Ks. Stanisław Orzechowski: Modlitwa ciałem

 

Wywiad z ks. Stanisławem Orzechowskim, organizatorem i przewodnikiem wrocławskiej pieszej pielgrzymki na Jasną Górę


Tomasz ŻmudaOrzechu, to już trzydziesta druga pielgrzymka z Wrocławia na Jasną Górę. Pamiętasz jeszcze pierwszą pielgrzymkę wrocławską?

ks. Stanisław Orzechowski „Orzech”: Pamiętam, bo ona była bardzo…, o! – nie można jej zapomnieć. Ja już wiedziałem, jak pielgrzymka smakuje, bo pięć razy byłem z Warszawy i pewnie właśnie dlatego kardynał Gulbinowicz kazał mi zorganizować pielgrzymkę tu, we Wrocławiu. I to było bardzo duże przeżycie, to były przygody – 1981 rok. Można powiedzieć, że było wtedy sprzyjające środowisko polityczne. Nie tylko we Wrocławiu, ale wszędzie, w całej Polsce, bo to były czasy „Solidarności”. W ’80 roku na jesieni były te wszystkie strajki, w których uczestniczyłem, a potem następny rok i to pootwierało wiele spraw – jednak trochę tej wolności Kościół dostał. Tak, że między innymi można było zorganizować pielgrzymkę, bo dotychczas to było nie do ugryzienia. Chodziły pielgrzymki, których nie można było wyeliminować, ponieważ to były pielgrzymki bardzo, bardzo stare, jak np. kaliska, podobnie i warszawska i nie wiem też, czy nie gliwicka, bo to też bardzo stara pielgrzymka. Te pielgrzymki są już bardzo stare. Natomiast po ’80 roku kiedy przyszła odwilż ruszyły pielgrzymki niemal gwiaździście, ze wszystkich krańców Polski. I myślę, że jest to jeden z sukcesów, które Solidarność przyniosła. No i właśnie, los padł na Macieja czyli na mnie, i tak jak mówiłem, ksiądz kardynał dowiedział się, że ja szedłem już pięć razy z Warszawy. Choć to co innego być uczestnikiem, takim biernym. Chodziłem ze studentami tutaj od nas, ale mało znałem tematy organizacyjne.

 

Jakoś to zrobiliśmy po swojemu i … może od klęski zacznę. Na moje rzucone lakoniczne pytanie do organizatorów warszawskiej pielgrzymki z prośbą o radę, jaki wziąć pierwszy etap: taki, który wynosi 50 km, czy może 25, jeden z doświadczonych warszawiaków (nie będę dociekać, czy nie było w tym jakiejś złośliwości) powiedział, że lepiej, jak będzie 50 km, bo się zmęczą i będą spokojniejsi. I ja za tą radą poszedłem, nie będąc pod uwagę jeszcze szczegółów, które w czasie marszu wyszły. Mianowicie – on myślał o prostej drodze, nawet nie asfaltowej i wtedy można by te kilometry zdobywać. Natomiast myśmy mieli nawet takie odcinki wąskie, gdzie trzeba było przejść pojedynczo, a iść pojedynczo, kiedy jest kilka tysięcy ludzi, to jest niesamowicie trudne. Więc co się stało? W Trzebnicy, gdzie mieliśmy zamiar odprawić mszę świętą, byliśmy o 18.30 i to była mniej więcej połowa etapu. Jak ktoś był na pielgrzymce, to wie, co to znaczy. To oznaczało, że już prawie ciemności nastawały, kiedy my jeszcze nie byliśmy na noclegu w Januszkowicach. Do tego wszystkiego horror przeszedł przez naród, bo był wielki upał, bardzo dużo osób dostało udaru, ponieważ nie byli posłuszni, mimo że się zwracało uwagę. Już w Malinie (połowa drogi do Trzebnicy – przyp. TŻ) ludzie nie mieli sił i odwoziliśmy ich do Trzebnicy. Potem w drodze ta ogromna temperatura spowodowała, że byli pozacierani i nie dawali rady iść. Po mszy świętej to była już noc, a na dobitkę tego wszystkiego było wyłączone światło. W dojściu do miejsca noclegowego nie pomogły wszystkie drogowskazy, a kwatermistrze przerażeni, że po ciemku będą musieli lokować ludzi – zrezygnowali. I ludzie po ciemku rozpiechrzli się w różnych kierunkach.

 

Zakończę tym – jeszcze o drugiej w nocy jakaś grupa zadzwoniła przez walkie-talkie z pytaniem, gdzie oni mają iść, bo są w jakimś lesie. Rano okazało się, że za las wzięli jakieś pięć drzew. Powiedziałem im, że zaraz ktoś przyjedzie motorem i będzie migał latarką, a wtedy się zorientują, którędy iść. Pech chciał, że to była bardzo sucha noc i kombajn jeszcze zbierał jęczmień. I oni na to światełko kombajnu polecieli, kombajnistę wystraszyli, jak tyle ludzi obległo ten kombajn. Przewodnik był już przestraszony ogromnie i jego rozpacz podziałała na innych przewodników. Na zebraniu, któreśmy zorganizowali na poczekaniu po drugiej w nocy, tak jak kiedyś pułkownicy rzucali buławy pod nogi Radziwiłłowi zdrajcy, teraz przewodnicy rzucali pod moje nogi odznaki przewodnika, że oni dalej nie pójdą. Ludzie, widząc rozpacz przewodnika, również nie chcieli iść, zwłaszcza kiedy się okazało, że z Wrocławia w prostej drodze do Januszkowic jest 17 km! Pytanie brzmiało: co ten Orzech zrobił, że nas wykończył, żeśmy tu doszli i właściwie nie doszli? Trudno mi było im wytłumaczyć, że tu o Trzebnicę chodziło właśnie i żeby odwiedzić grób św. Jadwigi, która jest patronką Dolnego Śląska. Nawet Kardynał pytał, po co przez Paryż do Częstochowy (Trzebnica jest 25 km na północ od Wrocławia, do Częstochowy trzeba wędrować na wschód – przyp. TŻ).

 

Uratowało pielgrzymkę słowo rektora Łukaszewicza, który był świeżo po pieszej pielgrzymce do Rzymu. Jego zapytałem jako doświadczonego pielgrzyma, żeby nam niedoświadczonym powiedział, co mamy począć – rozwiązać pielgrzymkę czy idziemy dalej? On spokojnie jednak zadecydował, że dzień odpoczynku i idziemy dalej. Powstał harmider straszny i to są wspomnienia, których nie można wymazać, bo ja w pierwszej chwili myślałem, że doprowadziłem organizację pielgrzymki do klęski. Jednak po tym dniu przerwy przeszliśmy dalej i w końcu doszliśmy. To jest wspomnienie bardzo wyraziste, którego się nie zapomni.

 

Trzydzieści jeden lat temu to dla młodych pielgrzymów prehistoria. Czym się różnią te pierwsze pielgrzymki od tych teraźniejszych?

 

Na oko to się różnią liczbą, ponieważ wtedy jeszcze wychodziliśmy z archikatedry wrocławskiej jako pielgrzymka ogromnej diecezji, w której skład wchodziła obecna diecezja legnicka, świdnicka i kawałek gorzowsko-zielonogórskiej. Było niezwykle dużo ludzi – kilka tysięcy. Na pierwszej było sześć tysięcy, później coraz więcej, a najliczniej było, kiedy na Jasnej Górze spotykaliśmy się z papieżem. Wtedy dochodziła do trzydziestu tysięcy, w samej Częstochowie spaliśmy na ulicach. Teraz różni się to tym, że pielgrzymka jest już mniejsza, a po mojej obserwacji dostrzegam, ze ta mniejsza liczba powoduje lepszą jakość. Jakość pielgrzymki, czyli pielgrzymi – są lepsi jakościowo jako pielgrzymi. Co to znaczy? Oczywiście mniej kłopotu, ponieważ pamiętałem z socjologii, że na tysiąc ludzi pięćdziesiąt jest z tzw. marginesu. Wiadomo, że na kilka tysięcy ten margines będzie wynosił kilka setek. Do tego marginesu doczepiali się również ludzie lokalni z marginesu plus ubecja, która celowo psuła pielgrzymkę organizacyjnie, np. pocięto namioty Włochów w Trzebnicy. Teraz mogę powiedzieć, że margines jest niezwykle malutki, chociaż jest, ale mamy doskonale wyszkolonych porządkowych, tudzież od jakiegoś czasu policja towarzyszy pielgrzymce i pomaga.

 

A jeżeli chodzi o duchowość pielgrzymów?

 

Też jest lepiej, ponieważ wcześniej za mało było przewodników, za mało moderatorów pouczających w czasie drogi, gdyż to było wszystko takie świeże jeszcze. Na pewno kiedyś nie było takiego przygotowania, jakie jest obecnie. Teraz przygotowujemy się do pielgrzymki już od listopada. Rozpoczyna się wtedy taka pozytywna praca nad wewnętrzną stroną pielgrzymki. Z wyborem tematu pomaga nam Kościół w Polsce, a trzeba przygotować również takie rusztowanie dnia, a także przygotować tematy na każdy dzień. To zabiera trochę czasu. Również zmiany przewodników – potrzeba do tego jakiegoś prowadzenia, aby objąć funkcję przewodnika.

 

Wracając do tematu pielgrzymki – pamiętasz temat pierwszej pielgrzymki?

 

No właśnie. Pewnie jest gdzieś zapisane, ale ja już tego nie pamiętam.

 

W tym roku temat brzmi „Dom naszym Kościołem” podczas gdy temat roku liturgicznego brzmi „Kościół naszym domem, diecezja rodziną”. Biskupi nie będą się boczyć, że tak przekręciłeś temat?

 

Nie, ponieważ ja powiedziałem o tym przekręcie księdzu arcybiskupowi, a on odpowiedział: ‚Toście uszczegółowili”. Bo tak to rzeczywiście jest. Poza tym będzie to miało odniesienie do całości Kościoła przez to właśnie, że będziemy siedzieć w domu. Tematy moich homilii zostały zaczerpnięte żywcem z konstytucji o kościele "Lumen Gentium", gdzie sobór umęczony, ojcowie soboru umęczeni… Pamiętam jako kleryk ojców soboru biedzących się, jak nie mogli dojść do definicji Kościoła. Wreszcie machnęli ręką i zrobili pewną rzecz bardzo ciekawą – odesłali wszystkich zainteresowanych i siebie też do obrazów Kościoła w Biblii. Na tym oparłem swoje homilie na pielgrzymce w tym roku. I tak pojawiło się odniesienie Kościoła do mistycznego ciała Chrystusa, czyli wykładu Pawła w pierwszym Liście do Koryntian. Potem odniesienie do budowli, gdzie kamieniem węgielnym jest Chrystus, czyli jak powinno się układać podwaliny pod dom,aby był Kościołem. Potem jest owczarnia, gdzie Chrystus jest bramą do owczarni i jak ten dom wtedy wygląda. Potem jest Niebieskie Jeruzalem, wyeksponowane w Apokalipsie i ono jest bardzo cenne, ponieważ to jest przyszłość Kościoła, uwieńczenie drogi Kościoła. Tu bardzo wyeksponowałem rolę ojca w rodzinie, który mówiąc symbolicznie, jest dachem rodziny. I na ten dach się składa właśnie pokazywanie na Ojca, który jest w Niebie przez to, że jest się ojcem rzeczywistym na ziemi, w swoim domu. Ojciec pomaga przebić dzieciom horyzont i widzieć to Nowe Miasto, Święte Jeruzalem – właśnie to niebieskie Jeruzalem. Potem będzie odniesienie do Oblubieńca i Oblubienicy, i wtedy będzie ślub na pielgrzymce. Przy okazji omawiam święte miejsca domowe, które tworzą ten Kościół: drzwi, stół, sypialnia jako święte miejsce. Dom się staje Kościołem. Potem jest odniesienie do oliwki, tej z Listu do Rzymian, która ciągle się odradza, bo ma zdrowe korzenie. Tutaj jest rola dziadków i poprzedników w wierze, którzy SĄ. Jeśli do nich wracamy, to wtedy odrastamy jak ta oliwka. I wreszcie rola uprawna – i tu nawiązuję do tych pól malowanych, które przeszliśmy z pielgrzymką. Tu jest nawiązanie do przypowieści, a rolą uprawną jest młode pokolenie. Tak mniej więcej wygląda rusztowanie moich homilii.

 

Nawiązując do młodych, których pielgrzymka ma wychowywać – z twoich obserwacji jak to wygląda, czy ci młodzi ludzie po pielgrzymce faktycznie zmieniają się w tą nową rolę? Wchodzą w nową rolę w swoim życiu z Chrystusem?

 

Tak, to jest też pytanie, które sobie zadaję i nie wiem, czy mam taką ustaloną, jednolitą odpowiedź. Powiem tak – dotychczas zawsze bacznie patrzyłem, że jednak w reagowaniu na to, co mówiłem, na treść nauczania młodzi szli na ogół za starszymi, bo to starsi na ogół reagowali, tzn. rodzice, czasem dziadkowie. Reagowali różnie – czasami oklaskami, wyrażanym podziwem, zdziwieniem, a młodzież, jak zauważyłem, kątem oka obserwowała tych starszych i jak tamci klaskali, to oni też się przyłączali. Do młodych umiem mówić, znajduję jeszcze u siebie język, który do nich trafia, ale na pielgrzymce trzeba się ciągle zastanawiać, do kogo mówię, kto to są ci pielgrzymi. I jak reagują starsi, to mi się wydaje, że mam mówić do starszych. Podejrzałem jednak, że młodzież podobnie reaguje jak starsi. To by oznaczało, że zostaje pobudzone w tych młodych to, co gdzieś w tych domach jest, tzn. coś, co oni mogliby też nazwać korzeniem swojego rodu. Mogę odważnie powiedzieć, że nasza młodzież jeszcze zna język przodków w znaczeniu języku przekazu tych dobrych, starych wartości, tego, co się kryje w korzeniach. Myślę, że za mało się o tym mówi. Ci młodzi ludzie, gdy idą, z rodzicami, z dziadkami – to trochę na nich patrzą i ich naśladują. Dla przykładu choćby to, co zostało zaakceptowane przez młodych za przykładem starszych – chwila ciszy każdego dnia pielgrzymki. Wypada do pół godziny ciszy i coś z tą ciszą trzeba zrobić, i widzę, że ludzie coś robią, bo to nie jest, jak się okazuje, głupia cisza. Bo jak jest głupia cisza, to ludzie głupieją. Ja często specjalnie siedzę gdzieś w kukurydzy i patrzę na pielgrzymów, którzy idą w ciszy. I jestem zbudowany.

 

Co ludzi ciągnie na pielgrzymkę? Modlić się, słuchać rekolekcji można w domu – po co wędrować?

 

Nieraz sobie to pytanie zadawałem. Myślę, że pielgrzymka jest czymś egzotycznym, nawet w świecie, bo takich pielgrzymek jak w Polsce na świecie nie ma. W Europie chodzi się albo na krótkie pielgrzymki – dzień, może dwa – albo w małych grupach czy wręcz pojedynczo, jak na przykład do Santiago de Compostela. Natomiast egzotyką jest jednak, jak się patrzy na te zdjęcia pielgrzymów w Polsce: to jest jak wojsko po prostu. I te pielgrzymi przemierzają gwiaździście całą naszą polską krainę. Myślę, że ludzie mają wyobraźnię i jakoś to widzą, to jest takie niecodzienne, a człowiek lubi coś, co nie jest codzienne. Ale zacznę może od świadectw, które do mnie docierały jako świadectwa nawrócenia w drodze na Jasną Górę. To są bardzo trwałe nawrócenia. Na przykład człowiek poszedł z ciekawości, szukając tematu do malowania i już w czwartym dniu poprosił o chrzest. Niekiedy podświadomie ludzie pragną zmiany i intuicyjnie czują, że ta pielgrzymka może pomóc w zmianie, bo są dotychczasowym sposobem życia zniesmaczeni. W rozmowach można zauważyć, że ludzie już się nie entuzjazmują basenem w ogródku, grillem, jacuzzi, siłownią w domu albo dwoma czy trzema samochodami. To powoli już przeszło i spodziewanych efektów nie dało. Te rzeczy nie są powodem wielkiej radości, a raczej częściej wielu zmartwień. I człowiek sobie myśli, że jeśli to nie to, może spróbuje czegoś innego. I tak ludzie trafiają na pielgrzymkę. Myślę też, że bardzo dużo ludzi idzie na zasadzie „byłam i radzę ci pójść” i idą razem. Widzę takie grupki: najpierw była jedna, namówiła za rok drugą, tamta następną i nagle zrobiło się ich sześć! Często tak się dzieje, że ludzie się namawiają. Chciałbym wspomnieć o zbliżeniu ludzi na pielgrzymce – to strasznie ważne przy dzisiejszej atomizacji społeczeństwa. To powoduje, że ludzie odzyskują humor, radość, cieszą się między sobą. To że mogą do siebie się zwracać: bracie czy siostro, daje im dużą radość. Dodatkowo to, co mówię, zaczyna mnie zmieniać. Gdy mówię: bracie, siostro, zaczyna docierać to do mojej głowy i serca, stawać się prawdą w moim życiu, że ten obok mnie to mój brat i siostra. Bardzo mnie uwodzi obraz naszego placu noclegowego, kiedy tak jak dawniej ludzie wieczorem na wsi wychodzili na przyzby i sobie pogadywali, teraz przed namiotami jeszcze stoją i sobie rozmawiają – i młodzi też! Tu się zawiązują bardzo ciekawe znajomości i przyjaźni. Nie można pominąć, że jest obecny Duch Święty na pielgrzymce – to ja już wiem! W wyniku Jego działalności powstają rzeczy zdumiewające i jak my jeszcze Mu ułatwiamy pracę, to On jest głównym ewangelizatorem na pielgrzymce. Dlatego też tutaj ogromną rolę spełniają pieśni – no, dobrze wiesz jak to jest. Chyba nie ma grupy, gdzie by się nie wzywało w ciągu dnia Ducha Świętego, można powiedzieć, że to rutynowa sprawa. I ta święta Gołębica to słyszy i dzieją się rzeczy wspaniałe. I to jest dotarcie do odkrycia Pana Boga na nowo. On jest na pielgrzymce. I ja miałem takie sytuacje, że w tej ciżbie częstochowskiej na Jasnej Górze nie miałem już siły się przebijać do kaplicy i nie byłem w kaplicy w ogóle…

 

… wystarczała sama droga…

 

Tak, wystarczała sama droga, ponieważ tyle w tej drodze było dobrych rzeczy, które stały się moim udziałem. Myślę, że dobrze zorganizowana pielgrzymka, dobrze prowadzona pielgrzymka, mająca swoich pasterzy duchownych i świeckich będzie dla człowieka przeżyciem wyjątkowym. Bardziej wyjątkowym, niż rekolekcje w zamknięciu klasztornym. Bo tu jest jeszcze jedna rzecz, którą ja bardzo późno odkryłem, a mianowicie modlitwa ciałem. Ciało się modli w drodze. Możemy się modlić idąc. Nie trzeba tego Bogu tłumaczyć, Bóg to widzi, jak ja bez szemrania idę. Mimo że mnie nogi bolą, że jakaś wysypka się przyplątała, to mimo wszystko idę – do Ciebie, Boże. Nie ma tego na innych rekolekcjach, a to jest moim zdaniem bardzo ważne – ciało się modli. Stąd też mi się wzięło, że młodym ludziom za pokutę zadaję, żeby z tysiąc metrów przebiec w ciągu tygodnia na chwałę Bożą. To jest właśnie modlitwa ciałem, w porozumieniu jeszcze z tymi pieśniami i modlitwami to jest piękna sprawa. To jest dziewięć dni porządnych rekolekcji. Jeszcze wrzucają swoje kamyczki do tych rekolekcji ci, których mijamy, u których nocujemy. Ci, którzy wystawiają te pagody kanapek. To wszystko jest mowa. Może nie mowa wykładu, ale mowa przykładu. To jest bardzo ważne, że jest przewaga w pielgrzymce przykładu.

 

Ks. Stanisław Orzechowski "Orzech"

Urodził się 7 listopada 1939 r. w Kobylinie. W 1958 rok wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu, przyjmując święcenia kapłańskie w dniu 28 czerwca 1964 r. z rąk Arcybiskupa Bolesława Kominka. Mszę św. prymicyjną odprawił 5 lipca 1964 w kościele parafialnym p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Kobylinie. Pracę duszpasterską po święceniach rozpoczął ks. Stanisław od parafii św. Barbary w Nowej Rudzie – Dobrosławiu, gdzie pełnił funkcje wikariusza przez cztery lata. W latach 1968-1972 odbył studia pedagogiczne na KUL-u, wieńcząc je tytułem licencjusza teologii pastoralnej na podstawie pracy pt. "Przygotowanie do małżeństwa młodzieży akademickiej". Od 1967 roku jest szefem Duszpasterstwa Akademickiego „Wawrzyny” we Wrocławiu. Jest organizatorem i przewodnikiem wrocławskiej pieszej pielgrzymki na Jasną Górę.

 

Zobacz wszystkie relacje z pielgrzymki

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code