Rozważania niedzielne

Płacz nad posiadaczem zmarnowanego talentu

Geniusz jest to – być może – nic innego, jak zdolność przemierzania od końca do końca „nocy ciemnych”. Ci, którzy go nie posiadają, stają na brzegu ciemnej nocy zniechęceni i mówią: „Nie mogę; nie jestem do tego stworzony, nic z tego nie rozumiem”.
Simone Weil

Sługa, który otrzymał od pana pięć talentów, pomnożył je, oddał panu dziesięć i został za to pochwalony. Podobnym sukcesem mógł się poszczycić sługa, który otrzymał dwa talenty, a panu oddał cztery. Tymczasem nieszczęsny człowiek, który miał jeden talent, nie dość, że otrzymał najmniej i nie potrafił przynieść żadnego zysku, to jeszcze został pozbawiony tego, co wcześniej otrzymał i wyrzucony w ciemności, gdzie czekały go tylko płacz i zgrzytanie zębów.

Szczerze mówiąc, nieudacznik z dzisiejszej przypowieści budzi we mnie współczucie. Nie miał przecież lekko. Po pierwsze, trafił na bardzo wymagającego pana, który nie tylko nie cenił go zbyt wysoko, powierzając mu najmniejszą część majątku i niejako od samego początku stawiając na przegranej pozycji, ale w dodatku przy ostatecznym rozliczeniu okazał się niewyrozumiały i bezlitosny. Po drugie, musiał działać, czując na karku oddech silnej konkurencji i właściwie nic dziwnego, że nie wytrzymał stresu. Po trzecie, znał zapewne mnóstwo opowieści o nieudanych finansowych przedsięwzięciach swoich znajomych, więc paraliżowała go już sama myśl o tym, że mógłby powierzyć pieniądze nieuczciwym lub niefachowym bankierom (jakże łatwo zrozumieć go w dniach światowego kryzysu finansowego!). Po czwarte wreszcie, jak większość ludzi bał się zwyczajnie życia i świata, więc marzył tak naprawdę o tym, aby zminimalizować ryzyko prawie do zera i osiągnąć najświętszy spokój.

Biedny ten posiadacz jednego zmarnowanego talentu, oj, biedny… Łatwo mi zdobyć się wobec niego na taką sentymentalnie ckliwą empatię, ponieważ mam sama ochotę porozczulać się trochę nad sobą. Ileż wspaniałych rzeczy mogłam zrobić w życiu – ile nauczyć się, powiedzieć, zdobyć, ofiarować i wziąć w zamian… Mam jednak mnóstwo usprawiedliwień, bo przecież ludzie wokół nie mieli raczej ochoty liczyć się z moimi interesami i ambicjami, bo zdolniejsi i bardziej zaradni wpędzali mnie w zły nastrój, bo świat, jak wiadomo, jest brutalny i pełen zasadzek, bo nic nie chroni lepiej przed popełnieniem błędu, niż powstrzymanie się od wszelkich działań…

Wypłakawszy się trochę i pozgrzytawszy zębami na myśl o wszystkich szansach, które w życiu zmarnowałam, muszę jednak spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie otwarcie: to ja sama odpowiadam za moje życiowe zaniedbania i zaniechania. Bardzo zgrzeszyłam zaniedbaniem – moja bardzo wielka wina. Dzisiejszy fragment Ewangelii daje znakomitą sposobność, aby jeszcze raz wsłuchać się w te powtarzane czasami dość bezmyślnie słowa i aby postarać się je lepiej zrozumieć.

Każdy ma swój prywatny katalog rzeczy, które mógłby zrobić, gdyby… i których nie zrobił ani najczęściej nigdy nie zrobi. Owa lista bywa dłuższa lub krótsza, co zależy chyba od mniej lub bardziej realnej oceny samego siebie i świata, od większej lub mniejszej potrzeby tworzenia sobie rozmaitych iluzji. Zawsze jednak coś pod tym względem uwiera i wtedy niesłychanie łatwo przerzucić odpowiedzialność na zewnętrzne warunki, na innych, na mnóstwo najróżniejszych niesprzyjających okoliczności. Tymczasem sprawa przedstawiała się najczęściej tak: zostało wybrane najprostsze rozwiązanie, wymagające najmniej wysiłku, odwagi, poświęcenia, przemyśleń, cierpliwości itp. Doraźnie było ono nawet dość przyjemne, ale w ostatecznym rozrachunku – tylko ciemność, płacz i zgrzytanie zębów.

Pan odbiera nieużytecznemu słudze jeden niepomnożony talent i daje go temu, kto ma już dziesięć talentów. Z pozoru wydaje się to niesprawiedliwe, ale tak nie jest. Gdy wybieramy tylko proste, chwilowe bezpieczeństwo, gdy nie chcemy postawić sobie wyżej poprzeczki, gdy usuwamy ze swojego otoczenia wszystko, co mogłoby spowodować dyskomfort i miałoby znamiona zbyt dużego ryzyka, to nie powinniśmy się dziwić, że takie pozory osobistego szczęścia znikną pewnego dnia, pozostawiając po sobie głęboki niesmak. A gdy wykorzystując swoje zdolności, odważymy się tworzyć wielkie, wartościowe dzieła, choćby ze strony innych ludzi spotykała nas zawiść czy pogarda, choćby ceną była samotność i niezrozumienie? Wówczas na końcu drogi czeka nas największa radość i nagroda – poczucie dobrze spełnionego obowiązku i niezmarnowanego życia.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code