Bóg, który jest teraz

Rozważanie na Czwartek II tygodnia Adwentu, rok C1
 

tezeusz_adwent_2012.jpg

 
 
Ewangelia ma to do siebie, że nie liczy się z czasem, naszym czasem. Przykładanie naszych kategorii czasowych na niewiele się zda dla zrozumienia Ewangelii. W nasz Chronos – czas ciągły, czas chronologiczny wchodzi Bóg ze swoim kairosem – czasem szczególnym, czasem interwencji nadprzyrodzonej, momentem Bożego działania. W tej perspektywie wszystkie „teraz” czy „dzisiaj” wypowiedziane przez Jezusa niekoniecznie mają określać chwilę w czasie, którą da się zapisać kalendarzowo i na cyferblacie.
 
Kiedy Jezus mówi „aż do teraz” (Biblia Tysiąclecia proponuje banalne „aż dotąd”), nie mówi o konkretnej chwili w czasie, ale o teologicznych okolicznościach tego momentu, jakim jest Jego przyjście. Owo „teraz” trwa. Gwałtownicy wciąż je zdobywają i wciąż doznaje gwałtu, bo przecież Jezusowe przyjście trwa – rozciągnięte między Wcieleniem a Paruzją. Kiedy Ewangelia mówi, że jakieś wydarzenia miało miejsce „w owym czasie”, to znów ma na myśli czas „szczególny”, „tamten”. „inny”.
 
Illud tempus – ów czas Bożego działania trwa nieustannie. Wystarczy, by wczytać się w starotestamentalne imię Boga Jahwe (JHWH), tłumaczone najczęściej jako „Ja jestem”, ale niektórzy proponują także „Ja jestem byciem”, „Ja trwam” itd. W języku hebrajskim czasownik „być” w sposób właściwy odnosi się tylko do Boga, bo tylko On może prawdziwie być. Podobnie czytamy w Apokalipsie, gdzie Jezus mówi o sobie: „Ja jestem Alfa i Omega” oraz „Który jest, Który był i Który przychodzi” (dosłownie: „Będący i Był, i Przychodzący”). Bóg nie mówi o sobie, że był Początkiem, ale że nim jest. I nie mówi, że będzie końcem, ale że nim jest.
 
„Szczęście” chrześcijan – jeśli można tak powiedzieć – polega na tym, że ich Bóg przyszedł raz, ale owo raz trwa nieustannie. Liturgia nieustannie przypomina nam o tym, mnożąc wszelakie hodie (teraz) i „owe czasy”. Takie nieustannie o tym przypominanie jest bardzo ważne, gdyż na nowo uświadamia nam, że choć przyjście Boga jest historyczne i da się umiejscowić w chronologii, to przecież o wiele istotniejszy od czasu historycznego jest czas teologiczna, owa „pełnia czasu” (Gal 4, 4), która trwa nie tylko „aż dotąd”, ale „do teraz”, które – jak wiemy – nie ma w sobie nic ze statystki, bo jest niczym innym jak jedynie linią demarkacyjną między przeszłością a przyszłością, wczoraj i dzisiaj – linią, która przecież przesuwa się wraz z nami. Teraz jest zawsze i w tym teraz Bóg jest dla nas.
 
Przypomnę to, co pisałem przed trzema dniami. Czekamy na przyjście Jezusa – tego, którego imię można przetłumaczyć jako „»Ja jestem« jest zbawieniem”. Nie wyznajemy wiary w Boga, który kiedyś przyszedł, założył Kościół i odszedł. Wyznajemy wiarę w Boga, który przyszedł i żyje w Kościele, w którym rozlega się wołanie „Przyjdź”, a właściwie „Przychodź” (zob. Ap 22,17). Ta teraźniejsza i niedokonana forma czasownika „przychodzić” użyta przez św. Jana jest znamienna. Nie tylko „przyjdź, Panie” raz i ostatecznie, ale „przychodź, Panie” – w nieustannym teraz.
 

transfiguration.jpg

Rozważania Rekolekcyjne

 

7 Comments

  1. ahasver

    Tu teraz jakoś tego Boga nie widzę, nie słyszę i nie czuję.

    Fascynująca analiza terminów, ciekawe rozjaśnienie znaczeń. Muszę to gruntownie przemyśleć, ponieważ w ich symbolice tkwi potężny metafizyczny przekaz. 

    Pozostaje tylko kwestia gdzie jest ten Bóg, skoro tu i teraz tak naprawdę go nie ma; tu i teraz jest to, co widzimy wokół, a czemu nadawanie transcendentnych konotacji jest w świetle logiki błędem ekwiwokacji. 

    Najbardziej nawet misteryjne i wysublimowane zabiegi sofistyczne nie będą w stanie swoją retoryką zastąpić empirycznej prawdy opartej na faktach. Oczekuję faktycznych dowodów na istnienie Boga, a nie poetyckiego opisu.

    Gdzie jest ten Bóg, skoro jest tu i teraz?  

    Ukrywa się?

    Po co?

    Coraz większy czuję niesmak – Bóg mnie zniesmacza, obracam to w kiepski żart… Skoro istnieje, to po jaką cholerę stworzył nas tak skończonymi i ograniczonymi, że to nasza wina, iż Go nie widzimy, nasza wina, iż wątpimy, podczas gdy on sadystycznie się ukrywa. Za przeproszeniem – niech się wypcha. Tak się nie robi i nawet jeśli teraz siedzi i szydzi z tak pojętej, ludzkiej etyki, to tak naprawdę szydzi z ograniczoności i nieudaczności własnego stworzenia, czyli w istocie z samego siebie. Ja jako istota skończona wiem już, że nie jestem w stanie go dostrzec. No więc niech się wypcha – jeśli nawet strąci mnie za to w otchłań piekielną, to on będzie unfair, a nie ja… 

     
    Odpowiedz
  2. aaharonart

    Bartoszu , Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

    Zachęcam do przeczytania książki którą prezentuję na moim blogu

    aharonek.blogspot.com/2012/12/efekt-lucyfera.html 

    Książka nosi tytuł "Efekt Lucyfera Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

    można ją kupić w księgarni poniżej w linku 

    selkar.pl/s

    Pozdrawiam Cię…. i jak myślisz dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?

     

    twój przyjaciel 

    aharon artur

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     
    Odpowiedz
  3. beszad

    Bartoszu, w świetle tego,

    Bartoszu, w świetle tego, co czytaliśmy powyżej, tylko Bóg JEST. Nawet niektórzy filozofowie uczinili z tego dogmat, który jednak niewiele wyjaśnił, a wprowadził tylko zamęt. Myślę, że owo JEST należy rozumieć nie tyle w aspekcie ontologicznym (bo inaczej znaczyłoby to, że cała nasza rzeczywistość byłaby ułudą), ale AKSJOLOGICZNYM. Innymi słowy, o tyle każdy z nas JEST, o ile ma swój udział w DOBRU, jakim jest żywy Bóg. Zło to nicość, zasysająca z człowieka jego istnienie.Tak przynajniej ja to rozumiem i przepraszam Księdza (Autora blogu), jeśli tym rozumieniem szerzę jakąś herezję…

     
    Odpowiedz
  4. ahasver

    Wyrzec się głębi i powstać z kolan.

     Aksjologia jest systemem zaporowym broniącym masy słabych przed wpływem silniejszych lub służącym do manipulacji słabymi przez silniejszych. Dobro jest nonkognitywne, a przede wszystkim bardzo subiektywne; udział transcendencji w moim pojmowaniu rzeczywistości stanowi najwyżej ograniczenie realizacji woli, która wymaga afirmacji życia wraz z jego powierzchownością. Innymi słowy w moim odczuciu afirmacja życia wymaga destrukcji wampirów energetycznych wysysających życie i wolę, czyli właśnie aksjologicznych ekstrapolacji, które zawsze będą ontologizowane i wywyższane ponad doczesność. 

    Bóg jest paradygmatem, który od początków swoich dziejów wyczerpuje się, nie wzmaga, nie wzrasta – stanowi sofistyczną manipulację pojęciem tożsamości, substancji, jedni. Z substancjalnego realizmu boskich ujęć przeszedł na stronę metafizyki. Po śmierci metafizyki jako błędu językowego stał się domeną niektórych aksjologii. W świetle logiki jest jednak czymś niegodnym obiektywizacja subiektywnych norm, ponieważ stawia osoby niewierzące w cieniu etycznej słabości w stosunku do tak poprzez rzekomą transcendencję wywyższonych aksjologii osób wierzących. Dlatego nazywanie dobra Bogiem jest nieuprawomocnionym zawłaszczeniem przestrzeni aksjologicznej przez osoby wierzące, tak samo nieuzasadnionym i zideologizowanym jak niegdysiejsze "boskie ontologie" metafizyków.

    Oczywiście wiem, Beszadzie, że Bóg nie jest ontologiczny. Aksjologiczny też nie jest, ponieważ po pierwsze redukcja Absolutu do człowieczej aksjologii jest logicznie sprzeczna, a po drugie stawia Boga w sytuacji złośliwego tyrana, który stworzył ślepe stworzenia, ukrył się przed nimi i dla jakiejś niezrozumiałej zabawy nakazuje siebie poszukiwać pod groźbą strącenia w piekielne czeluści. Niesmaczne, brzydkie, po prostu słabe i godne pogardy. Metaforyka przestraszonych, błaganie zlęknionych. Należy powstać z kolan. Życie na kolanach umiera, jest nieobecne, oddaje pełnię we władanie jakichś imaginacji.

    Uniwersalnym dobrem jest życie pozbawione głębi, afirmacja zwierzęcej egzystencji oraz walka o przetrwanie. 

     

     
    Odpowiedz
  5. beszad

    Między widzeniem dwu- i trójwymiarowym

    Bartoszu, na początek mała uwaga: nigdy nie twierdziłem, że Bóg nie jest ontologiczny, a jedynie proponowałem podejście do jego istnienia na poziomie aksjologicznym (bo według mnie do ontologicznego wglądu nie mamy). Wyczuwam w Tobie ogromny ładunek buntu wobec Boga, a bunt z samej swej natury jest jakąś formą wiary. Jeśli natomiast idzie o kwestię wizji mstliwego Boga, stwarzającego człowieka tylko po to, żeby go strącić w czeluści piekieł, to jako człowiek inteligentny doskonale zdajesz sobie sprawę, że taki obraz zawsze miał podłoże antropologiczne – i taki Bóg faktycznie jest raczej sublimatem ludzkich uczuć i pragnień, niż Bogiem rzeczywistego objawienia.

    Proponuję inną drogę poszukiwań. Jeśli Bóg byłby faktycznie tyranem, nie ukrywałby sie przed człowiekiem, ale władał nim bez skrupułów w sposób przedmiotowy. Tymczasem jednym z najczęściej zadawanych pytań wobec Boga jest dylemat jego "nieobecności". Dlaczego nie można Go dotknąć i zbadać, skoro Jego imię ma głosić, że JEST. Pytanie można sprowadzić do metafory: dlaczego nie mogę ujrzeć własnej twarzy? Dlaczego niewidoczne jest powietrze, którym oddycham? Dlaczego światło musi coś oświetlić, żeby było stwierdzalne? Wszak nie widzimy samego światła – nawet jego smugi są oświetleniem czegoś… Gdy architekt rysuje coś, co ma zbudować, robi to w formacie dwuwymiarowym. I choć doskonale ze swych planów potrafi czytać wymiar trzeci, on na kartce po prostu nie istnieje. Tak jak Bóg zdaje się czasem nie istnieć w życiu materialnym.

    Powiesz pewnie, znowu ten język, znów te metafory. Ale czy nie dają one do myślenia? Czy Bóg nie jest nam niewyobrażalnie bliższy, niż to zwykliśmy w różnych wizjach przedstawiać? Może właśnie pozorna nieobecność Boga podyktowana jest Jego delikatnością wobec człowieka? Bo przecież gdyby się nam w jednoznaczny sposób objawił, bylibyśmy tym samym pozbawieni pełnego wymiaru wolności. Czy w takim razie nasza dusza nie jest czystym pragnieniem Jego obecności? I czy Twój bunt nie jest wyrazem jakiejś niecierpliwości wobec możliwości wejścia w Jego przestrzeń? Przecież nawet najśmielsze wizje s-f nie są w stanie stworzyć zadowalających spekulacji sensu istnienia. Zadaj sobie pytanie: jeśli Boga nie ma, to czym jest byt i po co istnieję? Stajemy tu nieuchronnie wobec jakiegoś nonsensu. Skoro więc negacja pozbawiona jest sensu, to może jednak sens ukryty jest w tym, co istnieje? W Tym, który JEST, choć słowo "jest" wymyka się tutaj naszym możliwościom rozumienia…

     
    Odpowiedz
  6. Jadzia

    Bartosz

    Coraz większy czuję niesmak – Bóg mnie zniesmacza, obracam to w kiepski żart… Skoro istnieje, to po jaką cholerę stworzył nas tak skończonymi i ograniczonymi, że to nasza wina, iż Go nie widzimy, nasza wina, iż wątpimy, podczas gdy on sadystycznie się ukrywa.  

    I jeszcze zrobił to, że w raju na samiuteńkim środku postawił zakazane drzewo tuz przed nosem Adama i Ewy. I powiedział- tego nie wolno. Juz to pisałam – przypomina mi sie moja Mama zostawiajaca również  na samiutkim środku stołu przed moim nosem cukierek i zakazujaca go zjeść. Potem wychodząca na chwilę i wracająca by sprawdzic czy zjadłam. Fuj!

     
    Odpowiedz
  7. beszad

    Cukierek i problem zakazanego owocu

     > przypomina mi sie moja Mama zostawiajaca również  na samiutkim środku stołu przed moim nosem cukierek i zakazujaca go zjeść. Potem wychodząca na chwilę i wracająca by sprawdzic czy zjadłam. Fuj!

    To "fuj" to pod adresem cukierka, czy wobec podobnych metod wychowawczych? 😉 Uśmiecham się, ale bynajmniej nie bagatelizuję przez to problemu. Ciekaw więc jestem, Jadziu, Twojego wyjaśnienia, jak osobiście widzisz tę kwestię – tak zupełnie już na poważnie.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code