Bez śladów

 
Rozważanie na Wielką Środę, rok B1

Rekolekcje2015_black.jpg

Gdy miałem około czterech lat, wróciłem z przedszkola i radośnie oświadczyłem rodzinie (było to u dziadków): „Jestem patriotą polsko-radzieckim!” Wrażenie musiało być piorunujące, ponieważ co jak co, ale twór państwowy pod nazwą Związek Radziecki nie był bynajmniej obiektem westchnień w moim domu. Wypowiedź ta miała swoje proste wytłumaczenie w fakcie, że niedaleko przedszkola przy ulicy Orlej, przy placu Bankowym mieścił się Ośrodek Kultury Radzieckiej, który postanowił krzewić swoją misję akurat w tej placówce dla dzieci, zapewne z prozaicznej przyczyny bliskiego położenia. Przypuścić mogę jedynie, że w innych przedszkolach program kulturalny z okazji rocznic Rewolucji Październikowej nie był tak urozmaicony, a dary w postaci pojemników z tajemniczego czerwonego plastiku o kształtach matrioszek i wypełnionych cukierkami domków Baby Jagi nie były tak bogate jak na Orlej.

Z marmurowym gmachem ośrodka kultury wiąże się jeszcze jedna historia z mojego życia. Mianowicie w owym czasie Mama postanowiła pewnego słonecznego (?) dnia zabrać mnie do tamtejszej restauracji, by wyedukować mnie „w kwestii” rosyjskich blinów. Podano nam placuszki z mikroskopijną ilością kawioru. Mama kręciła lekko nosem, porównując zaserwowane jej danie z tym, co gotowała jej babcia i co mogła jeść u rodziny w Odessie. Jednak główny cel został osiągnięty – potrawa zaistniała w moim życiorysie. Zresztą bliny, nieco podobnie jak pizza, są ciastem, które może być podawane z wyrafinowanymi dodatkami jak kawior czy jesiotr lub po prostu ze śmietaną.

W moim wspomnieniu po latach, gdy się zastanowić, wybija się na pierwszy plan chyba taki wątek – czułem się podmiotowo. Być może pierwszy raz byłem w restauracji, gdzie została „odprawiona” cała odpowiednia ceremonia dla dorosłych z czytaniem menu i przyniesieniem przez kelnerkę dań, mimo że przecież nie potrafiłem nawet czytać, a ktoś mógłby powiedzieć, że moje miejsce było raczej nie na krześle przy elegancko nakrytym stole, ale raczej gdzieś w kącie na podłodze z zabawkami. Zostałem potraktowany z szacunkiem należnym dorosłemu człowiekowi, choć z pewnością na takiego nie wyglądałem. Konwencja została jednak w całości i bez najmniejszych uchybień zachowana.

Tak oto, mam cichą nadzieję, udało mi się uczynić dzisiejsze rekolekcyjne rozważanie jakkolwiek strawnym. Długo nie mogłem się do niego zabrać w przeświadczeniu, że nijak nie da się ominąć przy nim tematu przemocy i upokorzenia. Ja zaś nie jestem przekonany co do umiejętności pisania na ten temat. Epatowanie przemocą jest wszechobecne i czasem mam wrażenie, iż problemem nie jest już dostrzeżenie jednostki pośród tysięcy rzeczywistych bądź nierzeczywistych medialnych ofiar, a w ogóle dostrzeżenie realności tych jednostek. Jeśli mógłbym wybierać swoją rolę, byłoby nią rozśmieszanie. Borowski – to jest nazwisko, o którym automatycznie teraz myślę, a do którego nieskończenie mi daleko.

Czteroletni Gabriel podczas mszy dla dzieci (cokolwiek to oznacza) w jednej z wrocławskich świątyń w momencie wypowiadania intencji oznajmił, że prosi, by przedszkolanki nie znęcały się nad nim – nie przywiązywały go do krzesła, nie biły i nie wsuwały mu łyżki do gardła. W kościele zapadła grobowa cisza. Tak przynajmniej donoszą popularne media, które mogły coś „upiększyć”, jednak informację, że dziecko było w przedszkolu maltretowane, potwierdzają poważne źródła.

Niedawno zdarzyło mi się coś dość niezwykłego i zabawnego zarazem. Gościłem u znajomego księdza i gdy chciałem przywitać się z jego pięcioletnim synkiem, którego bardzo lubię, ten, jak to dzieci miewają często w zwyczaju, obrócił się na pięcie i poszedł sobie, ni to nadąsany, ni to wobec mnie obojętny. Gdy już się żegnałem, dziecko stanęło przede mną i wypowiedziało nagle przemyślane, składne i dorosłe zdania, w których stwierdziło, że mnie pamięta i przeprasza za fakt niepowitania mnie.

Wracałem z myślą, kiedy to ja kogoś w ten sposób wprost, twarzą w twarz przeprosiłem. Musiałbym chyba stanąć przed długim szpalerem ludzi, podając im po kolei rękę jak królowa brytyjska. Choć oczywiście to oni musieliby się namyślać, czy swoją dłoń będą chcieli do mnie w ogóle wyciągnąć. Drugi obraz, który rodzi się w mojej głowie, to audycja radiowa, w czasie której dzwonią słuchacze i przy okazji chcą pozdrowić rodzinę, przyjaciół lub znajomych. Niektórzy mają przygotowane tak długie litanie imion, że w studiu pojawiają się oznaki dobrotliwego zniecierpliwienia. I tak można by zadzwonić mówiąc: „Przy okazji chciałbym jeszcze przeprosić panią Stefanię, panią Jolantę, pana Wiesława, Jacka i wszystkich znajomych, których nie zdążyłem wymienić”. Pominę tu z braku miejsca zasadniczą kwestię – co dalej?

Przedszkole na ulicy Umińskiego, do którego przeniosłem się po przeprowadzce, było dalekie od tego, które znałem z okolic placu Bankowego. Dzieci nie wiązano i nie bito. Jednak z racji przeludnienia związanego z wyżem demograficznym niejadkom serwowano piekło w postaci umieszczania za karę, z powodu zaistniałych opóźnień ze zwrotem naczyń do kuchni, drugiego dania w pierwszym, czyli w zupie, choć często były to, cenione być może przez personel, flaki. Kiedyś też, gdy bodaj oświadczyłem o swojej decyzji, że rezygnuję z gorącego kisielu, moja ulubiona, jak mi się zdawało, przedszkolanka oświadczyła, że mnie „przestraszy”, wobec czego ja kulturalnie odpowiedziałem jej przy świadkach w postaci woźnej i dalszych pracownic: „To ja Panią też przestraszę”. Podniósł się wielki rwetes, w wyniku którego zostałem poinformowany o swoim pochodzeniu z lasu i karnie oddelegowany do młodszej grupy (czyli tu musiał być, jak mniemam, jakiś zamysł, wynikający zapewne ze znajomości psychiki dziecka, że to je upokarza, bo trafia do tych niegramotnych maluchów w rajtuzach, gdy przecież wkrótce ma dostać szkolny tornister), gdzie dalej modliłem się, jako przedstawiciel mniejszości niejadków, nad mielonym kotletem czy inną potrawą.

Z dzisiejszej perspektywy przesłanie czytania z Księgi Proroka Izajasza wydaje mi się jasne i klarowne. Przeczytałem też, że jest ono traktowane, jako mesjanistyczna wizja Męki Pańskiej. Ten fakt sprawia, że powyższe historie wydają się być nie na miejscu, bo jakże porównywać przywiązane do krzesła dziecko w przedszkolu do Jezusa przybitego na krzyżu na Golgocie? Moje zaś prozaiczne historie nie są niczym szczególnym w porównaniu z po stokroć gorszymi. Powstaje tu jednak pytanie, czy przekaz o wewnętrznej sile, która rodzi się w człowieku wierzącym, a która uodparnia na wszystkie, w tym najgorsze cierpienia, nie jest skierowany do nas wszystkich? A „męczarnie” dla każdego z nas będą czymś innym. W tym miejscu każdorazowo i tradycyjnie przepraszam teologów za moje „odkrycia”. Pojawia się jednak i drugie pytanie – gdzie jest w tej wizji dziecko? Albo: jak się w podobnych sytuacjach przeprasza dziecko? Odpowiedzi nie znam. Natomiast w ramach pokuty pobieżnie (a wiem, że nie może ona być „pobieżna”) dodam, że dorastając często chcąc nie chcąc, w takich czy innych sytuacjach zamienia się ono samo w oprawcę. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy brakuje wiary. Gdy nie myśli się o ofierze Chrystusa i nie zna proroctw Izajasza.

PS. Przedszkolankom ten i inne fakty przebaczam, czego wcześniej nie mógłbym uczynić w tej formie z racji ówczesnej niepiśmienności.

Przeszkolak.jpg

Rekolekcje Wielkopostne 2014

Rozważania Rekolekcyjne

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code