Jezus, cuda i medycyna

Pisanie rozważania rekolekcyjnego przez świeckich wydaje mi się nie mniej trudne, niż poprzednio. Tym razem dodatkowo temat cyklu jest niczego sobie, „z grubej rury”, można by rzec. Do wyboru pozostaje pomoc w ustaleniu tożsamości Jezusa z Nazaretu lub ewentualnie opis z Nim spotkania. Przyznacie, że jest to zadanie dość niecodzienne. Mój ostatni tekst czytała znajoma, która od wielu lat interesuje się buddyzmem, ale mam wśród przyjaciół znacznie więcej ludzi niewierzących niż religijnych (a przynajmniej na to by wyglądało, choć przecież wiadomo, że deklaracje a to, co człowiek ma w głowie lub sercu, to są dwie różne rzeczy). Ja sam przecież ostatnie lata uważałem się za ateistę twierdząc, iż religijność jest rodzajem głupoty (brzmi brutalnie, ale skraca wypowiedź). Choć jako nastolatek dostrzegłem starokatolicyzm, który napatoczył się na mojej życiowej drodze i najwyraźniej złośliwie nie chce z niej zleźć, to być może pociągała mnie najwięcej jego „racjonalność”? Czy mogę te fakty negować? Nie. Czy mogę je ukrywać? Nie, ponieważ byłbym nie fair wobec swojej rodziny, środowiska, wobec samego siebie wreszcie.
Pierwszą wadą, którą piętnowano u mnie w domu, tak zostałem wychowany, była hipokryzja. To są te zdania, które pobrzmiewają w mojej głowie choćby o jednym z poetów: „chlał, chodził na dziwki, a teraz odgrywa świętego i nosi na szyi wielki krzyż”. Dalej uważano, że religia jest kwestią osobistą, z którą nie należy się obnosić. Na ile wiarygodne są więc moje wypowiedzi? Mam nadzieję, że przynajmniej choć odrobinę więcej po tym, co napisałem.
Bardzo trudno w naszym dzisiejszym świecie dostrzec inny, niż rzeczywisty wymiar. „Sześć dni przed Paschą przyszedł Jezus do Betanii. Był tam Łazarz, którego Jezus wskrzesił. Przyrządzono Mu posiłek” (J 12,1-11 i dalsze cytaty). Ten posiłek przeznaczono tylko dla Chrystusa czy i dla tego wskrzeszonego gościa? A jak prędko po wskrzeszeniu można jeść? Od razu czy trzeba zastosować jakąś dietę, a może podać probiotyk? Przyznacie, że to wszystko brzmi absurdalnie, ale przecież stanowi część chrześcijańskiej wiary. I nie tylko to, znacznie więcej szalonych i całkowicie surrealistycznych rzeczy. Asumptów, by uznać chrześcijaństwo jak i inne religie za „cyrk na kółkach”, znajdzie się bez liku! Ostatnio paru znajomych, tym razem paradoksalnie wierzących (a nie racjonalnych ateistów), podchwyciło medialną krytykę homeopatii, a konkretnie pomysłu, by tę dziedzinę medycyny wprowadzić na akademię medyczną we Wrocławiu. Argumenty z grubsza były takie – homeopatia jest tak samo wiarygodna jak magia Harry’ego Pottera. Czyli: nie jest racjonalna i nie mieści się w racjonalnym widzeniu świata? A wskrzeszenie Łazarza się mieści? Jezus użył defibrylatora czy zaordynował dożylne podanie adrenaliny? Bo chyba nie uzdrowił go „magicznym” lekiem homeopatycznym? A czy miał Jezus uprawnienia do wykonywania zawodu medycznego?
Kiedyś w Warszawie przy szpitalach – to jest na ich terenie działały kaplice. Nie byle jakie, tylko z wszelkimi szykanami – osobnym budynkiem, zaprojektowanym przez prawdziwego architekta, ołtarzem etc. Wiem, że działały np. przy szpitalu na Wolskiej czy przy Chałubińskiego (to są bogate w tradycje warszawskie lecznice). Kaplicę w tym ostatnim odkryłem przypadkiem, będąc umówiony na wizytę u lekarza. Drzwi akurat były uchylone i ujrzałem klasycystyczne wnętrze, nietknięte przez wojnę, nieremontowane przez dziesięciolecia. W samym centrum Warszawy to wielki rarytas. Ta mała świątynia mogłaby być dumą szpitala, a co za tym idzie, pewno naszego miasta, gdyby nie została zamieniona na magazyn-kostnicę – przetrzymuje się tam trumny, zanim odbiorą je firmy pogrzebowe. Nikt poza personelem medycznym tam nie zagląda. Podobnie stało się na Woli. Nie wiem, jak jest w innych szpitalach w Warszawie, a może i w Polsce, ale te, które wymieniłem, poświęciły swoje budynki sakralne z prawdziwego zdarzenia na wyżej wymienione cele, a kaplice urządziły po jakichś suterenach, w naprędce zaadaptowanych, raczej byle jakich, salkach. Szkoda, bo wielu pacjentów, na pewno nie tylko rzymskich katolików cieszyłoby się, mogąc znaleźć się w pięknej, zupełnie innej, niż szpitalna, przestrzeni.
Nie zmienia to faktu, że krzyże rozwieszane są w szpitalach we wszystkich pomieszczeniach – gdzie tylko się da. Czy ateista, czy wierzący będzie miał na ścianie krzyż, mimo, że i swój „krzyż Pański” ma z ratowaniem własnego zdrowia. Od pewnego czasu postęp widać, jeśli chodzi o najmłodszych pacjentów. Z jakiegoś powodu panuje przeświadczenie, że oprócz krzyża dzieciom przysługują kolorowe zdjęcia na ścianach, zabawki, maskotki itp. Po co? Czy podanie pacjentowi oddziału pediatrycznego odpowiedniej dawki antybiotyku i kroplówki w warunkach szpitalnych nie wystarczy w „procesie” leczenia? Czy potrzebne są do tego kolorowe malowidła na ścianach? Czy wreszcie kwiatki na ścianie są racjonalnym składnikiem kuracji?
Non stop byłem ostatnio bombardowany reklamą wystawy ludzkiej anatomii. W najbardziej ruchliwym miejscu stolicy mogłem codziennie mijać zdjęcia (odartych z godności, może dodać ten, kto chce) spreparowanych ciał, pokazujących układ mięśniowy. Siłą rzeczy człowiek unaocznia sobie pewne fakty. Oczywistością jest, że te tkanki i kości to znikoma część człowieka. Nieprawdaż? Człowiek przecież składa się także z duszy, z intelektu, psychiki, emocji. Jaki procent ciała homo sapiens zajmuje dusza? 10, 50, 100%? A może ciało to jedynie na przykład 5% części składowej człowieka? Kto wie… Właśnie, dlatego też nie chcę, by apriorycznie wieszano psy na homeopatii, ponieważ dostrzega ona, tak jak musi, a nie zawsze chce konwencjonalna medycyna, że człowiek to nie tylko ciało. Lecząc człowieka, trzeba zainteresować się jego duszą. Inaczej kuracja jest nieskuteczna. Część lekarzy to wie, część niestety nie wie wcale, część zaś udaje, że nie wie, bo nie ma dla pacjenta czasu. Właśnie dlatego stawiano kiedyś przy szpitalach kaplice dostrzegając, że człowiek to nie tylko „osoba” oznaczona na łóżku „peselem”. Na obecności i nieobecności na świecie ciała i duszy skupia się także nasza uwaga podczas Świąt Wielkiej Nocy. „Zostaw ją, niech to sobie zachowa na dzień mojego pogrzebu. Ubogich zawsze mieć będziecie u siebie, mnie nie zawsze mieć będziecie”. Mowa jest oczywiście o obecności Jezusa w ludzkim ciele.
Sugestia Jezusa, by pozwolić Marii wykorzystać drogie olejki, wydaje się być dość „utracjuszowska”. Gdyby tak pomyśleć – wylać całą butelkę perfum Armaniego. Judasz Hipokryta od razu wciął się ze swoją uwagą bardzo przypominającą język polskich autorytetów z ul. Wiejskiej lub innych brukowców (w stylu: ile rodzin można by wykarmić, sprzedając służbowy samochód burmistrza lub torebkę pani minister itp.?). Nie ukrywam, że na swój sposób wypowiedź Chrystusa mnie ucieszyła. Jest Wielki Post, należałoby pościć i odmawiać sobie przyjemności (choć przecież coraz mniej ludzi na co dzień tego przestrzega). Jednak nie potrafiłem w tym roku w pełni tego zwyczaju respektować. Udzieliłem sobie odpowiedniej „prywatnej dyspensy”. Skoro i tak jestem w żałobie i dodatkowo poświęcam się, lecząc ostatnio non stop bolące zęby (więc i tak nie mogę jeść wszystkiego), to jak mam się jeszcze bardziej zamartwić? Nie zostałem wychowany w tradycji protestancko-purytańskiej ascezy, a na odwrót – w katolicko-prawosławnej „niefrasobliwości”. W prawosławiu w Wielkanoc dostaje się prezenty (stąd najbardziej „ekstremalne” jajka Fabergé, od biedy u niemieckich katolików jajka z czekolady). W każdym razie, by nie chorować, by zdrowieć i katolik, i prawosławny potrzebuje wokół siebie trochę piękną, tak uważam. A jeśli to możliwe, kto wie, odrobiny zbytku? Kupiłem sobie prezent (za drogie granatowe buty), który wręczę sobie po Rezurekcji, jak nakazuje wschodnia tradycja. Szukając ilustracji do tekstu, odkryłem cały świat hiszpańskiej obrzędowości wielkanocnej, tego mistyczno-hiperrealistycznego arcykatolicyzmu, który znałem do tej pory jedynie pobieżnie (do dziś pamiętam, jak będąc w Hiszpanii, przestraszyłem się trójwymiarowego obrazu Jezusa ze sklepowej wystawy). To, o czym piszę, to są osobne, bardzo rozległe tematy i nie ma tutaj niestety miejsca, by je rozwinąć. W każdym razie Wielki Tydzień w Sewilli jest tak samo nieziemski jak wskrzeszenie Łazarza, jak leczenie homeopatią i wiara w spotkanie z Jezusem! Kto chciałby być Judaszem, który ukróciłby ten „proceder”?
Gdybym faktycznie miał opisać własne doświadczenia związane z rzeczywistością wiary, musiałbym napisać opowiadanie równie, jeśli nie bardziej frapujące, co historia pana Pottera. Czy to by mnie stawiało w lepszym, niż dotychczas świetle? Wcale niekoniecznie. Sam fakt istnienia wiary w ludzkim życiu – lub Jezusa, którego imienia możemy tutaj użyć jako swego rodzaju metonimii chrześcijaństwa, to jest bardzo wiele i za mało zarazem. Jak wielu istnieje bowiem wspaniałych ludzi niewierzących – ateistów żyjących etycznie i z poświęceniem dla drugiego człowieka? W moim odczuciu wiara jest oknem na inną niematerialną rzeczywistość. To tak, jakby poruszać się po paralelnej niewidzialnej autostradzie, na której jednak tak samo istnieją ograniczenia prędkości, radary i punkty karne. Podróż chrześcijanina ma niewątpliwie jasny cel. Ale czy kierowca chrześcijanin i jego samochód jest lepszy od innych?


Na koniec Manuel Pareja-Obregón. Fragment filmu Saury z pozoru nie ma nic wspólnego z Wielkim Tygodniem, ale teksty pieśni mówią m.in. o Madonnie Macarena i Chrystusie del Gran Poder – istnieje też nagranie z analogiczną wizualizacją, lecz postanowiłem uniknąć tej najbardziej oczywistej.

fot. José Javier Comas Rodríguez
http://cofrades.pasionensevilla.tv/photo/photo/listForContributor?screenName=1egt2sws6klsg

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code