przemierzyć pół Europy w szerz i w zdłuż" ? 🙂 Hmm a tak mi się nasunęło, bo słuchałem tzw. "opowięść pielgrzyma", czyli drogę fizyczną i psychiczną Ignacego. Jak on to robił, że odbył tyle podróży od Hiszpanii, po Ziemię Świętą – Rzym, Francję i z powrotem do Hiszpani ? Tak mógł zrobić chory psychicznie człowiek ? No a jeszcze zaznaczę – św. Ignacy miał zdruzgotaną nogę i chociaż mu ją podleczyli, to miał ją krótszą, czyli można sobie wyobrazić, iż wciąż kulał, lub chodził o lasce. Człowiek niepełnosprawny ruchowo i do tego psychicznie może tak robić ? Hmm. dla mnie to jest ciekawa sprawa, ale wiem co znaczy ruszać się i obserwuję. Jeżeli w chorobie dwubiegunowej istnieją naprzemian "depresja i hipomania", to to sprzyja motoryce człowieka (np. wydolności) ? Dla mnie to niepojęte – przypisywać pielgrzymowi chorobę afektywną dwubiegunową, tylko dlatego, że miał fazy: pocieszeń i strapień duchowych. Piszę o tym znowu z doświadczenia, bo oprócz opisywanych przeze mnie "pocieszeń" miewam długie okresy: posuchy, pustki i jakby odłączenia od Jezusa. No i co ?, to ja też mam tę chorobę dwubiegunową ? No a jeżli udziela się ćwiczeń duchownych tysiącom rekolektantów i nagle zaczynają odczuwać zmienność poruszeń wewnętrznych, to też nagle zapadają na poważną chorobę dwubiegunową ? Dla mnie tutaj coś nie gra i nie będzie grać, bo widzę różnicę miedzy zaburzeniami a doświadczeniami duchowymi. To jeszcze na koniec – a Jezus też na coś cierpiał ? Hmm. wielu psychiatrów uważa, że "cierpiał", tylko nie bardzo mogą rozstrzygnąć co mu dolegało ? Jedni mówią o padaczce, drudzy o zaburzeniach dwubiegunowych a jeszcze inni o schizofrenii paranoidalnej. No i co tu nie gra – dlaczego nie zgadzają się między sobą ? Odpowiadam – , nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi i dlatego zaczynają zmyślać, albo inaczej :-), swoje zaburzenia i problemy zaczynają "projektować na innych", o czym z resztą mówi psychologia i psychiatria – istnieją projekcje a duchowość te projekcje nazywa duchami. No i właśnie – duchowość, czy psychologia – oto jest pytanie ? . Idę spać, bo chociaż wiem o co chodzi, to do końca tego nie rozstrzygnę.

     
    Odpowiedz
  13. lukas

    @ januszek73

    Szanowny Panie,

    odpowiadając krótko na pierwszą wątpliwość: mozna – tym charakteryzuje się mania (jedna z faz): brakiem bólu, checia podbicia i zwiedzenia świata etc. Czy to wyklucza duchowość czy religię? Oczywiście ze nie – w zadnym razie. Czy oznacza od razu ze jestesmy w stanie z całą pewnościa stwierdzić ze jakis swiety chorował? Tez nie. 

    Ale czy to od razu musi oznaczac zmyslanie? Nie sadze. Przypisuje Pan zle intencje ludziom zajmujacym sie tego typu badaniemi. I choc rozumiem Panskie obawy i w niektórych aspektach je podzielam to nie wyrokowałbym od razu takich radyklanych sadów. współczesna nauka zajmujaca sie pschiką wiele poswieca duszy czy duchowości czerpiac zresztą z religii (i to rożnych religii). 

    Podbniez mam wrazenie ze moja osobe stawia Pan na rowni z ludzmi, ktorzy maja negatywne podejscie do religii z naukowego punktu widzenia. Ja nastomiast – o czym juz mowilem – nie wyrokuję. Nie ma – i dlugo nie bedzie – prostych ocen typu negatywne-pozytywne w tych kwestiach. 

    Być moze aspekt wpływu religii na psychiatrię czy pscyhologię byłby dla Pana ciekawszym tematem. Bo oczywiscie na tym polu także juz duzo osiągnięto. Sa bowiem sytuacje gdzie pschiatra (który własciwie jest lekarzem i przepisuje leki) zamiast kierowac na psychoterapie kieruje do duchownego. Te trzy bowiem aspekty musza iść  w parze: pscyhika, dusza (pscyhe) i duch (pneuma). 

    Co do ostatniego-projekcje moga zdarzac sie wszedzie: wsrod lekarzy, duchownych etc. Ale tak naprawdę bardzo trudno ocenić co jest projekcją. tak jak lekarz kreujący projekcje nigdy nie bedzie dobrym lekarzem tak i duchwony z projekcjami nigdy nie bedzie dobrym duchownym.

    koncząc juz temat-skadinąnd ciekawy-pozwolę sobie na odrobine prywaty. Pisma Ignacego sa mi znane. Czy był chory tego nie wiem. I choc – jak juz pisalem – ten typ duchowości nie bardzo do mnie przemawia (bardziej moze dominikanie, kartuzi, bendeyktyni) to niewątpliwie to czego dokonał było niezwykłe. Szczególnie mam tu na myśli ten specyficzny rodzaj medytacji połączony z lectio divina i studiami nad pismem św. 

    Z uszanowaniem

    lukas

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code