Błądzenie jako sztuka wyborów

 Rozważanie na Czwartek III tygodnia Adwentu, rok B1

Rekol__Adwent_2014.jpg

Pamiętam jedno czy dwa najważniejsze zbłądzenia w moim życiu. Tak, nie pomyliłam się – najważniejsze. W ramach rozważań nad Słowem Bożym postanowiłam napisać świadectwo mojego nawrócenia. Nastąpiło ono bowiem na skutek popełnienia kilku błędów.

Zaczęło się od uczuć, potem rzuciło się na rozum, następnie na ambicję. Wszystko po to, by odkryć, że Bóg ma rację i nie ma co się z Nim wykłócać o kierunki i kolory życia.

Pierwsze najważniejsze zbłądzenie dotyczyło wyborów na drogach miłości. To doświadczenie nauczyło mnie szacunku do innych ludzi, otwartości i szczerości wobec drugiej osoby, i dystansu do własnych emocji. Oduczyło oceniania innych, odczuwania zazdrości, gniewu czy żalu. Poznałam smak ogromnego cierpienia i ogrom siły przebaczenia.

Zbłądzenie, nazwijmy je „Numer 1”, nauczyło mnie przede wszystkim, że Bóg ma jednak rację co do miłości. I że warto się zdecydować na wierność, cierpliwość i stałość w jednym stałym związku, najlepiej małżeńskim i heteroseksualnym, jeśli mogę sobie pozwolić na tego rodzaju uściślenia.

*

W dzisiejszych czytaniach Pisma Świętego nie mamy ani śladu po takim zbłądzeniu. Zarówno Maryja jak i Józef nie poddają się za długo wątpliwościom. W zasadzie niemal ślepo ufają Bogu, opierając się na posłannictwie aniołów, na swoim słowie honoru i na wierze w bliżej nieokreśloną przyszłość. Przyszłość, w której ich wzajemna miłość i związane z nią wychowanie Syna Bożego jawi się jako historia pełna niewiadomych. Można powiedzieć, że kochają mimo wszystko.

*

Drugie dość ważne i na własne życzenie przeżyte zbłądzenie odbyło się z powodu konfliktu mojej wiary i osobistego rozumu, co doprowadziło mnie do duchowych eksperymentów z rodzaju „taniec na linie nad przepaścią”. Postanowiłam pobić się z Bogiem i tradycją oraz ze spowiednikiem, i na pół roku odsunęłam się zupełnie od sakramentów Kościoła. Zero mszy, brak Komunii, zero spowiedzi, zero kościoła. Jednocześnie studiowałam teologię. Zadziwiające, do czego może doprowadzić pozornie zdrowy rozsądek i filozofia.

To doświadczenie nauczyło mnie, że Bóg nieustannie czeka. I mimo iż widzi moje błądzenie, nie rezygnuje ze mnie, wciąż woła, przysyła dobrych ludzi, daje znaki, mówi: „Jestem z Tobą, wróć do mnie, czekam”. Jak zakochany bez pamięci, który mimo niewierności i obojętności ukochanej wciąż woła, czeka, umiera z tęsknoty.  Na zawsze już teraz wiem, że oddalenie się od Niego nie jest wyrazem wolności, ale doprowadza duszę i ciało do marazmu, obojętności, braku wrażliwości na poruszenia wewnętrznego moralnego kompasu. Pół roku bez sakramentu pokuty do dziś mi ciąży doświadczeniem osobowego bardzo konkretnego zła. Oprócz anioła stróża mam też (nie tylko ja zresztą) szatana stróża, który nieustannie przypomina o wszystkim, co może się zdarzyć, jeśli tylko  jeszcze raz zgaszę z premedytacją płomień Bożej łaski. W miejsce bez łaski bezpardonowo wdziera się zło, czy tego chcemy czy nie, czy w to wierzymy, czy nie.

Po powrocie do sakramentów i do chodzenia za Chrystusem na poważnie, obiecałam sobie już nigdy nie opuścić niedzielnej Eucharystii i nie zwlekać ze spowiedzią, gdy uznam, że nie mogę przyjąć Komunii. Udaje mi się to nieustannie od ponad piętnastu lat. Wiem, że bez żywego Boga umrę i to na wieki.

Dlaczego Bóg pozwalał mi na to wszystko? Do dziś mnie to fascynuje. Dlaczego mimo wszystko po powrocie przekreślił wszystkie moje błędy i zamienił je na szanse? Pokazał i nadal odsłania mi obraz mojej niedoskonałości i mojej słabości w taki sposób, że nie czuję się upokorzona, ale wyzwalana. Nieustannie i stale podnoszona z upadku. Za każdym razem bliżej Niego, za każdym razem z większym darem łaski.

Jeden znajomy dominikanin wytłumaczył mi to tak: jeżeli nie stoczysz porządnej bitwy o swoją wiarę, to nigdy naprawdę nie uwierzysz Chrystusowi. Ty swoją stoczyłaś i chwała Bogu.

Tak, chwała Bogu!

*

Ewangelista Mateusz opowiada, jak Józef przechodzi z intelektualnej wątpliwości do nadprzyrodzonej pewności. Józef został poddany próbie wiary. Dlaczego Bóg pozwolił Józefowi wątpić w uczciwość Maryi? Dlaczego nie wysłał najpierw anioła z wyjaśnieniem? Dlaczego nadzieja męża na szczęśliwe życie z właśnie poślubioną żoną została niemal zawiedziona?

Nasze oczekiwania wobec Boga często nie wytrzymują takich prób. Mamy plany, mamy pomysły, pragnienia. A On robi nam numer życia i doprowadza na skraj rozpaczy. Tylko czy to na pewno skraj rozpaczy? Może to skraj szansy na to, żeby ujrzeć nie przepaść, ale przestrzeń, w której Bóg chce nas nauczyć czegoś na temat wolności?

*

Trzecie zabłądzenie, jakie mocno i na wieki wyryło piętno na mojej duszy, było prozaiczne, mało symboliczne i bardzo konkretne. Pewnego wrześniowego dnia wyjechałam mocno wkurzona na świat i ludzi w Bieszczady. Sama. Miałam plan, by przejść prosto ze stacji w Zagórzu do bazy namiotowej w Łopience. Kawał drogi z mapą, bez znajomości terenu i warunków bieszczadzkich. Zapowiadało się całodzienne wędrowanie. Pogoda była piękna, drogi niekręte, okolica przyjazna.

Szło mi nieźle, mapa prowadziła mnie zgodnie z czasem i odległością, jaką zaplanowałam. Byłam taka dumna, że idę sama, że nieźle potrafiłam się w terenie odnaleźć. Nadeszła godzina wieczorna. Szlak wiódł mnie na szczyt jakiegoś wzniesienia, z którego miałam zejść na drogę prowadzącą prosto do bazy. Według moich obliczeń miałam jakąś godzinkę drogi do celu. „Zdążę akurat przed nocą” – pomyślałam. I wtedy oznakowanie szlaku zaczęło znikać. Zatarte znaki, połamane drogowskazy i zarośnięte ścieżki zaczęły mnie niepokoić. Głęboki las, a ja na szczycie wzniesienia, z którego nie widać nic oprócz drzew i krzaków. I brak drogi.

Po prostu droga skończyła się na szczycie wzniesienia.

Obeszłam to miejsce kilka razy w promieniu kilku metrów, szukając szlaku, śladów ludzi, jakiegokolwiek śladu po drodze lub ścieżce. Oprócz liści na ziemi i szumiących wokół drzew nie znalazłam nic.

Miałam też kompas. Postanowiłam iść na azymut mniej więcej w stronę bazy. Zapadał zmrok. Tak się zdenerwowałam, że całe moje doświadczenie gdzieś się ukryło i za nic nie chciało mi pomóc. Nie potrafiłam nawet określić, gdzie jest północ! Nie wiem, jak to w ogóle było możliwe, ale tak właśnie było w tamtej strasznej chwili.

Nie widziałam sensu w natarczywej myśli: wróć po znajomej ścieżce, to najlepsze wyjście z tej sytuacji. Dlaczego? Bo wiedziałam, że od tego miejsca do bazy jest tak blisko, że nie ma co się poddawać.

Określiłam więc, że gdzieś jest strumień, bo szumiało coś w dole. I zeszłam w tę stronę, a potem szłam lasem wzdłuż strumienia, mając nadzieję, że gdzieś w końcu dojdę. Zapadła noc. Zobaczyłam w oddali światło. Godzinę  czy dwie zajęło mi błądzenie po wykrotach i dołach, zanim dotarłam do oświetlonej chaty przy drodze.

Tam mi powiedziano, że do bazy w Łopience jest niedaleko, jakieś 2 km i że zeszłam nie z tej strony wzgórza, co trzeba. Jakbym zeszła z drugiej strony, już bym tam dawno była.

I co? Zamiast szukać noclegu, ja się zaparłam i poszłam dalej tą drogą. Ktoś mnie podrzucił kawałek autostopem „do końca asfaltu”. Weszłam na kolejne wzniesienie, droga była szeroka, gwiazdy na niebie zaczęły wyglądać zza chmur. Na wzniesieniu stała kapliczka. Bielone ściany, w niej jakieś skrzynie i średniej wielkości ikona z Matką Boską. Było ciemno. A droga nagle zrobiła się bardzo grząska, zapadałam się w błoto po kostki. Przeraziłam się nie na żarty. Było już bardzo późno i ciemno. Moja latarka nie pomogła mi zyskać na pewności siebie. Poddałam się i przenocowałam w kaplicy. Tak się bałam, że przyjdą w nocy jakieś zwierzaki, że nie byłam w stanie spać na ziemi, wdrapałam się po murach kaplicy na jej szczyt, pod dachem było jakieś dwa metry miejsca. Noc mojego życia. Nigdy potem już się tak nie bałam.

Rano usłyszałam jakieś głosy, bardzo rano, chyba jeszcze przed świtem. Przeszło kilka osób. Nie miałam siły ich zawołać i zapytać, gdzie ja jestem. Gdy w końcu ruszyłam dalej, okazało się, że błotnista droga była wielką kałużą, za którą szlak był całkiem stabilny. A baza znajdowała się pół kilometra dalej za zakrętem. Zrezygnowałam, mając cel tuż pod nosem.

Od tamtej pory zawsze po dotarciu na jakiś szczyt czytam Psalm 51. Na pamiątkę własnej głupoty. I tej lekcji pokory.

*

Dzisiejsze czytania mówią właśnie o pokorze.

O mądrej pokorze Józefa, który na pewno był facetem twardo stąpającym po ziemi, którego na pewno nie łatwo było zwieść i oszukać. On początkowo nie uwierzył drogowskazom, jakie pokazała mu Maryja. Lekko zabłądził w ocenie sytuacji, ale szybko wrócił po własnych śladach i jeszcze raz zaufał.  Doprowadziło go do tego spotkanie z aniołem we śnie, ze Słowem Boga, który nie zostawia człowieka samego z wątpliwościami i wahaniem.

Pokora to podobno królowa cnót. Dzięki niej najwięksi grzesznicy wracają z bardzo krętych dróg na proste ścieżki Pańskie. Być może dlatego Bóg pozwala nam błądzić, abyśmy – uwiedzieni pokorą i dopiero na kolanach, drżąc z przejęcia i zaskoczenia – „no przecież to było takie proste!” – mogli ujrzeć Boga, który stoi obok nas tak blisko, tak blisko… Boga, który jest z nami.

Rozważania Rekolekcyjne 

 

5 Comments

  1. zk-atolik

    Błędy, czy rozterki i chaos pojęciowy?…..

    Proszę zastanowić się, czy już w tytule Pani tekstu nie ma kolejnego błędu?….

    Gdyby uznać błądzenie, jako sztukę wyborów, tj. coś pozytywnego, czy chwalebnego – to czym jest/ ma być dokonywanie trafnych, słusznych wyborów, a jednocześnie umiejętność i zdolność świadomego unikania błędów?….., albo – czym są choćby podejmowane i udane próby ograniczania w życiu codziennym ich ilości?…..

    Natomiast nawrócenie w życiu doczesnym z błędnej drogi absolutnie nie jest skutkiem popełnionych błędów, lecz przede wszystkim następstwem Jego łaski, także modlitwy i pogłębionej refleksji nad Słowem Bożym, oraz opamiętania i uświadomienia, że: błądzenie utrudnia, a uporczywe trwanie w błędzie i grzechu np: pychy, bądź głupty uniemożliwia – pomyślne i sprawne dotarcie, do wyznaczonego celu, także ostatecznego celu życia istoty ludzkiej.

    Ps. Pozdrawiam Panią i wszystkich czytających serdecznie i życzę owej sztuki wyborów tj. jak najwięcej trafnych, właściwych wyborów, czy decyzji i jednocześnie najmniej – szczególnie kardynalnych błędów. 

    Szczęść Boże!

     

     
    Odpowiedz
  2. jorlanda

    Błądzenie wymaga podejmowanie decyzji

    Szanowny @Baronie

    Tytuł mojego rozważania nie jest przypadkowym zlepkiem słów czy próbą ujęcia błędu jako sukcesu. Jest o nazwanie mojego doświadczenia wiary.

    Błądzenie zawsze wymaga podjęcia decyzji. Pierwszą z nich jest skręcenie w bok, drugą może być powrót lub dalsze brnięcie na boki. Trzecia i czwarta i kolejna decyzja w sytuacji błądzenia w wierze zawsze może być dwojaka: zawracam do Boga (czyli nawracam się, kieruję się jakby z powrotem tam gdzie Bóg mnie chcialby zobaczyć szczęśliwego) albo nie zawracam i idę gdzie mnie pragnienia niosą (dobre czy złe to już mało ważne w tym momencie, bo niosą daleko od Niego albo drogą bardzo okrężną).

    Błądzenie w wierze moim wykonaniu jest nieustannym podejmowaniem decyzji. To że lata temu wybrałam Chrystusa i podjęłam pewne postanowienia, jakby stały kurs na Jego prawo i do Jego Królestwa, nie oznacza, że już nigdy nie zabłądziłam i nie zabłądzę. Droga do Boga – moja podkreślam – jest nieustaną sztuką podejmowania dobrych i złych decyzji. Mam nadzieję podejmować więcej dobrych niż złych.

    O to mi chodziło w tytule i w treści powyższego tekstu.

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  3. zk-atolik

    Co sztuką może być?….

    Dziękuję za próbę doprecyzowania uprzednio wyrażanych już w tytule własnych intencji, które nie zamierzałem kwestionować, a tym bardziej deprecjonować Pani, czy kogokolwiek właściwych (słusznych) wyborów i dobrych (pożądanch) decyzji.

    Natomiast proszę innym nie sugerować, ani upierać się, że błądzenie, które Pan dopuszcza, a ludzie zwykle traktują z wyrozumiałością, może być/ jest "sztuką", bo w rzeczywistości zawsze jest naszą ułomnością i rzeczą niezbyt chwalebną.

    Sztuką ewentualnie może być, a napewno jest czymś pozytywnym – nie błądzenie, czy chęć dowartościowywania lub usprawiedliwiania popełnianych błędów, lecz unikanie błędów, także błądzenia, oraz  gotowość i zdolność przyznania się, do popełnionego błędu, a tym bardziej kardynalnego, czy wielu błędów.

    • Czy tylko błądzenie wymaga podejmowania decyzji?….
    • Czy błądzenie wymaga podejmowania tylko decyzji, a co z wyborami?……
    • Jakich wyborów i decyzji Pan pragnie, wymaga i oczekuje, od istot ludzkich?…..

    Drogą do Boga jest przede wszystkim wypełnanie Jego woli – miłość, dążenie, do prawości i świętości – a czym może być dokonywanie wyborów i podejmowanie decyzji?……   

    Pozdrawiam również Sz.Panią – Zbigniew

     
    Odpowiedz
  4. arturah

    A w tym blogu

     

    "Jeśli  wszystko idzie po naszej   myśli, nie zaznamy  zbyt wiele mądrości" 🙂

    Najciekawsze w tym  blogu  jest to , że można  nauczyć się o wiele więcej z odniesionych porażek niż z osiągniętych sukcesów.

    art

    A śniegu jak nie ma tak nie ma 🙂

     

     

     

     
    Odpowiedz
  5. zk-atolik

    Lekcja życia

    Arturze jeśli (rzczywiście) wszystko idzie (dzieje się) po naszej myśli, to nie doświadczamy, ani zaznajemy (odczuwamy) w pełni Jego miłości, ani mądrości i dobroci, w tym oddziaływania tajemniczego i dobroczynnego Opatrzności Bożej.

    Wtedy zbyt często błądzimy, oraz źle wybieramy i podejmujemy decyzje irracjonalne, a nawet tragiczne i fatalne.

    Odnośnie lekcji życia to jednak najlepiej, bądź zdecydowanie lepiej jest uczyć się, na cudzych błędach i porażkach, niż własnych, także wzorować i doskonalić na przykładzie Jego człowieczeństwa lub prawych i mądrych osób doświadczeniach, czy zdobyczach i osiągnięciach. 

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code