Tygodnik "Echo Katolickie"

Dziecko prawdy i dobra


1 stycznia po raz 50 będziemy modlili się o pokój. Papież Franciszek w Orędziu na Światowy Dzień Pokoju 2017 przypomniał, że wszelki niepokój wywodzi się z wnętrza człowieka. Iż każda przemoc zawsze prowadzi na manowce, niszczy to, co w człowieku najcenniejsze. Ratunkiem jest powrót do Ewangelii i jej logiki.

Ks. Paweł Siedlanowski

Pokój! Wołanie o niego rozbrzmiewa dzisiaj tak często, jak nigdy dotąd. O potrzebie pokoju językiem dyplomatycznym i propagandowym mówi wielka polityka, piszą media, dyskutuje się na forum wielkich organizacji międzynarodowych. Pacyfiści zwołują potężne protesty, manifestują „zieloni” i „obrońcy demokracji”, o pokój wołają przywódcy mocarstw – za plecami trzymając pod bronią („na wszelki wypadek”) potężne dywizje, uzbrojone w najnowocześniejszy sprzęt, służący do szybkiego i sprawnego zabijania ludzi.

W pamięci mamy ogromną popularność ruchu hipisowskiego, głoszącego pokój i wolność od wszelkich więzów krępujących człowieka, widoki setki tysięcy ludzi maszerujących z transparentami, oplatających korowodami dłoni ambasady i bazy wojskowe, czarne milczące marsze na polskich ulicach po kolejnym bezsensownym morderstwie…

Spójrz, może tam gdzieś zobaczysz Jezusa, który jest przecież Księciem Pokoju, skandującego z tłumami „Pokój, pokój!”.

Błogosławieni pokój czyniący

Niestety, nie ma tam Chrystusa. Dlaczego? Jedno słowo rozwiąże zagadkę: nie może być Jezusa między tymi, którzy o pokoju tylko mówią, bo On nie powiedział: „Błogosławieni głoszący”, lecz „Błogosławieni pokój czyniący”. Niestety, manifestacje kończą się najczęściej na słowach, deklaracjach. Bywa, że są też jedynie krzykiem ludzi, którzy najbardziej kochają swoje wygodne życie.

Elementarny błąd (a w konsekwencji: jałowość protestów, pustka szczytnych haseł) bierze się stąd, że brakuje woli postawienia pytania: dlaczego? Ciągle jest to tylko dotykanie skutków pewnych stanów, działań bądź zaniechań. Dlaczego wybuchają wojny? Dlaczego ludzie się nienawidzą? Skąd się bierze przemoc w rodzinach, na ulicach, w przestrzeni publicznej?

Dlaczego – ponad 70 lat po Auschwitz! – świat dalej patrzy milcząco (tudzież rachitycznie próbuje reagować) na potworne zbrodnie dokonywane na najbardziej niewinnych? Dlaczego z jednej strony stawia się ultimata, zachęca do rozejmów, a drugiej hojnie sponsoruje organizacje terrorystyczne i zbuntowane armie, wyposaża je w najnowocześniejszy sprzęt wojskowy?

Odpowiedź nie jest skomplikowana: nie szuka się odpowiedzi, ponieważ istnieje lęk, że prawda obnażyłaby hipokryzję. Jej konsekwencją musiałaby się stać fundamentalna przebudowa świata. A tego najzwyczajniej w świecie większość nie chce.

Nie ma też Chrystusa ani przy tobie, ani przy mnie, ilekroć mówimy, że chcemy mieć święty spokój. Bo z Jego ust wyszły słowa dziwne i zarazem druzgocące dla kogoś, kto nie poznał w całości Ewangelii „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął […] Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12, 49n). Słowa, które szokują, pozornie nie pasują, gorszą… Czy aby na pewno?

Dziecko dobra i prawdy

„Pokój jest dziwnym dzieckiem: ojcem mu dobro, matką zaś prawda. Spokój, czyli sytuacja bezruchu i ciszy, panuje na opustoszałej ulicy, nad cicho zarastającym i bagnistym stawem, na cmentarzu. Pokój natomiast żyje w człowieku, choć to nie jego pierwsze i pierwotne mieszkanie. Mieszkaniem pokoju jest Bóg, a pokój w człowieku to lokator, który się do niego sprowadził od Boga” (J. Michalec, „Aby życie mieli”, s.121).

Pokój w człowieku rodzi się z ładu, z porządku, wyrazem zaś ładu staje się nasze sumienie. Człowiek sprawiedliwy, czystego sumienia, jest człowiekiem pokoju. I nie może być inaczej. Spokój można uzyskać dość łatwo: wystarczy zakochać się we własnym lenistwie, wybrać drogę pobłażliwości w stosunku do siebie, ustępstw wobec dzieci, którym „dla świętego spokoju” rodzice pozwalają na wszystko. Spokój można uzyskać, gromadząc wielkie pieniądze, wykupując polisy ubezpieczeniowe na życie, pogrążając się w marazmie obojętności i krytykanctwa zarazem, zamykając oczy na biedę z sąsiedztwa. Można i tak. Ale nie będą to drogi do własnego pokoju, choćby okaleczone sumienie chwilowo mówiło inaczej.

Mówiąc o pokoju w kontekście rozłamu i ognia, Chrystus miał na myśli takich ludzi pokoju, którzy w obronie prawdy i dobra nie boją się otworzyć ust, potrafią nazwać zło po imieniu, choćby miało ono jak najpiękniej zawoalowane oblicze i kusiło korzyściami i profitami.
To zawsze kosztuje. I boli. Ale też to jedyna droga do prawdziwego pokoju. Wszak i złoto oczyszcza się w ogniu, a diament powstaje pod wpływem olbrzymich ciśnień i temperatur!

Ludzie-mole

Pierwszymi wrogami pokoju są ludzie, którzy lubują się w jątrzeniu, swoim zachowaniem, słowem, gestem wnoszą stan podniecenia, zdenerwowania, złośliwości, podejrzliwość, intrygi, plotki, donosicielstwo. Są jak mole w szafie. Bezszelestnie „pracują” tnąc sukno, niszczą zdrową tkankę, dewastując strukturę czegoś, co ma kształt, piękno. Biada temu, kto spostrzeże się zbyt późno! Nie będzie już czego ratować! W taki sposób można zniszczyć wszystko: rodzinę, środowisko pracy, przyjaźnie, parafię, diecezję. Trzeba uciekać od ludzi-moli, chronić swoich bliskich przed nimi – ale też bacznie zważać na siebie, by człowiekiem-molem się nie stać…

Człowiek pragnący osiągnąć pokój musi najpierw być na tyle trzeźwy, by dostrzegać własne braki i swój dokuczliwy styl bycia, musi myśleć o sobie i umieć siebie przedstawić w lustrze własnej krytyki. Codziennie stawać w prawdzie przed sobą i przed Bogiem oraz pytać się: kim jestem, co mam czynić? Czy jestem prawdziwy w tym, co robię?

Dla uzyskania świętego spokoju wystarczy pójść do psychiatry lub wziąć pastylki, odseparować się od świata zanurzając się w świat telewizyjnej fantazji. Nie sposób budować pokój, mając jednocześnie zbrukane grzechem sumienie – żyć z nim za pan brat przez całe miesiące i lata i udawać, że nic się złego nie dzieje. Nie wystarczy nawet udać się raz w roku do spowiedzi, aby zafundować sobie „nieświęty” świąteczny spokój. To za mało, jeśli tylko na samym geście się skończy. Żeby zyskać pokój, trzeba najpierw przeżyć własny niepokój, własny rachunek sumienia, chwile dla siebie niekiedy bardzo przykrej trzeźwości.

Jest to konieczne, aby czystym spojrzeniem ogarnąć siebie i całą rzeczywistość. Każda wojna, każdy rozłam ma swój początek w ludzkim sercu, w panującym tam bałaganie, tolerancji chaosu i zgody na to, by rozpalone żądze nim kierowały. Jeśli w porę nie ugasi się pożaru, nie spojrzy w lustro prawdy, nie upokorzy się przed Bogiem, natychmiast rozgorzeje płomieniem, którego nie sposób będzie później ugasić.
___________________________________________________

Papież Franciszek o pokoju

[…] Jezus również żył w czasach przemocy. Nauczał, że prawdziwym polem bitwy, na którym mierzą się ze sobą przemoc i pokój, jest ludzkie serce: «Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli» (Mk 7, 21). Ale przesłanie Chrystusa, w obliczu tej rzeczywistości, daje odpowiedź zdecydowanie pozytywną: niestrudzenie głosił On bezwarunkową miłość Boga, który przyjmuje i przebacza, oraz nauczał swoich uczniów, by miłowali nieprzyjaciół (por. Mt 5, 44) oraz nadstawiali drugi policzek (por. Mt 5, 39).

Gdy Jezus uniemożliwił oskarżycielom cudzołożnicy jej ukamienowanie (por. J 8, 1-11) oraz kiedy w noc przed śmiercią nakazał Piotrowi schować miecz do pochwy (por. Mt 26, 52) wskazał drogę wyrzeczenia się przemocy, i poszedł nią aż do końca, aż po krzyż, przez który zaprowadził pokój i zniszczył wrogość (por. Ef 2, 14-16).

Dlatego ten, kto przyjmuje Jezusową Dobrą Nowinę, potrafi rozpoznać przemoc, którą nosi w sobie i pozwala, by uleczyło go Boże miłosierdzie, przez co staje się z kolei narzędziem pojednania, zgodnie z wezwaniem św. Franciszka z Asyżu: «Jak ustami głosicie pokój, tak a nawet jeszcze bardziej, miejcie go w sercach waszych».

[…] Jeśli przemoc bierze początek w ludzkim sercu, to bardzo ważne jest chodzenie drogą niestosowania przemocy przede wszystkim w obrębie rodziny. Jest to składnik radości, jaką daje miłość […] Rodzina jest niezbędnym «tyglem», dzięki któremu małżonkowie, rodzice i dzieci, bracia i siostry uczą się porozumiewać ze sobą oraz bezinteresownie troszczyć się o siebie nawzajem oraz gdzie tarcia lub nawet konflikty muszą być przezwyciężane nie przy pomocy siły, lecz poprzez dialog, szacunek, szukanie dobra innych, miłosierdzie i przebaczenie. Z wnętrza rodziny radość płynąca z miłości rozprzestrzenia się w świecie i promieniuje na całe społeczeństwo.

(Franciszek, fragm. Orędzia na Światowy Dzień Pokoju 2017)

Ks. Paweł Siedlanowski

Źródło: Tygodnika „Echo Katolickie”(Nr. 52. 2016)

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code