Czy nasi decydenci potrafią patrzeć na mapę?

Sprawę augustowskiej obwodnicy śledzę z coraz większą irytacją, a jej pierwszym wyrazem jest właśnie niniejszy wpis w niniejszym medium, które ostatnio pogrąża się niemal wyłącznie w klimatach lustracyjnych. Wydaje się jednak, że warto też, przynajmniej od czasu do czasu, przekierować uwagę Wielce Szanownych Czytelników ku nieco innym horyzontom, gdzie rozgrywa się kolejny dramat naszej narodowej „głupawki dziejów”.
Zarówno prasa jak i politycy właściwie od początku tego iście surrealistycznego konfliktu zaciekla ważą rację pomiędzy Człowiekiem i Przyrodą, pomiędzy polską racją stanu a prawem europejskim, pomiędzy cierpieniem dewastowanej przyrody a cierpieniem mieszkańców mających kłopoty pokonaniem ulicy rozjeżdżanej przez cztery tysiące tirów na dobę. Rzecz jednak w tym, że wszystko to można było odpowiednio wcześniej przewidzieć i podjąć odpowienie działania zaradcze.

Otóż powinno było dotrzeć w swoim czasie do każdego właściwego decydenta na szczeblu rządowym, że jeśli Polska i wszystkie kraje bałtyckie wejdą do Unii Europejskiej w tym samym czasie, to 99-kilometrowa granica polsko-litewska stanie się swojego rodzaju „pępowiną” łączącą Finlandię i kraje bałtyckie z Europą i w związku z tym z pewnością piękną naszą Suwalszczyznę zaczną niemal z dnia na dzień rozjeżdżać dziesiątki tysięcy tirów [bodaj z braku odpowiedniej infrastruktury kolejowej]. Drugi rzut oka na mapę powinien utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że cały ów transport zmuszony jest przejechać właśnie przez Augustów, dlatego, że tam właśnie kierują się drogi z jedynych dwóch polsko-litewskich przejść granicznych w Budzisku i w Ogrodnikach.

Równocześnie każdy szanujący się ekspert od dróg powinien w mgnieniu oka zdać sobie sprawię, że skoro dolina Rospudy została już dawno temu zgłoszona do Komisji Europejskiej jako obszar chroniony w ramach prgramu „Natura 2000”, to z budową obwodnicy zapewne będą niemałe problemy. Zwłaszcza, że jest to jedyne całkowicie zachowane torfowisko tego typu w całej Unii Europejskiej! Droga alternatywna przez puszczę Augustowską tym bardziej wzbudziłaby protesty ekologicznych gremiów.

Cóż zatem można by zrobić najlepszego w równie złej sytuacji? Rzucamy znów oko na mapę. Owszem, gdyby tiry jadące do Warszawy skierować na dotychczasową wiejską drogę Suwałki – Raczki – Sucha Wieś – Nowe Rutki, to omijałyby one Augustów [a to jest właśnie lwia częśc wszystkich tirów]. Cóż, po obecnej wiejskiej drodze nie przejadą, ale z pewnością można by ją odpowiednio poszerzyć i przystosować tańszym kosztem niż w przypadku wbijania potężnych konstrukcji bodowlanych w zdradliwe torfowisko. Natomiast tiry zmierzające w stronę Gdańska można by skierować na drogę w stronę Żytkiejm i Gołdapi – co wymagałoby już znacznie mniejszych nakładów. Tak więc przez Augustów przejeżdżałyby wyłącznie tiry zmierzające do Białegostoku, co na oko szacuję na nie więcej niż 10-15% całego ruchu. Wreszcie władze Augustowa mogłyby zainwestować w 10 dodatkowych przejść dla pieszych z semaforami ulicznymi. W ten sposób uniknęlibyśmy zarówno rejtanowskich gestów ekologów jak i ryzyka wybuchu antyunijnego „pospolitego ruszenia” na Podlasiu.

Ale jak wiadomo my na ogół wolimy rowiązywać podobne kwestie inaczej. Jedni , przywiązani do drzew, bohatersko bronią Matki Przyrody, inni zaś – Matki Polki, która rzuca się pod koła grożnych wehikułów, byle tylko doprowadzić swoją pociechę do przedszkola. A na transparentach – jakże szczytne hasła, jakże wzniosłe wartości. I zawsze ta charakterystyczna gotowość przelania krwi „za wolnośc waszą i naszą” choćby do ostateniej kropelki. Romantyczne, piękne i bezsensowne.

A przecież taka sytuacja geopolityczna to dla mieszkańców Augustowa i całej północnej Suwalszczyzny ogromna szansa historyczna. Zawsze był to zapadły kąt, wciśnięty między Litwę i Prusy Wschodnie, rodzaj „Polski D”, gdzie co najwyżej wysyłało się harcerzy na obozy żeglarskie, ale nigdzie i w nic nie inwestowało. Teraz zaś otworzyły się, własnie dzięki owej 99-kilometrowej „pępowinie”, zupełnie nowe możliwości – i gospodarcze, i turystyczne. Ale jak wiadomo, taki sposób patrzenia na sytuacje jest Rodakom [i na miejscu, i w Warszawie] raczej obcy. Obecna władza ma na Podlasiu potężne „zagłębie elektoralne” i nie bawi się w tak subtelne analizy strat i zysków.

Pragnę jednak nadmienić, że takie właśnie myślenie kosztowało naszą miłą Ojczyznę już bardzo drogo. Panowie szlachta byli jednak co nieco na bakier z geografią i nie zauważali, że Rzeczpospolita Obojga Narodów nie może sobie pozwolić na taką „dziurę” w środku swojego terytorium, jaką były Prusy Wschodnie. Między 1525 a 1648 było kilka wyśmienitych okazji, aby dokonać inkorporacji i uniknąć poważnych kłopotów geopolitycznych w przyszłości. Ba, może nawet i rozbiorów… Ale nam był wtedy potrzebny tylko Gdańsk, przez który przechodziły wszystkie polskie towary (za zbożem na czele), a bezużyteczne dla rolnictwa jeziora, puszcze i mokradła wokół Królewca mało nas poruszały. No i dopuściliśmy tym samym do powstania pruskiej potęgi, która ochoczo nam ów Gdańsk odebrała. A potem, gdy już odzyskaliśmy niepodległość, zrobiła się z tego „kwestia korytarza”, zaś teraz mamy ów nieszczęsny obwód kaliningradzki, który odgradza nas od Litwy.

Bo gdyby król Władysław IV raczył był podpisać w 1646 roku [na pięć minut przed powstaniem Chmielnickiego i potopem szwedzkim] akt inkorporacyjny Prus Wschodnich do Rzplitey , to dzisiaj bałtyckie tiry jeździłyby do Warszawy przez Tylżę i Królewiec, zaś Augustów byłby dalej zaniedbaną i peryferyjną „Polską D”, do której zaglądaliby jedynie jacyś „natchnieni” miłośnicy torfowisk i spływów kajakowych.

 

Komentarz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code