Dom Kloszarda

 

Dom Kloszarda
 
 
Myśliciel uwił sobie przytulne gniazdko. Słońce prześwietlało wiosenną zieleń drzew i wędrując pośród cieni, soczystymi smugami między kwiatami bzu rozświetlało pastelowe fantazje ścian. Rześkie, ciepłe powietrze mieszało się z zapachem kawy, jazz cichutko wirował pośród książek, uzupełnianych wspólnie i ustawionych na sosnowych deskach, które sam oheblował. Pasję gwiazd niosły myśli, codziennie, euforycznie rozkwitające, kiedy szczęk zamka obwieszczał uśmiech niewiasty, wracającej później z pracy. Myśliciel odkładał książkę i notatki na podłogę obok materaca i przytulał wesołą pannę, całując ją w czoło. Żyli na kocią łapę. Codziennie pichcili radosne strawy, do sosu pomidorowego wsypując oregano i wkrajając bazylię, która rosła na parapecie, gotując makaron w bulionie z czosnkiem, a ryż na placki warzywne – w curry. Skalę pikanterii kompozycji określał raz to Gerschwin, u którego finezja wybuchała nieomal neworleanowską dętością koncentrycznej cebuli, raz stonerowy odlot hipzupy z ziemniaków, marchewki, pora, selera i jakich bądź kolorowych abstraktów radosnej Planety Ziemi.
 
Wieczory skupionej ciszy lektur przerywało tylko skwierczenie aromatyzowanych świeczek, kiedy w kadzidlanym dymie oddawali się rytuałowi miłości. Wpatrzeni w otchłanie swych oczu poddawali się pulsowaniu chemii, od czasu do czasu substancjalizowanej marihuanowym highem, kiedy na środku feromonowo – testosteronowej łąki odlatywali w orgazm całego Kosmosu przy dźwiękach Hawkwing czy Velvet Underground
i gwiazdy i twarze
kwiaty i ciała
The Doors
Aldous Huxley
usta
rozchylone tak w barwach doznań
smoked sex
gdy dłonie błądziły
bez celu
i oczy
i połysk wulkanów
– bezednie
eksplozywnej
bezsenności
motyle i tańce
lata
mijały. Na parapecie pojawiło się lusterko w pomarańczowej ramce i psychodeliczna szkatułka, w której panna trzymała tusz do rzęs i lakier do paznokci, zmywacz i nagietkowy krem, szminkę, błękitne korale, i czerwone, i inne kobiece gustoza. Każdego ranka, kiedy myśliciel kroił pomidora na kanapki z serem i zaparzał kawę, dziewczę malowało się przed lusterkiem uroczo. Podchodził, wplatał palce w jej włosy, nachylał się i całował w czoło. Wiedział, że lustro w łazience było większe, ale ona malowała się przed tym, które otrzymała od swojego mężczyzny w dowód miłości. Myśliciel był mądry i całował ją właśnie dlatego. Ufał jej, a ona ufała jemu.
 
Pewnego dnia filozof oczekiwał na powrót ukochanej z wyjątkową niecierpliwością. Knuł coś. Zacierał ręce. Udekorował stół kwiatami – bzami, które ona uwielbiała, a z którymi łączyli wiele wspólnych przeżyć jeszcze z początków studiów. Nalał do kieliszków dobrego wina, którego kilkanaście butelek przetrzymywali wspólnie w piwnicy na szczególne okazjem. Choć poddenerwowany uroczystością swojego pięknego pomysłu, filozof był pewien, że tak dobre wino będzie pasowało do toastu. Na środku postawił zapaloną świeczkę. Kiedy panna przyszła, pomógł zdjąć jej płaszcz, zanieść do kuchni siatki z zakupami i przytulił. Chwycił za rękę i spojrzał prosto w oczy. Uśmiechnęła się.
         A cóż to wymyśliłeś? – Zapytała wesoło.
         Chodź. Mam coś dla ciebie. Chcę tobie coś powiedzieć. – Otworzył drzwi pokoju i
zaprowadził ją do stolika. Usiadł przed nią. Uśmiechnęła się i pocałowała myśłiciela w usta. Na jej twarzy malowała się ciekawość połączona z domysłem, że jej ukochany znów wpadnie na jakiś szalony pomysł. – Była do tego przyzwyczajona. Wyciągnął z szuflady pudełeczko. Serce zaczęło mu bić mocniej, tak mocno, że aż nie mógł złapać tchu. Spojrzał na jej twarz. Zmieniła się, spojrzała obok, posmutniała. Wydawała się być zdezorientowana.
         Co to?
         Otwórz, zobacz…
         …Pierścionek. …Tak?
         No… tak…
         Ale …ja… Nie teraz. Nie wiem, czy ja…
         Ale… jak to… Co się stało? Wszystko w porządku? Stało się coś dzisiaj?
         Nic…           nic …           Nic. – pokręciła nerwowo głową, wyciągając z paczki papierosa.
         Patrzysz jakbyś się zmieniła, no…
         Nie… Nie… Nie znałeś mnie chyba… Nie, wiesz, ja się tego nie spodziewałam. To…
 To zmienia wszystko. To… To już nie jest mój dom. Muszę stąd iść. – Spojrzała na niego przez chwilę, po czym zaczęła bezwiednie szukać punktu, na który mogła spojrzeć. – Chcę wrócić do domu.
        
         Chcę wrócić do domu.
Na twarzy filozofa wymalowała się dezorientacja. Pobladł i usiadł, wpatrzony w podłogę. Nogi miał jak z waty. Pozostał w bezruchu, dziwnie spokojny, ze ściśniętym, rozpalonym gardłem, w chłodzie, który nagle go objął, pośród gęstwiny myśli, które jeszcze do niego nie dotarły. Kobieta przywdziała płaszcz, wzięła torebkę i wyszła. Następnego dnia wyprowadziła się.
 
Mijały dni. Każdego z nich myśliciel zaznaczał na ścianie noce, spędzone z pustką po prawej stronie łóżka. Budził się później, ponieważ nie odczuwał chęci krojenia pomidora. Pewnego dnia zaparzył dwie kawy. Spojrzał na zlew, gdzie od kilku tygodnia stała bez-celowo zostawiona, ostatnia filiżanka po kawie, którą wypiła w dniu rozstania. Oparł się dłonią o blat i spojrzał przez okna. Jego oczy zaszkliły się, serce podeszło do gardła, które złapał uścisk. Drżącymi dłońmi wyskubał z paczki gaullioussesa i zapalił. Wylał kawę do zlewu. Nalał do szklanki wodę z kranu, wypił i wyszedł. Próbował zapomnieć, ale przebłyski przyzwyczajenia uświadamiały go, że nie chce już słuchać Gerschwina przy gotowaniu spaghetti. Wyszedł z pracy wcześniej, ponieważ te same przebłyski przerwały potrzebne w intelektualnym skupieniu continuum. kupił jajka, rozbił i wrzucił na rozgrzaną patelnię. zjadł jak najszybciej. zapalił papierosa. zostawił nie pozmywane naczynia. zapalił papierosa. chciał poodkurzać, ale zapalił papierosa i wyszedł na spacer w kierunku miasta. zapalił papierosa. nie chciał już widoku wszystkich narzuconych sobowtórów pragnął ulżyć zmysłom wyczulonym na mimowolne ponowne spotkanie zapalił papierosa w kieszeni miał pogięty banknot skręcił w zacieniony zaułek i wszedł do bełkotliwego lokalu aby ulżyć sobie patrząc na tych co mają w życiu gorzej tak do pięciu piw słońce zdołało zajść usta zszarzały od gaullioussesów. wyszedł po siódmym. było mokro. szedł chwiejnym krokiem ze wzrokiem ze wzrokiem grzęznącym w odbiciach latarni na kałużach. Natknął się na przechodnia.
– PRZSZEPRHASZ-SZAM – powiedział – i podniósł wzrok. To była Ona. Nie zapamiętał jej spojrzenia. Czknął. Zachwiał się.
– Proszę cię, nie pij. Proszę, weź się w garść. Odprowadzić cię do domu?
– SPIERDHALYAJ – odparł. Ona stała i patrzyła na niego, kiedy się oddalał. Łkał, a mokre światła latarni rozmywały się we łzach. zapalił papierosa. ochłonął trochę. po drodze wstąpił na stację benzynową i kupił wódkę. zaspał. wstał z trepem w ustach, na podłodze. obok przepełnionej popielniczki stała flaszka z ¾ zawartości. zapalił papierosa i wrzucił 3 jajka do garnka. nie chciało mu się zmywać po wczoraj. nalał wódki do szklanki. wypił na 3 razy zapijając kranówą. zjadł. zapalił. puścił muzykę. wypił kolejną szklankę. poszedł do kibla. puścił pawia. zapalił. dopił wódkę. zgasił papierosa i poszedł spać. obudził się, wypił kranówę i spóźnił się do pracy. wyszedł wcześniej. wziął sobie urlop. miał jeszcze pieniądze z wypłaty. zaprosił zapomnianych przez kobietę kumpli z osiedla.
Molekuły tytoniowego dymu wyparły cząstki kadzidlanosłodkich emocji.
Szara skóra wkomponowała się w przygasłe od zawiesiny pastele.
Chlali cały tydzień od rana do wieczora.
Czas uległ przestawieniu.
Myśliciel otworzył okno. Zgarnął puszki po piwie i puste butelki. Resztki zlał do szklanki. wypił. zapalił. światło opadło snopami na zakurzone półki. wyniósł śmieci. kupił bułki i masło. zjadł. zapalił i poodkurzał. siadł w fotelu. Otworzył niedokończoną lekturę, ale zdekoncentrowały go plamki odparowanego alkoholu na podłodze, w które wlepił się kurz. Na przytłumionej pomarańczy ściany spostrzegł plamy po eksplozji szampana. Dekoracyjne firany poszarzały. Spojrzał przez okno. Światło wpadało przez zakurzone szyby, które miał umyć przed tygodniem. Odłożył książkę. Zapalił papierosa i poszedł do kuchni, aby zaparzyć kawę. Spojrzał na przepełniony zlew. Wlał kranówę do literatki po whisky z colą, wypił i wyszedł przepić resztę. Do pracy już nie wrócił, a lektury nie dokończył, za to inne książki powędrowały z sosnowych półek na parapet, podłogę, materac, pozbawiony orientalnej narzuty zalanej piwem i rzuconej w kąt łazienki, do kuchni pomiędzy nie umyte naczynia, do kibla. Kant zamókł, któryś Nietzsche z Heideggerem zbrązowiały na rogu od coli, Senekę, Augustyna, Szkota i Ciorana pokryły zaschnięte plami, Colliego zalała żółtawa ciecz, chyba żubrówka. Myśliciel postanowił posprzątać i znaleźć pracę.
 
Zatrudnił się jako pracownik fizyczny w dużej korporacji handlowej. Wstawał wcześnie rano i robił sobie porządne śniadanie. Praca była ciężka: Układał na regałach ciężkie, ceramiczne umywalki, muszle klozetowe, stalowe wanny i brodziki, ładował na paletę bojlery, kalryfery dla klienta, porządkował na wizytę dyrektora dyrektora zawalony towarem magazyn, przesuwał żeliwne kotły i choć jadł dużo, wciąż chudł. W żołądku palił go bowiem żar od serca rozkołatanego przebłyskami, w trzeźwości tym bardziej klarownymi, w swojej upragnionej realności tym bardziej złudnymi. W bólu przebłysków pomagały wizje; kiedy wracał do domu, po posiłku stawał przed lustrem, patrzył na zmęczoną twarz i mówił do siebie:
– To tylko tymczasowo. Nadejdzie lato. Opalisz się, kupisz ładne podkoszulki i sandały. Zmienisz okulary na Sartre’owskie Woody Allenówki. Jesteś przecież intelektualistą. Poznasz piękną kobietę – filozofa, artystkę, teologa… Znajdziesz wymarzoną pracę. Uda się. Zrobisz w końcu doktorat, zamienisz mieszkanie na większe, słoneczne, pastelowe. Kupisz po czasie samochód. Będziesz nauczycielem, wykładowcą. Zanurzysz się na powrót w spokoju pośród sycącego sztormu Nietzschego, zgłębisz radość serca pośród mistycznych tajemnic średniowiecza. Egzystencjalizmem odsłonisz ludziom pasjonującą przygodę myślenia. Zarazisz ich eksplozywną euforią sztuki. Co roku swoim vanem będziesz z kobietą podróżował i słuchał bluesa.
Skandynawia, krajobrazy Griega i Lagerkvista, fiordy, które natchnęły Wittgensteina
Holenderski obłęd Van Gogha
subtelne, francuskie delikatesy Impresjonistów i Derridy.
Grecja Kazantzakisa i Grek Zorba epikurejskiej starożytności.
Bułgaria świetnego wina o zachodzie słońca,
Węgry Liszta, lecza z papryką i Zamkowe Wzgórze nad Budą i Pesztem,
Słowenia niekoniecznie Zizka, choć w swej otwartości i dobroci czemu nie…
– Usiadł na fotelu, przy kawie i otwartej książce. Zmęczenie fizyczne dawało się jednak we znaki. Lektura szła opornie, powieki opadały, mimo inwazji kofeiny. Kładł się spać i budził się rano. Popadał w wegetatywny cykl życia Parsów. Czuł samotność. Postanowił wyrwać się ze zmęczenia – o ile bowiem utracił zdolność koncentracji, o tyle nie musiał przecież tracić czasu na nadmiar snu w wyobcowanej, nieruchomej ciszy. Postanowił zhardzieć, nabrać ogorzelizny twardego mężczyzny i spojrzenie przenikające myślą; Jeśli oduczy się snu, powróci do głębokich myśli.
 
Zaprzyjaźnił się z robotnikami korporacji. Prawie co wieczór pił razem z nimi piwo i wódkę, aby po kilku godzinach snu, z parującym, szelmowskim uśmiechem i wesołym kurwowaniem przemieszczać palety i snuć przaśne historie życia. Mieszkanie pogłębiło swej buduarowej szarzyzny. W śmiechu upojenia estetyka zeszła na dalszy plan, lepkie plamy i gęstniejąca szarość pośród rozrzuconych książek, brudnych ubrań i butelek stały się manifestem demonicznego decadence. Zamroczone wspomnienia zsiniały, a ich przebłyski zagłuszane były spazmami kobiety, z którą myśliciel nigdy nie nawiązał rozmowy. Zwierzęca chuć rozdarła miłosną głębię w orgiastyczne strzępy beznamiętnej kopulacji. Materac nasiąkł amfetaminowym potem, kołdrę i nocną bieliznę zainfekowała wilgoć potniejącego alkoholu, a hordy frustratów i wagabund każdą noc rozbijały z radością uwolnionego roju czerwi, znajdujących mięsiste ujście w kloace ropiejącej obfitą pokusą ucieczki z chomąta pamięci o własnej beznadziei. Pastelowa niegdyś oaza myśli i miłości przeszła transformację w osiedlowy burdel jednej kobiety, a masowe, pijacie orgie dziesięciu naćpanych, nagich mężczyzn z ołtarzem w podartej pościeli wykluczyły myśliciela z reguł sąsiedzkiej koegzystencji. Rytuały szaleństwa kształtowały mięśnie. Wódka rozszerzyła naczynia krwionośne, a zamroczony mózg nie przeszkadzał już następnych dni poświęcać na ucieczkę od drżenia dłoni i kołatania serca w fizyczną harówę. Dni przemijały szybko, tylko po to, aby wieczorami zapominać o dniach następnych. Twarz ofiary zapadała się, jej przekrwione oczy traciły blask i znikały w opuchliźnie zmęczenia i bezwyrazu ust, tępo wygiętych w ubezwłasnowolnionym pożądaniu. Jej ciało obwisło, nadwyrężone, rozerwane do kompletnego braku tajemnicy, zużyte i wymięte, otępiałe w mechanice ruchów pozbawionych jakiegokolwiek tańca, a skretyniała twarz epatowała skurwiałą szarością, wsiąkniętą, egoistyczną nudą złaknioną wydzielin albo śmierci. Ofiarą była kobieta – i sam myśliciel. Narodziła się maniera negacji. Spłodziła znudzenie i niechęć, a w końcu – pogardę i nienawiść. Myśliciel pozostawił puste gniazdo z ofiarą swej sodomii i po upojnym wieczorze pośród kompanów w knajpie, postanowił popełnić samobójstwo.
 
Kupił na stacji jeszcze dwie małe flaszeczki: jedną wódki i jedną ginu. I paczkę gaullioussesów. Była zimowa noc. Udał się w kierunku zabytkowego parku, zamykanego pod wieczór. Znał boczne wyjście nad skarpą, ukryte wśród krzewów, zarośnięte bluszczem. Energicznym, pijackim susem znalazł się na otoczonym murem zaporowym dziedzińcu. Wyszedł na taras widokowy, gdzie kontemplując widok rozpostartego pod wzgórzem miasta i rzeki, zaczął pić gin. Zapalił papierosa. Niedopałek wypadł z tępo otwartych, mokrych od alkoholu ust.
– KHURWA-AA!… – Pociągnął trunek i zachwiał się. Usiadł na ławce i zamknął oczy. Postanowił zasnąć był mróz. Chciał zamarznąć. Obudził się, kiedy spadał z ławki. Wrócił do pionu. Dopił gin i wyrzucił pustą flaszkę. Zanim usłyszał brzęk szkła pod skarpą, zdołał odkręcić korek wódki. To ostatnia w życiu – pomyślał. Wstał i falującym gestem wyciągnął butelkę w kierunku miasta.
– NNA ZYDROWHJE…
Kiedy obudził się, oparty plecami o murek tarasu widokowego, świtało. Powietrze było niebieskie, miasto wstawało do dnia. Zaklął pod nosem, że nawet zabić się nie potrafi i wstał. Spojrzał w dół. Pierwsze samochody wyjechały na ulice. Ciężarówki z bułkami i i mięsem, kilku ludzi. Gdzieniegdzie światła w oknach. Para buchająca z wentylacji i parujące instalacje grzewcze. Odległy pomruk budzącej się cywilizacji zagłuszył łoskot pociągu. Niebo pojaśniało, światło zaczęło wylewać się zza gór. Pomruk gęstniał. Myśliciel był dziwnie odprężony. Czas świata płynął nieporównywalnie szybciej od jego czasu. Latarnie zgasły. Szyby w oknach rozpaliły się, słońce wyszło zza gór. Po twarzy myśliciela popłynęły łzy. Dopił wódkę. Zlikwidowała kaca. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął ze stalowej papierośnicy dżojnta. Zanim straż miejska otworzy bramę, zdąży zapalić i zwiać. Odpalił. Sztachnął się głęboko raz, drugi… Zakasłał. Przymrużył oczy i uśmiechnął się. Spojrzał w górę
Na korony drzew
Te same, pod którymi kilka lat temu…
To już lata mijają… mijają
Rok i wiosna – druga, trzecia… zima…
Oszronione drzewa, choć pierwsze skowronki… mmhhhh…
Skowronki…
Szron biały i różowe światło
I księżyc tonący w dnia błękicie, wysoko, wysoko, daleko
Księżyc, co jaśnieje na czarnym firmamencie, blady taki
w toni skryty ziemskiego nieba
szumi rzeka jak czas a w dali dzwonów jęk, znów pociąg jak w trainspoting…
Piękny… piękny świat…
Dziękuję, że byłaś Lilith, wiesz… teraz czuję to, co ty, wtedy, dawno…
 
Myśliciel dopalił dżojnta i poszedł do domu. Po drodze telefonicznie załatwił urlop, aby już nigdy nie wrócić do tej pracy. Miał plan. Szedł. Wszedł do domu. Zatrzasnął drzwi, stanął w przedpokoju. Podłoga zmatowiała, brudna, poplamiona. Ściany przybrudzone, gdzieniegdzie z jakimiś zaciekami. Chaos. Stosy brudnych naczyń, pleśń. Brud. Flaszki. Puszki. Otwarte worki z wysypującymi się śmieciami, na skorupkach od jajek i poczerniałych skórkach od bananów popiół i kiepy. Szaro. Brudne, ufajdane włączniki światła, klamki. Kwaśny odór dymu, szpitalna woń alkoholu i gnijących słodkawo owoców. Smród butwiejącej gdzieś tkaniny. Myśliciel stał tak i palił papierosa. Kobieta wstała z łóżka i podeszła do niego. Spojrzała. Na twarzy wymalowało się przerażenia.
         Ej, co ci jest?!
         Nic
         Patrzysz jakbyś się zmienił.
         Nie… Nie… Wróciłem do siebie. Nie znałaś mnie. To już nie jest mój dom. Musisz stąd iść. Chcę wrócić do domu.
        
         Chcę wrócić do domu. – Po twarzy libertyna znów popłynęły łzy. – Zniszczyłem cię.
Zniszczyłem cię do cna, idź stąd, nie jesteś częścią mojego życia, to nie jest moje życie, nie mój dom. A to nie jestem ja.
         Pfff… – Kobieta spojrzał lekceważąco, ubrała się i mijając rozpustnika, bez słów wyszła. Nie odezwała się już nigdy więcej.
 
Filozof posprzątał swój dom. Zmył nawet zaschnięte, lepkie plamy, do których przyrósł kurz. Wyprał firany, wypastował podłogę. Uporządkował książki i zamalował zacieki, mieszając resztki białej emulsji z odpowiednimi, kolorowymi pigmentami. Wyczyścił włączniki świateł i klamki. Wyrzucił stary materac i odkupił tanio nowy, uszkodzony, który jednak amatorską metodą solidnie pozszywał. Długi czas zajęło wietrzenie pomieszczeń, a pozbycie przesiąkniętych ścian fetoru rozpusty wymagało regularnych sesji magicznych przy indyjskich kadzidłach. Przestał pić, od czasu do czasu tylko przypalając dżojnta z dawnymi przyjaciółmi ze studiów, którzy widzieli, co się działo z myślicielem przez ostatnie lata. Wrócił do koncentrycznego sposobu myślenia i zaczął się zdrowo odżywiać, a nawet biegać co rano. Medytacja pomogła mu w odzyskaniu koncentracji, toteż zaczął znów wertować książki, rzucając się na nie jak zgłodniały, oszalały wilk, spragniony odrobienia kalorii. Myślenie wróciło. Na ścianach znów zaczęły pojawiać się wielkie, spiralne konstrukcje, rozpisane szczegółowo na płaszczyźnie czasu i przestrzeni. Cytat gonił cytat. Wrócił na studia doktoranckie, które zawalił przez mieszankę alkoholu i amfetaminy. Kiedy z głowy zaczęły emanować jego własne przemyślenia, zaczął nawet je publikować – choć zdawał sobie sprawę z ich skromności i ciągle jeszcze niedojrzałości – aby dzielić się radością tego, że powierzchnia nie jest splamiona, że banał życia nie jest grzechem, tylko wystarczy spojrzeć na niego pod innym, nieco bardziej czystym kątem. Że głębią życia jest właśnie jego powierzchnia, której wybaczyliśmy plugawość i zachwiania. – To były dla niego demoniczne lata. Nie był sobą. Żył jak opętany. Z perspektywy zmieniającego się czasu, wciąż nie czuje się w swoim domu jak u siebie. Być może to samotność, a być może – nieufność, wilczy uraz. Dom, który tak ukochał, chciał przeznaczyć na swoją wizję. Teraz brnie ku wizjom najwyższym, którym nie grozi nic poza ich zmianą. Został kloszardem myśli. Nomadą ducha. Nie czeka już na nic. Żyje. Jego dom nie jest jego domem, ani nawet przystanią. Jest przysiółkiem chłodnej myśli, z którego ma nadzieje udać się ku jedynemu prawdziwemu domu, którym jest cały świat.    
 
Maurycy Gottlieb, Ahasver (autoportret), 63 x 53 cm, olej na płótnie, 1876.
 
Coś, co jest najlepszym narkotykiem na świecie: Muzyka.
 

Komentarze

  1. jorlanda

    Trochę nie na temat…

    Oto moja pierwsza, przedszkolna praca : Spirala, która rozbija monadę Ego, przebija się przez 3 poziomy relacji ze światem, a kiedy wnika w Ogrom, napręża się pomiędzy – i + nieskończonością tak bardzo, że wszystkie poziomy płoną jak mosty, które bezpowrotnie przekroczyła. Miałem dużo frajdy .

     

    Przypadkiem znalazłam Twoje zdanie (Pana zdanie* 😉 – w komentarzu do zdjęć Kogoś Innego.

    Powalające. Bo ostatnio czegoś takiego szukam w odczuwaniu stanów nocnych jakie nawiedzają moją nieświadomość na skraju zmęczenia i odpoczynku. Bardzo Ci (Panu)* dziękuję za to zdjęcie i opis. Może to był żart i przedszkolna zabawa. Ale czasem to, co dla jednych jest maleńkim ćwiczonkiem, dla innych staje się nagłym rozbłyskiem i inspiracją do rozbiegu i skoku gdzieś dalej, głębiej.

    A bajka O kloszardzie jest wg mnie mocno zakręcona wokół Ciebie (Pana)* i wielu wielu marzeń.

    *niepotrzebne skreślić

    Pozdrowienia

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code