Gdy coś w duszy umiera

Pani Profesor wie, że zawsze miałam nietypowe pomysły, a potem trzeba mnie było tłumaczyć przed wizytatorem, że nie zamierzam prowadzić zeszytu do języka polskiego albo bronić przed radą pedagogiczną, gdy napisałam w międzyszkolnej gazetce jakiś artykuł mogący naruszać dobre imię V Zakładu, którymi swoimi edukacyjnymi tradycjami sięgał austriackich, cesarsko-królewskich czasów. I pewnie się Pani Profesor nie zdziwi hiszpańską piosenką na początek tego wspomnienia.

Idąc za tym tropem, zacznę właściwie od ostatnich – no, może przedostatnich – lat naszej znajomości. Bo potem była jeszcze Pani praca w krakowskim Liceum Pijarów i w „Posłańcu Serca Jezusowego”, ale temu już jakoś specjalnie nie kibicowałam, zbyt zajęta własnymi sprawami.  Ale wcześniej były snute przez Panią długie opowieści o wakacjach spędzonych u córek w Meksyku i zachęta, abym zaczęła uczyć się hiszpańskiego. Ziarenko zostało rzucone, a potem niespodziewanie owocowało moimi kilkoma meksykańskimi i hiszpańskimi przyjaźniami, zawieranymi gdzieś na życiowej drodze. I owocuje tą dedykowaną Pani piosenką, kilkanaście lat temu usłyszaną po raz pierwszy od pracujących w Polsce młodych Hiszpanów z Opus Dei, którym pomagałam trochę jako tłumaczka.

Z tego „hiszpańskiego” okresu pamiętam jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych spotkanie wychowanych przez Panią Profesor laureatów ogólnopolskiej Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Było to chyba z okazji dziesięciolecia pierwszego olimpijskiego lauru albo może na cześć dziesiątego laureata, który wyszedł spod Pani ręki. Ledwie mieściliśmy się w maleńkim, pełnym książek pokoiku na krakowskiej Krowodrzy. Przy okolicznościowym torcie składaliśmy sobie obietnice, że będziemy spotykali się co roku po ogłoszeniu kolejnych laureatów. Tych zresztą było jeszcze sporo, ale my, jak to z młodymi bywa, rozbiegliśmy się po świecie…

Właśnie – Olimpiada! Nasze szacowne liceum żyło olimpiadami przedmiotowymi, które rozbudzały w nas ducha szlachetnej rywalizacji, ale były również traktowane jako przygotowanie i sprawdzian przed maturą oraz egzaminami na studia. Najambitniejsi zaczynali uprawianie tego sportu już od pierwszej klasy i to w kilku konkurencjach. Zanim przyszły pierwsze polonistyczne laury, trzeba było wielu lat doświadczeń, zdobywanych przez Panią Profesor i Jej uczniów. W naszych przygotowaniach korzystaliśmy z rad starszych kolegów, a później sami podtrzymywaliśmy na duchu młodszych. I to tworzyło ciepłą, niemal rodzinną atmosferę, daleko odbiegającą od klasycznego modelu wyścigu szczurów.

A na co dzień była mordercza praca: dyktanda pisane do znudzenia, przygotowywane osobiście przez Panią Profesor testy z historii literatury i gramatyki, comiesięczne wypracowania, a potem wypracowania, testy i dyktanda poprawkowe, a potem da capo… Ponadto słynny system wybierania do odpowiedzi, którego nie mogło rozgryźć kilkanaście roczników z klas matematycznych uniwersyteckich… Tylko ten, kto to przeżył, zna smak takich emocji. Jeżeli zaś przeżył, co zdarzało się jednak najczęściej, nie miał kłopotów z posługiwaniem się nawet skomplikowanymi konstrukcjami języka polskiego i swobodnie poruszał się w obszarze kulturowych symboli.

Algo se muere en el alma cuando el amigo se va – Coś umiera w duszy, gdy odchodzi przyjaciel, choć w tym wypadku też ogromnie dużo w duszy pozostaje…


JADWIGA KRENGIEL

1929 – 2013 

W klasach humanistycznych Pani Profesor Krengiel prawie zawsze uczyła języka polskiego równocześnie z Profesorem Eminowiczem, historykiem. Ale z Profesorem było inaczej. Dla mnie to nie była żadna wielka przyjaźń i choć zaliczyłam dwa spośród słynnych organizowanych przez niego zagranicznych wyjazdów, nie należałam nigdy do jego przybocznej gwardii, jak nazywał najbardziej zaprzyjaźnionych uczniów. Wydaje mi się zresztą, że między tymi nauczycielami istniała swoista cicha rywalizacja, a uczniowie dość szybko wybierali, kto z nich dwojga bardziej odpowiada im osobowościowo i/lub ze względu na zainteresowania.

Miałam to szczęście, że wśród moich licealnych nauczycieli znalazło się sporo nietuzinkowych postaci, ale Profesor Eminowicz był niewątpliwie największym oryginałem. O historii opowiadał nam z dużą nonszalancją, kładąc raczej nacisk na pewne niezmienne właściwości ludzkiej natury, niż na daty. Nie znaczy to, że lekceważył znajomość faktów czy tak ważną nie tylko dla historyka umiejętność posługiwania się mapą. Ale to przecież było oczywiste, że nawet trójkowy uczeń musi rozróżniać kulturę helleńską od hellenistycznej, Teodorę od Teodoryka, a Bacha od Offenbacha. W przeciwnym wypadku zasługiwał na miano barbarzyńcy, a tego określenia baliśmy się bardziej niż oceny niedostatecznej.

Profesor wprowadzał nas niestrudzenie w krąg śródziemnomorskiej cywilizacji i naszej rodzimej tradycji. Obowiązek znajomości różnych zagadnień z historii czy historii sztuki uważał za sprawę tak niezbędną jak codzienna osobista higiena. Chcesz funkcjonować w dobrym towarzystwie, to musisz się postarać. Była to postawa bardziej pragmatyczna, niż czysto aksjologiczna, ale jak się okazało, niezwykle owocna i skutecznie otwierająca rozmaite drzwi. Dzięki niej wśród uczniów Profesora można dziś wymienić wiele ważnych osób ze świata mediów, nauki, polityki, sztuki.  

Profesor Eminowicz nie wykładał w sposób tradycyjnie obowiązujący w szkołach średnich. Nie widział potrzeby dublowania podręcznika. Uważał, że możemy sobie doczytać tam albo w różnych podawanych przez niego lekturach. A później sprawdzał to od czasu, rzucając budzące grozę hasło „pod ścianę” i wybierając do odpowiedzi na przykład co trzecią osobę w rzędzie pod oknem. Były to tzw. pacyfikacje, po których można się było następnego dnia rehabilitować z postawionych ołówkiem ocen niedostatecznych. Po latach coraz wyraźniej zdaję sobie sprawę, jak wiele z ducha tego specyficznego języka pozostało w mojej własnej mowie oraz w wypowiedziach innych uczniów Profesora. Szorstkość, dosadność, niekiedy sarkazm łączyć z wyczuciem granic, których nie wolno przekroczyć, by nie niszczyć tego, co naprawdę ważne i wartościowe – takich zasad uczyliśmy się mimochodem, wsłuchując się czujnie w słowa Profesora.

Dziękuję, Profesorze!

 

MAREK EMINOWICZ

1933 – 2013

Pani Profesor Jadwiga Krengiel zmarła 12 stycznia, a Pan Profesor Marek Eminowicz zmarł 13 stycznia 2013 roku. Prawie razem – jak w naszym licealnym podziale godzin…

Zdjęcia pochodzą ze strony V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code