‚Jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem…’

 
Rozważanie na Wtorek V tygodnia Wielkiego Postu, rok A2

Rekol__Wielk__2014.jpg

Wprawne uszy pierwszych słuchaczy bez najmniejszego problemu wyławiały z tych słów coś, co dla nas nie jest już takie jasne – nawiązanie do tajemniczego IMIENIA BOŻEGO, które po raz pierwszy zabrzmiało z ‚gorejącego krzewu’, gdy Jedyny Święty objawił się Mojżeszowi, posyłając go, by wyprowadził lud z niewoli: JHWH – Ja jestem…

Na przestrzeni wieków uczyniono z IMIENIA filozoficzną deklarację: ‚JESTEM, KTÓRY JESTEM’, a więc: ‚Jestem sam z siebie’ albo ‚Jestem bytem jako takim’. Interesujące tylko, co Mojżeszowi po rozważaniach z dziedziny ontologii. Czy w momencie, gdy powierzana jest komuś misja wyzwolenia, jego pierwszą potrzebą jest wejrzenie w tajemnicę bytu? A może jednak rację maja raczej ci, którzy są zdania, że podstawowe przesłanie IMIENIA było o wiele bardziej praktyczne – Bóg chciał zapewnić swego wysłannika, że będzie towarzyszył: jemu samemu i ludowi w ich nadchodzącej wędrówce przez pustynię? A więc: BĘDĘ, KTÓRY BĘDĘ, BĘDĘ Z WAMI JAKO NIEODŁĄCZNY TOWARZYSZ WASZEJ PODRÓŻY, DOKĄDKOLWIEK ONA POWIEDZIE!

Wczoraj zakończyliśmy właśnie we wspólnocie ekumenicznej, której od prawie 9 lat ‚duszpasterzuję’, kolejny cykl ‚spotkań domowych’, tym razem pod hasłem: ‚Dokąd zaprowadziła mnie moja wiara?’. Przez trzy kolejne dni słuchałem opowieści moich ‚parafian’ o kolejach ich losów, o tym, co przeżyli, jakich wyborów dokonywali, przez co przeszli. Najbardziej wstrząsnęło mną jednak pytanie, które padło wczorajszego wieczoru z ust pewnej – liczącej sobie już ponad 80 wiosen – pani: ‚To wszystko brzmi bardzo ładnie, ale jak tego DOŚWIADCZYĆ?’. Z wielu rozmów, które przeprowadziłem z nią w ostatnich latach, wiem, że jest to osoba, którą z jednej strony trudno określić inaczej aniżeli mianem naprawdę ‚uduchowionej’, która jednocześnie wciąż zmaga się jednak z tym, co było doświadczeniem wielu mistyków i mistyczek: ‚ciemną nocą wiary’, w której ‚niebo jest zamknięte’, a ‚Bóg milczy’. Ona doświadcza egzystencjalnie tego, że ‚jest z niskości’, ‚z tego świata’ i nie ma bezpośredniego dostępu do tego innego wymiaru rzeczywistości, za którym tęskni. Takie doświadczenie jest bardzo łatwo ‚zagadać’ tanimi, wyświechtanymi deklaracjami, można je jednak również potraktować jako szczególny dar, który ma nas otworzyć na pewna niełatwą tajemnice.

W Ewangelii św. Jana Jezus mówi: ‚Jeśli nie zaufacie (bo taka jest najbardziej pierwotna treść słowa ‚wiara’), że JA JESTEM/BĘDĘ [Z WAMI], umrzecie, chybiając celu (bowiem z kolei ‚chybienie celu, ‚pudło’ stanowi podstawowe znaczenie słowa ‚grzech’). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że nie chodzi tutaj o moment fizycznej śmierci. ‘Umrzeć’ (albo ‘obumrzeć’) można też w środku życia, tracąc wiarę w jego sens i cel. Jezus wskazuje na to, że jeśli nie zaufamy, iż Bóg jest w Nim obecny, właśnie w ten sposób obumrzemy – poddając się przekonaniu o bezsensowności i bezcelowości wszystkiego. Jednak ze słów, które Ewangelista przypisuje Jezusowi, wynika coś jeszcze. Ta obecność wiąże się ściśle z Jego osobą. I tu od razu otwiera się pole do popisu dla wszystkich, którzy chcą z niej uczynić bicz na innych. ‚Widzicie?’ – mówią z trudno ukrywanym triumfem – ‚Tutaj zostało przecież jasno powiedziane, że trzeba uwierzyć w Jezusa jako Syna Bożego, jedynego Zbawiciela, drugą osobę Trójcy Świętej!’. I nagle wiara rozumiana jako zaufanie zamienia się w wiarę, polegająca na przyjęciu całej masy doktryn, w które w historii Kościoła zamknięto pierwotne egzystencjalne doświadczenie. A może wcale nie chodzi o to? Może trzeba zaprzestać obarczania słów Ewangelisty wszystkimi treściami, które wpisała w nie dogmatyka i spróbować dotrzeć właśnie do tego pierwotnego doświadczenia?

Tym pierwotnym doświadczeniem chrześcijaństwa jest przeżycie bliskości Boga w człowieku. Nie w jakichś szczególnych ‚świętych okolicznościach’, nie w ‚znakach’, które od razu rzucają na kolana, lecz właśnie w człowieku: w bliźnim, jednym z nas – Jezusie z Nazaretu. Oczywiście, to doświadczenie od razu zaczęto ubierać w setki różnych sformułowań i ‚dookreśleń’, z których zrodziło się to, co nazywamy ‚kościelną doktryną’ (a właściwie cała seria – często sprzecznych ze sobą – doktryn, z których jedne uznano za ‚właściwe’, a inne za ‚fałszywe’). Rzecz jednak w tym, byśmy nie zapomnieli, że to nie doktryna zbawia. To nie ona wywiera na nas zbawienny/wyzwalający wpływ, lecz właśnie to – ukrywające się za nią – podstawowe doświadczenie bliskości Jedynego Świętego. Bliskości specyficznej, bo… ludzkiej. Nie jakiejś szczególnej – boskiej – lecz właśnie takiej zwykłej, codziennej obecności drugiego człowieka, która dla uczniów skonkretyzowała się w osobie Jezusa z Nazaretu i konkretyzuje się wciąż na nowo w każdym, kto swoją postawą życiową odzwierciedla jakiś wymiar Jego postawy – świadomie podążając za Jego przykładem albo po prostu realizując w praktyce Jego marzenie odnośnie do nas wszystkich, do całej rzeczywistości – to marzenie, które w przejmujący (aczkolwiek na nasz dzisiejszy smak może nieco nazbyt górnolotny) sposób swego czasu ujął w słowa Karol Grycz-Śmiłowski:

‘Wyśnił [Jezus] przepiękną wizje nowego człowieka i nowego społeczeństwa, które sobie nareszcie uświadomi duchowe podstawy bytu i nie będzie już z ciemnych jaskiń złowrogich systemów wychodziło tylko na zer, ale do najszczytniejszych będzie zdążać sfer’.

Gdy mówimy jednak, że to właśnie w Nim – tym konkretnym człowieku z Nazaretu – Bóg przychodzi do nas tak blisko, że już bliżej nie można, nie możemy abstrahować od tego, co Go spotkało.’ Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, poznacie, że Ja Jestem’. Czytanie z Księgi Liczb naprowadza nas na pierwszy ślad tego, o czym tutaj mowa. Wędrujący przez pustynię lud jest kąsany przez jadowite węże. Pan poleca Mojżeszowi sporządzenie wizerunku węża i umieszczenie go na wysokim palu. Każdy, kto na niego spojrzy, doznaje uzdrowienia. Mamy więc do czynienia z sytuacją, która przywodzi na myśl działanie tzw. magii sympatycznej, którego echo przetrwało np. w homeopatii. Jednak użyte tu słowo ‚pal’ przywołuje na myśl jeszcze cos innego: krzyż na Golgocie. ‚Zaraz, zaraz’ – powie ktoś – ‚zawsze myślałem, ze krzyż był raczej narzędziem poniżenia, upodlenia, a tu jest mowa o WYWYŻSZENIU?’. Tutaj chciałbym oddać na chwile głos o. Jerzemu Klingerowi, przedwcześnie zmarłemu w 1976 r. wybitnemu polskiemu teologowi prawosławnemu, który pisał:

‚Naprawdę, jeżeli weźmiemy pod uwagę ich znaczenie jako wydarzenia “kosmicznego”, Krzyż i Zmartwychwstanie tworzą w Nowym Testamencie ścisła i nierozerwalna jedność. (…). Jeszcze lepiej niż u św. Pawła znajdujemy tę prawdę o jedności krzyża i zmartwychwstania wyrażoną z całą jasnością u św. Jana, gdy przedstawia Mękę Jezusa jako “godzinę” Jego “uwielbienia”. “Podniesienie Jezusa jest dla Jana równocześnie i w tymże stopniu podniesieniem na krzyżu jak i Jego podniesieniem w chwale”’.

Tę Janową intuicję w przejmujący sposób przekazują ikony. Nie przedstawia się na nich Ukrzyżowanego targanego przedśmiertnymi konwulsjami czy wręcz ciała po śmierci – jak to się często dzieje na Zachodzie. Na ikonach Jezus nie umiera, lecz ‚tańczy’ – już przeżywając ‚wielką tajemnicę wiary’, w myśl której śmierć nigdy nie ma ostatniego słowa, jeśli żyje się tak, jak On – dzieląc swe życie z innymi aż do końca, wydając je na pastwę (czyli pożywienie) dla innych. Wielki Piątek, pozostając tragicznym wydarzeniem, odzwierciedlającym koleje losu nie tylko samego Jezusa, ale tak wielu innych ofiar ‘złowrogich systemów’, w najgłębszym sensie jest już Wielkanocą i Wniebowstąpieniem.

Ta wizja koresponduje z doświadczeniami pierwszych chrześcijan. Kilka dni temu znalazłem w swojej skrzynce pocztowej najświeższy numer czasopisma holenderskich menonitów, ‘Doopsgezind.nl’, a w nim artykuł pt. ‚Wielkanoc świętem?’. Autor pisze:

‚Kościół chrześcijański pierwszych wieków tworzyła mniejszość, często prześladowana mniejszość. Nie miała ona powodów do świętowania czegokolwiek, oprócz mocy ukrzyżowanego Chrystusa. Nie było mowy o żadnym osławionym zwycięstwie nad czymkolwiek, lecz wszystko koncentrowało się na głębokiej wierze, że Jezus, ten ukrzyżowany, nie poddał się władzy możnych tego świata. Jak czytamy w opowieści o kuszeniu na pustyni, Jezus wyrzekł się egoizmu, bogactwa, władzy. I w ten sposób zachował przewagę nad diabłem’.

Mamy tu do czynienia z niesamowitym paradoksem. Jezus zwycięża dlatego, że… nie ma mowy o żadnym zwycięstwie, przynajmniej w kategoriach tego świata. Jego zwycięstwem – jedynym zwycięstwem – jest moralne zwycięstwo kogoś, kto swoją postawą życiową pokazuje, że jako ludzie naprawdę nie musimy ‚z jaskiń złowrogich systemów wyruszać na żer’, że można, w zgodzie z Bożym marzeniem, być człowiekiem z innymi i dla innych, dzielić swoje życie, rzeczywiście zapominając o sobie i swoim egoistycznym interesie. Tylko że takie zwycięstwo ‚świętuje się’ jedynie na krzyżu, bo tak poukładaliśmy ten świat, że ‚kto pierwszy, ten lepszy’, a kto ma władzę i umiejętnie z niej korzysta, zwycięża…

Teraz połączmy to wszystko w jakąś całość. Jezus wzywa, byśmy zaufali Bożemu IMIENIU. To znaczy zaufali, że Jedyny Święty będzie obecny w naszym życiu, będzie towarzyszem na naszej drodze. Jednak ta obecność – wbrew temu, czego się spodziewamy – nie jest obecnością Boga, który w cudowny sposób pomaga nam pozałatwiać różne nasze sprawy, lecz obecnością… człowieka. Bóg jest obecny w sposób ludzki i tylko w ten. To właśnie odkrywamy w człowieku z Nazaretu: człowieczeństwo naszego Boga. Bóg, którego ukazują nam Pisma, którego Jezus nazywa swoim Ojcem, z którym czuje się nierozerwalnie związany, właściwie nie chce być wcale Bogiem. Jego marzeniem, Jego celem, jest być człowiekiem – tak ludzkim, jak to tylko możliwe. I w końcu pora postawić ostatni krok: z jednej strony całkowicie logiczny, a z drugiej niesamowicie trudny. Właśnie to człowieczeństwo, dlatego że jest takie pełne, takie całkowite, przeżywane do końca, do cna, prowadzi wprost na krzyż. Jego kulminacją jest okrzyk: ‚Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?’. Nie ma już Boga – Boga naszych oczekiwań i pragnień, Boga, który może się na cokolwiek przydać, cokolwiek dla nas (i za nas) załatwić. Jest samotność umierającego człowieka, który śmiercią przypieczętowuje swoją wierność człowieczeństwu – takiemu, jakie wymarzył sobie Bóg. Niebo jest zamknięte, Bóg opuścił swój tron i dal się nam przybić do słupa hańby. Wielki Piątek – ze swymi ogołoconymi ołtarzami, z otwartym pustym tabernakulum – jest szczytem objawienia Bożej obecności w naszym życiu! A zarazem objawia, jaśniej aniżeli cokolwiek innego, na czym polega bycie człowiekiem: wrzuconym w ten świat bez pytania, targanym wątpliwościami, samotnym i (czasami) wykraczającym poza samotność w kolejnej próbie nawiązania relacji z innym człowiekiem w nadziei, że wreszcie będzie to trwała relacja. Bo właśnie przez to wiedzie nasza droga ‚do najszczytniejszych sfer’, cokolwiek by miały one oznaczać…

Nie, to, co napisałem, nie stanowi odpowiedzi na pytanie mojej ‚parafianki’. Powyższe rozważania kieruję przede wszystkim do siebie. Ten Wielki Post jest dla mnie czasem, którego rzeczywiście doświadczam jako wędrówki po pustyni – czasem bolesnego pożegnania z marzeniami i planami, które nadawały sens memu życiu przez ostatnie lata, czasem powrotu do tego, z czym – jak sądziłem – pożegnałem się już definitywnie. Wszystko stoi na głowie. Nic nie jest takie, jakim się do niedawna wydawało. Co pozostaje? Wierność sobie i nadzieja na to, że otaczająca mnie pustka jest sposobem, w jaki w moim życiu objawia się Bóg. Ludzki Bóg, słaby i zagubiony jak ja sam, ale wierny. Bo przecież własnego IMIENIA wyprzeć się nie może…

08JKUBACKIAgias_Triados_frescos_cross.jpg

Rozważania Rekolekcyjne

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code