Dziel się tym, czym żyjesz


Przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych doczekała się już wielu komentarzy, które wskazują na adekwatność bardziej dosłownego tłumaczenia tekstu źródłowego. Panny są albo rozsądne, albo głupie. Brzmi dobitnie. A czy osłuchana fraza o soli, która traci swój smak może równie mocno poruszyć wyobraźnię? Owa metafora w tekście oryginalnym zawiera ciekawą grę słów. Użyte w nim wyrażenie na oddanie utraty właściwości soli oznacza także „stać się głupcem”. Z taką świadomością ten obraz również dobitnie przemawia do wyobraźni.

Każdy z nas coś utracił i zwykle jest z tym pogodzony. Ale czy ktoś z nas stał się głupcem? Skądże znowu, nikt! Tak, utraciliśmy nieco z radykalizmu pierwotnego chrześcijaństwa; tak, nie odczytujemy Ewangelii zbyt dosłownie, ale przecież nie zgłupieliśmy. Wręcz przeciwnie, jest naszą mądrością, że tak wspaniale adaptujemy się do świata. Tylko co na to ten świat? Delikatnie mówi Kościołowi, że sól traci swój smak. Albo bez owijania w bawełnę: że ten Kościół – miasto na wzgórzu, które nie może się ukryć przed niczym wzrokiem, które powinno być światłością świata – ten Kościół zgłupiał.

W intrygujący sposób liturgia łączy w tę niedzielę tekst o soli tracącej smak (Ewangelia: Mt 5,13-16) z tekstem określającym metodę misyjną świętego Pawła wśród Koryntian (II czytanie: 1 Kor 2,1-5). Apostoł drugi raz zjawił się w Koryncie, w którym niedawno powstała wspólnota chrześcijańska. Młody Kościół musiał odnaleźć się w wielokulturowym otoczeniu dużego portowego miasta i zażegnać wewnętrzne spory. W jaki sposób to robić: jak mówić o Bogu, jak przekonywać do chrześcijaństwa, jak budować jedność?

Paweł, stając przed tymi ludźmi, przyznał, że w swoim głoszeniu zrezygnował ze wszystkiego, co ludzkie – powiedzmy: przepychanek na argumenty, chwytów retorycznych, haseł marketingowych, ale też uczonych lektur i konstrukcji dyskursywnych. „Postanowiłem bowiem, że nie będę wśród was znał niczego poza Jezusem Chrystusem, i to ukrzyżowanym” – mówił (oczywiście z retoryczną swadą) święty Paweł. „Moja mowa i nauczanie nie opierały się na przekonywających słowach mądrości, lecz na okazaniu ducha i mocy, aby wasza wiara nie wypływała z ludzkiej mądrości, ale z mocy Bożej”.

Nic, poza Jezusem Chrystusem. Oto słoność soli. Problem, z jakim boryka się wspólnota chrześcijańska nad Wisłą, to problem tego, co głosi, a co zatem idzie – wiarygodności. To chrześcijaństwo na pół gwizdka. To religijność w zastępstwie drobnomieszczańskiej etyki, pełna zachłanności na władzę, moralizatorstwa i emocjonalnego szantażu. To sól tracąca swój smak, bo zajęta wieloma sprawami, ale niekoniecznie głoszeniem Chrystusa. Dlaczego tak się dzieje? Można zaryzykować odpowiedź: bo Jezus zostaje zapoznany. To Jezus oswojony, sformatowany i z góry ustawiony. Jezus niesłuchany.

„Słysząc pytanie: ‘Jak dzisiaj mówić o Bogu?’, zakładamy spontanicznie, że trzeba mówić do innych, jakby nas ono osobiście nie dotyczyło – mówił przed dostojnym watykańskim gronem francuski filozof Fabrice Hadjadj, nawrócony na katolicyzm ateista. – Przesądzamy o tym bezwiednie, bo przecież jesteśmy chrześcijanami, a rzecz dotyczy niechrześcijan. Takie postawienie sprawy mogłoby jednak oznaczać, że sami stajemy się mniejsi niż ci wszyscy niechrześcijanie, że wyobrażamy sobie mówienie o Bogu bez nieustannego obowiązku słuchania Jego Słowa. Stalibyśmy się w ten sposób tym ‘próżnym głosicielem słowa Bożego na zewnątrz, nie będąc wewnątrz jego słuchaczem’ (św. Augustyn)” (Fabrice Hadjadj, „Antypodręcznik ewangelizacji”).

Święty Paweł w Koryncie mówi jedno: zrezygnowałem ze wszystkiego i mam dla was tylko to, co daje mi poznanie Boga. Kościół w Polsce mówi drugie: mamy cały zestaw ludzkiej mądrości, którą podajemy do wierzenia – szykuje potrawę, której nie ma czym posolić, bo sól straciła swój smak. Głos Kościoła, pozbawiony Jezusa, jest bezpłodny. Dopiero co miał miejsce dzień życia konsekrowanego. Z tej okazji duży portal religijny zamieścił materiał, który miał udowodnić, że życie zakonne jest atrakcyjne. Wszystkie argumenty sprowadzały się do naśladownictwa aktywności w tak zwanym zwykłym życiu, bez wskazania istoty wyboru zakonnej drogi życia. Jaki smak ma takie mówienie o powołaniu, co może zrodzić?

Biskup Andrzej Czaja opowiadał o swoim budziku. Odkąd został biskupem opolskim, musiał przestawiać porę pobudki na coraz wcześniejszą. Każdy dzień zaczyna od modlitwy, lektury Pisma Świętego i sprawowania Eucharystii. W ciągu dnia, mając okazję do przemówień, nawiązuje do aktualnych czytań liturgicznych. Kiedy jeden z ludzi słuchających biskupa przy okazji okolicznościowego przemówienia zdziwił się, że ostatnio w takiej samej sytuacji biskup mówił coś innego niż tym razem, zadał mu pytanie, czy nie ma gotowych tekstów wystąpień. Biskup Czaja miał krótką odpowiedź: „Dzielę się tym, czym sam żyję”. Biskup opolski po prostu nawiązuje do czytań liturgicznych danego dnia, bo żyje mądrością Boga, a nie własną. Pewnie nauczył się tego od świętego Pawła.

Kościół, który sam nie żyje Jezusem Chrystusem i przeciwnie niż święty Paweł próbuje głosić coś innego niż Jezusa, i to ukrzyżowanego, jest jak sól tracąca smak – jest głupcem. Kościół, który dzieli się tym, czym sam żyje, jest miastem na górze.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code